Cała prawda o suplementach diety

Wiem, że artykuły noszące tytuł „Cała prawda o…” zawsze przykuwają uwagę czytelników. Lubimy ten dreszczyk emocji towarzyszący zagłębianiu się w „zakazaną” i ukrytą wiedzę. Często jednak zapominamy, że nic nie jest czarno-białe i niemal wszystko może okazać się jednocześnie dobre i złe. W natłoku reklam, informacji i publikacji naukowych coraz trudniej znaleźć złoty środek. Ja jednak próbuję, mimo wszystko. Przebrnęłam przez morze wiadomości, by stworzyć dzisiejszy artykuł. I już na wstępie Wam powiem, że w przypadku suplementów diety najlepiej zachować zdrowy rozsądek i umiar. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Jaka jest różnica między lekiem a suplementem?

W ostatnim czasie rynek suplementów diety przeżywa prawdziwy rozkwit. Konsumenci coraz chętniej sięgają po przeróżne specyfiki, mające zapewnić prawidłowe funkcjonowanie organizmu lub wspomóc nas w okresie przeziębień, stresu, sesji, kaca, ciąży, obniżenia libido, menopauzy czy świąt. Tabletki najczęściej są niedrogie i wygodne w stosowaniu. Wystarczy raz dziennie po posiłku. Niekiedy dwa.

W skład suplementów najczęściej wchodzą witaminy, makro- i mikroelementy, ekstrakty roślinne, tłuszcze, enzymy czy probiotyki i prebiotyki. W przeciwieństwie do leków, które mają wywołać skutek terapeutyczny w danej jednostce chorobowej, suplementy służą uzupełnieniu niedoborów w diecie i są środkami spożywczymi (źródło).

Wprowadzenie na rynek nowego leku często zajmuje nawet kilka lat i wiąże się z dużymi kosztami (źródł0). Skuteczność suplementu natomiast nie musi zostać potwierdzona, zaś proces rejestracji może trwać mniej niż pół roku.

Co ciekawe, oba produkty mogą zawierać tę samą substancję czynną (na przykład koenzym Q10), jednak w różnej ilości. Dzięki temu wytwórcy obchodzą skomplikowaną procedurę rejestracji – a większość klientów apteki nie będzie dociekać, czy kupuje lek czy suplement. Zwłaszcza, jeśli wprowadzenie preparatu na rynek zostanie połączone z odpowiednio natarczywą kampanią reklamową.

W pułapce suplementów

Przeciętny pacjent nie ma czasu na analizowanie składu kupowanych w aptece produktów. Najczęściej sięgnie więc po to, o czym kiedyś usłyszał w telewizji. Nieliczni poszukają informacji na temat jakości suplementu. Jeszcze mniejsze grono osób odpowie sobie na pytanie: „Czy ja naprawdę tej substancji potrzebuję?”.

Suplementy diety i leki OTC wydawane bez recepty mogą przynieść złudne poczucie ulgi, jednocześnie maskując prawdziwy problem. Gdy Kowalski będzie zmęczony, zdecydowanie łatwiej będzie mu wybrać się do apteki po tabletki o wdzięcznej nazwie „Kupa energii”, niż wnikać w przyczyny swoich dolegliwości. A co, jeśli Kowalski za mało śpi, jego praca jest zbyt stresująca, zaś dieta pozostawia wiele do życzenia?… Oczywiście chętniej zażyje suplement, niż dokona odpowiednich zmian w stylu życia. Do takiego rozleniwienia obywateli w dużym stopniu przyczyniają się właśnie reklamy.

Telewizja serwuje widzom obrazki niezwykle ogłupiające, niejednokrotnie wspierane wizerunkiem lubianych celebrytów. Zapewnia się nas, że możemy rozkoszować się smakiem golonek zagryzanych słodkim tortem i popijanych alkoholem bez konsekwencji dla wątroby – wystarczy tabletka. A jeśli palimy papierosy i męczy nas „kaszel palacza” – oczywiście nie musimy rezygnować, gdyż i na to znajdzie się cudowne remedium.

Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu jest podatny na reklamę. Pamiętajmy jednak, że w przypadku nawracających i niepokojących objawów powinniśmy skonsultować się ze specjalistą. Wiem, że część osób „nie ma na to czasu”, inni z kolei „kiedyś już byli, ale nic mądrego nie usłyszeli”. Trudno znaleźć w tej sytuacji złoty środek, gdyż rzeczywiście mamy szansę trafić na lekarza, który zignoruje nasze dolegliwości i zniechęci do dalszych poszukiwań. Istnieją symptomy niespecyficzne, które mogą wskazywać na szereg różnych dolegliwości i niekiedy uzyskanie właściwej diagnozy trwa kilka lat. Sztandarowym przykładem mogą być problemy z tarczycą: kobiety będą skarżyć się na wypadające włosy i zmęczenie, na co oczywiście znajdzie się odpowiedni preparat. Niejednokrotnie słyszałam o specjalistach, którzy bądź ignorowali takie objawy, bądź zalecali „ograniczenie stresu”. Dopiero po dłuższym czasie okazywało się, że symptomy były spowodowane niedoczynnością tarczycy lub chorobą Hashimoto (więcej o jej objawach przeczytacie tutaj).

Ciągłe zmęczenie? Zamiast sięgać po tabletki, wykonaj odpowiednie badania. Może Twoja tarczyca źle pracuje?

Badania przede wszystkim!

Celem reklamy jest wywołanie w konsumencie potrzeby zakupu danego produktu. Wytwórcom leków i suplementów znacznie łatwiej taki efekt osiągnąć: widz odpowiednio poinformowany o skutkach niedoboru danej witaminy lub minerału chętniej wyruszy do apteki. Zdrowie jest wszak ważniejsze niż wszystko inne i lepiej działać prewencyjnie.

Czasem jednak taka przezorność może bardziej nam zaszkodzić, niż pomóc. Nietrudno zasugerować się wyłącznie treścią reklamy i zacząć przyjmować daną substancję „w ciemno”, bez zbadania, czy problem niedoboru rzeczywiście nas dotyczy. Teoretycznie zawartość witamin i minerałów przeważnie jest w suplementach dość niska i zachodzi niewielkie ryzyko przedawkowania, jednak niewykonanie odpowiednich badań lekarskich może uniemożliwić lub opóźnić wykrycie poważnych niedoborów.

Bardzo kłopotliwa bywa na przykład suplementacja witaminą D. Część osób, chociażby cierpiących na choroby autoimmunologiczne, niezwykle często cierpi na duże niedobory (w takich wypadkach wyniki poniżej 10 przy normie 30 nie należą do rzadkości), których standardowa i powszechnie dostępna na rynku dawka 1000 j.m. najpewniej nie pokryje. Dzięki badaniu zyskujemy pewność i dowiadujemy się, czy rzeczywiście danego suplementu potrzebujemy, a jeśli już, to w jakiej ilości.

A może multiwitamina?

Kiedy nie wiemy, jakich witamin i minerałów nam brakuje, najlepszym wyborem powinien być zakup tak zwanej „multiwitaminy”. Producenci zapewniają, że jedna tabletka pokryje dzienne zapotrzebowanie na wszystkie substancje, których nasz organizm potrzebuje. Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci.

Minerały i witaminy zawarte w jednej pastylce mogą wchodzić w niekorzystne interakcje i wzajemnie osłabiać swoją przyswajalność (źródło). Co więcej, niektóre preparaty oferują stężenie danej substancji na tyle niskie, że efekt terapeutyczny nie zostanie osiągnięty (źródło). Problematyczna bywa także wchłanialność niektórych minerałów: część multiwitamin zawiera na przykład magnez w postaci źle przyswajalnego tlenku magnezu. Jeśli więc już zaczynamy suplementację – chyba lepiej zdecydować się na kilka preparatów przyjmowanych oddzielnie lub dokładnie przeanalizować (z pomocą farmaceuty, oczywiście) skład wybranych tabletek. Warto także wspomnieć o przeprowadzonych ponad trzy lata temu w Ameryce badaniach, które ujawniły, że multiwitaminy ani nie wydłużają życia, ani nie zmniejszają ryzyka chorób serca czy problemów z pamięcią (źrodło). Jeśli coś ma być do wszystkiego, to najczęściej jest do niczego.

Najlepsza multiwitamina? Świeże owoce i warzywa!

Czytaj etykiety!

Przywykliśmy już do tego, że powinniśmy bacznie przyglądać się opakowaniom produktów kupowanych w sklepie spożywczym.  Podobną ostrożność warto zachowywać także w aptekach.

Wiele reklam wprowadza klientów w błąd i nakłania do zakupu preparatu, którego skuteczność może się okazać dość niska. Dlatego w przypadku suplementowania minerałów należy zwracać uwagę na postać, w jakiej występują. Pamiętajmy, że formy organiczne będą zdecydowanie lepiej przyswajalne: korzystniej zatem kupić magnez w formie cytrynianu niż tlenku (źródło). Warto także przeanalizować zawartość jonów magnezowych, a nie soli czy tlenku.  Podobną ostrożność powinniśmy zachować przy zakupie preparatów z wapniem (źródło), cynkiem (źródło) czy żelazem (źródło). Co ciekawe, jod należy wybierać w postaci NIEorganicznej, która jest dla naszego organizmu najkorzystniejsza.

Czy przeciętny Kowalski będzie sobie zdawał z tego wszystkiego sprawę? Cóż, oczywiście nie ma takiego obowiązku, zawsze może poprosić o pomoc farmaceutę. Wiem jednak, że część klientów tak mocno wierzy w treści prezentowane w reklamach, że puści mimo uszu wszelkie sugestie aptekarza. Prosty przykład: kiedy radio i telewizja nieustannie zachęcają się do zakupu „naturalnego magnezu” (którego przyswajalność wynosi tylko 30%, o czym reklama już nie wspomina), Kowalski nie będzie chciał słyszeć o żadnym innym preparacie. Pacjent nasz pan?

Nie wolno także zapominać, że poza główną substancją czynną, suplementy i leki zawierają wszelkiego rodzaju wypełniacze. Część z nich nie będzie miała wpływu na nasze zdrowie (np. żelatyna), jednak niektóre mogą okazać się niepożądane lub nawet szkodliwe. Te najbardziej powszechne to: stearynian magnezu, który może utrudniać przyswajanie witamin i minerałów (źródło); barwniki, a wśród nich na przykład tartrazyna czy żółcień pomarańczowa, które mogą mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci (źródło) oraz słodziki mogące wykazywać działanie „kancerogenne, teratogenne, nasilające insulinooporność i zaburzające homeostazę organizmu” (źródło). Dla części osób problematyczne są także gluten i laktoza. Na szczęście ostatnio pojawia się coraz więcej preparatów pozbawionych tych alergenów.

Barwniki używane w suplementach i przemyśle spożywczym mogą być szkodliwe. A dodaje się się nawet do produktów przeznaczonych dla dzieci!

Papier wszystko przyjmie

Nawet jeśli dokładnie przeanalizujemy skład suplementu, który planujemy zakupić, nigdy tak naprawdę nie wiemy, czy deklarowane przez producenta związki rzeczywiście zostały w nim zawarte, a jeśli nawet – to czy w wystarczającej ilości. Jakby tego było mało, „suplement diety przy wprowadzeniu do obrotu nie musi być badany pod kątem toksyczności ani bezpieczeństwa” (źródło).

W Polsce praktycznie nikt nie sprawdza jakości surowców stosowanych w suplementach diety. I mimo że kontrole prowadzone między innymi przez przedstawicieli Państwowych Powiatowych Inspektorów Sanitarnych są zakrojone na bardzo małą skalę, wykazują duże nieprawidłowości. Profesor Zbigniew Fijałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków, radzi zachować ostrożność między innymi w przypadku stosowania produktów na odchudzanie i wspomagających libido. W 2011 roku przeprowadzono badania na sześciu suplementach na problemy z erekcją losowo zakupionych w aptece. „Wybrano grupę preparatów deklarowanych jako całkowicie ziołowe, w przedziale cenowym 40-60 zł za 1-2 kapsułki. Okazało się, iż na sześć wytypowanych i zakupionych w aptece, sześć było sfałszowanych”, zdradza profesor Fijałek (źródło).

Brakuje badań, by stwierdzić, jaka jest skala tego problemu w Polsce. Wiemy natomiast, jak przedstawia się sytuacja w USA. Ponad rok temu przebadano w Nowym Yorku setki suplementów sprzedawanych przez sieci sklepów. Okazało się, że ogromna większość z nich, bo aż 80 procent, nie zawierała roślin wymienionych w składzie preparatu. „Zamiast tego pigułki i kapsułki składały się z tanich wypełniaczy, takich jak mąka, ryż, kukurydza, czy fasola. Nie znajdowano natomiast DNA dziurawca, jeżówki, żeń-szenia, miłorzębu, czy czosnku, mimo że etykiety na produktach wskazywały na obecność ekstraktów tych roślin” (źródło).

Każdy sprzedawca zachwala swój towar.

Suplementy made in China?

Pamiętajmy, że firmy nie mają obowiązku informować, skąd pochodzą związki używane w produkcji suplementów. Mimo to oczywiście wiadomo, iż żeń-szeń przeważnie w Polsce nie występuje i będzie trzeba sprowadzić go z Azji, a miłorząb japoński trafi do nas nie z Japonii, a z… Chin. Niewiele osób jednak zapyta, skąd pochodzą syntetyczne witaminy.

Szacuje się, że 90% witaminy C dostępnej na rynku amerykańskim pochodzi z Chin (źródło). Nie wiem, czy ma to wpływ na jakość suplementów, ale na pewno jest w stanie znacząco obniżyć koszt ich produkcji. Żaden inny kraj nie dysponuje tak rozwiniętą technologią i nikogo nie dziwi, że w dzisiejszych czasach większość produktów jest oznakowanym jako „made in China”. Skoro jednak taka informacja pojawia się na metkach ubrań czy opakowaniach telewizorów, telefonów komórkowych i komputerów, dlaczego nie miałaby znaleźć się także na etykietach suplementów diety?

