Hashimoto i choroby autoimmunologiczne a osobowość

Ludzka złożoność nie przestaje mnie zachwycać i zaskakiwać. Nie dość, że posiadamy cudowne ciała składające się z miliardów komórek, to na dodatek w każdym z nas kryje się potężny umysł, którego sekrety wciąż jeszcze zostały niezbadane… Wielu z nas czuje w sobie także obecność czegoś więcej – duszy, będącej źródłem naszych marzeń i chęci do życia. Te trzy elementy działają jak naczynia połączone, których wzajemny wpływ wciąż jeszcze nie został dobrze poznany. Wiemy jednak, że każde uszkodzenie ciała wpływa na stan naszej psychiki i nastroju – trudno być szczęśliwym, gdy męczy nas migrena czy kiedy zranimy się w palec. Mechanizm ten działa oczywiście także w odwrotny sposób – niejednokrotnie z powodu stresu czy strachu zaczyna boleć nas brzuch lub głowa. Czy nasze emocje i cechy osobowości mogą jednak prowadzić do pojawienia się chorób chronicznych takich jak Hashimoto lub inne schorzenia autoagresywne? A może to pojawienie się tych chorób zmienia nasz sposób widzenia świata?…

Depresja, fochy i smuteczki

Kilka miesięcy temu zajęłam się przeanalizowaniem związku zapalenia tarczycy Hashimoto z depresją. Badania, na które się natknęłam, pokazywały, iż osoby cierpiące na Hashimoto z wynikiem TSH mieszczącym się w normie, jednak z obecnymi przeciwciałami wykazywały znacząco wyższą podatność na depresję, zaburzenia lękowe i zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne niż osoby zdrowe [źródło]. Ostatnio związkowi depresji z Hashimoto poświęcono fragment programu Pytanie na Śniadanie, w którym miałam zaszczyt wystąpić 🙂 Zainteresowanych odsyłam [tutaj].

W przypadku chorób autoagresywnych pacjenci mogą mieć także problemy z tak zwaną „bierną agresją”, czyli nieumiejętnością dzielenia się ze światem swoimi uczuciami (w zeszłym roku ukazał się na blogu cykl artykułów poświęconych temu tematowi autorstwa Pana Jaskiniowego – zerknijcie tutaj, tu i tutaj). Moje dotychczasowe doświadczenia z Panem Hashimoto pozwoliły mi jednak przypuszczać, że te problemy to tylko wierzchołek góry lodowej.

Całkiem niedawno udało mi się trafić na niezwykle ciekawy artykuł autorstwa Britt z bloga Instinctual Wellbeing. Podobnie jak wielu z nas, ma ona osobiste doświadczenia z chorobami autoimmunologicznymi oraz jest członkinią kilku grup wsparcia (a jedną z nich nawet sama prowadzi). Wielomiesięczne obserwacje siebie i innych pacjentów pozwoliły jej na sformułowanie teorii łączącej schorzenia autoagresywne z pewnymi cechami osobowości. Oczywiście hipoteza ta nie znajduje na razie naukowego potwierdzenia – wydała mi się jednak na tyle ciekawa i bliska mojemu życiu, że postanowiłam się nią z czytelnikami Jaskiniowej Kuchni podzielić.

Choroby autoimmunologiczne a osobowość

Zdaniem Britt (z którą całkowicie się zgadzam) osoby cierpiące na schorzenia autoimmunologiczne mogą charakteryzować się poniższymi cechami:

  1. Tendencje perfekcjonistyczne;
  2. Niezwykła wrażliwość;
  3. Zachowawczość i niechęć do podejmowania ryzyka;
  4. Zwykle posiadają osobowość typu A, charakteryzującą się wysokim poziomem stresu, wywołanym presją czasu, tendencją do zachowań rywalizacyjnych, wysokim poziomem ambicji, agresywnością i wrogością wobec innych;
  5. Nieustanny lęk przed zawiedzeniem innych lub popełnieniem błędu;
  6. Tendencje do introwersji;
  7. Przesadna ambicja;
  8. Problemy z mówieniem „nie”;
  9. Są bardzo krytyczni wobec siebie samych; zmuszają się do pracy chcąc spełnić swoje własne wysokie oczekiwania;
  10. Niechęć do pokazania, kim naprawdę są; mają problemy z otwieraniem się przed ludźmi;
  11. Skłonności do niepokoju i zamartwiania się;
  12. Skłonności do większej otwartości na alternatywne i duchowe metody leczenia;
  13. Nie lubią tracić kontroli nad sytuacją;
  14. Spędzili większość swojego życia czując, że „nie do końca pasują” lub czując się niezrozumiani przez innych;
  15. Mieli okazję doświadczyć pewnej traumy lub ich dzieciństwo było traumatyczne.

Kiedy przeanalizowałam wszystkie te cechy i wzięłam pod uwagę również te, które udało mi się już przepracować,  zdobyłam w tym teście aż 12 punktów na 15. A jaki jest Wasz wynik?

Jak nie kopać leżącego?

W przypadku chorób z autoagresji bardzo ważne jest, by minimalizować nie tylko produkcję „fizycznych” przeciwciał (co często skutecznie osiąga się np. poprzez stosowanie odpowiedniej diety), lecz także zapobiegać autoagresji psychicznej. Niezwykle trafnie pisze o tym Kala Bochenek, coach i psycholog, na swoim blogu Holistyczne leczenie Hashimoto (niestety od dwóch lat nie pojawiają się nowe wpisy). Jej zdaniem atakowanie samego siebie poprzez nieustanne agresywne myśli może jedynie pogorszyć nasz stan. Dlatego warto obserwować swoje zachowanie oraz być szczególnie wyczulonym na poniższe nawyki:

•    potępianie i krytykowanie samego siebie oraz poczucie winy (np. z powodu choroby)
•    nadmierne wymagania wobec samego siebie (perfekcjonizm, presja na doskonałość, brak przyzwolenia na własne niedoskonałości i błędy)
•    ciągłe  zamartwianie się (chorobą i innymi rzeczami)
•    zadręczanie się myśleniem o tym, czego nie możemy robić, a kiedyś robiliśmy oraz tym, co funkcjonuje „gorzej” w naszym życiu
•    wymuszanie na sobie czegoś, z czym ciało nie daje sobie obecnie rady
•    rozpaczliwe próby natychmiastowej poprawy samopoczucia, aby jak najszybciej „pozbyć się” przykrych objawów
•    ignorowanie własnych potrzeb i stawianie potrzeb innych ludzi na pierwszym miejscu
•    angażowanie się w takie relacje i działania, które pozbawiają nas sił
•    nieumiejętność stawiania ludziom zdrowych granic

[Źródło]

Brzmi znajomo? Być może niektóre z tych nawyków towarzyszą Wam od wielu lat, wywierając negatywny wpływ na Wasze zdrowie. Najrozsądniej byłoby oczywiście zastąpić te niekorzystne myśli zachowaniami pozytywnymi, ale nie zawsze okazuje się to proste, zwłaszcza jeśli zmartwienia i autokrytyka towarzyszyły nam przez wiele lat.

Dlaczego tak łatwo nam kopać leżącego? Zamiast krytykować – spróbujmy okazać sobie samym trochę miłości.

U źródeł problemu

Jestem przekonana, że istnieje związek między pewnymi cechami osobowości a występowaniem choroby Hashimoto i innych schorzeń autoagresywnych. Wciąż jednak nie wiadomo, czy to cechy takie jak perfekcjonizm, wrażliwość czy skłonność do zmartwień predysponują nas do zapadnięcia na Hashimoto (lub inną chorobę autoimmunologiczną), czy może wraz z pojawieniem się choroby zmienia się nasza osobowość. Ciekawi mnie także, jaki odsetek chorych ma problemy z cechami osobowości i zachowaniami wymienionymi przez Britt i Kalę Bochenek. Dlatego apeluję: studenci psychologii, ręce do pracy! Osób diagnozowanych w kierunku Hashimoto i innych schorzeń autoagresywnych jest coraz więcej i warto zbadać psychiczne podłoże tej choroby.

Zanim jednak pojawią się dokładne badania naukowe, jak mamy radzić sobie my, pacjenci? Wiem z doświadczenia, że w przypadku nieradzenia sobie z emocjami najefektywniejsze będzie udanie się po pomoc do specjalisty. Warto wybrać terapeutę pracującego w nurcie terapii poznawczo – behawioralnej, dzięki któremu będziemy mogli okiełznać niekorzystne myśli, emocje i zachowania. Niestety, terapia jest dość kosztowna i nie każdego na nią stać. Warto jednak pamiętać, że spotkania nie muszą odbywać się co tydzień. Ponadto istnieje możliwość podjęcia tańszej terapii grupowej.

