~ Ekspresowe placki marchwiowe ~

Ostatnio robiliśmy z Panem Jaskiniowym sok marchwiowy. Po całej operacji zostało nam mnóstwo marchwiowych wiórków… A że w mojej kuchni nic się nie marnuje, postanowiłam je wykorzystać i zrobić „odpadkowe” śniadanie, szybkie i zdrowe. W sam raz dla tych, którzy nie mają czasu gotować 🙂

Składniki (na 10 placków):

~ 130 gramów suchych wiórków marchwiowych (resztki z wyciskania soku)
~ 4 jajka
~ 50 gramów świeżych liści selera (o innych jadalnych liściach przeczytacie tutaj)
~ jedna mała cebula o wadze ok. 100 gramów
~ 1,5 łyżki majeranku
~ pół łyżeczki soli
~ opcjonalnie pieprz wedle uznania
~ masło klarowane do smażenia

Przygotowanie:

Cebulę kroimy w bardzo drobną kostkę. Liście selera (wraz z łodyżkami) dokładnie siekamy. Białka oddzielamy od żółtek i wkładamy do miski (żółtka zachowujemy do podania). Dodajemy marchewkę, cebulę, seler, majeranek i sól i mieszamy. Smażymy na średnim ogniu. Podajemy z surowymi żółtkami*. Jeśli lubicie zjeść tłusto, możecie polać jeszcze placki masłem. Smacznego! 🙂

* Polecam jeść surowe żółtka, tylko jeśli jajka pochodzą ze sprawdzonego źródła. Sklepowe trójki na pewno się do tego nie nadają. Ja osobiście żółtka staram się jeść głównie na surowo, dzięki temu mam pewność, że nie utraciły witamin.

~ Drożdżowe racuchy platanowe – bez glutenu, bez laktozy ~

Stęskniłam się za smakiem drożdży. Kiedyś wypieki drożdżowe były podstawą mojej diety – codziennie obowiązkowo chleb i bułeczki, a do tego czasem ciasto czy pampuchy. Ale czy drożdże w ogóle są paleo? Poszukałam, poszperałam i… Zdaniem Sary Ballantyne są one w najgorszym razie neutralne [źródło]. Jupi! Zanim jednak przystąpiłam do pracy, postanowiłam znaleźć więcej informacji. Niestety, okazało się, że dla osób z chorobami autoimmunologicznymi drożdże mogą być potencjalnym alergenem [źródło]. W ramach testowania nowych pokarmów postanowiłam jednak zaryzykować. I tym sposobem otrzymałam przepyszne racuszki! O matko, jak ja tęskniłam za tym drożdżowym smakiem…

P.S. Niedawno przebadałam się na nietolerancje pokarmowe. Drożdży niestety nie toleruję i obawiam się, że to może być problem wielu osób wrażliwych na gluten… Dlatego zachęcam do badań i samoobserwacji 🙂

Składniki (na 18 sztuk):

~ jeden duży żółty platan

~ dwa jajka

~ trzy czubate łyżki mąki (użyłam ryżowej, kasztanowa też się nada)

~ pół szklanki wody lub rzadkiego mleka kokosowego

~ łyżeczka drożdży suszonych (ok. 4 gramów)*

~ opcjonalnie czubata łyżeczka cynamonu

~ masło klarowane lub olej kokosowy do smażenia

* Apel do osób na diecie: Upewnijcie się, że drożdże są bezglutenowe!

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mielimy blenderem na gładką masę. Wylewamy ją na dobrze rozgrzany tłuszcz i smażymy na złoto. Serwujemy ze świeżymy owocami sezonowymi. Smacznego!

~ Lody bez laktozy i rafinowanego cukru: bananone i platanowe ~

https://dysk.onet.pl/api/manager/?thumbnail&link=u23i2&id=b1b085eab23df8e196f899117b125886&size=FW końcu nadeszły upały! Wszyscy wokół narzekają, natomiast ja, typowa Hashimotka, jestem przeszczęśliwa: jest ciepło, nogi mi nie marzną i mogę spać pod samym kocem! A jakby tego było mało wysokie temperatury to idealna okazja by zaskoczyć bliskich domowymi lodami! Pamiętajmy, że te sklepowe to najczęściej marne podróbki, które w życiu nie widziały śmietany i składają się głównie z cukru… I właśnie dlatego warto wykonać ten deser w domu, zwłaszcza że wysiłek przy ich tworzeniu jest praktycznie żaden i przy jednym nakładzie pracy otrzymamy dwa różne smaki 🙂 Takie lody zachwycą nie tylko dorosłych: są niezwykle zdrową alternatywą dla dzieci. 🙂

(A tak w nawiasie Pan Jaskiniowy stwierdził, że to moje lody są prawdziwe, zaś wszystkie sklepowe mogą się schować… W nagrodę dostał dokładkę!)

