Rabarbarowe tartaletki (bez glutenu, bez nabiału, bez jajek)

.

.

Sezon na rabarbar mamy w pełni, więc warto go dobrze wykorzystać. Dlatego też postanowiłam stworzyć deser, który będzie idealny dla osób nietolerujących glutenu, nabiału, jajek oraz ziaren, a do tego, oczywiście, będzie pyszny! 🙂 Deser zniknął z talerza bardzo szybko – za szybko. Na szczęście mam już pomysł na kolejny przysmak. Moja kreatywność nie zna granic, hihi 😀

.

.

.

Składniki (na sześć tartaletek o średnicy 10 cm):

~ 400 gramów batatów + 20 gramów roztopionego masła klarowanego lub nierafinowanego oleju kokosowego do ich upieczenia

~ 75 gramów mąki kokosowej

~ 20 gramów mąki z tapioki

~ 15 gramów mąki kasztanowej

~ 10 gramów karobu lub kakao (ja użyłam karobu)

~ ćwierć łyżeczki soli

~ 30 gramów miękkiego masła klarowanego lub nierafinowanego oleju kokosowego

~ 300 gramów rabarbaru + spora łyżeczka nierafinowanego oleju kokosowego do smażenia

~ 150 gramów słodkich truskawek

~ 20 gramów ksylitolu

~ łyżeczka miodu

~ cynamon

~ opcjonalnie: płatki migdałowe lub siekane migdały

Przygotowanie:

1. Bataty myjemy, obieramy i kroimy w plastry. Układamy na blasze, a następnie przy pomocy pędzelka smarujemy roztopionym tłuszczem i pieczemy do miękkości przez 25-30 minut w temperaturze 180 stopni. Czekamy, aż wystygną.

2. Upieczone bataty mielimy blenderem wraz ze wszystkimi mąkami, solą, karobem lub kakao, masłem (lub olejem). Jeśli Twój sprzęt nie daje rady, ciasto wyrób ręcznie 🙂

3. Gotową masą wykładamy foremki i wkładamy do zamrażarki na około 30 minut. Po tym czasie pieczemy je przez ok. 20-30 minut w temperaturze 165 stopni z termoobiegiem (czas pieczenia może się różnić – mój piekarnik jest niestety dość mało wiarygodny. Tartaletki powinny bardzo lekko się zarumienić).

4. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie: rabarbar oraz truskawki myjemy i kroimy. W rondelku roztapiamy łyżeczkę oleju kokosowego i na małym ogniu podsmażamy rabarbar. Dodajemy ksylitol i miód i dusimy pod przykryciem na małym ogniu przez 5 minut.



5. Podpieczone tartaletki wyjmujemy z piekarnika i układamy na nich nadzienie warstwami – najpierw pas rabarbaru, później świeże truskawki, następnie znów rabarbar. Udekorowane tartaletki wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160 stopni na ok. 20-25 minut (truskawki powinny puścić sok i lekko się zarumienić).


6. Czekamy, aż upieczone tartaletki wystygną, można je także schłodzić w lodówce. Posypujemy je cynamonem, ksylitolem i (opcjonalnie) płatkami migdałowymi. Smacznego!

UWAGI:

Jeśli nie tolerujesz ksylitolu, zastąp go miodem. Zarówno miodu, jak i ksylitolu można dodać więcej – spróbuj, czy nadzienie nie jest dla Ciebie zbyt kwaskowe.

Smak tartaletek będzie się różnił zależnie od tego, czy użyjemy masła klarowanego, czy oleju kokosowego.

W wolnej chwili zajrzyj na Jaskiniową Kuchnię na Facebooku!


Zdjęcia są chronione prawem autorskim i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie.

Jaskiniowa TV: Czym są platany? Inauguracja mojego kanału na Youtube!