Możesz się zastanawiać: Czy to naprawdę konieczne?… A czy czujesz się dobrze z samą sobą? Czy nie gnębią Cię natrętne myśli, których wolałabyś się pozbyć?… Czy masz dość perfekcjonizmu, skutecznie utrudniającego Ci życie?

Jeśli czujesz, że czas na zmiany, terapia może być dla Ciebie najlepszą decyzją. Przecież będziesz żyć z samą sobą jeszcze wiele długich lat, więc warto zadbać o to, by wzajemne relacje psychiki i ciała były jak najlepsze 🙂

(A jeśli naprawdę nie jesteś w stanie pozwolić sobie na wizytę u specjalisty, zajrzyj do tego artykułu. Zebrałam w nim wiele użytecznych informacji, jak pomóc sobie samemu wyjść na prostą).

Kiedy boli nas brzuch czy gnębi przeziębienie – udajemy się do specjalisty. Kiedy mamy problemy z emocjami – również powinniśmy udać się do specjalisty!

Czy to aby na pewno wina Hashimoto?

Wiem, że życie z osobą chorobą na Hashimoto nie jest usłane różami. Najprzeróżniejsze dolegliwości fizyczne (ciągłe uczucie zimna, tycie, wypadanie włosów, zmęczenie… i wiele innych) często spotykają się z niezrozumieniem otoczenia. Do tego nierzadko dochodzą objawy ze strony psychiki, takie jak drażliwość, skłonność do wybuchów czy ciągłe zamartwianie się. Pamiętajmy, że nieleczona lub leczona niewłaściwie niedoczynność tarczycy (która najczęściej idzie w parze z Hashimoto) może zamienić życie chorego i jego rodziny w koszmar. [Tutaj] znajdziecie świetnie napisaną historię o tym, jak także życie może wyglądać.

Niestety, czasem mimo leczenia uciążliwe objawy nie znikają. Wtedy najbliżsi pacjenta (oraz on sam) mogą nieustannie zadawać sobie pytanie: Czy to wina choroby? A może ta osoba już taka jest, taki ma charakter?… Próżno szukać odpowiedzi.

Nie da się oddzielić pacjenta od choroby. Dlatego też należy patrzeć na każdego człowieka holistycznie, wraz z jego wszystkimi zaletami, wadami i schorzeniami. Szukajmy pomocy, konsultujmy się ze specjalistami. I nie poddawajmy się! Łatwo powiedzieć „To wina Hashimoto”, ale przecież to nie rozwiązuje naszych problemów. Śmiało, do dzieła! Masz problemy z nerwowością? Zacznij medytować, ćwiczyć jogę, głęboko oddychać. Męczy Cię perfekcjonizm? Poszukaj książek, które pomogą Ci go okiełznać lub wybierz się na terapię. Nieustannie czujesz się zmęczona? Wykonaj odpowiednie badania, zapytaj lekarza o suplementację, zacznij uprawiać sport. Nie ma znaczenia, czy Twoje problemy są spowodowane chorobą Hashimoto, liczy się to, czy szukasz rozwiązań! 🙂

(W nawiasie pozwolę sobie jeszcze dodać, że część chorych jest skłonna oskarżać Hashimoto prawie o wszystko, co ich spotyka. Kochani, nie tędy droga! Nie pozwólcie, by choroba odebrała Wam życie – przecież ciągle macie w nim coś do powiedzenia).

Hashimoto a osobowość – czy da się wyjść na prostą?

Spędziłam ponad dziesięć lat życia nie wiedząc, że cierpię na Hashimoto (zyskałam jedynie diagnozę niedoczynności, a leczenie było dobrane niewłaściwie). W tym czasie dręczył mnie perfekcjonizm, bardzo często się zamartwiałam, czułam się gorsza i nieadekwatna. Dziś może nie jest idealnie, bo zdarzają mi się gorsze dni*, ale dzięki wytrwałości i wsparciu terapeuty udało mi się wyjść na prostą – akceptuję siebie i skupiam się na radosnych aspektach mojego życia. Ba, nawet nękającą mnie chorobę Hashimoto przekułam w coś bardzo pozytywnego – czyli ten blog 🙂

(*Jednak staram się nimi nie przejmować, bo przecież każdy ma gorsze dni).

Co ciekawe, zmiany, które we mnie zaszły, można wyjaśnić naukowo. Części mózgu odpowiadające za osobowość chmurną i pogodną (czyli za optymizm i pesymizm) należą do jednych z najbardziej plastycznych. „Drobne poprawki sposobu postrzegania świata – uprzedzeń i upodobań umysłu – potrafią wpłynąć na budowę połączeń nerwowych w mózgu i skłonić nas ku bardziej optymistycznemu lub pesymistycznemu nastawieniu. Poprzez zmianę sposobu, w jaki nasz mózg reaguje na wyzwania i radości, możemy zmienić samych siebie” (str. 15; Elaine Fox: Między pesymizmem a optymizmem. Szczęście w rozumie).

W jakiej więc sytuacji byś się nie znajdowała – zawsze znajdzie się wyjście. Najważniejsze to się nie poddawać i z nadzieją patrzeć w przyszłość. Życie mamy tylko jedno i nie można pozwolić, by pan Hashimoto przejął nad nim kontrolę.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

P.S. Wiem, że ostatnio bardzo mnie mało na blogu. W przyszłym roku planujemy z Panem Jaskiniowym się pobrać i dlatego poświęciłam się obecnie przede wszystkim pracy – pieniążki same się nie zarobią. Ale kiedy już nam się uda ustatkować, mam nadzieję poświęcić blogowi duuuużo czasu, by nadrobić wszystkie zaległości 🙂

Protokół autoimmunologiczny… I co dalej?

Protokół autoimmunologiczny to dieta skierowana przede wszystkim do osób cierpiących na choroby z autoagresji. Jej celem jest wyeliminowanie na pewien czas pokarmów, które mogą powodować reakcję układu immunologicznego. Protokół powinien trwać co najmniej miesiąc. Po tym czasie zaleca się wprowadzanie wykluczonych uprzednio produktów i obserwowanie własnych reakcji. W jakiej kolejności należy je jednak wprowadzać?… Zamiast eksperymentować i błądzić, warto posłuchać głosu eksperta. Sarah Ballantyne, doktor biofizyki medycznej, naukowiec i autorka książki „The paleo approach” bardzo dokładnie opisuje, jaką kolejność wprowadzania produktów powinniśmy zachować przy wychodzeniu z protokołu autoimmunologicznego. W dzisiejszym artykule przedstawię Wam jej zalecenia oraz wzbogacę je o własne przemyślenia i doświadczenia. Przy opracowaniu większej części tego tekstu korzystałam z poradnika „The Paleo Approach Quick-Start Guide to Reintroducing Foods” [źródło].

Protokół autoimmunologiczny: na czym polega?

Protokół autoimmunologiczny ma za zadanie postawić Cię na nogi. Dlatego właśnie podstawą tej diety jest wybieranie produktów jak najbogatszych w składniki odżywcze, które sprzyjają regeneracji jelit i mikroflory jelitowej. Ponadto protokół pomaga uregulować poziom hormonów (chociażby dzięki odstawieniu rafinowanego cukru) i sprzyja regeneracji układu odpornościowego. Oczywiście by osiągnąć pozytywne efekty, konieczne jest ścisłe przestrzeganie diety, duża różnorodność pożywienia, a nierzadko i dodatkowa suplementacja. Z tej przyczyny protokół najlepiej przeprowadzać pod okiem dietetyka lub lekarza.

Należy pamiętać, że zalecenia protokołu są oczywiście pewnym uogólnieniem. Część chorych może nie wykazywać reakcji na dany zakazany pokarm, zaś reagować na pożywienie teoretycznie bezpieczne (np. kokos). Dlatego w czasie trwania protokołu niezbędna jest ciągła samoobserwacja. Coraz więcej mówi się także o testach na nietolerancje pokarmowe, które ułatwiłyby dostosowywanie protokołu do indywidualnych potrzeb pacjentów. Nie wolno także zapominać, że rezultaty diety zależą od stopnia uszkodzenia tkanek i ogólnej kondycji chorego. W niektórych przypadkach można osiągnąć tzw. remisję, jednak pełen powrót do zdrowia albo jest mało prawdopodobny, albo wymaga dłuższej ilości czasu.

Trudne początki

Protokół autoimmunologiczny jest dietą bardzo restrykcyjną i dość trudną do przeprowadzenia. Zaleca się na nim eliminację wszystkich pokarmów, które mogą powodować podrażnienia i nieszczelność jelit, zaburzenia równowagi mikroflory jelitowej, stymulowanie układu odpornościowego oraz stany zapalne. Pełną listę produktów zakazanych na protokole znajdziecie [tutaj].

