Pietruszkowa zupa krem z cukiowym spaghetti

.

Ostatnio zaczęłam z ogromną pasją tworzyć najprzeróżniejsze zupy. Zasady ich przygotowania są proste: ma być szybko, zdrowo, niedrogo i oczywiście pysznie. Jak na razie udaje mi się to wyśmienicie, co może potwierdzić Pan Jaskiniowy 😉 Jeśli brakuje Wam czasu i pomysłu na obiad – pietruszkowa zupa krem będzie idealna. Rodzina i znajomi będą zachwyceni, gwarantuję!

.

.

Składniki (dla trzech głodnych osób lub czterech umiarkowanie głodnych):

~ 250 gramów obranej pietruszki (dwie średnie sztuki powinny wystarczyć)

~ 250-300 gramów cukinii

~ pół litra bulionu drobiowego

~ 150 gramów kremowego mleka kokosowego (ok. 1/3 puszki)

~ czubata łyżka masła klarowanego lub bezzapachowego oleju kokosowego

~ mąka kokosowa do dekoracji

Przygotowanie:

1. Pietruszkę kroimy na drobno i wrzucamy do gorącego bulionu. Gotujemy przez ok. 25 min do miękkości.

2. Z cukinii wycinamy nożykiem Julienne paski (dokładną instrukcję znajdziecie tutaj).

3. Środkową część cukinii z pestkami, która została z wykrawania spaghetti, kroimy w talarki i dorzucamy do gotującej się pietruszki. Całość gotujemy jeszcze przez ok. 10 minut, by warzywa były miękkie. Po tym czasie mielimy je blenderem na gładki krem. Na koniec dodajemy mleko kokosowe i ponownie mielimy.

4. Na patelni bardzo dobrze rozgrzewamy tłuszcz. Wykładamy na niego spaghetti z cukinii i smażymy na dużym ogniu przez ok. 30 sekund, ciągle mieszając. „Makaron” ma zachować chrupkość.

5. Zupę porcjujemy, podajemy ze spaghetti z cukinii i posypujemy odrobiną mąki kokosowej. Smacznego!

A w wolnej chwili zajrzyjcie na Jaskiniowy Facebook!

Walentynkowe domowe Bounty (bez glutenu, bez mleka)

Walentynki to idealna okazja, by zaskoczyć ukochaną osobę czymś pysznym. W zeszłym roku wyczarowałam piękną przystawkę z buraków. W tym roku również sięgnęłam po to wdzięczne warzywo, tylko pozornie niekojarzące się z miłością… I uzyskałam cudowne, różowe walentynkowe Bounty! Z przyjemnością dzielę się z Wami tym przepisem – na pewno zaskoczycie nim bliską osobę 🙂

Składniki (dla dwóch osób):

~ 300 gramów grubych wiórków kokosowych

~ 125 ml soku z buraków (użyłam soku jednodniowego)

~ 300 ml kremowego mleka kokosowego (z puszki lub z kartonika)

~ 4 listki żelatyny (np. takiej)

~ duża łyżka nierafinowanego oleju kokosowego

~ spora łyżka jasnego miodu, np. akacjowego

~ 150 gramów gorzkiej czekolady*

~ karob i mąka kokosowa (do posypania)

* Czekolada firmy Goplana oznaczona jest jako bezglutenowa. Co prawda może zawierać śladowe ilości mleka, jednak mnie nigdy po niej nic nie było. W sklepach ekologicznych można też dostać bezglutenową czekoladę bez cukru, słodzoną np. stewią.

Wykonanie:

1. 100 gramów wiórków kokosowych zalewamy sokiem z buraków i wkładamy na noc do lodówki.

2. Po upływie ok. 10 godzin wykładamy wiórki na blachę przykrytą papierem do pieczenia i suszymy przez ok. godzinę w piekarniku nagrzanym do 100 stopni (z termoobiegiem).