Kochani, mam dla Was ekscytujące wiadomości! Po wielu próbach i eksperymentach, udało mi się nagrać pierwszy, inauguracyjny film na Youtubie! Zapraszam Was do oglądania, komentowania i subskrybowania Jaskiniowej TV 🙂

Pomysł uruchomienia kanału na Youtubie chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu podejmowałam także pewne nieśmiałe próby nagrań, co okazało się wcale niełatwym zadaniem! Stanięcie przed obiektywem łączy się z pewną tremą, zwłaszcza, jeśli ktoś jest debiutantem 😉

Mój pierwszy film poświęcony jest platanom, które zachwalam już od początku istnienia Jaskiniowej Kuchni. To owoce niezwykle przestronne, z których można stworzyć mnóstwo przysmaków. Zresztą, posłuchajcie sami:

https://www.youtube.com/watch?v=DBB8dkPSqSY

Gdybyście mieli pytania, postaram się na nie odpowiedzieć 🙂 Czekam też na Wasze opinie: co Wam się podobało, a co mogę ulepszyć.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Pietruszkowa zupa krem z cukiowym spaghetti

.

Ostatnio zaczęłam z ogromną pasją tworzyć najprzeróżniejsze zupy. Zasady ich przygotowania są proste: ma być szybko, zdrowo, niedrogo i oczywiście pysznie. Jak na razie udaje mi się to wyśmienicie, co może potwierdzić Pan Jaskiniowy 😉 Jeśli brakuje Wam czasu i pomysłu na obiad – pietruszkowa zupa krem będzie idealna. Rodzina i znajomi będą zachwyceni, gwarantuję!

.

.

Składniki (dla trzech głodnych osób lub czterech umiarkowanie głodnych):

~ 250 gramów obranej pietruszki (dwie średnie sztuki powinny wystarczyć)

~ 250-300 gramów cukinii

~ pół litra bulionu drobiowego

~ 150 gramów kremowego mleka kokosowego (ok. 1/3 puszki)

~ czubata łyżka masła klarowanego lub bezzapachowego oleju kokosowego

~ mąka kokosowa do dekoracji

Przygotowanie:

1. Pietruszkę kroimy na drobno i wrzucamy do gorącego bulionu. Gotujemy przez ok. 25 min do miękkości.

2. Z cukinii wycinamy nożykiem Julienne paski (dokładną instrukcję znajdziecie tutaj).

3. Środkową część cukinii z pestkami, która została z wykrawania spaghetti, kroimy w talarki i dorzucamy do gotującej się pietruszki. Całość gotujemy jeszcze przez ok. 10 minut, by warzywa były miękkie. Po tym czasie mielimy je blenderem na gładki krem. Na koniec dodajemy mleko kokosowe i ponownie mielimy.

4. Na patelni bardzo dobrze rozgrzewamy tłuszcz. Wykładamy na niego spaghetti z cukinii i smażymy na dużym ogniu przez ok. 30 sekund, ciągle mieszając. „Makaron” ma zachować chrupkość.

5. Zupę porcjujemy, podajemy ze spaghetti z cukinii i posypujemy odrobiną mąki kokosowej. Smacznego!

A w wolnej chwili zajrzyjcie na Jaskiniowy Facebook!

Wykwintna zupa cebulowa

Dziś mam dla Was specjał kuchni francuskiej. Zupa cebulowa jest dość prosta w przygotowaniu, nie wymaga wielu składników, a zachwyca smakiem i aromatem. Jest wręcz wymarzona na przyjęcia – rozgrzewa i syci. Oczywiście tradycyjny przepis trochę zmodyfikowałam – grzanki wykonałam z chleba gryczanego, zaś całość posypałam startymi orzechami brazylijskimi. Dzięki temu także osoby będące na diecie bezglutenowej i bezmlecznej mogą cieszyć się smakiem tego wybornego dania.