Składniki (dla czterech osób):

~ puszka mleka kokosowego (kremowego i bez konserwantów)

~ 3 żółtka*

~ 20 gramów oleju kokosowego

~ dwa banany (waga ok. 220 gramów)

~ jeden czarny duży platan* (ma ważyć ok. 215 gramów po obraniu); o platanach/plantanach więcej [tutaj]

~ dwie czubate łyżki karobu

~ dwie łyżki wody z kewry (lub parę kropli dowolnego aromatu, np. waniliowego)

~ łyżka miodu

* Jeśli nie możecie jeść jajek, pomińcie je i zwiększcie ilość oleju i bananów. Platany można oczywiście zastąpić bananami, jedyna różnica będzie w smaku.

Przygotowanie:

Mleko koksowe wlewamy do garnuszka, dodajemy żółtka i olej kokosowy, mieszamy i podgrzewamy aż masa delikatnie zgęstnieje (nie przestajemy mieszać!). W osobnej misce mielimy banany. Gdy mleko z żółtkami trochę przestygnie, wzbogacamy je miodem, a następnie połowę tej mikstury dolewamy do bananów i mielimy na gładko blenderem. W tym momencie możemy też dodać aromat (woda z kewry sprawdzi się wyśmienicie i nada lodom orzeźwiającą nutę). Czekamy aż masa osiągnie temperaturę pokojową i wkładamy do zamrażarki.
W osobnej misce mielimy platana i karob na gładką masę. Powoli dolewamy wcześniej przygotowane i przestudzone mleko kokosowe (ważne, by nie było gorące, wtedy platan by się ściął) i całość ponownie mielimy blenderem. Wkładamy do zamrażarki.

W tym momencie przepis się rozwidla: jeśli dysponujecie maszynką do lodów, postąpcie zgodnie z instrukcją producenta. Ja jakiś czas temu taki sprzęt nabyłam i bardzo się z niego cieszę. Lody są gładkie i dobrze wyrobione. Uwaga! Po wyrobieniu lodów w maszynce musimy jeszcze włożyć je do zamrażarki. Jeśli zaś nie dysponujecie maszynką, co 40 minut wyjmijcie lody z zamrażarki i przemielcie je blenderem. Po 4-7 godzinach (zależnie od mocy zamrażarki) będą gotowe.

Lody serwujemy ze świeżymi owocami. Smacznego!

A jakby ktoś był ciekawy, mój facebook znajduje się [tutaj].

~ Łososiowe roladki ~

Czy w paleo-kuchni potrzebny jest nóż do sera? No ba! Tyle że nie użyjemy go, oczywiście, do krojenia sera, ale… cukinii.

Co prawda sezon na cukinię jeszcze się tak naprawdę nie zaczął, ale nie wytrzymałam i nabyłam cukinię importowaną. Połączyłam ją z absolutnie nieziemskim wędzonym dzikim łososiem. Do tego ulubione przyprawy… I powstaje szybka i prosta przekąska. A jaka dobra!

Składniki (na ok. 10 sztuk):

~ 2 średnie cukinie (ok. 4 cm średnicy i 20-25 długości)*

~ 150 gramów wędzonego dzikiego łososia (o jego przewadze nad łososiem hodowlanym pisałam tutaj)

~ koperek (świeży lub suszony) bądź czubryca (użyłam jej z braku koperku i wyszło całkiem nieźle)

~ rafinowany olej kokosowy lub masło do smażenia

* Uwaga! Jeśli wolicie nie używać do roladek części cukinii bez pestek, zwiększcie ilość sztuk do trzech lub nawet czterech.

Przygotowanie:

1. Cukinię myjemy. Przy pomocy noża do sera wycinamy paski. Najlepiej zrobić do szybkim, zdecydowanym ruchem mocno przyciskając nóż do warzywa:

2. Tak przygotowane plastry posypujemy wybraną przyprawą i smażymy na rozgrzanym tłuszczu 15 sekund z każdej strony. Cukinia ma delikatnie zmięknąć, żeby dała się zawinąć w roladki:

(Wpadł mi też do głowy pomysł, że cukinię można przecież ugrilować! Potrwa to trochę dłużej, ale efekt powinien być jeszcze ciekawszy).