Początki diety są oczywiście niełatwe, niemniej jednak należy pamiętać, że to nie wyrok na całe życie. Po pewnym czasie ponownie wprowadzimy wykluczone produkty, dzięki czemu poznamy odpowiedź na kluczowe pytanie, co i jak na nas działa.

Kiedy ponownie wprowadzać produkty?

Gdy zauważysz pozytywne efekty diety i większość z trapiących Cię dotychczas przykrych symptomów ustąpi, to znak, że Twój układ odpornościowy zaprzestał atakowania samego siebie. Zanim jednak rozpoczniesz ponownie wprowadzać wykluczone produkty, upewnij się, że udało Ci się zapanować nad stresem, śpisz odpowiednią liczbę godzin i spędzasz czas na świeżym powietrzu. Te czynniki mają znaczący wpływ na naszą tolerancję pokarmów.

Jeśli nie przeprowadzasz protokołu pod okiem dietetyka, sam musisz zdecydować, kiedy rozpocząć etap wprowadzania wykluczonych pokarmów. Kieruj się przede wszystkich dobrym samopoczuciem, a nie zachciankami i ciągotami!

Częstotliwość wprowadzania produktów

Wyeliminowane produkty powinno się wprowadzać po kolei co 3-7 dni, by mieć całkowitą pewność, że to właśnie ten konkretny pokarm negatywnie na nas wpływa. Reakcja na niego może się pojawić niemal natychmiast, bo już po godzinie. Czasem jednak niepokojące symptomy stają się widoczne dopiero po kilku dniach! Jeśli nie jesteś pewien działania danego produktu, wyeliminuj go ponownie na kilka tygodni, a w tym czasie spróbuj wprowadzać inne pozycje z listy (znajdziecie ją poniżej). Uwaga! Nie wprowadzaj nowych pokarmów, gdy jesteś przeziębiony, zestresowany lub miałeś ciężki dzień w pracy.

Jeśli wcześniej stwierdzono u Ciebie alergię, skonsultuj się z lekarzem przed ponownym wprowadzeniem produktu Cię uczulającego.

Możliwe objawy nietolerancji pokarmowej

Nietolerancje pokarmowe mogą objawiać się na wiele różnorodnych sposobów. Dlatego w okresie wprowadzania wykluczonego wcześniej pożywienia musisz wykazać się dużą uwagą i być wyczulonym na wszelkie niepokojące objawy, do których należą:

Kolejność wprowadzania produktów

Sarah Ballantyne podzieliła wykluczone uprzednio produkty na cztery grupy w zależności od ich wartości odżywczej oraz stopnia potencjalnej reakcji autoimmunologicznej, którą mogą wywołać (listę znajdziecie poniżej). Gdy rozpoczynamy etap wprowadzania nowych produktów, najpierw po kolei wybieramy produkty z grupy I (poza tymi, na które mamy alergię) i obserwujemy własne reakcje. Nie musimy tolerować wszystkich pokarmów z pierwszego etapu, by przejść dalej. Jeśli jednak większość z nich lub niemal wszystkie wywołują objawy nietolerancji pokarmowej, należy je ponownie wyeliminować oraz zaczekać kilka miesięcy przed rozpoczęciem wprowadzania produktów z grupy II.

Pokarmy z trzeciej i czwartej grupy są dozwolone na diecie paleo czy diecie pierwotnej, jeśli jednak cierpisz na chorobę autoimmunologiczną i nie osiągnąłeś pełnej remisji, oczywiście nie musisz ich wprowadzać. Pamiętaj, że to od Twojej decyzji zależy wprowadzenie każdego z produktów. Poniższa lista to tylko sugestia.

Podobne pokarmy zostały podzielone między dwa lub trzy etapy (np. orzechy, rośliny psiankowate czy nabiał). Jeśli zauważyłeś jakąkolwiek reakcję po ich zjedzeniu, pomiń daną grupę w kolejnym kroku (np. gdy nie tolerujesz ghee, nie wprowadzaj masła, śmietany i innych produktów zaliczanych do nabiału).

Wprowadzanie pokarmów po protokole autoimmunologicznym może być procesem długotrwałym. Mimo to nie warto wykazywać pośpiechu, gdyż zbyt szybkie tempo może na nowo zaognić chorobę autoimmunologiczną.

Jak wprowadzać pokarmy?

Sarah Ballantyne zaleca trzymać się poniższych ośmiu kroków:

1. Wybierz pokarm, który chcesz wprowadzić. Przygotuj się na zjedzenie go dwa lub trzy razy jednego dnia, a następnie na kilkudniową przerwę.

2. Najpierw zjedz pół łyżeczki danego produktu (lub nawet mniej). Odczekaj 15 minut.

3. Jeśli pojawiły się jakiekolwiek niepokojące symptomy, nie jedz więcej. Jeśli nie zaobserwowałeś żadnej reakcji, zjedz kolejną łyżeczkę. Odczekaj kolejne 15 minut*.

4. Jeśli po tym czasie odczułeś coś niepokojącego, nie jedz więcej. W przypadku braku reakcji, zjedz półtorej łyżeczki testowanego pokarmu.

5. Na razie to by było na tyle. Zaczekaj dwie lub trzy godziny, stale się obserwując.

6. Zjedz normalną porcję pokarmu – albo samodzielnie, albo używając go jako dodatku do innego dania.

7. Kolejną porcję zjedz po trzech-siedmiu dniach. W międzyczasie nie wprowadzaj żadnego innego pokarmu. Obserwuj, czy nie pojawiły się żadne z wyżej wymienionych symptomów.

8. Jeśli nie odczułeś żadnych niepokojących reakcji, pokarm może na stałe powrócić do Twojej diety!

* W przypadku alkoholu poprzestajemy tylko na jednej porcji. Upewnij się też, że wybrany napój jest bezglutenowy!

Uwaga! Przy wprowadzaniu pokarmów bardzo przydatne może się okazać prowadzenie dzienniczka, w którym zanotujecie, co i kiedy jedliście i jakie było Wasze samopoczucie po danym posiłku.

Mały kęs na początku testowania nowego produktu w zupełności wystarczy!

Wprowadzanie pokarmów – teoria a praktyka

Protokół autoimmunologiczny do dieta bardzo restrykcyjna i wymagająca. Z tej przyczyny zawsze zalecam przeprowadzać ją pod okiem dietetyka lub lekarza, co jest opcją dla nas najbezpieczniejszą. Specjalista przedstawi Wam także szczegółowe wytyczne i powie, które produkty i w jakim tempie powinniście wprowadzać. Przetłumaczone przeze mnie zalecenia Sary Ballantyne są pewnym ogólnym schematem, który jednak może zostać zmodyfikowany przez lekarza zależnie od potrzeb pacjenta.

Jeśli dzięki protokołowi udało nam się osiągnąć remisję i uciszyć chorobę autoimmunologiczną, bardzo ważne jest, by nie spieszyć się z wprowadzaniem pokarmów. Nadmierny pośpiech może zniweczyć pozytywne efekty, które wypracowaliśmy naszą ciężką pracą.

Warto pamiętać, że wprowadzanie pokarmów może okazać się bardzo stresujące. Protokół to niezwykle trudna dieta pod względem psychicznym – musimy uważać na najmniejsze, nawet śladowe ilości wykluczonych pokarmów, a do tego nasz sposób żywienia wydaje się przerażająco ograniczony, zwłaszcza na początku. Bardzo łatwo popaść we frustrację i przesadę. Ja chociażby zaczęłam bać się wielu produktów, z glutenem i mlekiem na czele. Jeśli z takim nastawieniem rozpoczniemy etap wprowadzania nowych pokarmów, będzie całkiem możliwe, że odczujemy reakcję spowodowaną nie danym posiłkiem, a… stresem i strachem.

Dlatego tak ważne jest pozytywne nastawienie w trakcie trwania każdego z etapów diety. Owszem, wykluczamy ogromną większość produktów, ale tylko na jakiś czas! Nie bójmy się jedzenia i nie uważajmy, że pozycje zakazane na protokole są „złe i szkodliwe”. Dajmy każdemu pokarmowi szansę. Jeśli nasze ciało źle na nie zareaguje – no cóż, trudno, na szczęście istnieją inne rzeczy do jedzenia. Ale przynajmniej zyskamy pewność, że to właśnie ten posiłek nam zaszkodził, a nie stres.