Składniki (dla 4-6 osób*)

~ 750 gramów nieobranej cebuli

~ 300 ml białego wytrawnego lub półwytrawnego wina

~ 500 ml bulionu drobiowego (użyłam własnoręcznie przygotowanego bulionu z indyka)

~ sól, pieprz, brązowy cukier lub miód do smaku

~ po dużej łyżce masła klarowanego i smalcu (może być także bezwonny olej kokosowy) + miękkie masło do grzanek

~ cztery kromki bezglutenowego chleba (z wykorzystałam chleb gryczany z tego przepisu)

~ trzy orzechy brazylijskie bądź dowolny twardy ser (parmezan lub grana padano)

* Jeśli zupa cebulowa ma być przystawką, serwujemy mniejsze porcje. Posypana serem jest niezwykle sycąca!

Przygotowanie:

1. Cebulę cienko kroimy wzdłuż włókien. Jeśli warzywo zaczęło kiełkować, zieloną część odrzucamy.

2. W garnku rozpuszczamy tłuszcz i szklimy cebulę. Następnie dodajemy 300 ml białego wina i całość dusimy pod przykryciem na bardzo małym ogniu przez około pół godziny. Po tym czasie dolewamy 500 ml bulionu, przyprawiamy solą i świeżo zmielonym pieprzem i dusimy przez około półtorej godziny, również na bardzo małym ogniu, aż cebula zmięknie.

3. W międzyczasie przygotowujemy grzanki: dowolny chleb bezglutenowy smarujemy z obu stron miękkim masłem klarowanym. Kroimy w kostkę i suszymy w piekarniku nagrzanym do 160 stopni przez około 25-30 min.

4. Gotową zupę mielimy na gładki krem blenderem ręcznym i próbujemy. W razie potrzeby doprawiamy solą, pieprzem i miodem lub brązowym cukrem. Dusimy jeszcze przez kilka minut.

Gdyby zupa była dla Was zbyt gęsta, dodajcie jeszcze trochę bulionu.

5. Zupę rozlewamy na talerze, posypujemy grzankami i drobno startymi orzechami brazylijskimi lub startym na grubo żółtym serem.

Smacznego! 🙂

P.S W wolnej chwili odwiedźcie mnie i polubcie na facebooku! Będzie mi bardzo miło 🙂


Walentynkowe domowe Bounty (bez glutenu, bez mleka)

Walentynki to idealna okazja, by zaskoczyć ukochaną osobę czymś pysznym. W zeszłym roku wyczarowałam piękną przystawkę z buraków. W tym roku również sięgnęłam po to wdzięczne warzywo, tylko pozornie niekojarzące się z miłością… I uzyskałam cudowne, różowe walentynkowe Bounty! Z przyjemnością dzielę się z Wami tym przepisem – na pewno zaskoczycie nim bliską osobę 🙂

Składniki (dla dwóch osób):

~ 300 gramów grubych wiórków kokosowych

~ 125 ml soku z buraków (użyłam soku jednodniowego)

~ 300 ml kremowego mleka kokosowego (z puszki lub z kartonika)

~ 4 listki żelatyny (np. takiej)

~ duża łyżka nierafinowanego oleju kokosowego

~ spora łyżka jasnego miodu, np. akacjowego

~ 150 gramów gorzkiej czekolady*

~ karob i mąka kokosowa (do posypania)

* Czekolada firmy Goplana oznaczona jest jako bezglutenowa. Co prawda może zawierać śladowe ilości mleka, jednak mnie nigdy po niej nic nie było. W sklepach ekologicznych można też dostać bezglutenową czekoladę bez cukru, słodzoną np. stewią.

Wykonanie:

1. 100 gramów wiórków kokosowych zalewamy sokiem z buraków i wkładamy na noc do lodówki.

2. Po upływie ok. 10 godzin wykładamy wiórki na blachę przykrytą papierem do pieczenia i suszymy przez ok. godzinę w piekarniku nagrzanym do 100 stopni (z termoobiegiem).

3. Buraczane wiórki mielimy małymi porcjami w młynku do kawy na gładki krem. Przekładamy zmielone buraczane wiórki do rondelka o pojemności co najmniej 0,5 litra. W młynku mielimy 50 gramów wiórków – tym razem białych. Przekładamy je do rondelka.