3. Gdy cukinia nieco przestygnie, wybieramy paski o podobnej szerokości i jednemu z nich odcinamy skórkę:

 

4. Na plastrze ze skórką układamy kawałki łososia w taki sposób, by trochę wystawały za dłuższą krawędź cukinii. Warto też nie układać łososia do samej krawędzi – roladki będzie nam łatwiej zwinąć:

5. Łososia przykrywamy plastrem cukinii pozbawionym skórki. Układamy dwa małe kawałeczki łososia przy brzegu krawędzi od której zaczniemy zwijanie roladek:

6. Roladki zwijamy. I gotowe! Ja na potrzeby zdjęcia obwiązałam je bawełnianym sznurkiem do wędzenia, ale i bez niego trzymały się całkiem nieźle. Smacznego 🙂

 

Chciałabym Was także zaprosić na moją facebookową stronę!  Jeśli najdzie Was ochota na polubienie mnie, będzie mi bardzo miło 🙂

 

 

 

~ Panna Cotta (bez laktozy i rafinowanego cukru). Także na AIP! ~

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy w życiu spróbowałam panna cotty. Było to w Poznaniu, nieco ponad rok temu. Co ciekawe, deser bardziej niż mi zasmakował Panu Jaskiniowemu… Dlatego też zaczęłam często mu go przyrządzać: okazał się niezwykle prosty w przygotowaniu, a jaki pyszny! Po przejściu na paleo panna cotta stała się oczywiście łakociem zakazanym. Ostatnio jednak troszkę pokombinowałam… I wyszło coś wspaniałego, i to bez laktozy i kazeiny! Pewnie powinnam wymyślić dla mego dzieła jakąś autorską i oryginalną nazwę, ale tego nie zrobię. Powiedzmy, że my, osoby na paleo oraz cierpiące na Hashimoto, też możemy jeść panna cottę! I to taką, którą Pan Jaskiniowy ocenił na „pisiont na pisiont” (Ach, ten nieustanny wpływ „Pięćdziesięciu twarzy Greya”!) 😀

A jeśli mielibyście ochotę dać mi lajka i tym sposobem być na bieżąco z moimi przepisami, możecie uczynić to tutaj.

(W nawiasie powiem Wam jeszcze, że dzielnie piszę pracę magisterską! Mam już 32 strony, więc jestem za połową i idzie mi coraz lepiej. Niestety, z pracą związane jest milczenie na blogu… Ale gdy się już obronię, obiecuję pisać regularnie!)

Składniki (dla czterech osób lub dla dwóch głodomorów):

~ 150 gramów wiórek kokosowych (można je zrobić także w domu! Instrukcja tutaj)

~ sześć suszonych moreli, drobno pokrojonych (najlepiej niesiarkowanych)

~ 300 mililitrów wody kokosowej (do kupienia np. w puszcze lub w butelce w Almie)

~ 4,5 listka żelatyny (ja używam takiej)

~ opcjonalnie ziarenka z połowy laski wanilii (dla osób zdrowych i nie na protokole)

~ truskawki do dekoracji (użyłam mrożonych)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Wiórki kokosowe mielimy blenderem na gładki krem (szczegółowy opis tej czynności znajdziecie tutaj). Następnie dodajemy morele i mielimy do uzyskania gładkiej konsystencji. Wlewamy 200 mililitrów wody kokosowej i ponownie mielimy blenderem.

3. W garnku podgrzewamy 100 mililitrów wody kokosowej, w której rozpuszczamy żelatynę. Następnie dodajemy wcześniej przygotowaną masę kokosową i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do ostygnięcia.