Jakość produktów będzie oczywiście zależeć od uczciwości ich wytwórcy, a z tą bywa różnie. Amerykańska  Agencja Żywności i Leków kilka lat temu wykryła nielegalne działania firmy USPlabs: importowała ona składniki z Chin używając fałszywych zaświadczeń oraz podawała nieprawdziwe informacje na temat ich pochodzenia, a następnie wykorzystywała je do produkcji preparatów wspomagających odchudzanie (źródło).

Te niepokojące wiadomości zza oceanu powinny zmobilizować nasze służby do bacznego przyjrzenia się rynkowi suplementów diety.

Suplementy diety to tylko wierzchołek góry lodowej

Jeśli już zdecydujemy się na przyjmowanie suplementu diety i znajdziemy preparat o najlepszej przyswajalności, otrzymany wyłącznie z organicznych składników i pozbawiony niepotrzebnych wypełniaczy to… Nigdy nie będziemy mieli pewności, że w naszym wypadku się sprawdzi.

Współcześnie coraz więcej osób cierpi na zaburzenia trawienia oraz problemy z florą bakteryjną jelit. Nie tylko jesteśmy tym co zjemy, a raczej tym, co wchłoniemy. Wszechobecny stres, toksyny czy pasożyty mogą sprawić, że nawet najlepszy suplement przyswoi się gorzej niż powinien. Jakby tego było mało, od dziesięciu do nawet dwudziestu procent populacji może nieświadomie cierpieć na problemy z metylacją – i wówczas przyjmowanie powszechnie dostępnych na polskim rynku suplementów witaminy B12 czy kwasu foliowego okaże się szkodliwe, gdyż organizm nie będzie w stanie ich zmetabolizować (źródło).

Stres, wszędzie stres… Oczywiście możemy sięgnąć po odpowiedni suplement diety, by złagodzić jego oddziaływanie na nasz organizm, jednak czy to rozwiąże problem?

Pamiętajmy, że tak naprawdę wciąż wiemy jeszcze stosunkowo mało na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu. W naturze witaminy czy minerały zawsze działają we współpracy z dziesiątkami innych związków i interakcje zachodzące między nimi mogą być bardzo niedoceniane. W suplementach przeważnie mamy do czynienia z wyekstrahowanymi substancjami, które gorzej działają w pojedynkę, a w nadmiarze mogą zaszkodzić. Kilka przykładów:

  • witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Więcej o tym zjawisku przeczytasz w moim zeszłorocznym artykule (tutaj)
  • przyjmowanie jodu jest najbardziej efektywne, gdy towarzyszą mu witaminy B2, B3, D3, C oraz pierwiastki: magnez, cynk, miedź, selen i wapń (źródło)
  • duże dawki cynku mogą utrudniać przyswajanie magnezu (źródło)
  • nadmiar miedzi skutkuje niedoborem cynku i może być bardzo niebezpieczny; podobnie groźny może być nadmiar cynku (źródło)
  • magnez jest łatwiej przyswajalny w towarzystwie witaminy B6 (źródło)

Jeśli chcielibyśmy zachować równowagę, zapewne bylibyśmy skazani na przyjmowanie co najmniej dziesięciu suplementów dziennie. Jak znaleźć złoty środek? Pamiętajmy, że Natura jest znacznie mądrzejsza od nas. Każdy jej twór jest absolutnie doskonały i kompletny: chociażby ryby morskie będą zawierać i jod, i selen, i magnez, i witaminy D i A – czyli wszystko, czego nam potrzeba! Do tego dostaliśmy cudowne warzywa i owoce, pełne witamin i przeciwutleniaczy. A co myśmy z tym bogactwem zrobili? Zanieczyściliśmy i zniszczyliśmy nasze jedzenie, a teraz szukamy ratunku w syntetycznych minerałach i witaminach zamkniętych w kapsułkach, by uzupełnić to, co powinniśmy przyjmować wraz z pokarmem.

Wielu lekarzy, farmaceutów, a nawet naturopatów twierdzi, że suplementacja jest dzisiaj koniecznością. Rzeczywiście, rośliny mają mniej wartości odżywczych niż jeszcze kilkanaście lat temu. Przyczyną tego zjawiska jest wyjałowienie gleb i stosowanie wszelkiego rodzaju pestycydów (źródło). Podobny problem dotyczy także mięsa, ryb, jaj i nabiału z przemysłowych hodowli – zawierają one znacznie mniej dobroczynnych kwasów Omega 3 niż powinny. Jednak czy naprawdę łykanie całej litanii tabletek jest najlepszym lekarstwem? Może to tak naprawdę nie my chorujemy, a po prostu nasze ciała nie są w stanie przystosować się do życia w chorych czasach i w chorym systemie pełnym stresu, toksyn, manipulacji, niepewności i często strachu?

Światem rządzi pieniądz, jednak za niskie ceny przyjdzie nam w przyszłości zapłacić bardzo wysoką cenę. Produkcja żywności ma być jak najbardziej opłacalna, co pozbawia ją wielu cennych wartości odżywczych. Do tego wielu z nas prowadzi tryb życia, do którego ludzkość nie została stworzona: większość dnia spędzamy siedząc bądź siedząc i wpatrując się w ekran komputera, a jakby tego było mało, borykamy się z nieustannym stresem. Nie chce nam się gotować, wygodniej kupić gotowe produkty, by nie marnować czasu. Pieniądze oszczędzamy wybierając tańsze jedzenie. Dzięki temu  możemy kupić sobie lepsze ubrania, droższą komórkę i… suplementy diety w celu uzupełnienia niedoborów witamin i minerałów. Czy to nie ironiczne? Oburzają nas ceny w sklepach z ekologiczną żywnością, a normą stały się bluzki po sto czy buty po czterysta złotych wyprodukowane w Azji za niewielki procent tej wartości (źródło).

Jaka jest skala tego problemu? W 2014 roku Polacy wydali 11,5 mld zł na suplementy diety i produkty OTC (źródło). W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2015 roku wartość sprzedaży przekroczyła 5 mld zł (o 4,5% więcej niż w poprzednim roku). Gdybyśmy przeznaczyli chociaż połowę tej kwoty na wsparcie tradycyjnego rolnictwa, po pewnym czasie wydatku Narodowego Funduszu Zdrowia znacznie by zmalały, a po kilku latach Polacy staliby się zapewne jednym z najzdrowszych narodów świata. Co nas więc przed tym powstrzymuje? Może czas zacząć wspierać Naturę zamiast ją niszczyć?

***

Wiem, że w chwili obecnej dla osób chorych niektóre suplementy są koniecznością. Ja osobiście staram się, by było ich jak najmniej oraz stosuję przerwy w ich zażywaniu. Pamiętajcie, żeby przed zastosowaniem danego produktu skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą – ostrzegam przed eksperymentowaniem na własną rękę i kupowaniem preparatów „w ciemno”. Przed rozpoczęciem suplementacji idealnie byłoby oczywiście wykonać wszystkie niezbędne badania, jednak ich koszt może okazać się przeszkodą. Dlatego zacznijmy od morfologii, która może powiedzieć naprawdę dużo o naszym stanie zdrowia, a w razie potrzeby wykonajmy dodatkowe testy. Nie zapominajcie również, że suplementy to nie wszystko! Nawet najlepsze tabletki muszą współdziałać z dobrą dietą, aktywnością fizyczną, dbaniem o stan naszej psychiki i odpowiednią ilością snu.

Trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku!

Wasza Ola

 

Jak złość niszczy ci zdrowie

Fakty są nieubłagane: złość wywiera ogromny wpływ na stan twojego zdrowia. Im częściej się gniewasz, tym większe ryzyko chorób serca, otyłości czy parodontozy. Jeśli nauczysz się panować nad emocjami, twoje szanse na dłuższe i szczęśliwsze życie znacząco wzrosną.

Parszywa dwunastka: jakie są skutki złości

Dotychczasowe badania naukowe wykazały silny związek między złością a następującymi skutkami zdrowotnymi:

1. Zwiększone ryzyko nadciśnienia.

2. Wyższy poziom homocysteiny, prowadzący do uszkodzenia tętnic i podwyższenia ryzyka choroby niedokrwiennej serca.

3. Zwiększony poziom białka C-reaktywnego (CRP) powiązanego z chorobami serca i zawałem.

4. Podwyższone stężenie kortyzolu i adrenaliny (są to hormony odpowiadające za reakcję „walcz lub uciekaj”).

5. Osłabiona funkcja układu odpornościowego (spowodowana przez nadaktywne hormony)*.

6. Podwyższona masa ciała (spowodowana przez zbyt wysoki poziom kortyzolu).

7. Zwiększona podatność na patogeny, zarazki, wirusy oraz rodzinna predyspozycja do raka i chorób serca.

8. Zwiększone ryzyko parodontozy.

9. Wyższe ryzyko zaburzeń odżywiania.

10. Częstsze pojawianie się niepokoju, depresji oraz objawów psychosomatycznych (takich jak ból).

11. Szybsze starzenie się komórek, krótsza długość życia.

12. Większe ryzyko, że gniewni pacjenci nie będą stosować zaleczonego leczenia, ryzykując własnym zdrowiem.

* W przypadku osób cierpiących na choroby autoimmunologiczne, osłabienie układu odpornościowego może zaostrzać objawy schorzenia.

Gniew w liczbach

– Chronicznie zagniewani mężczyźni mają od pięciu do siedmiu razy wyższe ryzyko zgonu do 50 roku życia od ich spokojniejszych kolegów [1].

– Osoby gniewne, wrogie i depresyjne okazały się bardziej podatne na choroby serca niż osoby niemal nie mające takich problemów. Pierwsze grupa prezentowała dwa do trzech razy wyższe stężenie białka C-reaktywnego [źródło].

– Mężczyźni, którzy codziennie się gniewali, mieli o 43% większe szanse na rozwój parodontozy w porównaniu z mężczyznami złoszczącymi się rzadko [źródło].

– Mężczyźni i kobiety skorzy do gniewu mieli trzy razy wyższe ryzyko zawału serca, mimo ciśnienia krwi mieszczącego się w normie [źródło].

– Kobiety w średnim wieku, które intensywnie się złościły i otwarcie wyrażały swój gniew, miały wyższe poziomy insuliny oraz więcej tkanki tłuszczowej od kobiet mniej wrogich [źródło].

– Osoby chronicznie zestresowane były dwa razy bardziej podatne na złapanie grypy lub przeziębienia. Im większy stres, tym wyższe ryzyko choroby [źródło].

– Mężczyźni miotani negatywnymi emocjami, wybuchami złości oraz zarzucający innym brak emocjonalnego wsparcia, byli bardziej podatni na przyrost tkanki tłuszczowej w wyższych partiach ciała [2].

Zadbaj o swoje serce… I uśmiechnij się, zapominając o złości!

Złość czai się w genach?

Badania dra Redforda Williamsa pokazały, że istnieje drobna molekularna wariacja genu, która może predysponować nas do gniewu. Dzięki odkryciom Davida Lykkena z 1996 roku wiemy zaś, że około 50% naszej satysfakcji z życia pochodzi z genów.

Powyższe informacje nie mogą stać się wymówką dla osób często okazujących złość. Podejście „jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz” zdecydowanie nie działa. Musimy pamiętać, że geny, sposób w jaki zostaliśmy wychowani oraz otoczenie mają wpływ na odczuwane przez nas emocje; niemniej jednak tylko od nas zależy, co zrobimy z targającymi nami uczuciami, a także czy wykorzystamy je w pozytywny i konstruktywny sposób.

Jak wyrażać złość

Gniewasz się? No dalej, rozbij kilka talerzy, uderz w coś, krzycz, rozładuj napięcie!… Nie pomogło? To zrób to jeszcze raz!

Społeczeństwo zachęca każdego do wyrzucenia z siebie złości. Wierzymy, że w ten sposób negatywne emocje nas opuszczą, a my znów staniemy się spokojni i radośni. Nic bardziej mylnego! W badaniu przeprowadzonym przez dra Brada  J. Bushmana przekazano uczestnikom informację, że wyżycie się (np. poprzez rzucanie przedmiotami) jest efektywną metodą pozbycia się złości. Okazało się, że te osoby były później bardziej agresywne w stosunku do swoich rywali. Wyładowanie złości poprzez rzucanie przedmiotami, kopanie czy bicie sprawia, że negatywne emocje wciąż się w nas tlą. 

Jak więc poradzić sobie z gniewem? Poprzez zajęcie się czymś, co jest niepowiązane z naszymi uczuciami: czytanie, oglądanie komedii, słuchanie muzyki. Ćwiczenia fizyczne nie zawsze okazują się pomocne – w niektórych wypadkach utrzymują w nas gniew.

Czy złość jest zła?

Od dzieciństwa wpaja się nam, że istnieją dobre, pożądane emocje (choćby radość czy duma) oraz emocje złe, których powinniśmy unikać (strach, niepewność, złość). Takie podejście może zrujnować nasze zdrowie w życiu dorosłym.

Człowiek dysponuje całym wachlarzem stanów emocjonalnych i jest zupełnie naturalne, że odczuwa tak złość, jak i radość. Ważniejsze od tego, co czujemy, jest podejście do własnych emocji oraz sposób, w jakie je wyrażamy. Jeśli podejrzewasz u siebie problem z ekspresją uczuć, czas na krótką podróż do czasów dzieciństwa.

„Grzeczne dziewczynki się nie złoszczą”; „Chłopaki nie płaczą”; „Masz być radosna i uśmiechnięta”; „Nie becz”; „Jesteś niegrzeczny!”; „Nie marudź, mamusia jest zajęta”; „Przeszkadzasz mi, tatuś chce poczytać”. Które z tych zdań brzmią znajomo? Kiedy dziecko jest karane za wyrażanie „negatywnych” emocji oraz oczekuje się od niego tylko uczuć „pozytywnych”, złość narasta w nim aż do wybuchu. Oczywiście taka kulminacja niesie ze sobą tragiczne konsekwencje. Dziecko uczy się, że gniew należy ukrywać i że tylko wybuch przynosi pewną ulgę.

