Cała prawda o suplementach diety

Wiem, że artykuły noszące tytuł „Cała prawda o…” zawsze przykuwają uwagę czytelników. Lubimy ten dreszczyk emocji towarzyszący zagłębianiu się w „zakazaną” i ukrytą wiedzę. Często jednak zapominamy, że nic nie jest czarno-białe i niemal wszystko może okazać się jednocześnie dobre i złe. W natłoku reklam, informacji i publikacji naukowych coraz trudniej znaleźć złoty środek. Ja jednak próbuję, mimo wszystko. Przebrnęłam przez morze wiadomości, by stworzyć dzisiejszy artykuł. I już na wstępie Wam powiem, że w przypadku suplementów diety najlepiej zachować zdrowy rozsądek i umiar. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Jaka jest różnica między lekiem a suplementem?

W ostatnim czasie rynek suplementów diety przeżywa prawdziwy rozkwit. Konsumenci coraz chętniej sięgają po przeróżne specyfiki, mające zapewnić prawidłowe funkcjonowanie organizmu lub wspomóc nas w okresie przeziębień, stresu, sesji, kaca, ciąży, obniżenia libido, menopauzy czy świąt. Tabletki najczęściej są niedrogie i wygodne w stosowaniu. Wystarczy raz dziennie po posiłku. Niekiedy dwa.

W skład suplementów najczęściej wchodzą witaminy, makro- i mikroelementy, ekstrakty roślinne, tłuszcze, enzymy czy probiotyki i prebiotyki. W przeciwieństwie do leków, które mają wywołać skutek terapeutyczny w danej jednostce chorobowej, suplementy służą uzupełnieniu niedoborów w diecie i są środkami spożywczymi (źródło).

Wprowadzenie na rynek nowego leku często zajmuje nawet kilka lat i wiąże się z dużymi kosztami (źródł0). Skuteczność suplementu natomiast nie musi zostać potwierdzona, zaś proces rejestracji może trwać mniej niż pół roku.

Co ciekawe, oba produkty mogą zawierać tę samą substancję czynną (na przykład koenzym Q10), jednak w różnej ilości. Dzięki temu wytwórcy obchodzą skomplikowaną procedurę rejestracji – a większość klientów apteki nie będzie dociekać, czy kupuje lek czy suplement. Zwłaszcza, jeśli wprowadzenie preparatu na rynek zostanie połączone z odpowiednio natarczywą kampanią reklamową.

W pułapce suplementów

Przeciętny pacjent nie ma czasu na analizowanie składu kupowanych w aptece produktów. Najczęściej sięgnie więc po to, o czym kiedyś usłyszał w telewizji. Nieliczni poszukają informacji na temat jakości suplementu. Jeszcze mniejsze grono osób odpowie sobie na pytanie: „Czy ja naprawdę tej substancji potrzebuję?”.

Suplementy diety i leki OTC wydawane bez recepty mogą przynieść złudne poczucie ulgi, jednocześnie maskując prawdziwy problem. Gdy Kowalski będzie zmęczony, zdecydowanie łatwiej będzie mu wybrać się do apteki po tabletki o wdzięcznej nazwie „Kupa energii”, niż wnikać w przyczyny swoich dolegliwości. A co, jeśli Kowalski za mało śpi, jego praca jest zbyt stresująca, zaś dieta pozostawia wiele do życzenia?… Oczywiście chętniej zażyje suplement, niż dokona odpowiednich zmian w stylu życia. Do takiego rozleniwienia obywateli w dużym stopniu przyczyniają się właśnie reklamy.

Telewizja serwuje widzom obrazki niezwykle ogłupiające, niejednokrotnie wspierane wizerunkiem lubianych celebrytów. Zapewnia się nas, że możemy rozkoszować się smakiem golonek zagryzanych słodkim tortem i popijanych alkoholem bez konsekwencji dla wątroby – wystarczy tabletka. A jeśli palimy papierosy i męczy nas „kaszel palacza” – oczywiście nie musimy rezygnować, gdyż i na to znajdzie się cudowne remedium.

Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu jest podatny na reklamę. Pamiętajmy jednak, że w przypadku nawracających i niepokojących objawów powinniśmy skonsultować się ze specjalistą. Wiem, że część osób „nie ma na to czasu”, inni z kolei „kiedyś już byli, ale nic mądrego nie usłyszeli”. Trudno znaleźć w tej sytuacji złoty środek, gdyż rzeczywiście mamy szansę trafić na lekarza, który zignoruje nasze dolegliwości i zniechęci do dalszych poszukiwań. Istnieją symptomy niespecyficzne, które mogą wskazywać na szereg różnych dolegliwości i niekiedy uzyskanie właściwej diagnozy trwa kilka lat. Sztandarowym przykładem mogą być problemy z tarczycą: kobiety będą skarżyć się na wypadające włosy i zmęczenie, na co oczywiście znajdzie się odpowiedni preparat. Niejednokrotnie słyszałam o specjalistach, którzy bądź ignorowali takie objawy, bądź zalecali „ograniczenie stresu”. Dopiero po dłuższym czasie okazywało się, że symptomy były spowodowane niedoczynnością tarczycy lub chorobą Hashimoto (więcej o jej objawach przeczytacie tutaj).

Ciągłe zmęczenie? Zamiast sięgać po tabletki, wykonaj odpowiednie badania. Może Twoja tarczyca źle pracuje?

Badania przede wszystkim!

Celem reklamy jest wywołanie w konsumencie potrzeby zakupu danego produktu. Wytwórcom leków i suplementów znacznie łatwiej taki efekt osiągnąć: widz odpowiednio poinformowany o skutkach niedoboru danej witaminy lub minerału chętniej wyruszy do apteki. Zdrowie jest wszak ważniejsze niż wszystko inne i lepiej działać prewencyjnie.

Czasem jednak taka przezorność może bardziej nam zaszkodzić, niż pomóc. Nietrudno zasugerować się wyłącznie treścią reklamy i zacząć przyjmować daną substancję „w ciemno”, bez zbadania, czy problem niedoboru rzeczywiście nas dotyczy. Teoretycznie zawartość witamin i minerałów przeważnie jest w suplementach dość niska i zachodzi niewielkie ryzyko przedawkowania, jednak niewykonanie odpowiednich badań lekarskich może uniemożliwić lub opóźnić wykrycie poważnych niedoborów.

Bardzo kłopotliwa bywa na przykład suplementacja witaminą D. Część osób, chociażby cierpiących na choroby autoimmunologiczne, niezwykle często cierpi na duże niedobory (w takich wypadkach wyniki poniżej 10 przy normie 30 nie należą do rzadkości), których standardowa i powszechnie dostępna na rynku dawka 1000 j.m. najpewniej nie pokryje. Dzięki badaniu zyskujemy pewność i dowiadujemy się, czy rzeczywiście danego suplementu potrzebujemy, a jeśli już, to w jakiej ilości.

A może multiwitamina?

Kiedy nie wiemy, jakich witamin i minerałów nam brakuje, najlepszym wyborem powinien być zakup tak zwanej „multiwitaminy”. Producenci zapewniają, że jedna tabletka pokryje dzienne zapotrzebowanie na wszystkie substancje, których nasz organizm potrzebuje. Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci.

Minerały i witaminy zawarte w jednej pastylce mogą wchodzić w niekorzystne interakcje i wzajemnie osłabiać swoją przyswajalność (źródło). Co więcej, niektóre preparaty oferują stężenie danej substancji na tyle niskie, że efekt terapeutyczny nie zostanie osiągnięty (źródło). Problematyczna bywa także wchłanialność niektórych minerałów: część multiwitamin zawiera na przykład magnez w postaci źle przyswajalnego tlenku magnezu. Jeśli więc już zaczynamy suplementację – chyba lepiej zdecydować się na kilka preparatów przyjmowanych oddzielnie lub dokładnie przeanalizować (z pomocą farmaceuty, oczywiście) skład wybranych tabletek. Warto także wspomnieć o przeprowadzonych ponad trzy lata temu w Ameryce badaniach, które ujawniły, że multiwitaminy ani nie wydłużają życia, ani nie zmniejszają ryzyka chorób serca czy problemów z pamięcią (źrodło). Jeśli coś ma być do wszystkiego, to najczęściej jest do niczego.

Najlepsza multiwitamina? Świeże owoce i warzywa!

Czytaj etykiety!

Przywykliśmy już do tego, że powinniśmy bacznie przyglądać się opakowaniom produktów kupowanych w sklepie spożywczym.  Podobną ostrożność warto zachowywać także w aptekach.