4. Dodajemy 300 ml mleka kokosowego i łyżkę oleju kokosowego. Całość mielimy blenderem ręcznym. Stawiamy na gazie i podgrzewamy na małym ogniu.

5. Listki żelatyny namaczamy w zimnej wodzie. Gdy zmiękną, dodajemy je do ciepłej masy kokosowej i mieszamy, aż żelatyna się rozpuści. Zdejmujemy z ognia.

6. Gdy masa osiągnie temperaturę pokojową, dodajemy miód oraz 150 gramów niezmielonych wiórków kokosowych. Całość dokładnie mieszamy i przekładamy do prostokątnej formy o wymiarach 25×12 cm wyłożonej folią aluminiową, lub do mniejszych foremek (np. w kształcie serca). Jeśli dysponujecie formą sylikonową, też będzie idealna. Wkładamy do zamrażarki na 1-1,5 godziny.

7. Gdy masa zgęstnieje, wyjmujemy ją z foremki i wykrawamy z serduszka lub kroimy na prostokąty (uzyskamy wtedy tradycyjne batoniki).

8. Czekoladę ścieramy lub siekamy na drobno i rozpuszczamy na małym ogniu w kąpieli wodnej. Przy pomocy szpatułki oblewamy nią batoniki i czekamy, aż zastygnie (przyspieszymy ten proces, gdy włożymy nasze Bounty do lodówki). By łatwiej było nam pokryć całość czekoladą, polecam nabić serduszka na patyczki do szaszłyków.

9. Jeśli z powodu nietolerancji nie możecie jeść czekolady, obtoczcie batoniki w karobie lub mące kokosowej (najlepiej na godzinę przed podaniem). Będą równie pyszne 🙂

10. Rozkoszujemy się smakiem domowego Bounty z bliską nam osobą 🙂

Uwagi:

1. Deser najlepiej smakuje schłodzony.

2. Miodu możecie dodać więcej lub mniej, zależnie od preferencji smakowych. Przed schłodzeniem koniecznie spróbujcie masę, żeby odpowiednio ją doprawić! Inne słodziki też się nadadzą.

3. Jeśli nie macie czasu namoczyć wiórek kokosowych, pomińcie kroki 1 i 2 i zmielcie białe wiórki. W kroku 3 do mleka kokosowego dodajcie po prostu trochę soku z buraków. Zwiększcie też ilość żelatyny i wiórków.

5. Jeśli pragniecie uzyskać jaśniejsze lub ciemniejsze nadzienie, dodajcie mniej (lub więcej) mleka kokosowego. Jeśli dodacie do więcej, zwiększcie ilość żelatyny i wiórek.

6. Jeśli na co dzień nie jadacie dużo kokosa, radzę zachować umiar. Wiórki zawierają dużo błonnika, który może podrażnić nieprzywykłe do niego jelita 😉

P.S. Jeśli przepis się podobał, zostaw lajka, a jak nie, też zostaw, co Ci szkodzi 🙂

Piękne serduszko w czekoladzie 🙂

Wersja karobowa.

Mniam!

Wersja w posypce z mąki kokosowej.

Bezglutenowe i bezmleczne mini-pączki

Stwierdziłam dziś, że mam dość bezczynnego patrzenia na zdjęcia pączków na Facebooku. I dlatego szybko zobaczyłam, co mam dostępnego w domu i zakasałam ręce do pracy. I udało się! Otrzymałam pyszne, kasztanowo-bananowe bezglutenowe mini-pączki! Bo jak szaleć, to szaleć 🙂

Składniki (na około 40 sztuk o przekroju 3cm):

~ 300 gramów ugotowanej „na sucho” kaszy jaglanej (czyli cała woda musi z niej wyparować)

~ 230 gramów średnio dojrzałych i obranych bananów

~ 4 żółtka i 4 białka

~ 60 gramów tapioki (użyłam zmielonych młynkiem do kawy perełek z tapioki, bo akurat nie miałam mąki)