W moim wypadku wprowadzanie produktów szło bardzo powoli, gdyż dyktowana byłam właśnie lękiem. Na masło klarowne skusiłam się po ośmiu miesiącach (smakowało obłędnie!), na pomidory i paprykę po dziewięciu, na orzechy i żółtka jaj po czterech, a na alkohol – po roku. Dzięki protokołowi dowiedziałam się, że rośliny psiankowate w większej ilości wywołują u mnie przeróżne reakcje i dlatego jadam je okazyjnie. Na szczęście większość pokarmów jest przeze mnie dobrze tolerowana, zwłaszcza spożywana w rozsądnych ilościach.

Czy wprowadzanie pokarmów wymienionych w czterech krokach to już koniec? To już zależy od nas samych. Część osób zostaje przy diecie paleo, lecz inne próbują wprowadzić zboża bezglutenowe. Ja na przykład wprowadziłam grykę, proso, ryż i bardzo okazyjnie jadane pseudozboża. Oczywiście można też pokusić się o dalsze eksperymenty – ja chociażby raz skusiłam się na kromkę żytniego chleba, po którym zaczęłam kichać. I pomyśleć, że kiedyś jadałam taki chleb codziennie!

Życzę Wam powodzenia w eksperymentach dietetycznych. Pamiętajmy jednak, że nie zawsze przyniosą one remisję czy pożądane przez nas efekty, jednak w każdym wypadku pozwolą nam dowiedzieć się czegoś więcej o sobie i o funkcjonowaniu własnego ciała. Najważniejsze to wciąż szukać i nigdy nie tracić nadziei na powrócenie do pełni zdrowia i sił 🙂


Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

 Zapraszam na mój facebook [tutaj].

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę   🙂

Hashimoto i emocje

Choroba Hashimoto jest wypadkową wielu zmiennych: złej diety, antybiotykoterapii, obciążeń genetycznych, zakażeń pasożytami, zaburzeń flory bakteryjnej jelit… Teoretycznie więc odpowiednia dawka hormonu, prowadzenie zdrowego stylu życia oraz odpowiednie suplementy powinny utrzymać chorobę w ryzach. Niestety, nie zawsze się to udaje. Nie da się uleczyć ciała, zapominając o psychice [źródło].

Przeciwciała przeciwtarczycowe a zaburzenia nastroju

„Wszystkie choroby powstają w umyśle”, twierdzi Joseph Murphy, autor książki „Potęga podświadomości”. Można się oczywiście z takim podejściem nie zgadzać, jednak znajduje ono coraz szersze potwierdzenie w nauce. Nasze podejście do życia, stosunek do przeszłości i przyszłości oraz odczuwane emocje wywierają niebagatelny wpływ na stan organizmu. Dysponujemy chociażby licznymi badaniami ukazującymi, w jaki sposób chroniczna złość przyczynia się do powstawania wielu powszechnie spotykanych dziś schorzeń [źródło].

Hashimoto należy do grupy chorób autoagresywnych, w wyniku której ciało niszczy samo siebie. A może nasz organizm jedynie odzwierciedla to, co kryje się w naszym umyśle? „Człowiek jest tym, o czym myśli przez cały dzień” (Ralph Waldo Emerson). Czyżbyśmy więc poprzez ciągły negatywizm dawali ciału sygnał do rozpoczęcia autodestrukcji?… A może to choroba wywołuje w nas gonitwę destruktywnych myśli?…

Istnieje wiele hipotez łączących obecność przeciwciał przeciwtarczycowych z różnymi formami zaburzeń nastroju, takimi jak depresja atypowa, depresja poporodowa czy depresja menopauzalna. Badania z 2016 roku pokazały, że przeciwciała mogą być markerami zaburzeń autoimmunologicznych oddziałujących na mózg oraz wykazały ich związek z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi [źródło]. Dwa lata wcześniej, w 2014 roku, poddano obserwacji osoby cierpiące na Hashimoto z wynikiem TSH mieszczącym się w normie, jednak z obecnymi przeciwciałami. Wyniki pokazały, że w porównaniu z grupą kontrolną wykazywali oni znacząco wyższą podatność na depresję, zaburzenia lękowe i zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne [źródło]! 

Mam nadzieję, że w przyszłości przeprowadzone zostaną także badania odpowiadające na pytanie, w jakim stopniu odpowiednia dieta może wpłynąć na obniżenie przeciwciał, a tym samym zmniejszyć ryzyko wystąpienia depresji i zaburzeń nastroju. To niezwykle ekscytujące, jak wiele jest jeszcze do odkrycia!

Smutek i depresja mogą wiązać się z chorobą Hashimoto. Gdy nie radzisz sobie z destruktywnymi emocjami, nie wahaj się poprosić o pomoc!  

Teoria a praktyka, czyli jak okiełznać Hashimocje

Kiedy patrzę na swoje życie z perspektywy przeżytych 25 lat, wyraźnie dostrzegam związek między Hashimoto a moimi wahaniami nastroju i doświadczonymi dwukrotnie stanami depresyjnymi. To niezwykła ulga znaleźć w końcu odpowiedź na pytanie, czemu tak często gnębiły mnie nawracające negatywne myśli! Nagle wszystko się zgadza: stres prowadził do zaostrzenia choroby i (zapewne) wzmożonej produkcji przeciwciał, co skutkowało atakami smutku, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić.

Chciałabym Was jednak uspokoić: Hashimoto nie zawsze wiąże się z obniżeniem nastroju, a każdy przypadek jest inny. Dzięki internetowym grupom wsparcia można poznać osoby, którym choroba niemal nie daje się we znaki. Pamiętajmy jednak, by mimo to nie negować uciążliwych objawów innych pacjentów. Ku mojemu przerażeniu, na forach czasem można natrafić na komentarze bardzo uszczypliwe i złośliwe. A przecież gdy cieszymy się dobrym samopoczuciem, często trudno w pełni zrozumieć nam osoby pogrążone w depresji. „Wystarczy się zebrać do pracy i chandra minie!”, myślimy. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że gdy przeżywamy załamanie, absolutnie nic nie jest w stanie nas zmotywować do działania. Wszystko wydaje się czarne i pozbawione nadziei. Z wielkim trudem wstajemy z łóżka i pragniemy, by dzień już się skończył. Do tego ciągle odczuwamy zmęczenie i senność i ten przerażający smutek…

Dla osoby przeżywającej stany depresyjne nie ma nic bardziej frustrującego od uwag najbliższych, teoretycznie mających nas pokrzepić: „Zobacz, inni mają gorzej”; „Czym się martwisz, przecież są ludzie bez rąk i nóg i jakoś żyją…”. Załamanie nastroju sprawia, że skupiamy się tylko na sobie i na swoim cierpieniu. Inni mogą nie istnieć. Logiczne nawet porady wydają nam się niemożliwe do zrealizowania.

Czy da się z tego wyjść? Oczywiście! Potrzebne jest mocne postanowienie: „Chcę to przerwać”, za którym pójdzie aktywne szukanie pomocy. W okresach depresji możemy potrzebować zwiększenia dawki hormonu oraz suplementacji magnezem i witaminą D, wykonajmy zatem odpowiednie badania i zgłośmy się do lekarza. W miarę możliwości należy także odciąć główne źródło stresu i skorzystać z pomocy terapeuty lub psychologa. Konieczne jest także wyrobienie w sobie nawyku codziennej aktywności fizycznej, za wszelką cenę. Liczne badania pokazują, że ruch bardzo skutecznie poprawia nastrój i zmniejsza niepokój [źródło]. Dla mnie kluczowa okazała się również zmiana diety, która dała mi nadzieję i motywację do pracy. Zamiast skupiać się na sobie, zaczęłam pisać dla innych. Pomagając bliźnim, pomagamy sobie. Dlatego na przykład podjęcie wolontariatu może mieć wysoką wartość terapeutyczną.

Jeśli przeżywasz właśnie załamanie i nie widzisz dla siebie żadnej nadziei, zdradzę Ci jedno: tylko Ty dysponujesz wystarczającą mocą, by wyjść z tego stanu. Smutek sam na pewno nie minie. Wiem, że jakiekolwiek działanie wydaje Ci się obecnie trudne, o ile nie niemożliwe, ale po prostu zacznij. Powoli, małymi kroczkami, wrócisz do pełni sił.

Prewencja dla psychiki

Hashimoto da się okiełznać, podobnie jak nękające nas destrukcyjne emocje. Podstawa to oczywiście dobra i zróżnicowana dieta oraz aktywność fizyczna. Musimy jednak pamiętać, że te działania nie przyniosą pożądanych efektów, gdy nie zadbamy o higienę psychiczną.