3. Buraczane wiórki mielimy małymi porcjami w młynku do kawy na gładki krem. Przekładamy zmielone buraczane wiórki do rondelka o pojemności co najmniej 0,5 litra. W młynku mielimy 50 gramów wiórków – tym razem białych. Przekładamy je do rondelka.

4. Dodajemy 300 ml mleka kokosowego i łyżkę oleju kokosowego. Całość mielimy blenderem ręcznym. Stawiamy na gazie i podgrzewamy na małym ogniu.

5. Listki żelatyny namaczamy w zimnej wodzie. Gdy zmiękną, dodajemy je do ciepłej masy kokosowej i mieszamy, aż żelatyna się rozpuści. Zdejmujemy z ognia.

6. Gdy masa osiągnie temperaturę pokojową, dodajemy miód oraz 150 gramów niezmielonych wiórków kokosowych. Całość dokładnie mieszamy i przekładamy do prostokątnej formy o wymiarach 25×12 cm wyłożonej folią aluminiową, lub do mniejszych foremek (np. w kształcie serca). Jeśli dysponujecie formą sylikonową, też będzie idealna. Wkładamy do zamrażarki na 1-1,5 godziny.

7. Gdy masa zgęstnieje, wyjmujemy ją z foremki i wykrawamy z serduszka lub kroimy na prostokąty (uzyskamy wtedy tradycyjne batoniki).

8. Czekoladę ścieramy lub siekamy na drobno i rozpuszczamy na małym ogniu w kąpieli wodnej. Przy pomocy szpatułki oblewamy nią batoniki i czekamy, aż zastygnie (przyspieszymy ten proces, gdy włożymy nasze Bounty do lodówki). By łatwiej było nam pokryć całość czekoladą, polecam nabić serduszka na patyczki do szaszłyków.

9. Jeśli z powodu nietolerancji nie możecie jeść czekolady, obtoczcie batoniki w karobie lub mące kokosowej (najlepiej na godzinę przed podaniem). Będą równie pyszne 🙂

10. Rozkoszujemy się smakiem domowego Bounty z bliską nam osobą 🙂

Uwagi:

1. Deser najlepiej smakuje schłodzony.

2. Miodu możecie dodać więcej lub mniej, zależnie od preferencji smakowych. Przed schłodzeniem koniecznie spróbujcie masę, żeby odpowiednio ją doprawić! Inne słodziki też się nadadzą.

3. Jeśli nie macie czasu namoczyć wiórek kokosowych, pomińcie kroki 1 i 2 i zmielcie białe wiórki. W kroku 3 do mleka kokosowego dodajcie po prostu trochę soku z buraków. Zwiększcie też ilość żelatyny i wiórków.

5. Jeśli pragniecie uzyskać jaśniejsze lub ciemniejsze nadzienie, dodajcie mniej (lub więcej) mleka kokosowego. Jeśli dodacie do więcej, zwiększcie ilość żelatyny i wiórek.

6. Jeśli na co dzień nie jadacie dużo kokosa, radzę zachować umiar. Wiórki zawierają dużo błonnika, który może podrażnić nieprzywykłe do niego jelita 😉

P.S. Jeśli przepis się podobał, zostaw lajka, a jak nie, też zostaw, co Ci szkodzi 🙂

Piękne serduszko w czekoladzie 🙂

Wersja karobowa.

Mniam!

Wersja w posypce z mąki kokosowej.

~ Łososiowe roladki ~

Czy w paleo-kuchni potrzebny jest nóż do sera? No ba! Tyle że nie użyjemy go, oczywiście, do krojenia sera, ale… cukinii.

Co prawda sezon na cukinię jeszcze się tak naprawdę nie zaczął, ale nie wytrzymałam i nabyłam cukinię importowaną. Połączyłam ją z absolutnie nieziemskim wędzonym dzikim łososiem. Do tego ulubione przyprawy… I powstaje szybka i prosta przekąska. A jaka dobra!

