Protokół autoimmunologiczny – poradnik dla początkujących

Ilość pacjentów, u których diagnozuje się celiakię, reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń czy przede wszystkim Hashimoto, rośnie lawinowo. Choroby autoimmunologiczne wciąż stanowią zagadkę dla lekarzy: o ich przyczynach i przebiegu wiadomo całkiem dużo, lecz mimo to leczenie często okazuje się nieskuteczne. Dlatego coraz szersze grono specjalistów proponuje alternatywne spojrzenie na schorzenia z tej grupy: wierzą oni, że dzięki odpowiedniej diecie, suplementacji i zmianom w trybie życia pacjenta można znacząco poprawić jego stan, a nawet osiągnąć remisję. Czy rzeczywiście jest to możliwe?

Protokół autoimmunologiczny to dieta, której założenia najpełniej opracowała dr Sarah Ballantyne. Kuracja polega na wykluczeniu na okres co najmniej miesiąca pokarmów, które mogą wywoływać reakcję naszego układu odpornościowego, takich jak: wszystkie ziarna, nabiał, orzechy i pestki, rośliny psiankowate… (więcej szczegółów tutaj). Po tym czasie próbujemy po kolei wprowadzać wykluczone produkty i bacznie obserwujemy reakcje naszego organizmu po ich spożyciu (źródło). Oczywiście dieta ta wzbudza wiele kontrowersji i wątpliwości. Bazując na moich doświadczeniach w dzisiejszym artykule spróbuję rozwiać niektóre z nich.

1. Czy każda osoba cierpiąca na którąś z chorób autoimmunologicznych powinna przejść  na protokół?

Nie, oczywiście. Decyzja o rozpoczęciu diety to kwestia indywidualna. Moim zdaniem protokół to rozwiązanie ostateczne, które powinno zostać wdrożone, gdy wszystko inne zawiodło. U części chorych samo odrzucenie glutenu i nabiału wystarcza, by odczuć znaczącą poprawę i uciekanie się do protokołu nie jest konieczne… Najlepiej oczywiście kierować się zaleceniami lekarza i dietetyka, którzy zadecydują, czy protokół jest niezbędny w naszym wypadku.

2. Czy protokół autoimmunologiczny to jedyna opcja dla chorych?

Nie. Istnieje wiele diet, które mogą znacząco poprawić stan chorego. Mimo pewnych różnic, wszystkie zakładają eliminację produktów przetworzonych, rafinowanych i pełnych konserwantów. Ponadto zaleca się unikanie glutenu, nabiału i najczęściej zbóż. Przykładami diet, które mogą pomóc w przypadku chorób autoimmunologicznych oraz wielu innych schorzeń (np. cukrzycy) są:

W wielu wypadkach protokół jest w stanie zdziałać cuda. Czasem jednak organizm potrzebuje innego podejścia dietetycznego… Niejednokrotnie czytałam opowieści pacjentów, którym protokół autoimmunologiczny nie pomógł i którym ulgę przyniosła dopiero Dieta dr Dąbrowskiej. Należy także pamiętać, że wiedza na temat chorób autoimmunologicznych nieustannie ewoluuje, pojawiają się kolejne odkrycia, pozwalające na tworzenie coraz trafniejszych zaleceń dla pacjentów.

3. Kiedy zdecydować się na protokół autoimmunologiczny?

Osoby cierpiące na Hashimoto lub inne schorzenia z autoagresji najczęściej decydują się na zmianę sposobu odżywiania, gdy konwencjonalne leczenie nie pomaga. Jeśli wciąż czujesz się osłabiony, niewyspany, cierpisz na problemy trawienne i gnębią Cię depresyjne myśli – protokół może być dla Ciebie najlepszym rozwiązaniem. Od czego jednak zacząć?