Jak to zrobić? Kochając siebie. I nie mam tu na myśli miłości narcystycznej, a jedynie zdrowe i pełne szacunku podejście do własnego ciała i ducha. Zamiast nieustannie się krytykować, zacznijmy chwalić własne osiągnięcia. Nie rozpamiętujmy ciągle tego, co było, a skupmy się na działaniu tu i teraz. Stałe zamartwianie zastąpmy snuciem planów pełnych nadziei. W miarę możliwości wybierajmy ludzi, miejsca, filmy, muzykę, książki i ubrania, które pozytywnie na nas oddziałują. Dbajmy o swoje potrzeby i rozwijamy własne zainteresowania.

Zawsze zachęcam Was również do szukania pomocy u specjalisty. Terapia jest doświadczeniem niezwykle oczyszczającym i śmiało mogę Wam ją polecić. Do tego warto sięgnąć po książki takie jak „Potęga podświadomości” Josepha Murphy’ego czy „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise L. Hay.

Wiem, że uzdrawianie własnej psychiki na początku może wydać się trudne, a nawet nieosiągalne. To jednak praca, którą wykonujemy dla siebie i dla własnego dobrego samopoczucia. Dlatego warto włożyć w nią jak najwięcej wysiłku. „Czując się zdrowymi, tworzymy zdrowie; czując się bogatymi, bogacimy się. A ty jak się czujesz?” (Joseph Murphy).

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Uzdrów swoje relacje i zapomnij o fochach!

Męczą cię ciągłe fochy i ciche dni? Masz dość domyślania się potrzeb swojej drugiej połówki, szefa czy przyjaciółki? Nie martw się, nie jesteś sam. Powyższe zachowania mogą świadczyć o tak zwanej biernej agresji. Czy da się jej jakoś zaradzić? Oczywiście, chociaż wymaga to czasu i wspólnej pracy. Bierna agresja nigdy nie jest problemem tylko jednej ze stron. Do tanga zawsze trzeba dwojga.

Jutro Walentynki, piękny dzień pełen romantycznych uniesień i obopólnych zachwytów… A już pojutrze… powrót do normalności? Niekoniecznie. Jeśli w twoim związku i w relacjach rodzinnych czy zawodowych zdarzają się zgrzyty i fochy, polecam zainteresować się tematem biernej agresji. Jej przyczyn należy szukać przede wszystkim w dzieciństwie, gdy rodzice karzą swoje dziecko za wyrażanie uczuć [źródło]. Co więcej, kobiety częściej niż mężczyźni zachowują się w taki sposób. Bierna agresja może także być związana z chorobami autoimmunologicznymi – powoduje potężny stres, który pogarsza stan chorego i zaostrza objawy choroby.

Osoby biernie agresywne łatwo się obrażają, często są sarkastyczne, potrafią skutecznie obrzydzić cudzą radość i często mówią „tak” gdy myślą „nie” [źródło]. Oczywiście kontakt z nimi może wzbudzać w nas ciągłe poczucie winy. Niekiedy też mamy ochotę w jakiś sposób wpłynąć na ich postępowanie i je zmodyfikować. Najczęściej okazuje się jednak, że to niemożliwe.

Niektórzy ludzie są tak zawzięcie biernie agresywni, że mimo twoich największych starań, wsparcia światowej klasy specjalistów od psychologii i rozwoju osobistego oraz szwadronu uczynnych wróżek, nie zmienisz ich zachowania. Trudno, w takiej sytuacji bierz nogi za pas i pozwól im taplać się w swojej głęboko skrywanej złości z ludźmi, którzy mają na to ochotę. Na szczęście zazwyczaj da się to jakoś naprawić. Niestety, oznacza to konieczność stawienia czoła smutnemu odkryciu, że przeważnie robisz coś, co umożliwia drugiej osobie traktowanie cię właśnie w ten sposób. Ba, czasem nieświadomie nagradzasz takie zachowania. Dziś dowiesz się jak, jakie są tego skutki i jak temu zaradzić.

1. Słuchanie narzekań

Kiedy cierpliwie słuchasz o tym jaką paskudną, rzucającą skarpetki gdzie popadnie fleją jest chłopak Twojej przyjaciółki, możesz myśleć, że okazujesz jej w ten sposób emocjonalne wsparcie, ale tak naprawdę dajesz z siebie robić emocjonalny tampon. Chłoniesz jej napięcie, co zmniejsza szansę, że przyjaciółka zgłosi partnerowi problem. Po co, skoro już się komuś wygadała i złość minęła? Za jakiś czas facet znowu rzuci gdzieś skarpetki, bo pewnie nawet nie wie, że złości to jego dziewczynę. Przyjaciółka znowu przyleci na ploty, ponarzeka i problem zostanie zignorowany po raz kolejny, a Twoja opinia o jej lubym zmaleje jeszcze bardziej. W pewnym momencie napięcie wzrośnie na tyle, że zwierzanie się przestanie wystarczać i para zafunduje sobie karczemną awanturę.

Gdy do mądrej matki przybiega żalić się na męża jej córka, mądra matka odsyła ją do niego, kwitując rzecz słowami „to sprawa między wami”. Bądź jak ta mądra matka. Pozwól ludziom załatwiać ich sprawy między sobą. Inaczej nie załatwią ich wcale.

 

2. Sprzątanie ich bałaganu

Chciałabyś żeby Twój mąż wyniósł śmieci. Prosisz raz i nic. Prosisz drugi raz i wciąż nic. Prosisz trzeci raz i znowu nic, a śmieci zaczynają wychodzić same. Mąż zawsze ma wymówkę. Raz zapomniał, drugi raz był zmęczony, trzeci raz źle zrozumiał polecenie. Wkurzasz się i grozisz, że zostawisz te śmieci i w domu będzie śmierdzieć, dopóki on ich nie wyniesie. Po jakimś czasie jednak smród zaczyna ci doskwierać, bierzesz te parszywe śmieci i wynosisz je sama. Właśnie uległaś biernej agresji i wysłałaś komunikat „pozłoszczę się, pozłoszczę, a potem i tak zrobię to za ciebie”. Nagrodziłaś biernie agresywne zachowanie, zwiększając szansę na jego powtórzenie.

Kiedy alkoholik zaśnie na trawniku przed domem, najgorsze co można zrobić, to zabrać go do domu, do wygodnego łóżeczka. Ludziom trzeba dać odczuć konsekwencje ich zachowania, jeśli chcemy je zmienić. Następnym razem twoja groźba musi mieć pokrycie w rzeczywistości.

3. Wiara w dobre intencje

Przy rodzinnym posiłku rodzice chwalą córkę za wybitne postępy w nauce. Jej młodszy brat reaguje słowami:

– Ha ha, kujon, nigdy nie znajdziesz chłopaka!

Rodzinka wybucha śmiechem, tylko siostrze jest jakoś smutno. Matka strofuje ją:

– No weź nie histeryzuj, Bartuś chciał tylko pożartować, tak naprawdę jest dumny z Twoich ocen!

 

Ludzie zawsze deklarują posiadanie dobrych intencji. Taki Al Capone, na przykład, uważał że daje uciskanemu narodowi pożądane dobro, które wredny rząd złośliwie społeczeństwu odebrał. Hitler zapewne uważał się za zbawcę Europy. Bartuś zaś chciał tylko rozweselić rodzinę. Warto przestać nabierać się na altruistyczne motywy działania innych, zwłaszcza gdy te działania przynoszą komuś krzywdę. Spróbuj przetrzeć różowe okulary i dostrzec bliższe prawdzie źródła ludzkich zachowań: ochronę poczucia wartości oraz maksymalizację zysków przy minimalizacji wysiłku.

Kiedy Twój podwładny po raz drugi spóźnia się z terminem wypełnienia raportu kwartalnego i po raz drugi zapewnia cię, że starał się jak mógł i postara się dotrzymać następnego terminu, możesz mu jeszcze uwierzyć, ale po którymś razie taryfa ulgowa musi się skończyć. Ile szans dasz komuś, zanim w końcu wściekłość zburzy Twoją wiarę w dobre intencje i zaczniesz oceniać ludzi wedle rezultatów ich działań?

 

Spokojnie, one chcą się tylko pobawić

4. Unikanie konfliktu

Konflikty są nieuniknione, wynikają bowiem ze sprzeczności interesów i dążeń. Zachowanie ciągłej ich zgodności między dwoma ludźmi w ciągu życia jest statystycznie niemożliwe. Nie będą wam się zawsze podobać te same koszule, nie będziecie chcieli oglądać dokładnie tych samych filmów, nie będziecie mieli ochoty tak samo często odwiedzać swoich rodziców. Konflikt rodzi napięcie, nie dziwne więc, że chce się go czasem uniknąć. Jeśli twój związek jest sielankowy, w ogóle się nie kłócicie i we wszystkim zgadzacie… Czas zacząć się bać! Napięcie nieujawnione cichutko narasta pod powierzchnią pozorów, manifestując się na wiele wymyślnych sposobów. Tylko czekać na kąśliwe uwagi, sarkazm, złośliwości, zapominanie o zobowiązaniach itd.