Składniki (na ok. 10 sztuk):

~ 2 średnie cukinie (ok. 4 cm średnicy i 20-25 długości)*

~ 150 gramów wędzonego dzikiego łososia (o jego przewadze nad łososiem hodowlanym pisałam tutaj)

~ koperek (świeży lub suszony) bądź czubryca (użyłam jej z braku koperku i wyszło całkiem nieźle)

~ rafinowany olej kokosowy lub masło do smażenia

* Uwaga! Jeśli wolicie nie używać do roladek części cukinii bez pestek, zwiększcie ilość sztuk do trzech lub nawet czterech.

Przygotowanie:

1. Cukinię myjemy. Przy pomocy noża do sera wycinamy paski. Najlepiej zrobić do szybkim, zdecydowanym ruchem mocno przyciskając nóż do warzywa:

2. Tak przygotowane plastry posypujemy wybraną przyprawą i smażymy na rozgrzanym tłuszczu 15 sekund z każdej strony. Cukinia ma delikatnie zmięknąć, żeby dała się zawinąć w roladki:

(Wpadł mi też do głowy pomysł, że cukinię można przecież ugrilować! Potrwa to trochę dłużej, ale efekt powinien być jeszcze ciekawszy).

3. Gdy cukinia nieco przestygnie, wybieramy paski o podobnej szerokości i jednemu z nich odcinamy skórkę:

 

4. Na plastrze ze skórką układamy kawałki łososia w taki sposób, by trochę wystawały za dłuższą krawędź cukinii. Warto też nie układać łososia do samej krawędzi – roladki będzie nam łatwiej zwinąć:

5. Łososia przykrywamy plastrem cukinii pozbawionym skórki. Układamy dwa małe kawałeczki łososia przy brzegu krawędzi od której zaczniemy zwijanie roladek:

6. Roladki zwijamy. I gotowe! Ja na potrzeby zdjęcia obwiązałam je bawełnianym sznurkiem do wędzenia, ale i bez niego trzymały się całkiem nieźle. Smacznego 🙂

 

Chciałabym Was także zaprosić na moją facebookową stronę!  Jeśli najdzie Was ochota na polubienie mnie, będzie mi bardzo miło 🙂

 

 

 

~ Placki leśne ze śmietaną imbirową (AIP) ~

Jakiś czas temu musiałam przygotować sobie szybkie jedzenie na wyjazd na studia (studiuję zaocznie). Zmieliłam to, co miałam pod ręką – topinambura, platana i cebulę. Zapiekłam. Spróbowałam – wyszło jak placki ziemniaczane. Spróbował Jaskiniowy Tata – stwierdził to samo. Czyli mam nowy przepis na bloga! Paleo-placki bez mąki! 😀

Przepis ten odnalazł jednak swój ciąg dalszy. Na Wielkanoc dostałam od mojej Jaskiniowej Siostry prześliczną deseczkę (w tym miejscu pozwolę sobie na duży ukłon w stronę Jaskiniowego Szwagra, który zdecydowanie przyczynił się do wyboru tegoż przepięknego drobiazgu). Obiecałam wykorzystać ją do sesji zdjęciowej możliwie jak najprędzej. Od razu przyszły mi do głowy placki. Spojrzałam raz jeszcze na deseczkę i – eureka! – przecież do placków mogę dodać grzyby! Niezbadane są ścieżki przypływu natchnienia!

(Uwaga! Jeśli na protokole musicie ograniczyć węglowodany, przepis ten raczej nie jest dla Was) 🙁

Składniki (dla dwóch-trzech osób, zależnie od ich apetytu, wagi i wieku):

Na placki:

~ 200 gramów topinamburu

~ 2 spore zielone platany (ok. 300 gramów)

(Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je! Proszę Was też o intensywny mailing).