Uczucia, które nami targają, najlepiej wyrażać od razu, wyjaśniając je pokrótce. Dzięki temu zrozumiemy własne emocje i nauczymy się komunikować je otoczeniu w sposób funkcjonalny. „Jestem szczęśliwa, bo dostałam dobrą ocenę”. „Jestem zła, bo zapomniałeś kupić chleb”. „Jest mi przykro, bo szefowa mnie skrytykowała”. „Jestem podekscytowana, bo właśnie poznałam bardzo przystojnego mężczyznę”. A jakie emocje Ty chciałbyś dziś wyrazić?

Pracuj nad konstruktywnym wyrażaniem złości. Tłuczenie talerzy i szyb nie działa!

Bierna agresja – ukryta złość

Należy pamiętać, że nie zawsze złość jest głośna i jawna. Gdy w dzieciństwie byliśmy karani za wyrażanie emocji, w życiu dorosłym możemy cierpieć z powodu tzw. biernej agresji. Jest to nic innego jak ukrywanie własnych uczuć, lub wyrażanie ich w sposób pośredni, na przykład poprzez odkładanie rzeczy na później, sarkazm czy zdradę partnera.

Temat biernej agresji został poruszony na tym blogu już dwa razy przez mojego narzeczonego – studenta i pasjonata psychologii. W pierwszym artykule przeczytacie więcej o podstawowych objawach biernej agresji, zaś w jego kontynuacji znajdziecie informacje na temat sposobów walki z jej przejawami. Jeśli podejrzewacie u siebie podobny problem, zachęcam do zasięgnięcia porady u fachowca.

Złość jest wszędzie wokół

Gniew możemy kierować nie tylko na zewnątrz, wyładowując złość na innych, lecz także do środka, na przykład poprzez palenie papierosów, picie, zażywanie narkotyków czy zaburzenia odżywania. Wiele osób nie potrafi radzić sobie ze złością, tak własną, jak i cudzą. Na szczęście w dobie Internetu możemy dzielić  się wiedzą i wzajemnie wspierać. Ja powoli uczę się wyrażać swoje emocje w sposób funkcjonalny. Nie jest to oczywiście łatwe, ale przynosi ogromne korzyści zdrowotne. Pamiętajcie, że naszym celem nie jest nieodczuwanie złości, a wyrażanie jej w zdrowy dla nas i dla otoczenia sposób.

Trzymam za Was kciuki! 

Wasza Ola

A w wolnej chwili zapraszam Cię na mój Facebook!

.

Źródła:

Pierwsza połowa powyższego artykułu jest tłumaczeniem oraz streszczeniem informacji pochodzących ze stron 28-35 książki Overcoming Passive-Aggression autorstwa Tima Murphy’ego i Loriann Hoff Oberlin. Powyższa pozycja nie doczekała się dotychczas tłumaczenia na język polski, nad czym ubolewam, gdyż jest to niezwykle ciekawa i dokładna analiza problemu złości i biernej agresji.

[1] Gutfeld, G. (1998) Stop the madness! Man’s Health, str. 118.

[2] Tim Murphy, Loriann Hoff Oberlin, Overcoming Passive-Aggression: How to Stop Hidden Anger from Spoiling Your Relationships, Career and Happiness, str. 31.

Koniec z fochami! Czyli jak wyrażać swoje uczucia

Błądzimy przez życie, niedoinformowani, zagubieni i nieświadomi pułapek, w które wciąż wpadamy, a gdy spotkamy na swej drodze trudną prawdę, odwracamy wzrok. Trzeba ogromnej odwagi, by spojrzeć jej prosto w oczy i przyznać się przed samym sobą do własnej niedoskonałości. Wielu z Was zrobiło właśnie to. Otworzyliście oczy na bierną agresję, swoją i Waszych bliskich. Otwarcie się do niej przyznaliście i poprosiliście o pomoc. Cóż, mówicie – macie 🙂 W dzisiejszym artykule przyjrzymy się najpowszechniejszym przejawom biernej agresji oraz zastanowimy się, w jaki sposób jej przeciwdziałać. 

Nie musisz już udawać. Wyraź to, co naprawdę czujesz!

Poniższy tekst jest kontynuacją artykułu pt. „Fochy, choroby autoimmunologiczne i bierna agresja” [klik!]. Czym w ogóle jest bierna agresja? Ukrywaniem swoich uczuć i wyrażaniem złości w sposób pośredni. Wiemy już, że takie postępowanie tyczy się przede wszystkim kobiet (wspomnijmy chociażby znany wszystkim „foch”). Zachowania te stają wyjątkowo problematyczne w wypadku chorób autoimmunologicznych: niewyrażanie emocji jest niezwykle stresujące. Taka mieszanka złości i stresu może znacząco pogorszyć samopoczucie chorego. Na szczęście i na fochy znajdzie się sposób! Najważniejsze to uświadomić sobie problem i… Przeczytać do końca poniższy artykuł 🙂

Żeby radzić sobie z bierną agresją, trzeba ją przede wszystkim rozpoznawać. Niestety, zachowań tego rodzaju jest niemało. Ludzka kreatywność nie ma sobie równych, gdy chodzi o ranienie innych. A oto najczęściej spotykane przejawy biernej agresji:

1. Unikanie odpowiedzialności

To nigdy nie jest ich wina. Za wszystko jesteś odpowiedzialny ty lub czynniki trzecie. Spóźniła się przez korki w mieście. Obiad się przypalił, bo piecyk za mocno grzeje, a on musiał na chwilkę pójść do toalety. Pracę domową zjadł jej pies. W domu wcale nie ma brudu, tylko z ciebie jest pedantka. Jednym słowem: wymówki i obwinianie. Prędzej nauczysz kota aportować, niż zobaczysz jak osoba biernie agresywna bierze odpowiedzialność za zawiedzenie czyichś oczekiwań.   

2. Utrzymywanie nastroju, który cię rani

Gdy foch to za mało, następują ciche dni. Atmosfera robi się gęsta i napięta. Na zadawane pytania otrzymujesz zdawkowe odpowiedzi, westchnięcia, prychnięcia lub nic. Wzrok skupia się na wszystkim poza tobą, a twarz zdobi ból, rozczarowanie i śmiertelna uraza. Czy to aby na pewno odpowiednia kara za zjedzenie ostatniego kawałka pizzy? Choć urażony stara się tu odgrywać ofiarę, tak naprawdę mści się na tobie w wyjątkowo wyrafinowany sposób, z niekłamaną przyjemnością patrząc, jak miotasz się, próbując przepraszać, domyślać się o co chodzi i poprawiać mu humor. Z niekłamaną przyjemnością, bo w tej sytuacji ma nad tobą kontrolę.

3. Obrzydzanie cudzej radości

Opowiedziałaś przyjaciółce o tym jaki kochany jest twój narzeczony. Ona smutnym tonem odparła:

– Ech, chociaż ty masz dobrze, bo z moim Zbyszkiem to tragedia…

Pochwaliłaś się właśnie mamie swoim pierścionkiem zaręczynowym. Usłyszałaś że diament mógłby być większy.

Dostałeś awans w pracy. Twój kolega przyszedł ci pogratulować, dodając że tak naprawdę otrzymujesz tylko pusty tytuł, ale i tak się cieszy twoim „sukcesem”.

No nie dogodzisz. Zamiast cieszyć się z tobą, agresor ukarze cię, gdyż miałeś czelność zaznać trochę radości. Nie masz do tego prawa. Masz czuć się winny temu, że on cierpi, a jeśli spotkało cię coś miłego, to tak naprawdę wcale nie było miłe. Dość krzywdzący sposób radzenia sobie z zazdrością.  

4. Usta mówią „tak”, zachowanie mówi „nigdy!”

Ziemniaki się ugotowały, czyli obiad jest gotowy. Wołasz męża. On krzyczy, że już idzie, po czym mija 5 minut i wciąż go nie ma.

Prosisz córkę o posprzątanie. Zgadza się to zrobić zanim wrócisz z pracy. Wróciłeś… i wciąż jest brudno. Pytasz ją, czemu nie posprzątała, a ona beztrosko odpowiada, iż zapomniała.

Nie możesz odebrać dziś dzieci z przedszkola, więc zwracasz się z prośbą o pomoc do teścia, który szybko zgadza się po nie pojechać. Wieczorem wracasz do pustego domu. Panika! Gdzie jest twoje potomstwo? Dzwonisz, by wyjaśnić sprawę. Teść nie odebrał wnuków z przedszkola. Jak twierdzi, myślał, że chodziło ci o jutrzejszy dzień.

Po co mówić innemu człowiekowi wprost, że nie chce się czegoś zrobić, skoro tak przyjemnie jest kontrolować sytuację i zemścić się na nim za posiadanie jakichkolwiek oczekiwań wobec ciebie?

5. Zatruwanie złością

Dla biernego agresora nie ma większej przyjemności niż oglądanie, jak puszczają ci nerwy. W końcu wyrażasz za niego złość, której nie umie ujawnić, więc karmi się twoją. Wykorzysta każdą broń w swoim arsenale, by doprowadzić cię do wrzenia, po czym zarzuci ci brak kontroli nad sobą i agresywne zachowanie. Może też wykorzystać osoby trzecie, by odegrały jego złość. Na pewno  pamiętacie, jak denerwowaliście się kiedyś na partnera/kolegę/dziecko wujka/mamy/kuzyna/przyjaciółki po usłyszeniu opowieści o tym, jak się zachowuje. Prawdopodobnie sam zainteresowany tej opowieści nie usłyszał.

Niektórzy tylko czekają, aż wybuchniesz. W ten sposób wyrazisz za nich złość.

 .

Bierna agresja to złożony problem. Dotyczy całego systemu relacji, w którego samym środku tkwisz właśnie ty. Proces radzenia sobie z nią warto więc rozpatrzyć przynajmniej na trzech poziomach:

1. Moja bierna agresja

2. Cudza bierna agresja

3. Nasza bierna agresja

Zmiany najlepiej zacząć od siebie, dlatego tym razem zajmiemy się radzeniem sobie z własną ukrytą złością.

 

1. Zaakceptuj złość w swoim życiu

Nie ma złych uczuć. Smutku potrzebujemy tak samo jak radości. Nawet odraza pełni bardzo konkretne funkcje i służy twojemu przetrwaniu. Złość nie jest wyjątkiem. Nieważne jak usilnie ktoś starał się przekonać cię, że to brzydko się złościć, że nie wypada, że nie wolno, nie da się wyłączyć tego uczucia. Potrzebujesz go, a co najważniejsze – masz do niego prawo.

„Mam prawo się złościć!”

Zapisz tę myśl na ozdobnym papierze, opraw w ramki, przyklej na lustrze, monitorze, maselniczce i wózeczku dziecięcym. Powtarzaj ją w głowie tak długo, aż uwierzysz. Jeśli Goebbelsowi udało się w ten sposób przekonać społeczeństwo, tobie uda się z jedną osobą! Zezłość się w końcu porządnie i warknij że wkurwia cię ten burdel w zlewie! Masz do tego prawo.

Zezłość się! To Twoje święte prawo.

2. Zidentyfikuj źródła złości i swoje oczekiwania

Zastanów się, kiedy ostatnio strzeliłaś focha albo rzuciłaś sarkastyczną uwagę. Co takiego się wydarzyło, gdy ostatnim razem zmarszczyłaś brwi, mówiąc „nic” albo „domyśl się”? O jakiej sytuacji plotkowałaś z przyjaciółką? Wyniki swoich przemyśleń zapisz, np. w ten w sposób:

Emocje: Sytuacja: Oczekiwania:
Złość. W zlewie są brudne naczynia. Pusty zlew, zmyte naczynia.
Mega złość!!! Narzeczony flirtuje z moją koleżanką na przyjęciu. Na przyjęciach narzeczony flirtuje tylko ze mną.

 

To proste ćwiczenie pozwoli ci lepiej zorientować się w gąszczu swych nerwów i ułatwi komunikację potrzeb otoczeniu. Wyobraź sobie minę swojego partnera, kiedy zarzuca ci, że nie wiesz czego chcesz, a ty podstawiasz mu tę listę pod nos 🙂

 

3. Reaguj natychmiast

Pierwszego dnia starasz się zignorować brudne skarpetki leżące koło łóżka. Oczywiście przeszkadza ci to i poczułaś wręcz ukłucie w boku na ich widok, ale dasz partnerowi szansę, żeby sam się domyślił, co ci przeszkadza. Drugiego dnia te same skarpetki patrzą na ciebie wyzywająco z tego samego miejsca, a ty zaczynasz zaciskać zęby i rzucać wymowne spojrzenia w ich stronę. Pytana, czy aby na pewno wszystko w porządku, cedzisz „tak” i tym razem jesteś już przekonana, że ten idiota domyśli się, o co chodzi. Trzeciego dnia skarpetki już się rozgościły i nawet zaprosiły koleżanki. Obserwujesz nienawistnie, jak bezczelnie relaksują się i tulą do siebie na twojej podłodze. Z oczu strzelają ci pioruny, kark sztywnieje, przybierasz pozę kobry gotowej do ataku.

– No, zawsze wiedziałam że z ciebie czyścioch, ale żeby aż taki pedant, to nie miałam pojęcia, kochanie.