Idealne wydawałoby się wykonanie na początek testu na nietolerancje pokarmowe i dostosowanie diety do jej wyników. Wiem, że takie testy wzbudzają wiele kontrowersji i część specjalistów podważa ich wiarygodność. Doświadczenia pacjentów również znacząco się różnią: u części osób otrzymane wyniki potwierdzają reakcje zaobserwowane wcześniej, zaś u innych taki test nie wykazuje niemal żadnych nietolerancji. Jeśli z jakiegoś powodu chciałbyś uniknąć poddania się takiemu badaniu, warto pamiętać, że dla większości pacjentów najbardziej problematyczne okazują się gluten i nabiał, trochę rzadziej jajka, zboża bezglutenowe, soja czy owoce morza.

Zanim jednak zdecydujesz się na na jakąkolwiek interwencję dietetyczną, koniecznie wykonaj badania, które pozwolą odpowiednio zaplanować dietę. Będą to więc: morfologia, krzywa cukrowa i insulinowa (pomaga wykryć insulinooporność i cukrzycę), badania ferrytyny, żelaza, witaminy D (metabolit 25 OH), witaminy B12, trójki tarczycowej (tsh, ft3, ft4)… Warto też przebadać się pod kątem występowania pasożytów i bakterii, np. lamblii, glisty ludzkiej czy yersinii. Dla części chorych wskazane byłoby także wykonanie badań w kierunku celiakii.

Gdy już otrzymamy wyniki, może się okazać, że przyczyna naszego złego samopoczucia leży na przykład w insulinooporności lub niedoborze witaminy D (co najczęściej oznacza także niedostatki magnezu) i zastosowanie diety tak rygorystycznej jak protokół autoimmunologiczny nie będzie konieczne.

Korzystajmy ze słońca ile się da 🙂 Chociaż pamiętajmy, że niestety u niektórych pacjentów to za mało i nawet po wakacjach notują oni niedobory witaminy D.

4. Czy protokół można stosować bez konsultacji z lekarzem lub dietetykiem?

Teoretycznie tak. Istnieje bardzo dużo wartościowych źródeł w języku angielskim, które pomagają prawidłowo zorganizować ten model żywienia. Należy jednak pamiętać, że zawsze niesie to ze sobą pewne ryzyko, gdyż, jakby nie patrzeć, eksperymentujemy z własnym ciałem i zdrowiem. Trzeba spędzić wiele naprawdę długich godzin na gromadzeniu informacji, by sobie nie zaszkodzić. Kiedy ja przeprowadzałam protokół, wiedza na jego temat dopiero raczkowała w naszym kraju i trudno było znaleźć specjalistę, u którego można by dokonać konsultacji. Dziś na szczęście łatwo znaleźć wielu wspaniałych dietetyków i lekarzy, potrafiących dostosować protokół do naszych potrzeb i zlecających odpowiednie badania. Ich nazwiska znajdziecie [tutaj].

5. Czy protokół to dieta na całe życie?

Nie. Stosujemy go tylko przez pewien okres czasu – najczęściej zalecane są trzy miesiące, ale dietetyk może zadecydować o przedłużeniu diety.

6. Czy rozpoczynając protokół powinno się zrezygnować z dotychczas stosowanego leczenia?

Nie. Nasz organizm potrzebuje czasu na regenerację. Siniaki nie znikają w jeden dzień – stanu zapalnego gnębiącego nasze ciało także nie ugasimy po tygodniu diety. Dlatego nie wolno nam rezygnować z dotychczas stosowanych leków, takich jak na przykład syntetyczny hormon tarczycy. Oczywiście może się okazać, że po pewnym czasie konieczne będzie zmniejszenie dawki lub całkowita rezygnacja z leku, jednak o tym zadecyduje lekarz.

7. Czy możliwe jest przeprowadzenie protokołu bez suplementów diety?

Teoretycznie tak. W założeniu protokół obfituje w wartości odżywcze, które mają wyprowadzić organizm na prostą. Niemniej jednak proces ten najczęściej zajmuje dużo czasu i dlatego odpowiednio dobrana suplementacja może znacząco przyspieszyć regenerację.