Wiele reklam wprowadza klientów w błąd i nakłania do zakupu preparatu, którego skuteczność może się okazać dość niska. Dlatego w przypadku suplementowania minerałów należy zwracać uwagę na postać, w jakiej występują. Pamiętajmy, że formy organiczne będą zdecydowanie lepiej przyswajalne: korzystniej zatem kupić magnez w formie cytrynianu niż tlenku (źródło). Warto także przeanalizować zawartość jonów magnezowych, a nie soli czy tlenku.  Podobną ostrożność powinniśmy zachować przy zakupie preparatów z wapniem (źródło), cynkiem (źródło) czy żelazem (źródło). Co ciekawe, jod należy wybierać w postaci NIEorganicznej, która jest dla naszego organizmu najkorzystniejsza.

Czy przeciętny Kowalski będzie sobie zdawał z tego wszystkiego sprawę? Cóż, oczywiście nie ma takiego obowiązku, zawsze może poprosić o pomoc farmaceutę. Wiem jednak, że część klientów tak mocno wierzy w treści prezentowane w reklamach, że puści mimo uszu wszelkie sugestie aptekarza. Prosty przykład: kiedy radio i telewizja nieustannie zachęcają się do zakupu „naturalnego magnezu” (którego przyswajalność wynosi tylko 30%, o czym reklama już nie wspomina), Kowalski nie będzie chciał słyszeć o żadnym innym preparacie. Pacjent nasz pan?

Nie wolno także zapominać, że poza główną substancją czynną, suplementy i leki zawierają wszelkiego rodzaju wypełniacze. Część z nich nie będzie miała wpływu na nasze zdrowie (np. żelatyna), jednak niektóre mogą okazać się niepożądane lub nawet szkodliwe. Te najbardziej powszechne to: stearynian magnezu, który może utrudniać przyswajanie witamin i minerałów (źródło); barwniki, a wśród nich na przykład tartrazyna czy żółcień pomarańczowa, które mogą mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci (źródło) oraz słodziki mogące wykazywać działanie „kancerogenne, teratogenne, nasilające insulinooporność i zaburzające homeostazę organizmu” (źródło). Dla części osób problematyczne są także gluten i laktoza. Na szczęście ostatnio pojawia się coraz więcej preparatów pozbawionych tych alergenów.

Barwniki używane w suplementach i przemyśle spożywczym mogą być szkodliwe. A dodaje się się nawet do produktów przeznaczonych dla dzieci!

Papier wszystko przyjmie

Nawet jeśli dokładnie przeanalizujemy skład suplementu, który planujemy zakupić, nigdy tak naprawdę nie wiemy, czy deklarowane przez producenta związki rzeczywiście zostały w nim zawarte, a jeśli nawet – to czy w wystarczającej ilości. Jakby tego było mało, „suplement diety przy wprowadzeniu do obrotu nie musi być badany pod kątem toksyczności ani bezpieczeństwa” (źródło).

W Polsce praktycznie nikt nie sprawdza jakości surowców stosowanych w suplementach diety. I mimo że kontrole prowadzone między innymi przez przedstawicieli Państwowych Powiatowych Inspektorów Sanitarnych są zakrojone na bardzo małą skalę, wykazują duże nieprawidłowości. Profesor Zbigniew Fijałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków, radzi zachować ostrożność między innymi w przypadku stosowania produktów na odchudzanie i wspomagających libido. W 2011 roku przeprowadzono badania na sześciu suplementach na problemy z erekcją losowo zakupionych w aptece. „Wybrano grupę preparatów deklarowanych jako całkowicie ziołowe, w przedziale cenowym 40-60 zł za 1-2 kapsułki. Okazało się, iż na sześć wytypowanych i zakupionych w aptece, sześć było sfałszowanych”, zdradza profesor Fijałek (źródło).

Brakuje badań, by stwierdzić, jaka jest skala tego problemu w Polsce. Wiemy natomiast, jak przedstawia się sytuacja w USA. Ponad rok temu przebadano w Nowym Yorku setki suplementów sprzedawanych przez sieci sklepów. Okazało się, że ogromna większość z nich, bo aż 80 procent, nie zawierała roślin wymienionych w składzie preparatu. „Zamiast tego pigułki i kapsułki składały się z tanich wypełniaczy, takich jak mąka, ryż, kukurydza, czy fasola. Nie znajdowano natomiast DNA dziurawca, jeżówki, żeń-szenia, miłorzębu, czy czosnku, mimo że etykiety na produktach wskazywały na obecność ekstraktów tych roślin” (źródło).