Na jego twarzy maluje się szok i niezrozumienie. Emocje te znajdują ujście w prostym, męskim „hę?”. Wciąż nic. Ok. Nie mogłaś wyrazić się jaśniej. Jutro na pewno sprzątnie te zafajdane skarpety. Odpuszczasz i zasypiasz, wzburzona, lecz pełna nadziei. Czwartego dnia skarpety urządziły regularną orgię. Jedna na drugiej, trzecia na czwartej, piąta na fotelu, a szósta nie wiadomo gdzie. Wszystkie w lubieżnych pozach  zagarniają twą przestrzeń do życia, a ten bałwan leży sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic. Koniec dobroci. Wybuchasz. Awantura na całego. Atakujesz jego charakter, jego kompletny brak poszanowania dla twoich potrzeb i komfortu, nazywasz go paskudnym brudasem, a on, zamiast cię wysłuchać, zaczyna się bronić, zaprzeczać twoim słowom i twierdzić że nad sobą nie panujesz i wybuchasz bez powodu. 

Zwlekanie z ujawnieniem problemu nie tylko gwarantuje masę stresu, ale obniża również szansę na jego rozwiązanie. Gdy rozładowujesz całą nagromadzoną złość naraz, druga strona nie usłyszy, o co właściwie chodzi, bo poczuje się zaatakowana i skupi się na obronie. Efektem będzie jeszcze więcej stresu i wzajemne niezrozumienie. Dyskomfort należy ujawnić natychmiast, kiedy jest jeszcze tylko malutkim ukłuciem w boku. Wtedy dużo łatwiej się nim zająć i tobie i drugiej osobie. Jest duża różnica między „Ty parszywy brudasie, w ogóle o mnie nie dbasz”, a „Denerwują mnie skarpetki leżące na podłodze”. W codziennej bieganinie nie zdążysz ujawnić wszystkiego, co cię razi. Czasem zwyczajnie nie będziesz mieć na to siły, a czasem bezmyślnie wpadniesz w schemat ukrywania złości. Wtedy możesz poratować się zapisaniem problemu i swoich uczuć. Myśl ucieknie z głowy na papier, zabierając ze sobą trochę napięcia i zwiększając szansę na to, że ujawnisz problem w dogodnej chwili.

4. Ćwicz asertywność

Nie wyrażając złości i sprzeciwu otwarcie, nie uczysz się języka ani zdolności potrzebnych do ich wyrażania. Po prostu nie wiesz jak powiedzieć „nie”. Spokojnie, tego można się nauczyć. Wystarczy przyłożyć się do treningu asertywności. Asertywność jest zbiorem konkretnych umiejętności umożliwiających uprzejme, dyplomatyczne i stanowcze wyrażanie swoich uczuć, potrzeb oraz opinii.

Jej podstawą jest komunikat „ja”, czyli nie mówimy „TY nabrudziłeś”, tylko „przeszkadza MI, że koło łóżka leżą skarpetki”. Jak widać, unikamy ogólników, a skupiamy się na jak najdokładniejszym opisie faktów. „Brudno” to opinia. „Na podłodze leżą skarpetki” to smutny fakt.

Nie jest łatwo tak nagle zacząć komunikować się inaczej niż dotychczas, więc najlepiej zacznij od czegoś małego. Poćwicz wypowiadanie zdania „To rani moje uczucia”. Temat asertywności na pewno jeszcze nieraz zagości na tym blogu, ale jeśli nie możesz czekać, rozejrzyj się za literaturą na ten temat, albo jeszcze lepiej, popytaj o warsztaty z asertywności prowadzone w Twoim mieście.

5. Rozważ psychoterapię

Zachowania biernie-agresywne kształtują się od urodzenia i są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Samą świadomością i siłą woli nie zrzucisz z barków tego ciężaru. Wizyta u wykwalifikowanego specjalisty pomoże przyjrzeć ci się destrukcyjnym schematom, które przewijają się w historii twoich relacji i dotrzeć do ich źródeł. Terapeuta stworzy dla ciebie bezpieczną przestrzeń, w której przepracujesz bolesne wspomnienia z dzieciństwa i wykształcisz bardziej funkcjonalne sposoby komunikacji.

 

Wprowadzenie tych porad w życie nie rozwiąże twojego problemu od razu. Pewnych rzeczy uczymy się przez całe życie, więc nie warto oczekiwać cudów w kwestii prędkości ich oduczania. Na początku nie będzie idealnie i nieraz, mimo najlepszych chęci, zachowasz się biernie agresywnie. Zwracaj na to uwagę, ale nie poświęcaj temu więcej emocji, niż to potrzebne. Nie od razu Rzym zbudowano, nie od razu złość wyrażono otwarcie. Ważne by uparcie, pomalutku dążyć do pozytywnej zmiany. Masz gwarancję studenta psychologii, że stosując się do tych porad, osiągniesz progres i uwolnisz się od części napięć uprzykrzających twój żywot.

W następnym artykule opiszę metody obrony przed cudzą bierną agresją oraz sposoby na usprawnienie relacji dotkniętej tym problemem.

Autorem powyższego artykułu jest Pan Jaskiniowy, student i pasjonat psychologii. Zaprosiłam mego lubego do współpracy, gdyż jego wiedza na temat ludzkiej psychiki znacznie przewyższa moją 😉 Jeśli tekst się podobał, dajcie lajka [tutaj]. Komentarze też są bardzo mile widziane 🙂

 

Źródła:

Martin Kantor, Passive Aggression – A Guide for the Therapist, the Patient and the Victim

Tim Murphy, Loriann Hoff Oberlin, Overcoming Passive-Aggression: How to Stop Hidden Anger from Spoiling Your Relationships, Career and Happiness

Fochy, choroby autoimmunologiczne i bierna agresja

Niespodziewane przyjęcie w mieszkaniu znajomych. Ty mimo braku czasu pięknie się wystroiłaś. Twój partner zdążył tylko narzucić marynarkę na codzienne ciuchy.
Jest zabawnie. Ludzie wymieniają się anegdotami, zawierają nowe znajomości, niektórzy nawet tańczą. W pewnym momencie ktoś chwali Twoją kreację:

– Wow! Wyglądasz dziś naprawdę odlotowo!
Twój partner dodaje od siebie:
– No, naprawdę super! Zupełnie jak nie ty…
Przeciąga ostatnie słowa z sarkastycznym uśmiechem, patrząc Ci w oczy.

 

Wracasz do domu. Od razu kierujesz wzrok na półeczkę na buty. Mąż jest w domu, butów nie ma na półeczce, czyli znajdują się… Oczywiście, że na podłodze koło półki! A przecież mówiłaś tysiąc razy, żeby odkładał te cholerne buty na tę cholerną półeczkę! Właśnie wychodzi z pokoju, by się z Tobą przywitać. Pyta, czy wszystko w porządku. Nie dajesz nic po sobie poznać. Przewracasz oczami, zaciskasz usta i rzucasz krótkie „tak”, po czym znikasz w łazience. Powinien się domyślić!

 

Poprosiłeś współpracownika o wysłanie maila do ważnego klienta. Na początku był niechętny, ale w końcu się zgodził. Czekałeś na odpowiedź na tyle długo, że zacząłeś się niepokoić. Zapytałeś go, czy na pewno wysłał tę wiadomość. Potwierdził. Coś ci jednak nie pasowało, więc postanowiłeś trochę go przycisnąć. Sprawdziliście folder „wysłane” w jego skrzynce. Rzeczywiście, wysłał, tylko do innego klienta. Zezłościłeś się i powiedziałeś mu o tym. W odpowiedzi usłyszałeś:

– No co ty, zwykła ludzka pomyłka. Przesadzasz! W ogóle nad sobą nie panujesz!…

 

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie co łączy te historie, poradź się swoich emocji. Czujesz napięcie karku, ciepło na twarzy i przyspieszone bicie serca? Zgadłeś, chodzi o złość.  Bardzo specyficzny rodzaj złości, wyrażonej nie wprost, lecz naokoło. To złość skrywana za maską uśmiechu, atakująca znienacka, próbująca skryć swą tożsamość przed swymi ofiarami i sobą samą. Jej imię to bierna agresja.

Otwartą agresję bardzo łatwo rozpoznać: jest jak wyciągnięcie miecza i przygotowanie się do pojedynku. Bierna przypomina przyjacielskie klepanie po plecach połączone z wbijaniem w nie sztyletów.

Ale o co w ogóle chodzi tym ludziom? Czy nie mogą po prostu powiedzieć, co im nie pasuje? No właśnie nie mogą i kryją się za tym lata powtarzanych, ciężkich doświadczeń. Zachowania biernie-agresywne rozwijają się w sytuacjach, w których otwarty konflikt i otwarte wyrażanie siebie są uniemożliwione lub karane. Ludzie zachowujący się w ten sposób naprawdę nie mogli mówić otwarcie o swoim niezadowoleniu. I o ile nie uświadomią sobie swojego problemu, będzie on przez cały czas wpływał na ich relacje z otoczeniem, powodując wiele smutku i ciągłych wyrzutów.

Życie z bierną agresją jest cholernie napięte. Zarówno osoby mające z tym problem, jak i osoby przebywające w otoczeniu biernie agresywnych, cierpią z powodu chronicznego stresu. Spróbuj wyobrazić sobie, że nie możesz nikomu powiedzieć, że coś ci nie odpowiada. Że z czymś jest ci źle. Że nie chcesz czegoś robić. Nie możesz też pokazać złości, smutku, niezadowolenia. W każdym momencie jesteś narażony na konieczność robienia czegoś, z czym się nie zgadzasz, a Twoje sposoby okazywania niezadowolenia, na przykład sarkastyczne uwagi, spotykają się z niechęcią i niezrozumieniem. Teraz spróbuj sobie wyobrazić życie z taką osobą. Nigdy nie wiesz, czy zrobi to, o co ją prosisz. Nigdy nie dowiesz się, z której strony i w którym momencie nadejdzie atak. Nigdy nie powie ci otwarcie o co chodzi i ciągle musisz domyślać się, co tym razem zrobiłeś nie tak.

Brzmi znajomo? Jeśli do tej pory bagatelizowałeś takie zachowania, proponuję przyjrzeć im się raz jeszcze. Są one silnie związane z chronicznym stresem i mogą pogarszać twój stan zdrowia, a nawet przyczynić się do powstania choroby! Nauka dostarcza coraz to nowych badań na ten temat. Wiemy już, że przedłużająca się ekspozycja na stres może zwiększać ryzyko chorób autoimmunologicznych. Co więcej, mechanizm za to odpowiedzialny pojawia się wyraźniej u kobiet. A to właśnie panie częściej cierpią na choroby autoimmunologiczne (78% wszystkich chorych)! Częściej są też biernie agresywne. Dzieje się tak zapewne dlatego, że są mniejsze i otwarty konflikt z, powiedzmy, pijanym mężem, mógłby skończyć się drastycznie. Wiemy też, że skumulowany stres z dzieciństwa zwiększa ryzyko hospitalizacji ze zdiagnozowaną chorobą autoimmunologiczną w wieku dorosłym. Podczas obserwacji klinicznych zauważono, iż powtarzające się, stresujące wydarzenia często poprzedzały rzuty chorób autoimmunologicznych dotykających układu hormonalnego.

Pamiętaj, że ukrywana złość działa jak trucizna przeznaczona dla kogoś innego, którą wypijasz Ty. To Ty dźwigasz ten ciężar i to Ciebie on atakuje. Kto wie, może gdy robi się tak wystarczająco długo, ciało bierze przykład z emocji i zaczyna atakować samo siebie?… Niewyrażanie uczuć niesie ze sobą tragiczne konsekwencje. A jeśli już jesteśmy chorzy, może znacznie pogorszyć nasz stan.

Przyczyny biernej agresji

Jeśli czujesz, że zachowania bierno-agresywne mogą być i twoim problemem, zachęcam do bacznego przyjrzenia się im. Zacznijmy od analizy przyczyn, które oczywiście kryją się w dzieciństwie. Te najbardziej wyraziste to:

1. Problemy z poczuciem kontroli

Wyobraź sobie małego Bartusia, któremu mama kupiła do szkoły prześliczną kurtkę w misie. Według niego jest paskudna i babska. Mówi więc, zły:

 – Nie chcę tego nosić!

Mama odpowiada:

 – Nie będziesz tak do mnie mówił i będziesz nosił to, co ci każę! – po czym zakłada mu kurtkę siłą i wysyła go do szkoły. Bartuś właśnie nauczył się, że otwarte wyrażanie niezadowolenia jest z góry skazane na niepowodzenie. Prawdopodobnie któregoś dnia kurtka „przypadkiem” podrze się na szkolnym murku.

2. Brak umiejętności otwartego wyrażania emocji

Dzieci widzą, co robią ich rodzice. Widzą więcej, niż myślimy, a co gorsze, chłoną wszystko jak gąbka. Obrazek z życia – mama nie lubi sprzątać, . Chodzi cały dzień napięta, wzdycha, złorzeczy pod nosem, kiedy wyciera kurze, a gdy ktoś ją zapyta, czy coś jest nie tak, odpowiada:

– Nie, nie, wszystko w porządku…  –  po czym znowu wzdycha i wywraca oczami.

W końcu ojciec nie wytrzymuje i mówi żonie, żeby przestała sprzątać, on dokończy. Ona wzdycha jeszcze raz i rzecze :

– No dobrze, skoro nalegasz…

Sprawę pewnie załatwiłoby „Nie lubię sprzątać, denerwuje mnie to. Potrzebuję pomocy”. Niestety, dziecko nauczyło się czegoś zupełnie odwrotnego. Wyrażania emocji pośrednio, w zawoalowany sposób. Nauczyło się też, że inni powinni domyślać się jego potrzeb.

Co robisz / co naprawdę masz ochotę zrobić

3. Zakaz wyrażania pewnych uczuć

Mała Gosia miała ciężki dzień w przedszkolu. Koleżanka nadepnęła na jej ulubioną zabawkę. Na obiad była paskudna wątróbka, której nie chciała jeść, za co pani posłała ją do kąta. Musiała w dodatku czekać pół godziny dłużej niż zwykle, aż mama po nią przyjedzie. Zrozumiałe więc, że gdy mama w końcu przyjechała, Gosia spojrzała na nią ze wściekłością, tupnęła nóżką i głośno powiedziała:

 –  Dlaczego jesteś tak późno? Siedziałam tu sama, nudziłam się i jestem wściekła!