~ 1/2 szklanki mąki kasztanowej + 1 czubata łyżka

~ 1/3 szklanki mąki kokosowej

~ dwie czubate łyżki zmielonego siemienia lnianego

~ 2 duże łyżki roztopionego masła klarowanego lub oleju kokosowego

~ 2 głębokie łyżeczki sody oczyszczonej (ale nie czubate)

~ opcjonalnie kilka kropli aromatu waniliowego

~ 600 gramów smalcu do smażenia (przed roztopieniem dodajemy do niego łyżkę octu)

~ ksylitol lub cukier puder do posypania

Przygotowanie:

Kaszę jaglaną, banany, żółtka jaj, masło klarowane (lub olej kokosowy), siemię lniane, mąkę kokosową, kasztanową i tapiokę oraz sodę mielimy na gładką masę. W osobnej misce ubijamy mikserem pianę z białek. Dodajemy do wcześniej zmiksowanego ciasta jaglano-bananowego i delikatnie mieszany łyżką. Ciasto smażymy aż zbrązowieje na bardzo dobrze rozgrzanym tłuszczu w garnku o grubym dnie. Najlepiej nakładać je metalową łyżką do lodów. Wyjmujemy, osuszamy i posypujemy startym na sypko ksylitolem lub cukrem pudrem. Smacznego!

Uwaga! Pączki są dość ciemne w środku, co widać na poniższym zdjęciu.

~ Paleo gołąbki z liści kalarepy ~

Gołąbki były niegdyś jednym z moich ulubionych dań: mięso, kasza, kapusta… Połączenie idealne. Niestety, kiedy rozpoczęłam w zeszłym roku protokół autoimmunologiczny, musiałam na jakiś czas pożegnać się z tą potrawą. Niedawno postanowiłam jednak do gołąbków wrócić. Zmodyfikowałam tradycyjny przepis i… Wyszło pysznie!

Składniki (na 8-10 dużych liści kalarepy):

~ 450 gramów mielonego mięsa (użyłam piersi indyka i samodzielnie je zmieliłam)
~ duża cebula
~ średnia czerwona papryka
~ jedno duże jajko*
~ przyprawy**: łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej, łyżeczka soli, pół łyżeczki pieprzu, dwie łyżeczki mielonej słodkiej papryki, półtorej łyżeczki czubrycy
~ 8-10 bardzo dużych liści kalarepy (najlepiej, jeśli będą trochę zwiędłe)***
~ masło klarowane lub bezzapachowy olej kokosowy do smażenia
~ cztery orzechy brazylijskie

* Jeśli nie możecie jeść jajek, zamiast tego możecie zagęścić farsz dowolną skrobią, np. marantą trzcinowatą lub mąką z tapioki, chociaż dla niektórych będzie to połączenie ciężkostrawne.
** Oczywiście przyprawić gołąbki można wedle uznania 🙂
*** Jeśli nie dysponujecie liśćmi kalarepy, oczywiście możecie użyć liści kapusty – danie będzie wtedy mniej hipsterskie 😉 A o właściwościach liści możecie przeczytać [tutaj].

Przygotowanie:

Cebulę bardzo drobno siekamy i smażymy na złoto, co jakiś czas mieszając, przez ok. dziesięć minut na rozgrzanym tłuszczu. W międzyczasie kroimy paprykę w niewielką kostkę. Dodajemy do cebuli i całość dusimy por przykryciem przez ok. 10 minut, aż papryka zmięknie. Następnie dodajemy mięso mielone i całość razem smażymy. Jeśli mięso zacznie wydzielać zbyt dużo soku, odlewamy go łyżką. Pod koniec smażenia dodajemy przyprawy i dokładnie mieszamy. Wyłączamy gaz.

Jajko rozbijamy do miseczki i ubijamy je widelcem. Dodajemy do mięsnego farszu i dokładnie mieszamy, by całość lekko się ścięła.