Zdecydowanie odradzam samodzielne dobieranie preparatów, oczywiście o ile nie mamy wykształcenia medycznego. Nie chcemy przecież zaburzyć już i tak zaburzonego funkcjonowania organizmu… Nawet zbyt duże dawki witaminy D mogą okazać się szkodliwe [źródło, źródło]. Dlatego w kwestii suplementacji udajmy się do specjalisty, który odpowiednio nas poprowadzi.

Więcej na temat suplementów diety przeczytacie w jednym z moich poprzednich artykułów [tutaj].

8. Jak najlepiej przygotować się do protokołu?

Warto działać stopniowo i po kolei wykluczać problematyczne dla nas pokarmy. Dzięki temu nasze ciało przyzwyczai się do zmiany diety, a i my nauczymy się, czego unikać. Oczywiście będzie to także ulgą dla psychiki – rezygnacja z większości pokarmów spożywanych do tej pory to duże wyzwanie i należy działać powoli, z rozwagą.

Bardzo ważne jest także opracowanie planu posiłków i znalezienie odpowiednich przepisów. Jeśli możesz, spróbuj nawiązać kontakt z okolicznymi rolnikami lub kolektywą spożywczą, by zapewnić sobie dostęp do warzyw i mięsa dobrej jakości.

Przed rozpoczęciem protokołu warto „uzbroić się” w potrzebną wiedzę. Kiedy wiemy, czego unikać, będzie łatwiej nam przeprowadzić dietę. Mały test: pamiętacie, które z produktów pokazanych na zdjęciu są niedozwolone na protokole? 🙂

9. Czy da się pogodzić protokół z życiem zawodowym i rodzinnym?

Może być to trudne, ale dla chcącego nic trudnego 🙂 Oczywiście ta dieta niesie ze sobą konieczność spędzania większej ilości czasu przy przygotowywaniu posiłków, ale przy odpowiednim rozplanowaniu posiłków trzy miesiące upłyną bardzo szybko.

Warto pamiętać, że sukces protokołu zależy w dużej mierze od wsparcia najbliższych. Wyjaśnij rodzinie i przyjaciołom, że ta dieta to dla ciebie ogromna szansa i wierzysz w jej pozytywne działanie. Dlatego nie będzie żadnych wyjątków: ani kawałku tortu na urodzinach babci, ani wypadu na pizzę z przyjaciółmi. Niestety, nasze postanowienie zmiany diety może się spotkać z niezrozumieniem otoczenia. To boli, gdy najbliżsi podważają sens podjętej przez nas decyzji. W takich sytuacjach warto uciąć dyskusję krótkim: „Czułam się bardzo źle, a ta dieta mi pomaga”. Kluczowa jest tutaj asertywność.

10. Czy protokół autoimmunologiczny oznacza tylko zmianę diety?

Protokół (i każda dieta, którą zdecydujemy się zastosować) niesie ze sobą konieczność zmiany stylu życia. Niezwykle ważna jest oczywiście odpowiednia dieta, ale bez zniwelowania innych czynników wzmagających stan zapalny niemożliwy okaże się powrót do zdrowia. Dlatego ograniczmy źródła stresu i zadbajmy o jakość snu. Unikajmy w miarę możliwości toksyn i konserwantów i dokładnie analizujmy składy używanych przez nas kosmetyków. Warto także rozważyć psychoterapię – choroby autoimmunologiczne mogą wiązać się z nierozwiązanymi i nieustannie nas gnębiącymi problemami z przeszłości. Więcej na ten temat przeczytacie [tutaj].

11. Na protokole poczułam się gorzej niż przed nim. Co robię źle?

Podstawowe błędy popełniane na protokole autoimmunologicznym to nadmierne ograniczenie podaży kalorii oraz węglowodanów (co może okazać się problematyczne zwłaszcza u osób cierpiących na niedoczynność tarczycy). Więcej o błędach popełnianych na protokole autoimmunologicznych przeczytacie [tutaj]. Warto także wysłuchać materiału Iwony Wierzbickiej na Youtubie [klik!].