Mama zaczerwieniła się, nabrała powietrza i odpowiedziała równie wściekła:

– Jak śmiesz mówić tak do własnej matki, niewdzięczna smarkulo?! Nikt cię nie uczył, że dziewczynki się tak nie zachowują?! Masz zachowywać się tak, jak przystoi młodej damie, a za ten wybryk pójdziesz dzisiaj spać bez kolacji.  Zasłużyłaś na to!

Tak właśnie uczy się dzieci, że pewne emocje są złe i nie wolno im ich wyrażać. Poprzez karę i potępienie. Gosia nie przestanie się złościć, bo nie da się w człowieku wyłączyć żadnego uczucia. Po prostu zacznie to ukrywać.

 

Po tak intensywnym treningu dzieciaki wyrosną na prawdziwych „ekspertów” od pośredniego wyrażania wrogości. Poniżej przedstawiam wybrane zachowania, którymi będą dręczyć siebie i innych. Jest ich oczywiście o wiele więcej, ale by opisać wszystkie, trzeba by stworzyć co najmniej kilka artykułów na ten temat.

Wybrane przejawy biernej agresji

1. Odcięcie komunikacji

Jeden z dwóch składników popularnego focha. Ktoś przestaje się do ciebie odzywać. Siedzi i milczy, a pytany o co chodzi, milczy dalej i jeszcze bardziej zawzięcie. Koleżanka przestaje dzwonić, mamusia nie odbiera telefonów, kolega przestaje zapraszać cię na imprezy, współpracownik nie informuje cię o spotkaniu pracowników.

2. Odcięcie afektu

Drugi składnik focha. Bliska ci osoba nagle staje się oziębła. Znikają uśmiechy, zostaje tylko zbolała, ewentualnie zawiedziona mina. Możesz zapomnieć o miłych słowach albo ciepłym dotyku. Przytulisz się, co najwyżej, do kota.

3. Sarkazm

– Kochanie, pójdziemy do kina na tę nową komedię romantyczną?

– O, bardzo chętnie, wprost uwielbiam komedie romantyczne.

Kolejny sposób na zamaskowanie swojego niezadowolenia. Trujący i nieuchwytny, ciężko się z nim skonfrontować, bo używający sarkazmu zawsze może ci zarzucić brak poczucia humoru albo nadwrażliwość. Dla osoby postronnej może brzmieć niewinnie, ale ciebie przecież boli. Niektórzy twierdzą, że ta umiejętność to oznaka inteligencji. Ja twierdzę, że to nieumiejętność otwartego wyrażania emocji.

Tak, hm, to szalenie interesujące co mówisz…

4. Plotkowanie, angażowanie osób trzecich

Kiedy nie potrafimy powiedzieć drugiej osobie wprost, że coś jest nie tak, rozładowujemy napięcie, mówiąc o problemie każdemu naokoło. Ile te biedne mamy nasłuchały się o swoich okropnych zięciach, ile córki o tym jaki tatuś jest podły, ile te biedne przyjaciółki o koszmarnych chłopakach, a ile kumple od kielicha o tych wstrętnych babach? Problemu to raczej nie rozwiąże, a tylko psuje opinie zainteresowanego, który często nawet nie wie, że  w związku są jakieś trudności.

5. Prokrastynacja

Chce, ale nie może. Próbuje się za to zabrać, tylko ciągle ma tysiąc spraw na głowie. Zrealizowanie  zadania zostaje odwleczone na ostatnią chwilę, przez co obniża się jakość wykonania. Zlew cieknie już dwa tygodnie, a po prędkiej naprawie psuje się po dwóch dniach. Zakup biletów na wakacje jest odwlekany aż do czerwca, kiedy to niespodziewanie się okazuje, że podrożały i nie stać was już na wymarzony wyjazd. To oczywiście wszystko twoja wina, bo masz wygórowane wymagania i nie rozumiesz, że zdarzają się wypadki losowe. Bardzo przebiegła i trudna w wykryciu manipulacja, bo okazanie niezadowolenia rozwleka się w czasie.

.

Warto pamiętać, że bierna agresja nigdy nie jest problemem wyłącznie jednej ze stron. Dlatego nie próbuj obarczać winą partnera, ale też nie bierz całej odpowiedzialności na swoje barki. Wspólne działanie pozwoli Wam łatwiej i skuteczniej uporać się z zachowaniami biernie-agresywnymi oraz przestać się wzajemnie ranić.

Zachęcam Was, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, do zwrócenia bacznej uwagi na bierną agresję. Dajcie znać, czy któreś z opisanych problemów i zachowań pojawiają się w Waszym życiu. A nuż okaże się, że zwęszyliśmy niezły trop i Wasze fochy lub fochy partnera mają jasną przyczynę.

Jeśli temat Was zainteresował, kontynuację artykułu znajdziecie [tutaj].

 

Autorem powyższego artykułu jest Pan Jaskiniowy, student i pasjonat psychologii. Ja tym razem posłużyłam tylko jako edytor 😉 Uznałam, że Pan Jaskiniowy w bardziej fachowy niż ja sposób opowie Wam o biernej agresji. Jeśli macie pytania do poruszonego dziś zagadnienia lub jakiekolwiek uwagi – zachęcam do zostawienia komentarza 🙂

Źródła:

http://www.karger.com/Article/Abstract/181094

http://nocamels.com/2013/05/lets-relax-researchers-show-stress-leads-to-increase-in-autoimmune-diseases/

http://www.medicinenet.com/script/main/art.asp?articlekey=60918

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/19188532

http://www.news-medical.net/news/20150102/Stress-can-trigger-diabetes-depression-and-other-autoimmune-diseases.aspx

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2527069/

Na szczyty dochodzi się, idąc pod górę.

Czasem chcielibyśmy, by w życiu wszystko szło jak po maśle i dlatego tak bardzo bolą nas niepowodzenia i trudności. Musimy jednak pamiętać o jednym: na masło najpierw trzeba zapracować. I trwa to niekiedy wiele lat.

Nie bierz nic za pewnik

Jak przyjemnie jest osiągnąć sukces! Rozpiera wtedy człowieka duma i niezwykłe szczęście. Chcielibyśmy myśleć, że powodzenie dane nam zostało na zawsze, że teraz możemy już spocząć na laurach i kąpać się w morzu obfitości. Niestety, we Wszechświecie jedyną stałą jest zmienna. Nasze istnienie obfituje w niespodzianki. Dlatego warto zaopatrzyć się w pewien „pakiet ubezpieczeniowy”.

Chcesz wieść pomyślne życie? Rozwijaj się i pracuj, w każdej dziedzinie! W przeciwnym razie bardzo szybko utracisz to, co osiągnąłeś. W życiu zawodowym konieczne są kursy, szkolenia i chęć samokształcenia: wyobraź sobie chociażby lekarza, który swoją praktykę medyczną opiera wyłącznie na wiedzy ze studiów, często już nieaktualnej. Czy uda mu się przyciągnąć wielu pacjentów? Nie sądzę. 

Ta zasada tyczy się także związków. Na początku starasz się, by zachwycić drugą osobę. Po ślubie możesz zyskać wrażenie, że jest Ci ona dana na zawsze. To oczywiście demotywuje. Przestajesz o siebie dbać, przybywa ci kilka kilogramów… Z drugiej strony widzisz partnera chodzącego po domu w starych dresach, zupełnie nieatrakcyjnego dla Twojego zmysłu wzroku… Pewnego dnia budzisz się przerażony: gdzie się podziała się osoba, którą pokochałeś? Twoją drugą połówkę ogarnia to samo uczucie: Hej, przecież to nie mój ukochany!

Miej cel i do niego dąż!

Benjamin Disraeli powiedział kiedyś: „Życie jest zbyt krótkie, by było małe”. Trochę rozwinę tę myśl i dodam od siebie: „Życie jest za krótkie, byśmy błąkali się po nim bez celu”.

Każdy z nas ma marzenia. Tylko czemu tak nieliczni decydują się dążyć do ich spełnienia?… Niech marzenia staną się Twoim celem. A jeszcze lepiej – niech będą duże! Wyobraź sobie na horyzoncie wysoki szczyt. Owszem, będziesz musiał pokonać wiele trudności, by go zdobyć, ale jakie krajobrazy czekają na Ciebie po drodze! Czasem możesz bać się, że ta góra cię przerasta, że nie leży w twoim zasięgu, że lepiej trzymać się płaskiej doliny… Spacer po nizinie oczywiście może być całkiem przyjemny, jednak na pewno nie zaprowadzi Cię na szczyt. Przykro mi.

Możliwość spełnienia marzeń może niekiedy wydać nam się przerażająca: a co, jeśli nie podołamy? Nic, zupełnie nic! Liczy się sama droga. Idąc do góry, rozwijasz się. Możesz nie osiągnąć szczytu, ale i tak pokonałeś wiele ze swoich ograniczeń i zmieniłeś się. Jesteś wyżej, niż byłeś. Zyskałeś nową perspektywę. Wierzchołek to wisienka, ale i bez niej tort będzie przepyszny.

Na wszystko trzeba zapracować

Niewielu znajdziemy ludzi, którym szczęście spadło z nieba. A nawet jeśli tak się dzieje, konieczne jest włożenie wysiłku, by pomyślność utrzymać.

Życie jest sumą i konsekwencją drobnych decyzji podjętych w przeszłości. „Nikt z nas nie budzi się nagle w celi więziennej, na sali rozpraw sądowych ani też na Oddziale Intensywnej Opieki medycznej. Zdarzenia takie są bezpośrednim wynikiem poprzedzających je długotrwałych procesów myślowych” (Randy Gage).

Brak wysiłku pociąga za sobą brak sukcesu. W każdej dziedzinie.

Chciałbyś być zdrowy? Zmień dietę, ruszaj się, rzuć nałogi, zajmij się stresem i problemami z przeszłości. Tak, wiem: fajnie byłoby zajadać się hamburgerami i czekoladą, później zażyć tabletkę i czuć się kwitnąco. Niestety, Twój obecny stan zdrowia jest wypadkową dotychczasowego trybu życia i inaczej być nie może. Więcej na ten temat przeczytasz [tutaj].

Marzysz o sukcesie zawodowym? Wyznacz sobie ścieżkę. Wybierz kierunek studiów, który pozwoli Ci osiągnąć cel. Czytaj i rozwijaj się. Znajdź szkolenia w interesującej Cię dziedzinie. Łudzisz się, że wymarzona praca sama do Ciebie przyjdzie? Tak dobrze to nie ma!

Pragniesz szczęśliwego związku? Dbaj o siebie i bądź ciągle atrakcyjny dla swojego partnera! Zapraszajcie się nawzajem na randki, nawet po ślubie. Znajdujcie czas tylko dla siebie. Rozmawiajcie o swoich uczuciach i oczekiwaniach. Dobry związek też wymaga pracy!

Chcesz mieć mądre i wspaniałe dzieci? Włóż wysiłek w ich wychowanie! W epoce tabletów, smartfonów i Internetu łatwo zrzucić odpowiedzialność za nauczanie i opiekę na sprzęty elektroniczne. Jeśli jednak już zdecydowałeś się na potomstwo, zaopiekuj się nim, pokaż, jak dobrze żyć, jak podejmować decyzje. Rozmawiajcie. Dziecko tabletowe w przyszłości nie będzie żywiło do ciebie ani szacunku, ani miłości.

Życie jest piękne

Życie jest piękne właśnie dlatego, że jest zmienne. Możliwość utraty tego, co mamy, najskuteczniej motywuje do działania.

Twoje marzenia czekają na spełnienie. Tylko od Ciebie zależy, czy po nie sięgniesz. Szczęściu trzeba dopomóc, samo nie przyjdzie.

Trzymajcie się zdrowo!

A na mój facebook traficie [tutaj].

P.S. W tytule artykułu użyłam słów Jacka Pulikowskiego. Co prawda nie zgadzam się z nim w wielu kwestiach, jednak w tym przypadku ma absolutną rację 🙂

Ostrożnie z syntetyczną witaminą D!

Życie w Polsce pociąga za sobą niedobory witaminy D i dlatego ostatnio coraz więcej reklam zachęca nas do suplementacji. Zanim jednak pobiegniecie do apteki, zapoznajcie się z moimi doświadczeniami.

Po pierwsze: badania!

Zachęcam Was do wykonania prostego badania – oznaczenia metabolitu 25 OH. Jego koszt to ok. czterdzieści złotych (przynajmniej w Łodzi). Niestety, lekarz pierwszego kontaktu nie może go zlecić.

Teoretycznie możemy założyć, że niemal każdy Polak cierpi na niedobory witaminy D. Mimo to oznaczenie jej poziomu jest konieczne – dzięki temu dowiemy się, jak znaczny jest nasz niedobór i jaką dawkę suplementu powinniśmy przyjąć. Profilaktycznie zaleca się 1000 jednostek, jednak dla części osób taka dawka może być kroplą (albo małym promyczkiem słońca) w morzu potrzeb.

Oczywiście najzdrowiej czerpać witaminę D ze słońca, ale taką opcję mamy tylko latem… Pamiętajcie też, że nie należy przesadnie stosować kremów z filtrami, bo wtedy narażamy się na niedobory witaminy D!

Objawy niedoboru

Istnieje kilka „grup ryzyka”, które są szczególnie narażone na niedobory witaminy D. Są to przede wszystkim osoby cierpiące na:

choroby autoimmunologiczne – przytoczę tu jedno z badań, pokazujące, że pacjenci ze stwardnieniem rozsianym mają zdecydowanie niższy poziom witaminy D niż osoby zdrowe [źródło]

cukrzycę i choroby serca oraz naczyń krwionośnych – oczywiście obszar ten wymaga dalszych badań [źródło]

raka – związek między witaminą D a rakiem jest wciąż badany, jednak dotychczasowe wyniki pokazały, że wyższy poziom witaminy D był np. związany z mniejszym ryzykiem raka prostaty [źródło]

osteoporozę [źródło]

Działanie

Witamina D ma dobroczynny wpływ na funkcjonowanie układu immunologicznego [źródło]. Ponadto oczywiście od jej poziomu zależy zdrowie kości i zębów oraz serca i układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe, receptory witaminy D znajdują się we wszystkich komórkach, a więc tak naprawdę nie do końca jest poznany jej wpływ na nasz organizm [źródło].