Dwa magiczne pytania ułatwią wydobycie konfliktu na światło dzienne:

„Co jest nie tak?”

„Czego oczekujesz?”

Zadawaj je odważnie i często. Ujawnienie problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania.

 

Gdy ktoś jest biernie agresywny wobec ciebie, czujesz się okropnie. Nie wiesz o co tak naprawdę chodzi, bo foch wziął się „znikąd”. Nie możesz ufać swoim odczuciom, bo może on naprawdę tylko żartował. Nie możesz nic załatwić, bo ciągle jest ci stawiany opór, ale tak podstępnie, że nie potrafisz tego wychwycić. Gdy ty jesteś biernie agresywny, sam nie wiesz o co ci chodzi, bo nie masz dostępu do swoich emocji. Czujesz się osamotniony, bo nikt cię nie rozumie. Nie możesz żadnej sprawy doprowadzić do końca, bo oznaczałoby to spełnienie czyichś oczekiwań, a na to jesteś uczulony. W sumie nie wiadomo kto ma bardziej przerąbane. To i tak jeszcze nic. Wyobraź sobie zetknięcie dwójki biernie agresywnych ludzi. Gorzej, wyobraź sobie ich związek. Zobacz tę niemożliwie złożoną sieć frustracji i niespełnionych oczekiwań, przez którą okresowo przetaczają się siejące zniszczenie huragany niewypowiedzianych emocji. Dla Państwa FOCH! powrót do domu oznacza powrót na pole bitwy, o której nie wiedzą, że się rozgrywa. To wieczna walka o kontrolę i nieustający taniec wokół  min, które sami kładą sobie pod nogi, a których uparcie nie chcą dostrzegać. Czy z tym w ogóle można coś zrobić, wyłączając natychmiastowe rozstanie? Ano, można i nie chodzi tu tylko o długotrwałą, intensywną terapią par, którą gorąco polecam. Każdemu może zdarzyć się problem zbyt trudny do rozwiązania i warto wtedy skorzystać z pomocy wykwalifikowanego specjalisty. Kiedy jednak oboje dostrzegacie problem i jesteście zdeterminowani, by poprawić jakość swego związku, możecie wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko nie spodziewajcie się natychmiastowej poprawy. Nauka nowych sposobów funkcjonowania to proces. Proces, który uczyni z was lepszych partnerów.

W dużym skrócie – zacznijcie od ujawnienia problemu, podajcie pomysły jego rozwiązania, opiszcie podjęte działania, ich rezultaty, a na koniec nagródźcie się wzajemnie za uporanie się z nim. Wszystko zapisujcie, by mieć zawsze pod ręką możliwość przypomnienia sobie o wiążącej was umowie, a zarazem dowód pracy na rzecz dobra relacji. Proponuje taką formę zapisu:

 

 

Obszar rozwoju

Pomysły rozwiązań

Podjęte działania

Rezultaty

Nagrody

Czysty, pusty zlew nad ranem Wstawać 5 minut wcześniej, by mieć  czas na zmywanie

...

..

Zostawiać brudne naczynia w swoim pokoju

Wstałam 3 minuty wcześniej i zmyłam wszystko poza jednym kubkiem

. ..

Wstałam 5 minut wcześniej i pozmywałam wszystko 

.

Nie wstałam wcześniej, ale zabrałam brudne naczynia do pokoju

Spokój – można komfortowo korzystać ze zlewu

. ..

..Radość na widok pustego zlewu i pozmywanych naczyń  

.

Radość i wdzięczność, spokojny poranek w czystej kuchni 🙂

Wieczorny spacer po parku
Więcej komplementów Raz w tygodniu pochwalę twój wygląd

………….. ..

Raz w tygodniu pochwal mnie za coś, co zrobiłam 

Pochwaliłem twoją nowa fryzurę

…………… ..

Zauważyłem jak atrakcyjnie wyglądasz w dzisiejszej kreacji 

 

Doceniłem wysiłek jaki włożyłaś w przygotowanie mi kolacji

Poczułam że mogę cię czymś jeszcze zaskoczyć

/……...

Poczułam się atrakcyjniejsza w twoich oczach 

.

Ucieszyło mnie, gdy dostrzegłeś jak się dla ciebie postarałam

Spałaszowanie całego pudełka drogich bombonierek

 

1. Obszar rozwoju

Chodzi oczywiście o zgłaszany problem. Rozwiązywanie problemów rozwija. Nazwa „obszar rozwoju” zachęca do działania sto razy bardziej niż „problem”. Dziecko słyszące „masz problem z bazgraniem” będzie mniej zmotywowane niż dziecko, które usłyszy „możesz pisać dużo ładniej”. Przy okazji taki zapis wyznacza jasny cel, a człowiek bez celu błądzi.

Kolory oznaczają osobę zgłaszającą prob… szar rozwoju 🙂 Załóżmy że Bartek wybrał kolor pomarańczowy, a Basia niebieski. Możecie również ustalić wspólny kolor dla obszarów zgłaszanych wspólnie.

2. Pomysły rozwiązań

Cele możemy mieć wspólne, ale zazwyczaj sami chcemy wybrać drogę, którą do nich zmierzamy. Jesteśmy dużo bardziej przekonani do pomysłów, które wyjdą z naszej głowy, dlatego warto by Basia sama zaproponowała sposób, w jaki poradzi sobie z brudnymi naczyniami w zlewie. Jeśli to nie wypali, dopiero wtedy skorzysta z pomysłu Bartka.

3. Podjęte działania

Ręka do góry, jeśli usłyszałeś kiedyś „Ty nie wiesz jak ja się dla ciebie staram!”. Teraz w końcu się dowiesz. Bardzo miło zajrzeć w taką ewidencję starań i dostrzec konkretne działania, które twój partner podejmuje by było wam ze sobą lepiej. Możesz nawet dopisywać daty przy działaniach, jeśli kręcą cię takie formalności 😉

4. Rezultaty

Najprzyjemniejsza część tabelki. Spijanie śmietanki sukcesu. To miejsce, gdzie możesz pochwalić partnera i nagrodzić jego wysiłki, opisując radość, którą ci sprawił. Nawet jeśli zdarzy ci się zapomnieć pochwalić go osobiście, twój ukochany będzie miał pisemny dowód na to, że jego działania przyniosły efekty i ty je doceniasz.

5. Nagroda

Proces wspólnego rozwiązywania problemów ma wam wejść w krew. Ma się tak dobrze kojarzyć, żebyście zgłaszając kolejny problem czuli ekscytację na myśl o nagrodach, które czekają na końcu ścieżki. Dlatego tak ważne jest, byście ZAWSZE nagrodzili każdy, przeprowadzony od początku do końca, „obszar rozwoju”. Czy to będzie lampka białego wytrawnego pod gwiazdami, wspólne wyjście do kina, czy wzajemny masaż stóp, to już kwestia dogadania i indywidualnych preferencji.

 

Propozycja nagrody

 

Na początku może nie być łatwo. Zapewne zdarzą się potknięcia. Motywacja do pracy nad sobą będzie chwiejna. Pojawią się niejasności i konflikty. No i trudno, nie zawsze musi być idealnie. Przy odrobinie dobrej woli i determinacji wyjdziecie na prostą i zaskoczycie się wzajemnie tym, jak przyjemnie może wam być razem. Związki wymagają pracy, ale to praca, którą kochamy. Także tego… Do roboty!

Więcej na temat biernej agresji przeczytacie w artykułach: „Fochy, choroby autoimmunologiczne i bierna agresja” i „Koniec z fochami, czyli jak wyrażać swoje uczucia”.

Zapraszam również na Jaskiniowego Facebooka [tutaj].