4. Masę przekładamy do jak najładniejszych foremek sylikonowych i wstawiamy do zamrażarki (u mnie zamroziły się po opływie godziny). Ważne jest, żeby deser zastygł prawie na kamień – wtedy ładnie wyjdzie z foremki i nic się nie uszkodzi. Smacznego! 🙂

 

Konsystencja deseru, jak widać, to idealna pianka. Mniam! 😀

~ Smażone cynamonowe platany w panierce ~

Muszę przyznać uczciwie: tak przygotowane platany są absolutnie nieziemskie. Chrupiące i jednocześnie rozpływające się w ustach. Słodkie – i to bez dodatku cukru! Mają tylko jedną zasadniczą wadę: znikają z talerza zdecydowanie za szybko. Tata mój ocenił je na 100000/10. Lepszej rekomendacji nie trzeba  : )

Wiem, że ostatnio publikuję rzadko (ku mojej niezmiernej rozpaczy), ale pochłania mnie praca magisterska. Idzie mi to jak krew z nosa. Czasem nawet robię wszystko, byle tylko jej nie pisać… W takich sytuacjach wolę się jednak blogiem nie zajmować, by nie generować wyrzutów sumienia. Liczę na Waszą wyrozumiałość i cierpliwość : )

Składniki (dla jednej osoby):

~ jeden duży żółty (a nawet już czerniejący) platan (Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je! Proszę Was też o intensywny mailing).

~ 30 gramów mąki z tapioki (inna skrobia też na pewno zadziała, choć nie gwarantuję smaku; dla osób na AIP polecam marantę trzcinowatą)

~ trzy-cztery spore łyżki oleju kokosowego

~ czubata łyżeczka cynamonu

Przygotowanie:

Platana obieramy i kroimy na plasterki o średnicy ok. 0,5 centymetra. Następnie każdy plasterek obtaczamy w mące (warto to robić widelcem, inaczej palce będą się Wam potwornie kleić). Na patelni rozgrzewamy olej kokosowy (podczas smażenia będzie go trzeba jeszcze uzupełniać zależnie od potrzeb) i układamy platany. Smażymy na średnim ogniu aż do zrumienienia (ok. 8 minut), przewracamy na drugą stronę i również czekamy, aż się zrumienią. Układamy na talerzu i posypujemy cynamonem. Serwujemy na zimno lub na ciepło, w każdej postaci są pyszne  : )

~ Pieczone gruszki z rozmarynem ~

Dziś będzie pochwała prostoty. Raz dlatego, że brakuje mi czasu, a dwa – proste jest piękne (i praktyczne!). No bo załóżmy, że mamy gości. I że akurat brakuje nam czasu, by zrobić foie gras. W przypływie paniki chwyćmy więc za gruszkę. Goście będą wniebowzięci, gwarantuję.

Składniki (dla dwóch osób):

~ dwie średnie miękkie i dojrzałe gruszki

~ łyżka oleju kokosowego i łyżka miodu

~ łyżka rozmarynu

Przygotowanie:

Olej kokosowy i miód topimy razem na małym ogniu. Gruszki obieramy, kroimy na ćwiartki i wykrawamy gniazda nasienne. Następnie zanurzamy je w oleju wymieszanym z miodem. Układamy na papierze do pieczenia i posypujemy rozmarynem. Pieczemy 15-20 minut w temperaturze 150 stopni. Można serwować jako przystawkę albo jako dodatek do dania głównego. Choć w sumie jako deser też się nada 😉

~ Platanki: Szybkie ciasteczka platanowe (bez cukru, oczywiście) ~

Jakie to szczęście, że nie żyjemy w epoce paleolitu! Człowiek jaskiniowy z całą pewnością nie miał dostępu ani do platanów, ani do piekarnika. Biedny! Gdy będziecie chrupać te pyszne i aromatyczne ciastka, wspomnijcie naszych dzielnych przodków i westchnijcie z ulgą. Może i kiedyś mieli lepsze mięso, ale my za to mamy ciastka!  : )

Zapraszam Was też do polubienia mnie na facebooku tutaj. Każde polubienie i każdy komentarz są dla mnie bardzo cenne : )

Składniki (na dwie blachy):

~ dwa żółte platany (najlepiej, jeśli będą jeszcze trochę twarde). Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je!

~ 1 i 1/4 szklanki mąki kokosowej

~ dwa żółtka

~ ćwierć łyżeczki sody oczyszczonej

~ cztery łyżki roztopionego oleju kokosowego

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mielimy blenderem na gładką masę. Jeśli jest ona zbyt rzadka, włóżcie ją na 20 minut do zamrażarki, bądź dodajcie jeszcze trochę mąki kokosowej. 

Ciasto możecie rozwałkować i wyciąć ciasteczka przy pomocy ulubionych foremek. Ja osobiście preferuję używanie wyciskarki do ciastek (używam takiej). Dzięki temu ciasteczka mają śliczne kształty i są jednolite (ach, ten kuchenny perfekcjonizm!).