Pamiętaj, wszystko z umiarem! Witaminy to nie cukierki! Gdy już suplementujesz witaminę D, badaj jej poziom co jakiś czas. Może być konieczne obniżenie lub zwiększenie dawki.

Suplementacja

W moim wypadku poziom witaminy D po wakacjach wyniósł 12, a norma to 30 (chociaż część lekarzy twierdzi, że optymalny poziom wynosi ok. 50, zwłaszcza w przypadku osób chorych). Dlatego zażywałam najpierw 1000 jednostek, a potem 2000. Następnie naczytałam się na temat znaczenia witaminy D w chorobach autoimmunologicznych i sięgnęłam po 4000 jednostek. I to był mój błąd: powinnam była się zbadać, a dopiero potem rozważyć taką suplementację.

Po jakimś czasie zaczęło boleć mnie serce. Powiązałam ten niepokojący objaw z niedoczynnością tarczycy. Na szczęście lekarka uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może obciążyć serce! Odstawiłam więc tabletki. Ból minął.

Witamina D a magnez

Miałam niezwykłe szczęście, bo jedna z internetowych znajomych uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może powodować niedobór magnezu!

Witaminy to nie cukierki. Dlatego konieczne jest zachowanie zdrowego rozsądku. O ile nie otrzymamy wyraźnego zalecenia lekarza – nie przyjmujmy suplementów w niebotycznych ilościach. Powiązania między minerałami i witaminami wciąż są badane. Wiemy jednak, że witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Jeśli mielibyście ochotę poczytać więcej na ten temat, zapraszam [tutaj] i [tutaj], a po polsku [tutaj].

Nie ma się co oszukiwać: suplementacja nie jest niewinną igraszką. Duże dawki jednej witaminy mogą pociągnąć za sobą konieczność przyjmowania innych preparatów… Uważajmy, by nie skończyć z garścią tabletek do codziennego zażywania!

Suplementuj się z głową!

Musimy pamiętać, że w pożywieniu witaminy i minerały współwystępują i działają synergicznie. Suplementy, owszem, zawierają powyższe substancje, jednak w postaci wyizolowanej. Nie wiemy jeszcze do końca, jak nasze organizmy je przyjmą w takiej formie i jak dane związki współdziałają lub się wykluczają. Co prawda prowadzonych jest coraz więcej badań na ten temat, jednak ocean naszej niewiedzy wciąż przeraża swoją objętością.

Co więc robić? Używać suplementów, ale z głową! Jestem zdania, że mądra suplementacja może nam pomóc, zwłaszcza w przypadku chorób. Nigdy jednak nie działajmy na własną rękę! Lekarz czy dietetyk kliniczny udzieli nam fachowej porady. Do tego oczywiście regularne badania to podstawa. Zadbajmy też o różnorodność diety, ograniczmy cukier, odrzućmy tłuszcze trans i przetworzoną żywność, a będziemy tętnić zdrowiem i radością 🙂 

 

Trzymajcie się zdrowo! A mój Facebook znajdziecie [tutaj].

Ulecz ducha, ulecz ciało!

Kiedy choroba Hashimoto zaczęła dawać mi się we znaki, postanowiłam zrobić wszystko, co w mojej mocy, by uleczyć niedomagające ciało. Byłam przekonana, że to właśnie w nim tkwi rozwiązanie i wystarczy naprawić tarczycę, nadnercza oraz dostarczyć mu odpowiednich składników odżywczych, a wszystko będzie dobrze. Zapomniałam jednak o jednym. O psychice.

Od zawsze fascynowały mnie zagadnienia z dziedziny psychologii oraz duchowości. Na początku studiów czytałam na ten temat naprawdę dużo. Pragnęłam zrozumieć nie tylko motywy swojego zachowania, ale też pobudki innych. Przez moje ręce przewinęły się między innymi książki Osho, Anthony’ego de Mello, Neale’a Walscha, Louise Hay… Dzięki tym pozycjom urosła we mnie wiara, że we Wszechświecie istnieje porządek i ład. W pewnym momencie zaprzestałam jednak czytania lektur o tej tematyce: zajęłam się pracą licencjacką oraz magisterską, zaś później podjęłam pracę, która wiązała się z dużym stresem… Wkrótce potem zaczęłam chorować. Straciłam wiarę i motywację, a moja psychika podupadła.

Dieta i suplementy – to nie wszystko!

Kiedy przeżywałam rzut Hashimoto, skupiłam się na leczeniu ciała. Zbadałam się gruntownie, martwiąc się każdym złym wynikiem. Następnie wyrzuciłam z diety wszystko, co potencjalnie mogło mi zaszkodzić, a więc nie tylko gluten i nabiał, ale też pozostałe ziarna, jajka, orzechy, strączki… Na początku obsesyjnie szukałam informacji na temat szkodliwości spożywanych przeze mnie pokarmów. Później, na szczęście, przyjęłam trochę zdrowsze podejście – w przeciwnym razie chyba w ogóle przestałabym jeść, bo wszystko potencjalnie może niszczyć mi tarczycę! Do tego zdecydowałam się na kilka suplementów (np. witaminę D). Było trochę lepiej, ale nie rewelacyjnie. Eksperymentowałam z dietą, ale czegoś wciąż mi brakowało.

Takie podejście to największa pułapka, w jaką łatwo wpaść, gdy staramy się stanąć na nogi. Możemy godzinami czytać o dietach, o mutacjach genetycznych, o tym, jak witaminy i pierwiastki wzajemnie się uzupełniają (lub sobie przeszkadzają)… Ale na dłuższą metę to nas nie uleczy, a sprawi, że będziemy budować przed sobą kolejne przeszkody w dojściu do zdrowia. Musimy pamiętać, że myśl tworzy rzeczywistość. Nadmiar informacji wzbudza w nas ciągły lęk, który niszczy ciało.

Myśl tworzy rzeczywistość

Czy zastanawiało Was kiedyś, dlaczego jedną jednostkę chorobową można przeżywać na tak wiele sposobów? Doskonałym tego przykładem jest choroba Hashimoto: wielu pacjentów praktycznie nie ma żadnych jej objawów, zaś inni cierpią niemiłosiernie z powodu depresji, chorób jelit, bólu stawów… Jak to możliwe? Dlaczego niektórzy muszą stosować specjalne diety, wykluczyć nabiał, gluten i inne pokarmy, zaś inni czują się wspaniale? A co, jeśli odpowiedzą jest… Myśl?

Czyżby podejście do choroby miało większe znaczenie niż sama choroba?…

Wiem, że kiedy nas boli i jest nam smutno, trudno skupić się na czymś, co nie tyczyłoby się zdrowia. Jednak ciągłe myślenie o chorobie jedynie nas w niej utwierdza! Wyobraź sobie, że godzinami przekazujesz swojemu ciału myśl „jestem chora, źle się czuję, świat jest straszny”… Nietrudno przewidzieć, jaka będzie reakcja: stres i jeszcze gorsze samopoczucie! I, o zgrozo, rzeczywiście będziesz chora, zaczniesz się źle czuć, a świat stanie się straszny!

Bóle z przeszłości – bóle w teraźniejszości

Ostatnio natknęłam się na informację, że nasza podświadomość najpełniej kształtuje się do czwartego roku życia. Co to oznacza? Ano to, że na nasze życie wpływają zdarzenia i przeżycia, których nawet nie pamiętamy!

Zakładam, że większość z nas miała trudne dzieciństwo. A jakby tego było mało, części przeżytych trudności nawet nie jesteśmy świadomi! Kiedy dorośniemy, nieprzepracowane lęki i problemy z dzieciństwa mogą wywierać na nas tak silny wpływ, że pojawi się choroba. To bardzo prosty mechanizm: jeśli w dzieciństwie czułeś się niekochany, niedoceniany i źle traktowany, przez kolejne lata będą ciągnąć się za Tobą problemy spowodowane niskim poczuciem własnej wartości oraz brakiem motywacji do działania. Do tego rodzice mogli przekazać ci niechęć, a nawet pogardę do własnego ciała. Taka mieszanka emocji i przeżyć praktycznie gwarantuje chorobę.

Mimo to nawet niełatwe dzieciństwo nie zamyka Ci drogi do zdrowia. Zawsze jest nadzieja! Gdy już zachorowaliśmy, należy wyjść poza chorobę i znaleźć jej możliwe źródła.

Szukaj pozytywów

Na początku bardzo trudno wyjść z pułapki zamartwiania się. To naprawdę wstrętny nałóg! Na szczęście istnieje mnóstwo technik, które pomogą nam przezwyciężyć marazm. Zdaniem Dale’a Carnegie 90% naszego życia składa się z rzeczy dobrych, a tylko 10% ze złych! Dlatego zachęcam Cię, byś na kartce wypisał obiektywnie pozytywy i negatywy, których w życiu doświadczasz. Może się okazać, że dobro jednak przeważa!

Zobaczenie jasnych stron życia to pierwszy krok w wygraniu z chorobą. Później będzie już tylko lepiej.

Zamiast się zamartwiać – działaj!

To, jak będziemy się czuli, zależy przede wszystkim od nas. Lekarz, owszem, może zapisać tabletki, jednak ich działanie można znacznie wzmocnić wiarą i optymizmem! Leczenie farmakologiczne, dieta oraz suplementy muszą zostać połączone z uzdrawianiem naszej psychiki. Co zatem robić?

1. Rozważ psychoterapię

Dobrze poprowadzona psychoterapia może pomóc nam w uporaniu się z demonami przeszłości. Wsparcie specjalisty znacznie przyspieszy proces dochodzenia do zdrowia.

2. Czytaj, czytaj, czytaj…

Na rynku znajdziemy mnóstwo publikacji, dzięki którym możemy zrozumieć motywy naszego postępowania i stawić czoło trudniej przeszłości. Zamiast patrzeć na wieczorny dziennik pełen krwi i przemocy, sięgnij po książkę przywracającą nadzieję i emanującą optymizmem! Poniżej podaję kilka pozycji, które niezwykle mi pomogły. Oczywiście nie mogę zagwarantować, że przemówią także do Ciebie – jednak warto dać im szansę. Przypominam też, że trzy z poniżej wymienionych książek możecie wygrać w organizowanym przeze mnie konkursie „Szczęśliwi mimo choroby” [szczegóły przeczytacie tutaj].

1. Louise Hay: „Możesz odmienić swoje życie

2. Dale Carnegie: „Jak przestać się martwić i zacząć żyć

3. Susan Forward: „Toksyczni rodzice”

4. Anthony de Mello: „Śpiew ptaka”; „Modlitwa Żaby”, „Przebudzenie”

5. Bernie S. Siegel: „Miłość, medycyna i cuda

6. Eckhart Tolle: „Potęga teraźniejszości”

 

3. Wykorzystaj Youtube i inne źródła

Dzięki Internetowi możemy dzielić się ideami szybciej i skuteczniej niż kiedykolwiek w historii. Youtube umożliwia poznanie setek fascynujących i motywujących historii. Mogę polecić Wam kilka ciekawych nagrań – ale oczywiście zachęcam do dalszych poszukiwań. Jeśli znacie inne wideo godne uwagi – podzielcie się nimi w komentarzach 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=0UZ02pB3ZJM

https://www.youtube.com/watch?v=NGH_0-G_wQA

https://www.youtube.com/watch?v=3KvMqOgpUaw

https://www.youtube.com/watch?v=7VG5LPxWRG4

I jeszcze jedno wideo z TED-a. Są napisy po polsku. Coś wspaniałego! Kliknijcie [tutaj].

4. Poznawaj ludzi

Miej uszy i oczy szeroko otwarte! W każdej chwili możesz poznać niezwykłego człowieka, który może zmienić Twoje życie. Jak? Wystarczy uśmiech i serdeczne podejście!
Być może część z Was nie uwierzy, ale nawet prozaiczne sytuacje mogą wzbudzić w nas nadzieję i chęć do życia. Uwielbiam uśmiechać się do ekspedientów i sprzedawców – praktycznie zawsze odpowiadają mi tym samym! A ostatnio poznałam niezwykłą panią, która stworzyła śliczny sklep – trochę w nim rzeczy używanych, trochę nowych, a nawet trochę jej własnych dzieł. Okazało się, że wiele nas łączy, chociażby zainteresowanie szydełkowaniem i decoupagem! Ponad trzydzieści minut rozmowy bardzo pozytywnie nastroiło mnie na resztę dnia 🙂

Bądźmy otwarci na ludzi i uważnie ich słuchajmy. Kontakt z innym człowiekiem ma właściwości kojące!

5. Zastanów się, komu możesz pomóc

Czasem tak bardzo skupiamy się na własnym cierpieniu, że zapominamy o niedostatkach bliźniego. Może znasz kogoś, kto potrzebuje twojego wsparcia? Nie wahaj się! Pomagając innym, pomagamy sobie.

 

Co jakiś czas będę opisywać, jak uzdrowić poszczególne aspekty życia. Być może skorzystacie z moich doświadczeń 🙂 A tymczasem:

Trzymajcie się zdrowo!

 

P.S. Jeśli ktoś z Łodzi chciałby odwiedzić przemiły sklep, o którym wspomniałam, zerknijcie [tutaj]. Zas mój facebook znajduje się [tutaj].