***

Mimo że protokół stanowi skuteczną alternatywę w przypadku chorób autoimmunologicznych, należy pamiętać, iż nie sprawdzi się u każdego pacjenta. Ludzki organizm jest niezwykle złożony, a zdrowie to wypadkowa bardzo wielu czynników… Warto jednak próbować i, co najważniejsze, nie poddawać się! Wiem, że kiedy czujemy się fatalnie i wszystko wokół wydaje się pozbawione nadziei, wiara w powodzenie diety może okazać się zbawienna. 

Nie zapominajmy także, że nasza wiedza o funkcjonowaniu organizmu cały czas się pogłębia. Dlatego najpewniej i zalecenia dla pacjentów cierpiących na choroby autoimmunologiczne będą się zmieniać. Obecnie jednym z najświeższych doniesień jest wspomniana przez Monikę Skuzę (Tłuste Życie) dieta Instytutu Funkcjonalnej Medycyny w USA, która polega na eliminacji zbóż zawierających gluten, kukurydzy, wołowiny i wieprzowiny, owoców morza, soi, pomarańczy, orzeszków ziemnych, przetworzonych cukrów, nabiału oraz jajek. Podobno te zalecenia okazują się skuteczne u 80% pacjentów.

Na chwilę obecną jedno pozostaje pewne: zmiana diety* działa. Jesteśmy tym, co jemy, a także tym, co strawimy i przyswoimy. I cieszę się, że takie spojrzenie na choroby autoimmunologiczne spotyka się z coraz większym zainteresowaniem lekarzy i pacjentów. Oby tak dalej!

*Oczywiście zmiana diety musi być połączona z odpowiednimi modyfikacjami stylu życia.

https://dysk.onet.pl/api/manager/?thumbnail&link=UlTMR&id=112557f9e6c5d808bade51419d1af411&size=FU części pacjentów protokół okaże się skuteczny, inni poczują się rozczarowani. Każdy z nas jest inny i nasze organizmy mogą różnie reagować na te same zalecenia dietetyczne.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat protokołu i chorób autoimmunologicznych, koniecznie odwiedźcie te strony:

Po przepisy zgodne z dietą paleo i protokołem sięgnijcie do:

Polecam Wam także bardzo wartościowe źródła w języku angielskim:

Jeśli znacie inne ciekawe strony, dajcie znać w komentarzach 🙂

A tymczasem trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku,

Wasza Ola 

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂 I oczywiście zachęcam Was do korzystania z usług profesjonalistów – lekarzy i dietetyków. Nigdy nie rezygnujcie też z dokładnych badań!

Zdjęcia pochodzą ze strony www.pexels.com

Protokół autoimmunologiczny… I co dalej?

Protokół autoimmunologiczny to dieta skierowana przede wszystkim do osób cierpiących na choroby z autoagresji. Jej celem jest wyeliminowanie na pewien czas pokarmów, które mogą powodować reakcję układu immunologicznego. Protokół powinien trwać co najmniej miesiąc. Po tym czasie zaleca się wprowadzanie wykluczonych uprzednio produktów i obserwowanie własnych reakcji. W jakiej kolejności należy je jednak wprowadzać?… Zamiast eksperymentować i błądzić, warto posłuchać głosu eksperta. Sarah Ballantyne, doktor biofizyki medycznej, naukowiec i autorka książki „The paleo approach” bardzo dokładnie opisuje, jaką kolejność wprowadzania produktów powinniśmy zachować przy wychodzeniu z protokołu autoimmunologicznego. W dzisiejszym artykule przedstawię Wam jej zalecenia oraz wzbogacę je o własne przemyślenia i doświadczenia. Przy opracowaniu większej części tego tekstu korzystałam z poradnika „The Paleo Approach Quick-Start Guide to Reintroducing Foods” [źródło].