Każdy sprzedawca zachwala swój towar.

Suplementy made in China?

Pamiętajmy, że firmy nie mają obowiązku informować, skąd pochodzą związki używane w produkcji suplementów. Mimo to oczywiście wiadomo, iż żeń-szeń przeważnie w Polsce nie występuje i będzie trzeba sprowadzić go z Azji, a miłorząb japoński trafi do nas nie z Japonii, a z… Chin. Niewiele osób jednak zapyta, skąd pochodzą syntetyczne witaminy.

Szacuje się, że 90% witaminy C dostępnej na rynku amerykańskim pochodzi z Chin (źródło). Nie wiem, czy ma to wpływ na jakość suplementów, ale na pewno jest w stanie znacząco obniżyć koszt ich produkcji. Żaden inny kraj nie dysponuje tak rozwiniętą technologią i nikogo nie dziwi, że w dzisiejszych czasach większość produktów jest oznakowanym jako „made in China”. Skoro jednak taka informacja pojawia się na metkach ubrań czy opakowaniach telewizorów, telefonów komórkowych i komputerów, dlaczego nie miałaby znaleźć się także na etykietach suplementów diety?

Jakość produktów będzie oczywiście zależeć od uczciwości ich wytwórcy, a z tą bywa różnie. Amerykańska  Agencja Żywności i Leków kilka lat temu wykryła nielegalne działania firmy USPlabs: importowała ona składniki z Chin używając fałszywych zaświadczeń oraz podawała nieprawdziwe informacje na temat ich pochodzenia, a następnie wykorzystywała je do produkcji preparatów wspomagających odchudzanie (źródło).

Te niepokojące wiadomości zza oceanu powinny zmobilizować nasze służby do bacznego przyjrzenia się rynkowi suplementów diety.

Suplementy diety to tylko wierzchołek góry lodowej

Jeśli już zdecydujemy się na przyjmowanie suplementu diety i znajdziemy preparat o najlepszej przyswajalności, otrzymany wyłącznie z organicznych składników i pozbawiony niepotrzebnych wypełniaczy to… Nigdy nie będziemy mieli pewności, że w naszym wypadku się sprawdzi.

Współcześnie coraz więcej osób cierpi na zaburzenia trawienia oraz problemy z florą bakteryjną jelit. Nie tylko jesteśmy tym co zjemy, a raczej tym, co wchłoniemy. Wszechobecny stres, toksyny czy pasożyty mogą sprawić, że nawet najlepszy suplement przyswoi się gorzej niż powinien. Jakby tego było mało, od dziesięciu do nawet dwudziestu procent populacji może nieświadomie cierpieć na problemy z metylacją – i wówczas przyjmowanie powszechnie dostępnych na polskim rynku suplementów witaminy B12 czy kwasu foliowego okaże się szkodliwe, gdyż organizm nie będzie w stanie ich zmetabolizować (źródło).

Stres, wszędzie stres… Oczywiście możemy sięgnąć po odpowiedni suplement diety, by złagodzić jego oddziaływanie na nasz organizm, jednak czy to rozwiąże problem?

Pamiętajmy, że tak naprawdę wciąż wiemy jeszcze stosunkowo mało na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu. W naturze witaminy czy minerały zawsze działają we współpracy z dziesiątkami innych związków i interakcje zachodzące między nimi mogą być bardzo niedoceniane. W suplementach przeważnie mamy do czynienia z wyekstrahowanymi substancjami, które gorzej działają w pojedynkę, a w nadmiarze mogą zaszkodzić. Kilka przykładów:

  • witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Więcej o tym zjawisku przeczytasz w moim zeszłorocznym artykule (tutaj)
  • przyjmowanie jodu jest najbardziej efektywne, gdy towarzyszą mu witaminy B2, B3, D3, C oraz pierwiastki: magnez, cynk, miedź, selen i wapń (źródło)
  • duże dawki cynku mogą utrudniać przyswajanie magnezu (źródło)
  • nadmiar miedzi skutkuje niedoborem cynku i może być bardzo niebezpieczny; podobnie groźny może być nadmiar cynku (źródło)
  • magnez jest łatwiej przyswajalny w towarzystwie witaminy B6 (źródło)