Autorem trylogii o biernej agresji jest Pan Jaskiniowy, student i pasjonat psychologii. Ja tym razem posłużyłam tylko jako edytor 🙂 Jeśli macie pytania do poruszonego dziś zagadnienia lub jakiekolwiek uwagi – zachęcam do zostawienia komentarza  🙂

 

Dieta w chorobie Hashimoto: o glutenie i nabiale

Internet jest obecnie najdoskonalszym źródłem informacji. Niestety, gdy brakuje nam fachowej wiedzy, bardzo problematyczne może się okazać oddzielenie ziarna od plew. Internet, podobnie jak papier, zniesie dosłownie wszystko. Czasem bardzo trudno zdecydować nam, laikom, komu powinniśmy wierzyć… Dlatego postanowiłam zebrać całą moją wiedzę oraz dotychczasowe doświadczenia, by w sposób jak najbardziej obiektywny przedstawić Wam kwestię diety w chorobie Hashimoto. Trudno oczywiście wyczerpać ten temat w jednym artykule i dlatego dziś przyjrzymy się razem działaniu glutenu i nabiału; w kolejnej części zastanowimy się, czego warto unikać, a na sam koniec opowiem Wam o moich przygodach dietetycznych. Zachęcam także do dzielenia się Waszymi historiami 🙂

Przede wszystkim umiar i zdrowy rozsądek

Osoby, które dopiero zaczęły szukać informacji na temat diety w Hashimoto, mają pełne prawo czuć się przerażone i zniechęcone. Do tej pory większość z nas żyła całkiem normalnie, a nagle okazuje się, że musimy wykluczyć z diety niemal 80% produktów dotychczas przez nas spożywanych. Pamiętajmy jednak, że na każdą informację powinniśmy spojrzeć chłodnym okiem i zawsze pytać – dlaczego? Zachęcam także to zasięgania opinii specjalistów, chociaż czasem i ci potrafią znacznie różnić między sobą w poglądach i zaleceniach…

Gluten i jego związek z nieszczelnością jelit

Hashimoto należy do grupy chorób autoimmunologicznych, w wyniku której organizm produkuje przeciwciała, niszczące własne tkanki. W ten sposób ciało musi zmagać się z ciągłym stanem zapalnym, co jest dla niego niezwykłym obciążeniem.

By wspomóc wadliwie funkcjonujący układ odpornościowy, coraz więcej lekarzy i dietetyków zaleca rezygnację z glutenu i nabiału. Istnieją także badania naukowe uzasadniające takie postępowanie: wiemy, że u pacjentów z chorobami autoimmunologicznymi tarczycy występuje większe ryzyko nietolerancji glutenu (celiakii). Dlatego też naukowcy zalecają przebadanie wszystkich chorych na Hashimoto czy Gravesa-Basedova pod jej kątem.

Musimy pamiętać, że choroby autoimmunologiczne są silnie związane z jelitami, gdyż to od ich pracy zależy co najmniej 70% naszej odporności. Aglutynina zawarta w pszenicy wpływa na ich przepuszczalność. Kluczem w tym procesie jest białko, zonulina: gdy zjemy gluten, jej poziom wzrasta, w wyniku czego jelita stają się nieszczelne. U osób z predyspozycjami genetycznymi ten proces może doprowadzić do powstania stanów zapalnych i chorób autoimmunologicznych, co udowodnił Alesio Fasano, włoski lekarz i naukowiec.  

Na chwilę obecną niestety nie ma badań, które jednoznacznie wskazywałyby na konieczność wykluczenia  z diety glutenu przez wszystkie osoby cierpiące na Hashimoto. Dysponujemy jedynie poszlakami, pojedynczymi fragmentami układanki, które jednak powoli układają się w całość. Wiemy, że choroby autoimmunologiczne wiążą się z nieprawidłową pracą układu odpornościowego. Wiemy też, że u osób predysponowanych do tego genetycznie, gluten negatywnie wpływa na stan jelit, od których zależy większość naszej odporności. I, co najważniejsze, coraz więcej osób chorych na Hashimoto donosi o poprawie samopoczucia towarzyszącej odstawieniu pszenicy, żyta i jęczmienia.

Kilka słów o mleku

Występujące w nabiale laktoza i kazeina są silnym alergenem. Mleko może podrażniać nie tylko układ trawienny, lecz także płuca, dając objawy takie jak kaszel, astma, czy nadmierne wydzielanie śluzu. Nietolerancja mleka odbija się także na stanie naszej skóry, wywołując podrażnienia, trądzik czy egzemę.

Część specjalistów łączy nietolerancję glutenu z nietolerancją mleka i jego przetworów (chociażby dr Terry Wahls twierdzi w swojej książce, że 80% osób nietolerujących glutenu nie toleruje również nabiału). Co ciekawe, pojawiają się doniesienia o przypadkach, w których osoby nietolerujące laktozy nie były w stanie przyswoić podawanego im syntetycznego hormonu tarczycy.  

Na szczęście dieta bezmleczna nie musi być utrapieniem. A gdy tęsknimy za nabiałem – spróbujmy poszukać jego zamienników, chociażby przyrządzając domowe mleka orzechowe. Polecam przepis na mleko kokosowe, smakuje obłędnie!

„Choruję na Hashimoto – czy mam wyeliminować gluten i nabiał?”

Przede wszystkim musisz pamiętać, że nikt Cię do tego nie zmusza. To powinna być tylko i wyłącznie Twoja decyzja, dobrze przemyślana, a najlepiej skonsultowana także z dietetykiem lub lekarzem.

Zmianę diety radziłabym zacząć od wykonania testów na nietolerancje pokarmowe. Mimo, że wokół nich narosło wiele kontrowersji, obecnie nie dysponujemy lepszym narzędziem diagnostycznym (a przynajmniej nie w Polsce). Warto też rozważyć dietę eliminacyjną – wyłączamy gluten i nabiał z diety na co trzy tygodnie – całkowicie, gdyż nawet małe ilości mogą zaburzyć wynik eksperymentu! Następnie pojedynczo, w odstępach co najmniej czterodniowych, ponownie wprowadzamy te pokarmy i obserwujemy swoją reakcję. Wszelkie niepokojące objawy mogą świadczyć o nietolerancji: bóle brzucha, biegunka, zatwardzenie, swędzenie, pokrzywki, bóle głowy, migreny, kichanie, katar… Uwaga, takie symptomy mogą pojawić się nawet po kilku lub kilkunastu godzinach od spożycia posiłku!

Dotychczasowe doniesienia naukowe pokazują, że wykluczenie glutenu i nabiału wydaje się być logicznym postępowaniem w przypadku chorób autoimmunologicznych. Mam nadzieję, że już wkrótce doczekamy się odpowiedzi na pytanie, czy wszyscy chorzy powinni zrezygnować z jedzenia tych pokarmów. Na chwilę obecną zarówno pacjenci, jak i lekarze, mogą czuć się zagubieni. Niemniej jednak wydaje mi się bardzo przykre, że część endokrynologów neguje dietę bezglutenową i nazywa ją „wymysłem Internetu”. Spotkałam już zbyt wiele osób, którym wykluczenie glutenu niezwykle pomogło, by przestać wierzyć w skuteczność takiego sposobu żywienia.

„Wyeliminowałam gluten i nabiał – i czuję się gorzej niż przed dietą!”

Czasem czytam opowieści osób, które po eliminacji glutenu i nabiału zaczęły się uskarżać na liczne przykre dolegliwości, takie jak problemy trawienne, bóle brzucha czy migreny. Jaka może być tego przyczyna?

Gluten oraz nabiał zawierają odpowiednio glutenomorfiny i kazomorfiny, które mają działanie podobne do opiatów: nie dość, że uzależniają, to na dodatek mogą działać przeciwbólowo! Co ciekawe, receptory opioidowe można znaleźć nie tylko w mózgu, lecz także w jelitach.

Musimy pamiętać, że w przypadku chorób autoimmunologicznych mamy do czynienia z chronicznym stanem zapalnym, a przecież „gluten i kazeina mają zdolność tworzenia związków morfinopodobnych”, czyli przeciwbólowych. Czy jest więc możliwe, że ludzie, którzy chorują na przewlekłe stany zapalane, są uzależnieni od tych substancji?

Odstawienie glutenu i nabiału może sprawić, że poczujemy się fatalnie. Jest jednak całkiem prawdopodobne, że przyczyną pogorszenia naszego samopoczucia będą stany zapalne, od dawna maskowane przez związki morfinopodobne zawarte w pszenicy i mleku! W takich sytuacjach większość osób wraca do jedzenia glutenu i nabiału i notuje natychmiastową poprawę. Inaczej być nie może – organizm otrzymuje silny środek przeciwbólowy, od którego jest uzależniony i chory odczuwa znaczącą ulgę.

Oczywiście glutenomorfiny i kazomorfiny są tylko jedną z wielu możliwych przyczyn pogorszenia samopoczucia na nowej diecie. Równie problematyczne mogą się okazać gotowe wyroby, teoretycznie bezpiecznie, gdyż oznakowane przekreślonym kłosem, a jednak pełne konserwantów i utrwalaczy. Pamiętajmy, że dieta bezglutenowa powinna opierać się o naturalne i nieprzetworzone produkty – w jednym z moich wcześniejszych artykułów przeczytacie, jak taką dietę zaplanować. Zachęcam też oczywiście do konsultacji dietetycznej, dzięki której zminimalizujecie ryzyko wystąpienia przykrych objawów przy zmianie diety. Pamiętajmy też, że gluten i nabiał silnie uzależniają i dlatego ich wykluczenie na początku może okazać się niezwykle trudne. Wykażcie jednak cierpliwość – przykre symptomy powinny ustąpić przed upływem jednego miesiąca.