Gdy farsz wystygnie, przygotowujemy liście kalarepy. Jeśli są świeże i kruche, wkładamy je na parę minut do wrzątku, by stały się elastyczne. Oczywiście możecie wykorzystać też liście kapusty: główkę pozbawioną głąba wystarczy obgotować przez parę minut we wrzątku na małym gazie i obrać.

Na każdym z liści układamy farsz i zawijamy jak tortillę: najpierw przykrywamy liściem część mięsa, później składamy boki do środka i bardzo ciasno zwijamy.

Kolejne etapy produkcji gołąbków: ważne jest, by ciasno je zwinąć!

Liście kalarepy mają dość twarde łodygi. Najlepiej je obciąć.

Jeśli w liściu mamy dziurę, polecam „zakleić” ją kawałkiem innego liścia. Dzięki temu farsz nie wypłynie.

Dzięki gotowaniu na parze tracimy mniej witamin, a gołąbki na pewno się nie przypalą!

.

Gotowe gołąbki gotujemy na parze przez ok. 20-25 minut (jest to czas dla liści kalarepy, gołąbki z kapusty będą potrzebować trochę więcej czasu). Serwujemy z sosem pomidorowym lub sosem paleodorowym [przepis]. Całość warto też posypać startymi na tarce o drobnych oczkach orzechami brazylijskimi.

Smacznego!

~ Jak ususzyć pestki dyni? ~

Niejednokrotnie już Wam wspominałam, że nienawidzę marnować jedzenia. Z tej przyczyny zawsze szukam sposobu, by znacząco ograniczyć straty pożywienia… Ostatnio na moim celowniku znalazła się dynia. Każdy okaz zawiera ogromne ilości pestek, które w żadnym razie nie powinny być marnowane! Niestety, na początku ich suszenie okazało się niezmiernie kłopotliwe. Dlatego zaczęłam szukać lepszych rozwiązań. Postanowiłam wykorzystać dostępne mi urządzenia… I opracowałam optymalną metodę! Nie udało mi się co prawda zdobyć na nią patentu, ale jakoś to przeboleję 🙂

P.S. Pestki można też oczywiście jeść na surowo – skutecznie zwalczą one wszelkie pasożyty.

 

 

 

1. Ostrym nożem przekrawamy dynię na pół.

 

 

 

 

 

 

2. Przy pomocy dość wklęsłej łyżki wydrążamy pestki. Najlepiej suszyć pestki z kilku dyń na raz – trzech lub czterech.

 

 

 


 

 

.

3. W robocie kuchennym umieszczamy plastikową końcówkę do wyrabiania kruchego ciasta.

 

 

 

.

 

 

4. Umieszczamy w nim pestki i włączamy maszynę na średnie obroty. Miksujemy przez ok. minutę.

 

 

.

.

 

.

5. Tak pestki będą wyglądać po mieleniu. Celem tego zabiegu jest oddzielenie ich od miąższu. Całej operacji można oczywiście dokonać przy użyciu własnych rąk – ja jednak nie polecam tej metody – jest to zajęcie wysoce nieefektywne i zajmuje ogromną ilość czasu.

 

 

.

 

 

 

6. Zmielone pestki wkładamy do miski i zalewamy letnią wodą.

 

 

 

.

.

.

7. Przy pomocy szpatułki (najlepiej, by miała dość szerokie dziury) wyławiamy pestki i przekładamy do innej miski.

 

 

 

 .

 .

.

8. Tak wygląda woda, z której odcedziliśmy pestki. Powinna się w niej osadzić większość dyniowego miąższu.

 

 

 .

 

9. Odcedzone pestki. Części miąższu jeszcze nie udało się pozbyć i dlatego powtarzamy całą operację – mielimy pestki w robocie kuchennym, zalewamy wodą, odcedzamy.

 

 

 

.