Jeśli chcielibyśmy zachować równowagę, zapewne bylibyśmy skazani na przyjmowanie co najmniej dziesięciu suplementów dziennie. Jak znaleźć złoty środek? Pamiętajmy, że Natura jest znacznie mądrzejsza od nas. Każdy jej twór jest absolutnie doskonały i kompletny: chociażby ryby morskie będą zawierać i jod, i selen, i magnez, i witaminy D i A – czyli wszystko, czego nam potrzeba! Do tego dostaliśmy cudowne warzywa i owoce, pełne witamin i przeciwutleniaczy. A co myśmy z tym bogactwem zrobili? Zanieczyściliśmy i zniszczyliśmy nasze jedzenie, a teraz szukamy ratunku w syntetycznych minerałach i witaminach zamkniętych w kapsułkach, by uzupełnić to, co powinniśmy przyjmować wraz z pokarmem.

Wielu lekarzy, farmaceutów, a nawet naturopatów twierdzi, że suplementacja jest dzisiaj koniecznością. Rzeczywiście, rośliny mają mniej wartości odżywczych niż jeszcze kilkanaście lat temu. Przyczyną tego zjawiska jest wyjałowienie gleb i stosowanie wszelkiego rodzaju pestycydów (źródło). Podobny problem dotyczy także mięsa, ryb, jaj i nabiału z przemysłowych hodowli – zawierają one znacznie mniej dobroczynnych kwasów Omega 3 niż powinny. Jednak czy naprawdę łykanie całej litanii tabletek jest najlepszym lekarstwem? Może to tak naprawdę nie my chorujemy, a po prostu nasze ciała nie są w stanie przystosować się do życia w chorych czasach i w chorym systemie pełnym stresu, toksyn, manipulacji, niepewności i często strachu?

Światem rządzi pieniądz, jednak za niskie ceny przyjdzie nam w przyszłości zapłacić bardzo wysoką cenę. Produkcja żywności ma być jak najbardziej opłacalna, co pozbawia ją wielu cennych wartości odżywczych. Do tego wielu z nas prowadzi tryb życia, do którego ludzkość nie została stworzona: większość dnia spędzamy siedząc bądź siedząc i wpatrując się w ekran komputera, a jakby tego było mało, borykamy się z nieustannym stresem. Nie chce nam się gotować, wygodniej kupić gotowe produkty, by nie marnować czasu. Pieniądze oszczędzamy wybierając tańsze jedzenie. Dzięki temu  możemy kupić sobie lepsze ubrania, droższą komórkę i… suplementy diety w celu uzupełnienia niedoborów witamin i minerałów. Czy to nie ironiczne? Oburzają nas ceny w sklepach z ekologiczną żywnością, a normą stały się bluzki po sto czy buty po czterysta złotych wyprodukowane w Azji za niewielki procent tej wartości (źródło).

Jaka jest skala tego problemu? W 2014 roku Polacy wydali 11,5 mld zł na suplementy diety i produkty OTC (źródło). W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2015 roku wartość sprzedaży przekroczyła 5 mld zł (o 4,5% więcej niż w poprzednim roku). Gdybyśmy przeznaczyli chociaż połowę tej kwoty na wsparcie tradycyjnego rolnictwa, po pewnym czasie wydatku Narodowego Funduszu Zdrowia znacznie by zmalały, a po kilku latach Polacy staliby się zapewne jednym z najzdrowszych narodów świata. Co nas więc przed tym powstrzymuje? Może czas zacząć wspierać Naturę zamiast ją niszczyć?

***

Wiem, że w chwili obecnej dla osób chorych niektóre suplementy są koniecznością. Ja osobiście staram się, by było ich jak najmniej oraz stosuję przerwy w ich zażywaniu. Pamiętajcie, żeby przed zastosowaniem danego produktu skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą – ostrzegam przed eksperymentowaniem na własną rękę i kupowaniem preparatów „w ciemno”. Przed rozpoczęciem suplementacji idealnie byłoby oczywiście wykonać wszystkie niezbędne badania, jednak ich koszt może okazać się przeszkodą. Dlatego zacznijmy od morfologii, która może powiedzieć naprawdę dużo o naszym stanie zdrowia, a w razie potrzeby wykonajmy dodatkowe testy. Nie zapominajcie również, że suplementy to nie wszystko! Nawet najlepsze tabletki muszą współdziałać z dobrą dietą, aktywnością fizyczną, dbaniem o stan naszej psychiki i odpowiednią ilością snu.

Trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku!

Wasza Ola

 

Ekologiczne alternatywy dla podpasek i tamponów: Co wybrać?

W  dobie Internetu niemal nie da się uniknąć ciągłych doniesień o szkodliwości i toksyczności kolejnych pokarmów i produktów. Przywykliśmy już do myśli, że wszystko nas truje, łącznie z powietrzem. Ale żeby nawet podpaski i tampony były niebezpieczne?! To już się w głowie nie mieści…

Cała prawda o podpaskach i tamponach

Koniec XX oraz początki XXI wieku zdecydowanie można obwołać czasem sterylności. Unikamy brudu i bakterii jak diabeł święconej wody i najchętniej sięgamy po to, co białe i higieniczne. Niestety, czystość ma jednak swoją cenę.

W niniejszym artykule nie będę skupiać się na negatywnych skutkach stosowania podpasek i tamponów. Zainteresowanych tematem odsyłam do książki „Zawsze pewnie, zawsze sucho… nie zawsze bezpiecznie”, dostępnej online [tutaj]. Wystarczy wspomnieć, że w wyniku produkcji i bielenia podpasek oraz tamponów pozostają w nich m.in. dioksyny, które mogą wykazywać właściwości toksyczne, a nawet rakotwórcze.

Znacznie istotniejsza jest jednak kwestia obciążenia środowiska, którą kobieca menstruacja powoduje. „Miesięcznie w Polsce 10 milionów kobiet produkuje 150 milionów zużytych podpasek higienicznych, po roku zdołałyby dziewięciokrotnie wyłożyć nimi cały równik kuli ziemskiej” [źródło]. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż podpaski potrzebują około 500-800 lat, by ulec rozkładowi [źródło]. 

Jestem zdania, że nie powinniśmy produkować śmieci ponad potrzebę. Jeśli tylko możemy znaleźć ekologiczny i wygodny zamiennik danego produktu, zacznijmy go stosować. Ziemia będzie nam za to wdzięczna.

Nie produkujmy śmieci ponad potrzebę. Niech przyszłe pokolenia nie zarzucają nam, że ich babki zostawiły po sobie tony podpasek!

Co zamiast podpasek? Ekologiczne alternatywy

Nasze babcie same dziergały sobie wkładki na drutach, by następnie używać ich w trakcie menstruacji. Na szczęście dziś nie musimy posuwać się do tak uciążliwych metod, by dbać o środowisko. Rynek obfituje w przyjazne dla środowiska alternatywy i z pewnością każda z pań znajdzie coś dla siebie. Mamy więc ekologiczne podpaski wielo- i jednorazowe, kubeczki menstruacyjne, tampony wielo- i jednorazowe, tampony-gąbki…

Ja zdecydowałam się na zakup wielorazowych podpasek ponad dwa lata temu. I mimo wszystko nie żałuję. Trzy miesiące temu postanowiłam pójść o krok dalej i zamówiłam kubeczek menstruacyjny. Dziś opowiem Wam o zaletach i wadach obu produktów, co powinno pomóc Wam przy ewentualnym zakupie.

Podpaski wielorazowe

Ich zdecydowaną zaletą  jest materiał: 100% delikatnej w dotyku, miękkiej i wytrzymałej bawełny. Wiele firm produkuje wykorzystuje do ich produkcji wzorzyste podszewki, które idealnie poprawiają nastrój. Podpaski wielorazowe są oczywiście grubsze od tych „tradycyjnych”, ale mnie osobiście to nie przeszkadza, zwłaszcza zimą 😉 Gdy stosujemy je uważnie i regularnie wymieniamy, na pewno nie przeciekną.

Za wadę można uznać dość słabą przyczepność, zwłaszcza gdy założymy spódnicę. I pozostaje jeszcze jedno: kwestia prania. Na początku moich przygód z tym produktem, miałam dość duże problemy z doprowadzeniem go do pierwotnej czystości. Mimo moczenia podpasek w zimnej wodzie i kilkukrotnego ich prania, nie osiągałam pożądanych efektów. To oczywiście zrodziło we mnie frustrację i niezadowolenie: „Hej, staram się być ekologiczna, a tymczasem zabiera mi to tyle czasu i sił?! O nie!”. Byłam jednak nieugięta i eksperymentowałam z najprzeróżniejszymi środkami czyszczącymi, wspinając się na wyżyny mej kreatywności: proszek, soda, ocet, nawet pasta do zębów… Efekty były w porządku, ale nie zachwycały. Wtedy, nieco już poirytowana, natrafiłam na jedyne skuteczne rozwiązanie.