Pieczemy ok. 15 minut w temperaturze 155 stopni.

Smacznego!  : )

               Ciasteczka będą idealne do popołudniowej herbaty (lub kawy, jeśli nie jesteście chorzy). Pamiętajcie tylko, nigdy nie pijemy bezpośrednio po jedzeniu, żeby nie rozpuścić soków trawiennych ; )

~ Ananasowe Żelki ~

Odkąd przeszłam na paleo, stosuję dwie podstawowe zasady: „im prościej, tym lepiej” i „im mniej cukru, tym lepiej”. Efektem połączenia tych dwóch myśli są galaretkowe żelki ananasowe. Dziecinnie proste w przygotowaniu, a jakie efektowne! Z czystym sumieniem mogę polecić je jako łakocie dla dzieci. Kupne żelki mają najczęściej potworny skład. Ja tam bym nimi swoich dzieci nie truła, tylko zakasała ręce do pracy!  : )

 

Składniki:

~ 400 gramów ananasa

~ sześć plastrów żelatyny (ja korzystam z takiej, jest bezglutenowa, wiem na pewno, bo pisałam do producenta)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Ananasa kroimy, wrzucamy do rondla i mielimy blenderem. Gotujemy (inaczej galaretka się nie zsiądzie).

3. Gdy ananas się zagotuje, dodajemy żelatynę i mieszamy aż do jej rozpuszczenia.

4. Przekładamy do foremek (najlepiej o śmiesznych kształtach). Mocno schładzamy (wtedy żelki łatwo wyjdą z foremek) przez ok. 1,5 – 2 godziny. Smacznego! 🙂

~ Walentynkowa przystawka z buraków ~

Walentynki to oczywiście przede wszystkim słodkości. Czekoladki, pralinki, trufle… W tym towarzystwie burak jakoś niespecjalnie się kojarzy z romantyczną atmosferą. Na szczęście, paleo i z buraka zrobi słodziaka ; )

Pomysł na tę przystawkę był kwestią przypadku. W wakacje pokroiłam sobie buraka na cienkie plasterki. Przez przypadek trochę mi się poprzesuwał na talerzu… I wyszło serduszko. Niebywałe! A że burak sam w sobie zbyt atrakcyjny nie jest, umówiłam go na randkę z bardziej wykwintnymi składnikami. Do tego buraczana przystawka jest dziecinnie prosta w przygotowaniu! W sam raz, by zaskoczyć ukochaną osobę.

(Ja niestety już mojego Pana Jaskiniowego nie zaskoczę, bo regularnie odwiedza mojego bloga, ech).   ; )

I jak zawsze zapraszam Was na moją fejsową stronę tutaj. Nie uwierzycie, ale dopiero od niedawna mam tam konto! Matko, jak to uzależnia… W życiu bym nie pomyślała.

Składniki (dla dwóch osób):

~ dwa średnie ugotowane buraki o regularnym kształcie (najlepiej jak najbardziej okrągłe)

~ dwie spore garście rukoli

~ garść pestek dyni (lub orzechów piniowych) – osoby na protokole mogą w nich zrezygnować

~ olej z awokado (może też być oliwa z oliwek, ale olej z awokado ma ciekawszy smak)

Przygotowanie:

1. Pestki (lub orzechy) delikatnie podprażamy na rozgrzanej patelni.

2. Na dwóch talerzach układamy po garści rukoli i posypujemy pestkami (lub orzechami).

3. Burakom obcinamy końcówki tak, by pozostały dwa grube plastry (ok. 3 cm). Następnie kładziemy na desce lub talerzu i ostrym nożem kroimy buraczane plastry wzdłuż na paski i szerokości 2-3 mm (Uwaga! Trzeba to zrobić dokładnie). Paski wyglądają tak:

4. Otrzymane paski przesuwamy tak, by uzyskać kształt serca.

5. Buraczane serca przenosimy przy pomocy szpatułki na wcześniej przygotowane talerze z rukolą. Całość polewany olejem z awokado.

6. Smacznego! I niechaj Walentynki będą słodkie i paleo 🙂

I jeszcze inne ujęcie. Światło na zdjęciach niestety kiepskie (nienawidzę robić zdjęć zimą! Ani sprzętu nie mam dobrego, ani nie znam się na fotografii na tyle, by wiedzieć co uczynić z brakiem słońca).