10. Po powtórnym czyszczeniu pestki nadają się już do suszenia.

 


11. Pestki osuszamy papierowym ręcznikiem  i umieszczamy w nagrzanym piekarniku. Najlepiej oczywiście suszyć je przy użyciu temperatury jak najniższej. Dzięki temu nie zniszczymy dobroczynnych kwasów tłuszczowych, w które pestki obfitują. Przy 100 stopniach pestki ususzą się w mniej niż godzinę, ale stracą wiele cennych wartości odżywczych… Optymalnie jest suszyć je w temperaturze 40, maksymalnie 50 stopni (przy zamkniętych drzwiczkach). Co prawda proces potrwa parę godzin, ale czego się nie robi dla zdrowia 🙂 Jeśli pestek macie dużo, przemieszajcie je co jakiś czas.

.

.

12. Suszenia można także dokonać przy pomocy suszarki do grzybów. Ja osobiście na początku suszę pestki w piekarniku, a cały proces kończę przy użyciu suszarki. Mam dla Was małą sztuczkę: wyłóżcie kolejne piętra urządzenia pojedynczą warstwą gazy. Dzięki temu nawet małe pestki nie spadną na dno maszyny 🙂

.

.

13. Ususzone pestki przechowujemy w szczelnym słoiku – bezpiecznie przetrwają kilka miesięcy. Jeśli pragniecie ich użyć, polecam wsypać pożądaną ilość do miseczki (u mnie jest to zawsze garstka), zalać na noc ciepłą wodą i przykryć. Po kilku godzinach pestki zmiękną i znacznie łatwiej będzie je obrać.

I tym oto sposobem nie marnujemy jedzenia oraz zyskujemy pyszną przekąskę 🙂 Idealny układ „win-win”! A jeśli ciekawiłoby Was, jak przygotować własnoręcznie domowe wiórki kokosowe, zapraszam Was [tutaj].

Trzymajcie się zdrowo!

~ Serowa tarta z kalafiora: bez glutenu, jajek, mleka ~

Życie bez sera na początku może wydać się tragiczne: wszelkie zapiekanki stają się wspomnieniem, a o serniku nie mamy nawet co marzyć… Na szczęście potrzeba jest matką wynalazku! A co, gdyby ser zastąpić… kalafiorem? Wymyśliłam, przetestowałam, skosztowałam. Da się! I to naprawdę pysznie! 🙂

 

 

Składniki (na formę o średnicy 24 cm):

~ 60 gramów mąki kasztanowej
~ 40 gramów mąki kokosowej
~ 50 gramów nierafinowanego oleju kokosowego
~ czubata łyżka mąki z tapioki
~ półtora dużego, żółtego platana [czym jest platan?]*
~ 125 gramów nerkowców
~ ¼ łyżeczki sody
~ puszka kremowego mleka kokosowego (nie wstrząsajcie nim przed użyciem!)
~ 4 łyżki oleju kokosowego
~ dziewięć plastrów żelatyny
~ 4 łyżki jasnego miodu, np. lipowego (zależnie od preferencji smakowych można użyć więcej lub mniej) + 2 łyżeczki miodu do ciasta
~ średni kalafior o wadze ok. 1500 gramów
~ 20 czereśni, 25-30 malin lub innych owoców sezonowych (np. jagód)

* Jeśli nie dysponujecie platanami, polecam wykorzystać przepis na spód do tarty [stąd].

Przygotowanie:

 

 1. Na kilka godzin przed przygotowaniem ciasta namaczamy orzechy nerkowca w letniej wodzie z odrobiną soku z cytryny.

 

2. Platany obieramy, mielimy blenderem, dodajemy mąkę kasztanową, mąkę z tapioki, mąkę kokosową, sodę, 50 gramów roztopionego oleju kokosowego, dwie łyżeczki miodu i ponownie mielimy na gładką masę. Jeśli ciasto jest zbyt lepkie, dodajemy jeszcze trochę mąki kokosowej. Uwaga! Słabsze blendery mogą nie podołać. W takim wypadku ciasto zagniatamy ręką.