 

~ Jak żyć z chorobą – poradnik dla pacjentów i ich rodzin ~

W ciągu ostatnich kilkunastu lat medycyna dokonała niebywałego postępu. Potrafimy uratować życie osobom po ciężkich wypadkach, przywracać słuch czy wzrok, a nawet przeszczepić dowolną część ciała, z twarzą włącznie. Zdawać by się mogło, że medycyna może naprawdę wszystko… Mimo wszystkich jej osiągnięć, w pewnych dziedzinach wciąż sobie nie radzi. Jedną z nich są choroby chroniczne, do których zaliczają się wszelkie schorzenia o podłożu autoimmunologicznym. Najczęściej pacjent jest skazany na dożywotnie zażywanie leków, bez nadziei na wyleczenie. Teoretycznie nic się nie da zrobić… Czy aby na pewno?

W  życiu miałam to (nie)szczęście, że doświadczyłam zarówno życia osoby chorej, jak i życia z osobą chorą. Dzięki temu wiem, jakich uczuć i problemów może doznawać pacjent oraz jego rodzina. Mimo że moja praktyka ogranicza się do choroby Hashimoto, jestem pewna, że spostrzeżenia zawarte w poniższym artykule będą miały charakter uniwersalny.

Zanim przejdę do meritum, mam pewną uwagę do rodzin: Nic na siłę! Spróbujcie zachęcić bliskich do proponowanych przeze mnie zmian, jednak do niczego nie zmuszajcie! Przymus rodzi opór. Warto pokazać, co można zrobić, by ulżyć sobie w chorobie. Wasz rodzic, brat, czy kuzyn podejmie decyzję, czy z rad skorzystać. Uszanujcie jego wybór, nawet jeśli będzie odmową jakiegokolwiek działania. „Nie możemy innych zmusić do zmiany, możemy im tylko pomóc, żeby sami się zmienili” (Bernie S. Siegel, [1], str. 170). Czasem nie da się nic zrobić. W takiej sytuacji nie miejcie wyrzutów sumienia. Ważne, że próbowaliście.

1. Regularnie się badaj / Regularnie sprawdzaj, czy bliska Ci osoba się bada

Przy chorobie chronicznej niezbędna jest regularna diagnostyka. Dzięki niej możemy ocenić, czy stan zdrowia chorego jest stabilny, a także modulować dawkę przyjmowanego przez niego leku. Dzięki temu życie staje się komfortowe zarówno dla pacjenta, jak i jego otoczenia. Punkt ten niesie jednak ze sobą pewne utrudnienie: badania finansowane przez NFZ często są niewystarczające i pacjent musi sięgać do własnej kieszeni, by monitorować stan swojego zdrowia. Wiem niestety, jak tragiczna jest sytuacja – po ostatniej kontroli u endokrynologa dostałam zalecenie zgłoszenia się za rok (sic!), bo tarczyca stabilna i nic poważnego się nie dzieje… Badania kontrolne powinno wykonywać się co trzy-sześć miesięcy, zależnie od stanu zdrowia chorego. Ponadto warto pamiętać, że niekiedy skierowania uzyskane od lekarza nie są wystarczające. Sądzę, że wielu osobom przydałyby się takie badania jak poziom witaminy D, czy krzywa cukrowa oraz insulinowa. Dokładna diagnostyka jest jednak niezwykle droga i dlatego pacjent niejednokrotnie jest zmuszony, by pokrywać koszty badań (a nawet wizyt lekarskich) samodzielnie. Tylko majętna osoba może chorować w spokoju i zdrowiu.

Uwagi do rodzin: Niekiedy pacjenci stawiają opór i nie chcą się badać. Czasem szkoda im pieniędzy, a czasem wolą nie znać prawdy. Zachęcaj do wizyt u lekarza. Powiedz niepokornemu członkowi rodziny: „Kocham cię i dlatego pragnę, byś był zdrowy i żył jak najdłużej”. Zmuszanie nie pomoże, tylko miłością można coś zdziałać. A jeśli i to nie zadziała, nie nalegaj i się nie denerwuj. Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie.

 

[Źródło]

2. Nie opieraj się na jednej diagnozie / Zachęć bliską osobę do wizyty u kilku specjalistów

Jedna diagnoza wiosny nie czyni. W przypadku schorzeń chronicznych warto poznać opinię kilku lekarzy. Polecam odwiedzać specjalistów zainteresowanych medycyną funkcjonalną, którzy poza lekami zadbają o nasze niedobory witamin i minerałów i zalecą nam na przykład suplementowanie witaminy D, magnezu, selenu czy cynku.

Wiem, że w praktyce jest to trudne do zrealizowania. Klimat jaki mamy, każdy widzi, NFZ jak działa, każdy widzi, a jak lekarze leczą… Każdy widzi. Jeśli nie stać Cię na kilka wizyt, skorzystaj ze stron takich jak znanylekarz.pl. Dzięki opiniom innych pacjentów będziesz mógł trafić do najlepszego możliwego specjalisty.

Uwagi do rodzin: Jeśli pacjent jest oporny, możecie zaproponować zafundowanie wizyty u lekarza w ramach prezentu świątecznego czy urodzinowego. Na pewno wyjdzie mu to na zdrowie.

[Źródło]

3. Regularnie zażywaj lekarstwa / Pilnuj, by bliska Ci osoba zażywała lekarstwa

Pacjenci lubią się czasem buntować, gdyż to daje im poczucie kontroli. Niestety, takie działania najczęściej obracają się na naszą niekorzyść.

Zażywam syntetyczny hormon tarczycy od 11 roku życia. Nigdy nie wiedziałam, czemu mam łykać te tabletki i co one mi dają. Dlatego czasem z premedytacją o nich zapominałam. Raz nawet, kiedy byłam w liceum, skończyły mi się i nie zażywałam ich przez trzy tygodnie. Skończyło się to atakiem paniki i kołataniem serca. Nie polecam.

To normalne, że pacjent ma wątpliwości. Dlatego tak ważne jest dokładne wypytanie lekarza o działanie i możliwe skutki uboczne zapisanego nam lekarstwa! Jeśli obawiamy się przyjęcia „ciężkich” leków, na przykład sterydowych, skonsultujmy konieczność ich zażywania z innym specjalistą.

W wielu przypadkach wprowadzenie zmian żywieniowych zmniejsza ilość niezbędnych preparatów, a nawet może nam pozwolić na zupełne ich odstawienie! Podam tutaj przykład mojego taty: od kilku lat cierpi na nadciśnienie. Dzięki eliminacji glutenu (nie całkowitej, a w jakiś 85%), cukru, żywności przetworzonej i suplementacji magnezem oraz witaminą C, od około miesiąca nie zażywa tabletek! Nie wiem, oczywiście, który czynnik miał największe znaczenie, ale całokształt działań przyniósł pożądany efekt! Część leków można także zastąpić ziołami. Polecam odwiedzenie ziołoleczniczej poradni Bonifratrów, np. w Łodzi [tutaj].

Pamiętaj, że jeśli pragniesz sobie pomóc dietą, nie możesz zarzucić lekarstw! Dopiero gdy wyniki się poprawią, a lekarz wyrazi zgodę, zmniejsz zażywaną ich dawkę.

Uwagi do rodzin: Czasem warto skontrolować, czy bliska nam osoba dostatecznie dobrze o siebie dba. Osoby starsze, a nawet (teoretycznie odpowiedzialni) nastolatkowie mogą przez nieuwagę zapominać o przyjmowaniu lekarstwa… Sprawdź od czasu do czasu, czy zażywają poprawną dawkę w odpowiedniej ilości.

[Źródło]

4. Nie wyszukuj na siłę objawów / Pilnuj, by bliska Ci osoba nie popadła w przesadę

Internet jest błogosławieństwem. Wystarczy, że wpiszemy nasze objawy, a doktor Google natychmiast dokona diagnozy. Najczęściej jest to rak.

Jeśli nie chcesz popaść w paranoję, podchodź do takich rewelacji z głową. Nie ignoruj sygnałów, które wysyła Ci Twoje ciało, ale jednocześnie nie myśl, że każdy ból głowy, wysypka, pryszcz czy kichanie jest objawem Twojej choroby! Nawet zdrowi ludzie mają problemy. Najważniejsza jest obserwacja własnego organizmu. Jeśli jednak jakiś symptom trwa dłużej niż tydzień, lub często się powtarza, to dostateczny powód by zasięgnąć porady specjalisty.

Uwagi do rodzin: Kiedy pacjent otrzymuje diagnozę, może spędzać całe dnie na czytaniu o swojej chorobie. W takich sytuacjach bardzo potrzebne jest Wasze wsparcie i pilnowanie, by myśl o schorzeniu nie była jedyną, jaka zagości z głowie bliskiej Wam osoby. Powinieneś też sam zdobyć informację na temat danej jednostki chorobowej. Od dziś będziesz z nią żył pod jednym dachem. Dobrze się przygotuj, a w razie ciężkich chwil – wykaż zrozumienie. Niektórych schorzeń (np. Hashimoto) nie widać, ale potrafią one nieźle namieszać w życiu chorego.

 

 

[Źródło]

5. Znajdź dietę, która złagodzi objawy Twojego schorzenia / Zachęć bliską Ci osobę do zmiany diety.

Od setek lat wiadomo, że jesteśmy tym, co jemy. Choroba to ewidentny znak, że czegoś w naszej diecie brakuje i że dotychczasowy styl życia nam nie służy. Z tego powodu konieczne są zmiany. Poczytaj, co może przynieść ulgę w przypadku Twojego schorzenia. Eliminacja glutenu i nabiału pomaga wielu osobom z chorobom autoimmunologicznym takim jak Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów czy stwardnienie rozsiane. Polecam też konsultację dietetyczną, a także badania na nietolerancje pokarmowe. Wielu chorym pomaga również dieta paleo, a przede wszystkim – protokół autoimmunologiczny.

Pamiętaj, że odstawienie konserwantów, żywności przetworzonej i naszpikowanej cukrem to absolutny mus.

Uwagi do rodzin: Zmiana diety ma kluczowe znaczenie w stanie zdrowia chorego. Jeśli bliska Ci osoba stawia opór, zachęć ją działaniem! Sam zacznij się zdrowo odżywiać, a najlepiej zaangażuj w ten proces całą rodzinę. Dzięki temu nie tylko pacjent będzie zdrowiał, lecz jego otoczenie również!

[Źródło]

6. Zmień tryb życia / Zachęć bliską osobę do zmiany trybu życia

Szacuje się, że nasi przodkowie pokonywali dziennie od 6 do 16 kilometrów [źródło]. Gimnastyka XXI wieku wygląda nieco inaczej: pięć kroków z łóżka do kuchni, trzy kroki do łazienki, sześć do windy… Później wsiadamy do samochodu i niektórzy z nas pewnie nawet pokonują te 16 kilometrów, a może i więcej. Ale że my ludźmi nowoczesnymi jesteśmy, nie musimy używać nóg! Kto by się tam męczył.. W pracy też dbamy o relaks naszych członków, cały dzień siedząc. Byle tylko nóżek nadmiernie nie obciążyć.

Życie to ruch, a my jesteśmy do niego stworzeni. Nie można spędzać całych dni na fotelu i być zdrowym. Dlatego tak ważne jest znalezienie aktywności fizycznej, która będzie Ci sprawiać przyjemność, a zarazem zmusi Cię do pewnego wysiłku. Nie ma wymówek! Nawet w przypadku ciężkich chorób lekarz lub fizjoterapeuta może zalecić lekkie ćwiczenia, które przyniosą Ci ulgę.

Uwagi do rodziny: Spróbuj zachęcić osobę chorą do ruchu. Zabierz ją na spacer po parku, sesję jogi, basen… Znajdźcie razem aktywność, która Was zafascynuje i będzie nieść ze sobą satysfakcję.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/70/Straight-leg-test.gif

[Źródło]

7. Ogranicz stres / Pokaż bliskiej osobie techniki ograniczające stres

Chroniczny stres sprzyja rozwojowi chronicznej choroby i uniemożliwia nam powrót do zdrowia. Dlatego tak ważne jest wyeliminowanie czynników, które odbierają nam równowagę i pogodę ducha.

Przygotuj listę, na której wypiszesz wszystkie stresujące Cię miejsca, osoby, sytuacje, wydarzenia. Zastanów się, z czego możesz zrezygnować, a co znajduje się poza Twoim wpływem.

Jeśli nienawidzisz swojej pracy – spróbuj porozmawiać ze współpracownikami i kierownictwem, w jaki sposób poprawić atmosferę. Gdy to nie pomoże, poszukaj innego zajęcia. Wszak spędzasz w pracy 1/3 doby – a niekiedy pewnie i więcej. Osiem godzin nerwów dziennie to murowana choroba. Jeśli stresują Cię sytuacje rodzinne, spróbuj znaleźć przyczynę problemu i rozwiązać go wraz z najbliższymi.

Istnieją oczywiście w życiu czynniki zupełnie niezależne od nas. Kiedy nie możemy wpłynąć na daną sytuację, zmieńmy nasz stosunek do niej. Denerwują Cię korki? Twój stres nie sprawi, że znikną. Masz dość oszustw polityków? Czy Twoje nerwy są w stanie poprawić sytuację?

Uwagi do rodziny: Znajdź informacje na temat technik medytacyjnych i jogi. Zachęć bliską Ci osobę do kontrolowanego, spokojnego i głębokiego oddechu. A na najbliższe święta kup jej w prezencie książkę o metodach relaksacji.

[Źródło]

8. Zastanów się, jakie korzyści przynosi Ci choroba / Przeanalizuj, w jaki sposób choroba bliskiej Ci osoby wpływa na budowę Waszego systemu rodzinnego

Niezbadana jest jeszcze potęga ludzkiej psychiki. Myślami jesteśmy w stanie wpływać na ciało, zarówno w sposób pozytywny, jak i negatywny. Niechęć czy nienawiść do swojego organizmu może skutkować pojawieniem się choroby.

Zadaj sobie pytanie: „Dlaczego akurat ja jestem chora/chory i dlaczego cierpię akurat na to schorzenie?”. Wbrew pozorom choroba często przynosi nam korzyści. „Przez całe życie uczono nas kojarzyć chorobę z nagrodą. Możemy leżeć w łóżku i odpoczywać. […] Nawet nasz system ubezpieczeniowy nagradza chorobę, karząc tych, którzy dbają o siebie” (Bernie S. Siegel, [1], str. 171-172).