W przypływie inspiracji sięgnęłam po nadtlenek wodoru* i rzeczywiście zadziałał. Tyle że jest to rozwiązanie mocno dyskusyjne i dlatego w końcu zdecydowałam się na zakup kubeczka menstruacyjnego. A może ktoś z Was natrafił na inny sposób na pranie? Po przeczytaniu wielu komentarzy w Internecie nie widziałam, żeby ktoś miał z nim tak duży problem jak ja.

*Pozwoliłam sobie edytować ten fragment artykułu po bardzo trafnej uwadze ze strony czytelniczki. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.


Podpaski wielorazowe są naprawdę piękne. Znajdzie się coś dla romantyczek, kobiet zakochanych i miłośniczek kotów. Zdjęcia pochodzą ze strony sklepu. Wybór jest ogromny! Sprawdźcie [tutaj].

Kubeczek menstruacyjny

To idealna propozycja dla zwolenniczek tamponów. Jest wykonany z sylikonu medycznego i nietoksyczny. Niektóre firmy oferują go nawet w różnych wersjach kolorystycznych…

Pierwsza z zalet stosowania kubeczka to na pewno wygoda. Potwierdzam zapewnienia producentów: przy poprawnym założeniu naprawdę nie mamy szansy go poczuć. Opróżnia się go przeważnie co kilka godzin, więc nie musimy zaprzątać sobie nim głowy.

Na samym początku problematyczna może okazać się aplikacja. Na szczęście istnieją dwie różne techniki zakładania kubeczka i po paru dniach ćwiczeń powinniśmy osiągnąć perfekcję. Wyjmowanie także bywa trochę kłopotliwe, ale myślę, że również wymaga ono praktyki.

Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia czyszczenia. Gdy jesteśmy w domu, kubeczek wystarczy opróżnić, przepłukać zimną wodą i ponownie zaaplikować. Gorzej, gdy korzystamy z toalety publicznej. Jedyną opcją jest wówczas noszenie ze sobą małej buteleczki z wodą.

Przed pierwszym użyciem oraz po każdej miesiączce kubeczek należy dobrze wyparzyć, gotując go przez kilka minut. Podobno po pewnym czasie powstaną na nim odbarwienia.

Chciałabym Was także uprzedzić, że na ulotce produktu producent zamieścił ostrzeżenie o zespole wstrząsu toksycznego (TSS). Mnie osobiście ta informacja trochę zniechęciła, bo przecież kubeczek miał być w pełni bezpieczny… Ale nie poddałam się i sprawdziłam, co w tej sprawie ma do powiedzenia wujek Google. Na szczęście okazało się, że nigdy nie odnotowano przypadków TSS powiązanych z kubeczkami menstruacyjnymi, natomiast z tamponami – już tak. Szacuje się, że w Wielkiej Brytanii z winy tamponów rocznie zapada na TSS ok. 15 kobiet, z czego dwie lub trzy umierają [źródło].

Kubeczkowy zawrót głowy.

Co wybrać?

Cena obu produktów jest porównywalna i wyniesie nas nieco ponad sto złotych. Okres przydatności kubeczka wynosi około pięciu lat, zaś podpasek – około dwóch. A zatem te ekologiczne alternatywy w dłuższej perspektywie czasu kosztują nas mniej od „tradycyjnych” produktów dostępnych w drogeriach!

Kubeczek jest na pewno łatwiejszy w stosowaniu, jednak moim zdaniem raczej nie nadaje się dla kobiet, które jeszcze nie rozpoczęły współżycia. Podpaski wymagają trochę więcej zachodu z naszej strony, problematyczne może okazać się pranie. Zawsze można jednak zamówić trzy sztuki na próbę i wtedy zdecydować, czy w ogóle nam one odpowiadają. Warto także pamiętać, że istnieją również inne ekologiczne opcje, z którymi ja nie miałam do czynienia. Zachęcam Was jednak do eksperymentów i dzielenia się ich rezultatami 🙂

Na koniec uspokoję jeszcze Wasze ewentualne wątpliwości co do higieniczności tych produktów. Przez dwa lata stosowania podpasek i dwa miesiące stosowania kubeczka nigdy nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia, co wcześniej, niestety, mi się zdarzało. Sztuczne materiały, z których wykonane są drogeryjne podpaski, nie przepuszczają powietrza i mogą podrażniać, zwłaszcza gdy są perfumowane.