~ 250 gramów cebuli

~ 15 gramów suszonych grzybów (użyłam borowików)

~ szklanka wrzątku

~ łyżka octu jabłkowego

~ pół łyżeczki sody

~ pół łyżeczki soli

~ pół łyżeczki pieprzu (nie dla osób na AIP i z nietolerancjami) lub pół łyżeczki czosnku w proszku

~ dwie łyżki tłuszczu + tłuszcz do smażenia (najlepiej masło klarowane, nadadzą się też smalec lub bezwonny olej kokosowy)

~ szczypiorek do dekoracji

Na śmietanę:

~ puszka mleka kokosowego (Uwaga! Śmietana, która podchodzi pod wieczko puszki musi być idealnie gęsta! Ja użyłam mleka z Rossmanna)

~ łyżeczka świeżo startego imbiru

Przygotowanie:

Śmietana imbirowa:

Puszkę otwieramy i wybieramy z niej całe twarde mleko kokosowe (to płynne na dole zostawiamy i dodajemy np. do koktajlu). Musi być NAPRAWDĘ twarde – jeśli da się je dziobać łyżką, jest w porządku. Wkładamy do miski i mielimy blenderem ok. 3-4 minuty. W tym czasie zaczną się robić grudki – to znaczy, że śmietana oddziela się od mleka. Mielimy jeszcze ok. minutę i całość przecedzamy przez sitko (mleko ma spłynąć do miski, a na sitku zostaje śmietana).

Śmietanę przekładamy do miski, dodajemy łyżeczkę świeżo mielonego imbiru (można więcej, dla mnie taka ilość była optymalna) i znów mielimy blenderem.

Tak ma wyglądać mleko kokosowe. Musi być GĘSTE!

Placki:

1. Grzyby zalewamy wrzątkiem i odstawiamy do napęcznienia. Uwaga! Wody później nie wylewamy, jeszcze się nam przyda 😉

2. Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy na dowolnym tłuszczu aż do przyrumienienia. Gdy cebula trochę przestygnie, dodajemy dwie łyżki dowolnego tłuszczu.

2. Topinambury dokładnie czyścimy pod bieżącą wodą (najlepiej użyć do tego szczoteczki – ja swoją nabyłam w sklepie z chińszczyzną za całe 3 złote!). Zgrubienia i fragmenty, których nie dało się domyć, odcinamy. Pół topinambura ścieramy na tarce o dużych oczkach, a pozostałą część – na tarce o oczkach małych.

3. Platana obieramy. 200 gramów mielimy blenderem, a pozostałe 100 ścieramy na tarce o dużych oczkach.

4. Grzyby drobno kroimy. 

5. W misce mieszamy razem zmielone platany wraz z platanem startym oraz topinamburem. Dodajemy grzyby, cebulę, ocet jabłkowy, 3 łyżki wody w której moczyły się grzyby, sodę oczyszczoną oraz przyprawy. Mieszamy i smażymy placuszki. Serwujemy ze śmietaną i szczypiorkiem.

 

Uwaga! Na potrzeby zdjęcia wystudziłam placki. Na takich prosto z patelni śmietana się roztopi, oczywiście, więc by zachować efekt warto dać im moment, żeby nieco wystygły.

A jeśli chcielibyście mnie polubić (chociaż wiem, że i tak mnie lubicie), zapraszam tutaj.

Topinambur – przed i po umyciu.