Wkładamy do zamrażarki na 20 minut by ciasto zgęstniało. Po tym czasie wykładamy nim formę do tarty, nakłuwamy widelcem i pieczemy na złoto 20-25 minut w piekarniku nagrzanym do 145 stopni (z termoobiegiem).

 3. Ze średniego kalafiora ostrym nożem odkrawamy różyczki. 

.

4. Mleko kokosowe dzielimy na dwie części: zbieramy z góry łyżką kremową śmietankę (powinniśmy jej uzyskać ponad szklankę). Na dole zostanie nam jasna, biaława woda.

5. W garnku rozpuszczamy cztery łyżki oleju kokosowego i podsmażamy na nim pokrojone różyczki kalafiora przez około pięć minut. Następnie dodajemy 1/2 szklanki rzadkiego mleka kokosowego, ¼ szklanki wody, przykrywamy i gotujemy do miękkości na małym ogniu ok. 25-30 minut. Po tym czasie mielimy całość blenderem na gładką masę.

.

6. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie, by zmiękła.

7. Nerkowce odsączamy i mielimy blenderem na krem.               

8. Gdy masa kalafiorowa osiągnie temperaturę pokojową, dodajemy do niej krem z nerkowców i kremowe mleko kokosowe (w puszcze powinno nam zostać jeszcze ¼ szklanki dość rzadkiego mleka kokosowego). Wlewamy miód i ponownie mielimy całość blenderem.

9. ¼ szklanki mleka kokosowego podgrzewamy i rozpuszczamy w nim żelatynę. Następnie dodajemy dwie   łyżki   kremu   kalafiorowego i mieszamy. Na koniec całość powoli i ciągle mieszając wlewamy do masy kalafiorowej.

.

10. Jeśli użyliśmy czereśni, drylujemyje i napełniamy  masą kalafiorową.

11. Owoce układamy na upieczonym blacie, polewamy resztą kremu kalafiorowego i wkładamy tartę do zamrażarki, by stężała (zajmie to ok. 1-1,5 h). Później przekładamy ją do lodówki. Smacznego! 🙂

.

.

~ Liściasta jajecznica z boczkiem ~

Całkiem niedawno pisałam Wam o tym, że liście wielu roślin są jak najbardziej jadalne [klik!]. Do tej pory pozostaje zagadką, czemu tak wielu z nas je wyrzuca… Postanowiłam pójść na przekór temu marnotrawstwu i dorzucać liści, gdzie tylko mogę. Na pierwszy ogień poszła jajecznica – dzięki zielonym częściom kalarepy nabrała ciekawego smaku. A do tego zyskała dodatkowe witaminy i minerały. A tego, jak wiadomo, nigdy dość 🙂

Składniki (dla jednej osoby):

~ trzy jajka
~ 120 gramów wędzonego boczku
~ liście z dwóch kalarep – razem z łodygami (u mnie wyszły trzy garście)
~ pół łyżeczki soli
                                                                                       ~ masło klarowane do smażenia                                                                                                         ~ opcjonalnie pieprz do smaku

Przygotowanie:

Boczek kroimy w kostkę i smażymy aż do zrumienienia, co jakiś czas mieszając. Liście kalarepy myjemy i kroimy w paski o szerokości ok. 0,7 cm.  Jajka  rozbijamy  i oddzielamy białka od żółtek. Białka wlewamy    do     podsmażonego    boczku i mieszamy, aż się zetną. Następnie dodajemy pokrojone liście. Wyłączamy gaz w momencie gdy  liście będą miękkie i ciemnozielone. Wtedy też dodajemy żółtka* oraz sól i wszystko raz jeszcze mieszamy. Smacznego!

* Gdy robię jajecznicę, zawsze dodaję żółtka już po wyłączeniu gazu. Nie chcę ich smażyć ani nadmiernie ścinać, by nie niszczyć witamin. A przecież żółtko jest najbardziej wartościową częścią jajka.