Dzięki chorobie możemy zwrócić na siebie uwagę bliskich, uzyskać ich wsparcie, odpocząć. Niekiedy pozwala nam ona także zachować równowagę w systemie rodzinnym. By lepiej Wam uzmysłowić, jak działa ten mechanizm, posłużę się przykładami z dwóch fascynujących książek. Autorem pierwszej z nich jest onkolog ([1], str. 168-169), zaś drugiej – psychiatra ([2], str. 197).

„Moja pacjentka Gladys, która cierpiała na przewlekłe zapalenie jelit przez jakieś pięćdziesiąt lat, z tego powodu nauczyła się znakomicie manipulować rodziną. Poznałem ją, kiedy zachorowała na raka. Odniosłem wrażenie, że to rodzina jest bardziej chora niż ona, ponieważ 24 godziny na dobę miała zawsze kogoś przy sobie. Nawet kiedy wzięli pielęgniarkę, żeby się nią opiekowała, Gladys potrafiła obudzić w nocy wszystkich z wyjątkiem pielęgniarki. W domu często miała poważne   bóle, które w tajemniczy sposób ustępowały, ilekroć została przyjęta do szpitala. Prawie w każdy weekend ci,   którzy w tygodniu nie byli w domu, wieźli ją na ostry   dyżur z powodu uporczywie nawracających bólów w klatce piersiowej. Stale prosiła kogoś o podanie jej szklanki wody czy ściereczki, nawet jeśli ta rzecz była w zasięgu ręki.

Kiedy dobrze poznałem Gladys, dałem jej do przeczytania książkę A. Hutschneckera Wola życia. Następnego ranka podczas obchodu powiedziała, że czegoś zapomniałem, mianowicie książki. Przesłanie było wyraźne: „Proszę nie uczyć mnie, żebym się wyrzekła swojej choroby, ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki mogę być związana z moimi bliskimi”. Jakże przerażająca jest taka forma miłości”.

Jak widzicie, choroba jest doskonałym narzędziem manipulacji oraz spoiwem rodzinnym. Z tej przyczyny należy dokładnie przeanalizować jej rolę w naszym życiu. Tyczy się to zwłaszcza dzieci. W ich wypadku choroba może być odbiciem niewypowiedzianych napięć w rodzinie. Jeśli ten temat Was zainteresował, w aneksie do tego artykułu załączam trzy dodatkowe historie. Gorąco polecam też lekturę cytowanych przeze mnie książek.

Uwagi do rodzin: Choroba jednego z członków rodziny może być znakiem, że w całym systemie coś się zepsuło. Przeanalizuj swoją rolę w takim układzie. Niestety, nawet jeśli jedna osoba dostrzeże problem i zacznie działać, w pojedynkę nie zmieni toksycznego systemu rodzinnego. Współdziałanie jest jedynym lekarstwem.

[Źródło]

9. Udaj się do psychoterapeuty / Zachęć do wizyty u psychoterapuety

Jeśli wciąż nosisz w sobie bolączki z czasów dzieciństwa i nie potrafisz radzić sobie z emocjami, psychoterapia powinna Ci pomóc. Dzięki sesjom będziesz w stanie zrozumieć swoje zachowania i motywy nimi kierujące, a także je zmienić.

Uwagi do rodzin: Psychoterapia może być doskonałym lekarstwem dla całej rodziny. Jeśli podejrzewasz, że choroba jest narzędziem manipulacji, zachęć najbliższych do konsultacji z profesjonalistą. Musisz się jednak liczyć z odmową, niechęcią i wyparciem. Bardzo trudno zmienić toksyczny system, w którym każdy ma wyznaczoną rolę i odgrywa ją od wielu lat.

10. Utrzymuj kontakt zarówno z osobami chorymi, jak i zdrowymi / Zachęć do bogatych kontaktów towarzyskich

Warto znać osoby, które cierpią na tę samą chorobę. Możemy wymienić się z nimi doświadczeniami, a także uzyskać pomoc. W dobie internetu nawiązanie takich znajomości nie jest trudne. Grupa wsparcia Hashimoto na Facebooku liczy już ponad 8000 członków! Pamiętaj jednak, że potrzeba nam także kontaktu z osobami zdrowymi. Sama widzę, że gdy zbyt dużo siedzę przy komputerze, czytając o chorobach, zaburza mi się widzenie świata. Wydaje mi się, że praktycznie wszyscy są chorzy… Warto otworzyć się na świat i zobaczyć, że zdrowie istnieje i ma się całkiem dobrze 🙂

Uwagi do rodzin: Skontroluj czasami, czy bliska Ci osoba nie zamyka się w sobie i świecie swojej choroby i czy prowadzi wystarczająco bogate życie towarzyskie. Mnie czasem mój ukochany wyciąga do ludzi i bardzo jestem mu za to wdzięczna 🙂

W grupie wsparcia możesz uzyskać pomoc, której potrzebujesz, a także podzielić się doświadczeniami [źródło].

11. Ciesz się życiem / Pokaż, że życie jest piękne

Choroba może sprawić, że przywiązujesz wagę przede wszystkim do negatywnych aspektów życia. A przecież w każdej chwili można znaleźć coś pięknego! Dostrzegaj detale, które przywrócą uśmiech na Twojej twarzy. Podam Ci przykład z mojego doświadczenia: ostatnio nocowałam w prywatnej kwaterze. Z radością odkryłam, że radio i umywalka się do mnie śmieją! Smutny człowiek pewnie nigdy nie dostrzegłby tych szczegółów. Kiedy jednak emanujesz szczęściem, cały świat zdaje się odwzajemniać to uczucie.

Kolejną metodą wartą polecenia jest nieoglądanie dzienników telewizyjnych, lub  robienie tego jak najrzadziej. Czy zauważyliście, jak bardzo są one naszpikowane negatywnymi i przerażającymi informacjami? Wbrew pozorom, świat nie jest taki straszny. Kradzieże, przemoc i morderstwa zdarzały się zawsze, jednak we współczesnych czasach doświadczamy ich zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Obiektywizm dzienników telewizyjnych jest mocno zmanipulowany. Uwagę widza można przykuć jedynie informacją szokującą, najlepiej pełną krwi i cierpienia.

Świat obfituje w ciepłych i pozytywnych ludzi. Gdzie ich spotkać? Co jakiś czas będę Wam dawać wskazówki, jak na nich trafić 🙂

Uwagi do rodzin: Pokaż bliskiej osobie, że świat jest piękny. Zabierz ją do kina czy teatru, posłuchajcie razem Twojej ulubionej muzyki (tylko błagam, niech to nie będzie japanese style heavy death punk metal), zapiszcie się na kurs szydełkowania. Wspierajcie się, a razem odkryjecie, jak niezwykłym miejscem jest nasza planeta. Kiedy zajmiecie się Waszą pasją, choroba zejdzie na drugi plan.

 

Choroba nie musi być tragedią. Wszystko zależy od naszego podejścia – potraktuj schorzenie jak wyzwanie i życiową lekcję. Zacznij słuchać swojego ciała. Chroniczna choroba nie jest wyrokiem. Znane są przypadki remisji, a nawet wyleczenia! Wszystko zaczyna się w Twojej głowie. To Ty decydujesz, jaką rolę odegra choroba w Twoim życiu.

P.S. Dzisiejszy tekst jest artykułem rocznicowym! Dokładnie 29.08.2014 pojawił się na tym blogu pierwszy wpis. Dziękuję Wam za ten wspólnie spędzony rok, za wszystkie komentarze i ciepłe słowa. Mam nadzieję, że wciąż z przyjemnością będziecie mnie odwiedzać. Ten rok to dopiero początek! Mam Wam jeszcze bardzo dużo do powiedzenia 🙂 A w międzyczasie zapraszam Was na mojego Facebooka [tutaj] 🙂

Bibliografia:

[1] Siegel, Bernie: „Miłość, medycyna i cuda”. Limbus, Bydgoszcz, 1995.

[2] Willi, Jurg: „Związek dwojga”. Jacek Santorski & Co, Warszawa, 1996.

Aneksy (historie osób chorych z punktu widzenia psychiatry):

~ Kupujesz gotowe ciasta? Czytaj etykiety! ~

Z przerażaniem obserwuję kolejki, które ustawiają się przed cukierniami. Bułeczki, pączki, gotowe ciasta… Łatwiej jest przecież kupić, niż zrobić. Ale czy zdrowiej?

Ostatnio odwiedził mnie wujek pracujący w piekarni. Opowiedział, że sanepid obecnie bardzo czepia się etykiet ich wyrobów. Jak dotąd stosowali rozwiązanie dla mnie dość kontrowersyjne (a nawet nieuczciwe): jako składniki wymienione były gotowe półprodukty (czyli na przykład: „masa toffi” czy „miód sztuczny”). Obecnie etykiety muszą zawierać dokładny wykaz, czyli składniki użyte w produkcji półproduktów także. Mój wujek wyglądał na bardzo oburzonego, bo „dla nich to znaczne utrudnienie”, a do tego „po co ludziom wiedzieć takie szczegóły”. Przywiózł mi także opakowanie po cieście konkurencyjnej firmy. Osobiście gotowego ciasta nie kupowałam parę lat i nie sądziłam, że może być aż tak źle. Zresztą sami przeczytajcie (zwróćcie uwagę zwłaszcza na przedostatnie zdanie podkreślone na czerwono):

.

.

W sumie jakikolwiek komentarz jest zbędny. Ciasto samo w sobie nie jest zdrowe (zwłaszcza jeśli nafaszerujemy je cukrem i glutenem), jednak taki wypiek gotowy jedzony regularnie… to gwarancja choroby w przyszłości. Dlatego zawsze kiedy kupujecie jakiś cukierniczy wyrób, zwróćcie uwagę na skład lub zapytajcie o niego sprzedawcę. Bo kto chciałby truć siebie i swoich bliskich?…

Dziś chciałabym Wam także zdradzić, jak wygląda wyrób ciast na masową skalę (mam nadzieję, że wujek piekarz mi to wybaczy). Dziś w branży piekarniczej można spotkać naprawdę ogromny wybór gotowych półproduktów: galaretek, kremów, polew… Czytałam ich etykiety. Praktycznie wszystkie takie produkty są oparte o syrop glukozowy lub glukozowo-fruktozowy. Do tego oczywiście dodaje się liczne konserwanty, utrwalacze i barwniki. Zamiast masła używa się margaryny. O prawdziwych jakach możecie zapomnieć, zamiast tego dostaniecie jajka w proszku (podobnie jak mleko, również będzie sproszkowane). Dla przykładu zrobiłam zdjęcia dwóch wiader, które dostałam z piekarni wujka. Pierwszy to skład farszu „kapusta z pieczarkami” (wybaczcie jakość, wiadro było dość stare):

.

.

Oczywiście znajdziemy w nim sorbinian potasu, bo jakże by inaczej? Ponadto mamy hydroksypropylofosforan diskrobiowy (E1442). „Jest on wytwarzany przez działanie na skrobię tlenkiem propylenu i kwasem fosforowym. Otrzymana skrobia modyfikowana jest bardziej stabilna w środowisku kwaśnym i zasadowym oraz bardziej odporna na działanie enzymów degradujących skrobię. Nadaje produktom lepszą barwę i połysk i zachowuje właściwości zagęszczające w cyklu zamrażanie-rozmrażanie. Skutki uboczne? Może spowolnić trawienie żywności w jelitach” [źródło informacji].

Mam też drugi produkt – termostabilne nadzienie z owoców tropikalnych. Oczywiście znów został wykorzystany sorbinian potasu. Reszta składników wygląda następująco:

.

.

Teoretycznie konserwanty spożyte w małych ilościach są bezpieczne. Na pewno nie były jednak prowadzone badania podłużne, by wykazać całkowitą nieszkodliwość tych substancji. Czy konserwanty jedzone regularnie przez 10 czy 20 lat są obojętne dla naszego zdrowia?… Nauka nie jest w stanie dostarczyć nam odpowiedzi na to pytanie. Warto też pamiętać, że dziś substancje konserwujące są obecne praktycznie w każdym produkcie, a ponadto w kosmetykach, z tego powodu nietrudno pewnie o przekroczenie zalecanego bezpiecznego spożycia. Dlatego wybierajmy prawdziwą żywność. Bez chemii.

Żeby jednak nie być zbyt krytyczną, muszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Dziś najważniejsza jest cena. Mój wujek ma rozeznanie na rynku i wie, że ogromna większość klientów chce kupować produkty jak najtańsze. Jakość praktycznie nie ma znaczenia. Produkt ma być słodki, ładny i tani. Dzięki konserwantom gotowy wyrób długo zachowuje świeżość, a koszty produkcji obniżają się. Do tego śliczne chemiczne kolorki przykuwają wzrok. Klient nasz pan.

Na szczęście część piekarni wychodzi na przeciw potrzebom świadomych konsumentów i znacząco ogranicza użycie środków konserwujących. Takie produkty są oczywiście droższe i ich cena często odstrasza biedniejszych klientów… Warto jednak pamiętać, że droższe nie zawsze znaczy lepsze. Niekiedy znane marki używają zupełnie tych samych konserwantów co firmy podrzędne. Dlatego jedyną skuteczną metodą oceny wartości danego produktu jest czytanie składu.

W smutnych czasach przyszło nam żyć. Nawet w kwestii ciast to pieniądz ma największe znaczenie, a nie zdrowie i życie ludzkie. Jakież to paradoksalne: dziś klient wyda mniej na ciasto czy chleb, zaś później będzie słono płacić za lekarstwa…

Jedyne, co możemy zrobić, to uświadamiać i zachęcać do mądrych wyborów żywieniowych. Dlatego proszę Was o przesyłanie tego artykułu do nieprzekonanych. Świadomość to jedyna skuteczna broń przed chorobami.

Trzymajcie się zdrowo!