 

~ Panna Cotta (bez laktozy i rafinowanego cukru). Także na AIP! ~

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy w życiu spróbowałam panna cotty. Było to w Poznaniu, nieco ponad rok temu. Co ciekawe, deser bardziej niż mi zasmakował Panu Jaskiniowemu… Dlatego też zaczęłam często mu go przyrządzać: okazał się niezwykle prosty w przygotowaniu, a jaki pyszny! Po przejściu na paleo panna cotta stała się oczywiście łakociem zakazanym. Ostatnio jednak troszkę pokombinowałam… I wyszło coś wspaniałego, i to bez laktozy i kazeiny! Pewnie powinnam wymyślić dla mego dzieła jakąś autorską i oryginalną nazwę, ale tego nie zrobię. Powiedzmy, że my, osoby na paleo oraz cierpiące na Hashimoto, też możemy jeść panna cottę! I to taką, którą Pan Jaskiniowy ocenił na „pisiont na pisiont” (Ach, ten nieustanny wpływ „Pięćdziesięciu twarzy Greya”!) 😀

A jeśli mielibyście ochotę dać mi lajka i tym sposobem być na bieżąco z moimi przepisami, możecie uczynić to tutaj.

(W nawiasie powiem Wam jeszcze, że dzielnie piszę pracę magisterską! Mam już 32 strony, więc jestem za połową i idzie mi coraz lepiej. Niestety, z pracą związane jest milczenie na blogu… Ale gdy się już obronię, obiecuję pisać regularnie!)

Składniki (dla czterech osób lub dla dwóch głodomorów):

~ 150 gramów wiórek kokosowych (można je zrobić także w domu! Instrukcja tutaj)

~ sześć suszonych moreli, drobno pokrojonych (najlepiej niesiarkowanych)

~ 300 mililitrów wody kokosowej (do kupienia np. w puszcze lub w butelce w Almie)

~ 4,5 listka żelatyny (ja używam takiej)

~ opcjonalnie ziarenka z połowy laski wanilii (dla osób zdrowych i nie na protokole)

~ truskawki do dekoracji (użyłam mrożonych)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Wiórki kokosowe mielimy blenderem na gładki krem (szczegółowy opis tej czynności znajdziecie tutaj). Następnie dodajemy morele i mielimy do uzyskania gładkiej konsystencji. Wlewamy 200 mililitrów wody kokosowej i ponownie mielimy blenderem.

3. W garnku podgrzewamy 100 mililitrów wody kokosowej, w której rozpuszczamy żelatynę. Następnie dodajemy wcześniej przygotowaną masę kokosową i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do ostygnięcia.

4. Masę przekładamy do jak najładniejszych foremek sylikonowych i wstawiamy do zamrażarki (u mnie zamroziły się po opływie godziny). Ważne jest, żeby deser zastygł prawie na kamień – wtedy ładnie wyjdzie z foremki i nic się nie uszkodzi. Smacznego! 🙂

 

Konsystencja deseru, jak widać, to idealna pianka. Mniam! 😀

~ Smażone cynamonowe platany w panierce ~

Muszę przyznać uczciwie: tak przygotowane platany są absolutnie nieziemskie. Chrupiące i jednocześnie rozpływające się w ustach. Słodkie – i to bez dodatku cukru! Mają tylko jedną zasadniczą wadę: znikają z talerza zdecydowanie za szybko. Tata mój ocenił je na 100000/10. Lepszej rekomendacji nie trzeba  : )

Wiem, że ostatnio publikuję rzadko (ku mojej niezmiernej rozpaczy), ale pochłania mnie praca magisterska. Idzie mi to jak krew z nosa. Czasem nawet robię wszystko, byle tylko jej nie pisać… W takich sytuacjach wolę się jednak blogiem nie zajmować, by nie generować wyrzutów sumienia. Liczę na Waszą wyrozumiałość i cierpliwość : )

Składniki (dla jednej osoby):

~ jeden duży żółty (a nawet już czerniejący) platan (Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je! Proszę Was też o intensywny mailing).