Zmiana diety nie oznacza, że od razu poczujemy się lepiej. Czasem nawet nasze samopoczucie może ulec pogorszeniu… Dlatego należy uzbroić się w cierpliwość i nie rezygnować!

„Nie wierzę w dietę bezglutenową – jem wszystko i czuję się świetnie!”

Część chorych reaguje paniką, przerażeniem i wstrętem na wszelką wzmiankę na temat diety bezglutenowej. „Mój lekarz mówi, że to bzdura i ja też tak myślę”. Oczywiście rozumiem ten punkt widzenia: skoro ktoś nie ma problemów trawiennych i czuje się świetnie, po co się martwić jakimś glutenem?

Ja, autorka tego bloga, nie chcę nakłaniać Cię na zmianę diety wbrew Twojej woli. Wiem, że przymus zawsze rodzi opór. Jeśli nie wierzysz, że wyłączenie glutenu z jadłospisu Ci nie pomoże i że to fanaberie – nie rób tego, bo najprawdopodobniej i tak wrócisz do poprzednich nawyków.

Mimo to pozwolę sobie na jeszcze jedną uwagę: nietolerancja glutenu może się objawiać nie tylko problemami trawiennymi, lecz także niedokrwistością, bezpłodnością, depresją, problemami z pamięcią, migrenami, kamieniami w pęcherzyku żółciowym… Jest zatem dość prawdopodobne, że problem nietolerancji Cię dotyczy, nawet jeśli uważasz to za niemożliwe i nie uskarżasz się na wzdęcia, zaparcia czy gazy.

Słowo końcowe

W moim przypadku zmiana diety przyniosła ogromną ulgę. Większość przykrych objawów, które gnębiły mnie całe życie, znacznie zelżała. Wiem także, że dieta bezglutenowa i bezmleczna pomaga coraz większej grupie pacjentów, co znajduje swoje uzasadnienie w badaniach naukowych. Czy zatem wszyscy chorzy powinni zrezygnować z mleka i pszennych bułeczek? Cóż, na pewno można spróbować, by przekonać się, jak taka dieta wpłynie na nasz organizm. Pamiętajmy jednak, by nie popadać w skrajności: nie negujmy tego, że dieta może pomóc, ale też nie zmuszajmy nikogo do zmian wbrew jego woli. Na szczęście każdy z nas jest wolny i tę wolność uszanujmy, a przynajmniej tak długo, jak długo nauka nie dostarczy nam jednoznacznej odpowiedzi na kluczowe pytanie: no to mamy w końcu jeść ten gluten czy nie?!

Następna część artykułu będzie poświęcona produktom niewskazanym w chorobie Hashimoto. Później zajmiemy się analizą różnych diet (w tym protokołu autoimmunologicznego). Będzie się działo 🙂

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂


Kliknijcie by trafić na Jaskiniowy Facebook.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola


Ostrożnie z syntetyczną witaminą D!

Życie w Polsce pociąga za sobą niedobory witaminy D i dlatego ostatnio coraz więcej reklam zachęca nas do suplementacji. Zanim jednak pobiegniecie do apteki, zapoznajcie się z moimi doświadczeniami.

Po pierwsze: badania!

Zachęcam Was do wykonania prostego badania – oznaczenia metabolitu 25 OH. Jego koszt to ok. czterdzieści złotych (przynajmniej w Łodzi). Niestety, lekarz pierwszego kontaktu nie może go zlecić.

Teoretycznie możemy założyć, że niemal każdy Polak cierpi na niedobory witaminy D. Mimo to oznaczenie jej poziomu jest konieczne – dzięki temu dowiemy się, jak znaczny jest nasz niedobór i jaką dawkę suplementu powinniśmy przyjąć. Profilaktycznie zaleca się 1000 jednostek, jednak dla części osób taka dawka może być kroplą (albo małym promyczkiem słońca) w morzu potrzeb.

Oczywiście najzdrowiej czerpać witaminę D ze słońca, ale taką opcję mamy tylko latem… Pamiętajcie też, że nie należy przesadnie stosować kremów z filtrami, bo wtedy narażamy się na niedobory witaminy D!

Objawy niedoboru

Istnieje kilka „grup ryzyka”, które są szczególnie narażone na niedobory witaminy D. Są to przede wszystkim osoby cierpiące na:

choroby autoimmunologiczne – przytoczę tu jedno z badań, pokazujące, że pacjenci ze stwardnieniem rozsianym mają zdecydowanie niższy poziom witaminy D niż osoby zdrowe [źródło]

cukrzycę i choroby serca oraz naczyń krwionośnych – oczywiście obszar ten wymaga dalszych badań [źródło]

raka – związek między witaminą D a rakiem jest wciąż badany, jednak dotychczasowe wyniki pokazały, że wyższy poziom witaminy D był np. związany z mniejszym ryzykiem raka prostaty [źródło]

osteoporozę [źródło]

Działanie

Witamina D ma dobroczynny wpływ na funkcjonowanie układu immunologicznego [źródło]. Ponadto oczywiście od jej poziomu zależy zdrowie kości i zębów oraz serca i układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe, receptory witaminy D znajdują się we wszystkich komórkach, a więc tak naprawdę nie do końca jest poznany jej wpływ na nasz organizm [źródło].

Pamiętaj, wszystko z umiarem! Witaminy to nie cukierki! Gdy już suplementujesz witaminę D, badaj jej poziom co jakiś czas. Może być konieczne obniżenie lub zwiększenie dawki.

Suplementacja

W moim wypadku poziom witaminy D po wakacjach wyniósł 12, a norma to 30 (chociaż część lekarzy twierdzi, że optymalny poziom wynosi ok. 50, zwłaszcza w przypadku osób chorych). Dlatego zażywałam najpierw 1000 jednostek, a potem 2000. Następnie naczytałam się na temat znaczenia witaminy D w chorobach autoimmunologicznych i sięgnęłam po 4000 jednostek. I to był mój błąd: powinnam była się zbadać, a dopiero potem rozważyć taką suplementację.

Po jakimś czasie zaczęło boleć mnie serce. Powiązałam ten niepokojący objaw z niedoczynnością tarczycy. Na szczęście lekarka uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może obciążyć serce! Odstawiłam więc tabletki. Ból minął.

Witamina D a magnez

Miałam niezwykłe szczęście, bo jedna z internetowych znajomych uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może powodować niedobór magnezu!

Witaminy to nie cukierki. Dlatego konieczne jest zachowanie zdrowego rozsądku. O ile nie otrzymamy wyraźnego zalecenia lekarza – nie przyjmujmy suplementów w niebotycznych ilościach. Powiązania między minerałami i witaminami wciąż są badane. Wiemy jednak, że witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Jeśli mielibyście ochotę poczytać więcej na ten temat, zapraszam [tutaj] i [tutaj], a po polsku [tutaj].

Nie ma się co oszukiwać: suplementacja nie jest niewinną igraszką. Duże dawki jednej witaminy mogą pociągnąć za sobą konieczność przyjmowania innych preparatów… Uważajmy, by nie skończyć z garścią tabletek do codziennego zażywania!

Suplementuj się z głową!

Musimy pamiętać, że w pożywieniu witaminy i minerały współwystępują i działają synergicznie. Suplementy, owszem, zawierają powyższe substancje, jednak w postaci wyizolowanej. Nie wiemy jeszcze do końca, jak nasze organizmy je przyjmą w takiej formie i jak dane związki współdziałają lub się wykluczają. Co prawda prowadzonych jest coraz więcej badań na ten temat, jednak ocean naszej niewiedzy wciąż przeraża swoją objętością.

Co więc robić? Używać suplementów, ale z głową! Jestem zdania, że mądra suplementacja może nam pomóc, zwłaszcza w przypadku chorób. Nigdy jednak nie działajmy na własną rękę! Lekarz czy dietetyk kliniczny udzieli nam fachowej porady. Do tego oczywiście regularne badania to podstawa. Zadbajmy też o różnorodność diety, ograniczmy cukier, odrzućmy tłuszcze trans i przetworzoną żywność, a będziemy tętnić zdrowiem i radością 🙂 

 

Trzymajcie się zdrowo! A mój Facebook znajdziecie [tutaj].