Konkluzja? Zdecydowanie warto!

Człowiek jest jedynym zwierzęciem, które zanieczyszcza swoje środowisko życia. Czy widział ktoś kaczkę śmiecącą w okolicach stawu alba lwa produkującego tony odpadków na sawannie?… Niechaj będzie to dla nas inspiracją. Troszcząc się o środowisko, zadbamy przy okazji o własne zdrowie i unikniemy kontaktu z kolejnymi toksynami.

Ekologiczne alternatywy dla podpasek i tamponów są naprawdę wygodne w użyciu i ja osobiście nigdy nie wrócę do produktów jednorazowych, sterylnych i potencjalnie niebezpiecznych. To się po prostu nie opłaca.

A może Wy miałyście styczność z innymi ekologicznymi zamiennikami podpasek i tamponów? Podzielcie się Waszą opinią! 🙂

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

 

~ Jestem paleo. Jestem eko! ~

Jak ma się paleo do ekologii? Jak pięść do oka? Jak piernik do wiatraka? A może jak frytka do majonezu?

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, ile codziennie produkujecie śmieci? Nie? Cóż, ja także kiedyś nigdy o tym nie myślałam. Teoretycznie docierały do mnie dane o niebotycznej ilości odpadków generowanych przez każdego homo sapiens, ale kto będzie się tym przejmował? Śmieć się wyrzuca i tyle. Po co dłużej zaprzątać sobie nim głowę?

Po kilku tygodniach diety paleo doznałam olśnienia – praktycznie przestałam produkować śmieci! A może raczej – zmienił się ich typ. W koszu zagościły kilogramy obierków, które bardzo szybko lądują w moim przydomowym kompostowniku (będzie z nich później nawóz jak ta lala).

Radość z mojego odkrycia bardzo szybko ustąpiła przerażeniu. Do tej pory codziennie jadłam jogurt czy nawet dwa, co daje nam dwa plastikowe kubeczki rozkładające się ok. 300 lat. Do tego mleko – jedna plastikowa butelka co dwa, trzy dni. Batoniki albo cukierki – urocze papierki będą się rozkładać przez prawie 500 lat. Chleb – kolejne foliowe opakowanie. Masło – folia aluminiowa. Kiełbaski, wędliny, sery – znów plastik! A to tego dochodzą nam jeszcze przeróżne puszki, pudełka (choćby po ryżu czy kaszy), torebki po makaronach. Nie ma się co oszukiwać: każdy nasz posiłek obciąża środowisko. KAŻDY. Kiedy zjesz mały jogurcik, którego prawie nie poczujesz – Matka Natura będzie się z Twoim śmieciem męczyć przez najbliższe 300 lat.

Na szczęście istnieje prosty sposób by to zmienić: dieta. Śmieci które produkuję na paleo to: słoiki po oleju kokosowym i butelki po oliwie z oliwek (na szczęście szkło łatwo ponownie przetopić i użyć); troszkę foliówek po zakupach i plastikowe opakowania po żelatynie (raz na jakiś czas); duuużo obierek i sporo kości (te akurat spalamy w piecu). Czasem dojdą do tego opakowania np. po daktylach, karobie czy orzechach lub puszka po mleku kokosowym. I to tyle.

Dzięki ograniczeniu produkcji śmieci poczułam do paleo jeszcze większą sympatię. I nie tylko do paleo – do każdej diety, która każe nam ograniczyć spożywanie paczkowanych produktów. 

Kiedy będziecie sięgać po kolejny nafaszerowany cukrem jogurt zastanówcie się przez chwilę, czy naprawdę warto. A może lepiej wybrać banana czy jabłko? My na Ziemi pożyjemy jeszcze (w najlepszym razie) kilkanaście lat, ale nasze dzieci i wnuki w pełni odczują konsekwencje naszych dietetycznych wyborów.

Dlatego apeluję: odrzuć śmieciowe jedzenie. Matka Natura będzie Ci za to wdzięczna.

I, jak zawsze, bądźcie zdrowi, Kochani!