~ 30 gramów mąki z tapioki (inna skrobia też na pewno zadziała, choć nie gwarantuję smaku; dla osób na AIP polecam marantę trzcinowatą)

~ trzy-cztery spore łyżki oleju kokosowego

~ czubata łyżeczka cynamonu

Przygotowanie:

Platana obieramy i kroimy na plasterki o średnicy ok. 0,5 centymetra. Następnie każdy plasterek obtaczamy w mące (warto to robić widelcem, inaczej palce będą się Wam potwornie kleić). Na patelni rozgrzewamy olej kokosowy (podczas smażenia będzie go trzeba jeszcze uzupełniać zależnie od potrzeb) i układamy platany. Smażymy na średnim ogniu aż do zrumienienia (ok. 8 minut), przewracamy na drugą stronę i również czekamy, aż się zrumienią. Układamy na talerzu i posypujemy cynamonem. Serwujemy na zimno lub na ciepło, w każdej postaci są pyszne  : )

~ Zapiekane gruszki z nadzieniem platanowym (bez mąki, jajek, mleka, cukru) ~

Hej ho i czółko Drogim Czytelnikom! Dziś dzień mamy piękny, bo nie dość, że to Dzień Kobiet, to na dodatek pojawiło się słońce. To wystarczyło, by zagnać mnie do kuchni i wyczarować jakąś słodycz. Wybrałam gruszki (uwielbiam je ostatnio, naprawdę). Do tego oczywiście platany, daktyle kokos i… Gotowe. Objadłam się tym deserem niemiłosiernie ; )

Z okazji Dnia Kobiet życzę Wszystkim Czytelniczkom nieustającej radości z gotowania, cudownych mężczyzn, którzy zawsze będą u Waszego boku (ja mam to szczęście, że już na takiego trafiłam) oraz zdrowia, zdrowia, zdrowia!

A jeśli chcielibyście mnie znaleźć, to zapraszam na Jaskiniowego Facebooka.

Składniki:

~ cztery małe lub średnie gruszki o ładnym i regularnym kształcie

~ 1/4 żółtego platana (Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je!)

~ cztery suszone śliwki

~ czubata łyżeczka kakao, karobu lub cynamonu

~ 10 łyżek mleka kokosowego

~ cztery łyżki stopionego oleju kokosowego

~ 340 gramów suszonych daktyli

~ 70 gramów mąki kokosowej

Przygotowanie:

1. Zaczynamy od przyrządzenia farszu. Platana mielimy blenderem z pięcioma łyżkami mleka kokosowego. Następnie 1/3 masy przekładamy do innego naczynia, dodajemy trzy śliwki i ponownie mielimy. Ostatnią śliwkę możecie pokroić na bardzo drobno i dodać do nadzienia lub również zmielić.Do pozostałych 2/3 masy masy platanowej dodajemy karob, kakao lub cynamon (ja użyłam karobu). (Uwaga! Zapewne nie wykorzystacie całego farszu. W takim wypadku wystarczy dodać do niego trochę mąki kokosowej i wyjdą ciastka).

2. Następnie przyrządzamy ciasto: daktyle mielimy blenderem z mąką kokosową, olejem kokosowym oraz pięcioma łyżkami mleka kokosowego.

3. A teraz instrukcja obrazkowa, co zrobić z gruszkami:

a) Myjemy:

b) Obieramy ze skórki:

c) Wydrążamy przy pomocy wydrążaczki do jabłek. Uwaga! Musimy to zrobić precyzyjnie i dlatego jest ważne, by gruszki miały ładny, symetryczny kształt:

d) Z powstałych słupków odcinamy górę (z gałązką) i dół:

e) Spody gruszek zatykamy:

f) Gruszki nadziewamy. Najlepiej robić to wąskim trzonkiem łyżeczki:

g) Zatykamy i następnie oblepiamy wcześniej przygotowanym ciastem. Warstwa ciasta będzie gruba, ok. 0,5-0,7 cm.

h) Tak wygląda obklejona gruszka:

i) Podobnie postępujemy z każdą gruszką. Następnie ostrożnie przenosimy je na papier do pieczenia i pieczemy 40 minut w piekarniku nagrzanym do 155 stopni. Ciasto może troszkę popękać, ale tylko troszkę ; )  A tak wyglądają gotowe gruszki:

I życzę smacznego! 😀

~ Pieczone gruszki z rozmarynem ~

Dziś będzie pochwała prostoty. Raz dlatego, że brakuje mi czasu, a dwa – proste jest piękne (i praktyczne!). No bo załóżmy, że mamy gości. I że akurat brakuje nam czasu, by zrobić foie gras. W przypływie paniki chwyćmy więc za gruszkę. Goście będą wniebowzięci, gwarantuję.

Składniki (dla dwóch osób):

~ dwie średnie miękkie i dojrzałe gruszki

~ łyżka oleju kokosowego i łyżka miodu

~ łyżka rozmarynu

Przygotowanie:

Olej kokosowy i miód topimy razem na małym ogniu. Gruszki obieramy, kroimy na ćwiartki i wykrawamy gniazda nasienne. Następnie zanurzamy je w oleju wymieszanym z miodem. Układamy na papierze do pieczenia i posypujemy rozmarynem. Pieczemy 15-20 minut w temperaturze 150 stopni. Można serwować jako przystawkę albo jako dodatek do dania głównego. Choć w sumie jako deser też się nada 😉

~ Ananasowe Żelki ~

Odkąd przeszłam na paleo, stosuję dwie podstawowe zasady: „im prościej, tym lepiej” i „im mniej cukru, tym lepiej”. Efektem połączenia tych dwóch myśli są galaretkowe żelki ananasowe. Dziecinnie proste w przygotowaniu, a jakie efektowne! Z czystym sumieniem mogę polecić je jako łakocie dla dzieci. Kupne żelki mają najczęściej potworny skład. Ja tam bym nimi swoich dzieci nie truła, tylko zakasała ręce do pracy!  : )

 

Składniki:

~ 400 gramów ananasa

~ sześć plastrów żelatyny (ja korzystam z takiej, jest bezglutenowa, wiem na pewno, bo pisałam do producenta)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Ananasa kroimy, wrzucamy do rondla i mielimy blenderem. Gotujemy (inaczej galaretka się nie zsiądzie).

3. Gdy ananas się zagotuje, dodajemy żelatynę i mieszamy aż do jej rozpuszczenia.

4. Przekładamy do foremek (najlepiej o śmiesznych kształtach). Mocno schładzamy (wtedy żelki łatwo wyjdą z foremek) przez ok. 1,5 – 2 godziny. Smacznego! 🙂

~ Piżmowe frytki ~

Dynia piżmowa sprawdza się w każdej odsłonie. Pisałam już [tutaj], w jakie minerały i witaminy jest bogata. Nic, tylko jeść! Dziś przedstawiam Wam frytki. Są słodziutkie, i to bez cukru! W sam raz na niewinny deser.

Chciałabym też pisać więcej, ale, niestety, praca magisterska sama się nie napisze (oj, wstrętny to wrzód na tyłku jest!), a do tego pracować też trzeba. Na szczęście praca sprawia mi wiele frajdy i jedynym problemem jest obecnie praca magisterska, wrrr.

I zapraszam do polubienia Jaskiniowej Kuchni na fejsbooku!

Składniki:

~ średnia dynia piżmowa

~ sześć-siedem łyżek oleju kokosowego

Przygotowanie:

Dynię kroimy w paseczki długie na ok. 2 cm. Olej kokosowy roztapiamy w sporym garnku, wrzucamy do niego pokrojoną dynię i dokładnie mieszamy. Następnie wykładamy „frytki” na papier do pieczenia i pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 20 minut (z termoobiegiem). Frytki warto serwować z sosem z dowolnych owoców, choćby mrożonych. Smacznego! 🙂

Uwaga: frytki nie są chrupiące, lecz miękkie. Pewnie przy dłuższym pieczeniu i większej ilości tłuszczu stałyby się twardsze, ale dyni piżmowej wolę nadmiernie nie męczyć wysoką temperaturą 😉