Protokół autoimmunologiczny: na czym polega?

Protokół autoimmunologiczny ma za zadanie postawić Cię na nogi. Dlatego właśnie podstawą tej diety jest wybieranie produktów jak najbogatszych w składniki odżywcze, które sprzyjają regeneracji jelit i mikroflory jelitowej. Ponadto protokół pomaga uregulować poziom hormonów (chociażby dzięki odstawieniu rafinowanego cukru) i sprzyja regeneracji układu odpornościowego. Oczywiście by osiągnąć pozytywne efekty, konieczne jest ścisłe przestrzeganie diety, duża różnorodność pożywienia, a nierzadko i dodatkowa suplementacja. Z tej przyczyny protokół najlepiej przeprowadzać pod okiem dietetyka lub lekarza.

Należy pamiętać, że zalecenia protokołu są oczywiście pewnym uogólnieniem. Część chorych może nie wykazywać reakcji na dany zakazany pokarm, zaś reagować na pożywienie teoretycznie bezpieczne (np. kokos). Dlatego w czasie trwania protokołu niezbędna jest ciągła samoobserwacja. Coraz więcej mówi się także o testach na nietolerancje pokarmowe, które ułatwiłyby dostosowywanie protokołu do indywidualnych potrzeb pacjentów. Nie wolno także zapominać, że rezultaty diety zależą od stopnia uszkodzenia tkanek i ogólnej kondycji chorego. W niektórych przypadkach można osiągnąć tzw. remisję, jednak pełen powrót do zdrowia albo jest mało prawdopodobny, albo wymaga dłuższej ilości czasu.

Trudne początki

Protokół autoimmunologiczny jest dietą bardzo restrykcyjną i dość trudną do przeprowadzenia. Zaleca się na nim eliminację wszystkich pokarmów, które mogą powodować podrażnienia i nieszczelność jelit, zaburzenia równowagi mikroflory jelitowej, stymulowanie układu odpornościowego oraz stany zapalne. Pełną listę produktów zakazanych na protokole znajdziecie [tutaj].

Początki diety są oczywiście niełatwe, niemniej jednak należy pamiętać, że to nie wyrok na całe życie. Po pewnym czasie ponownie wprowadzimy wykluczone produkty, dzięki czemu poznamy odpowiedź na kluczowe pytanie, co i jak na nas działa.

Kiedy ponownie wprowadzać produkty?

Gdy zauważysz pozytywne efekty diety i większość z trapiących Cię dotychczas przykrych symptomów ustąpi, to znak, że Twój układ odpornościowy zaprzestał atakowania samego siebie. Zanim jednak rozpoczniesz ponownie wprowadzać wykluczone produkty, upewnij się, że udało Ci się zapanować nad stresem, śpisz odpowiednią liczbę godzin i spędzasz czas na świeżym powietrzu. Te czynniki mają znaczący wpływ na naszą tolerancję pokarmów.

Jeśli nie przeprowadzasz protokołu pod okiem dietetyka, sam musisz zdecydować, kiedy rozpocząć etap wprowadzania wykluczonych pokarmów. Kieruj się przede wszystkich dobrym samopoczuciem, a nie zachciankami i ciągotami!

Częstotliwość wprowadzania produktów

Wyeliminowane produkty powinno się wprowadzać po kolei co 3-7 dni, by mieć całkowitą pewność, że to właśnie ten konkretny pokarm negatywnie na nas wpływa. Reakcja na niego może się pojawić niemal natychmiast, bo już po godzinie. Czasem jednak niepokojące symptomy stają się widoczne dopiero po kilku dniach! Jeśli nie jesteś pewien działania danego produktu, wyeliminuj go ponownie na kilka tygodni, a w tym czasie spróbuj wprowadzać inne pozycje z listy (znajdziecie ją poniżej). Uwaga! Nie wprowadzaj nowych pokarmów, gdy jesteś przeziębiony, zestresowany lub miałeś ciężki dzień w pracy.

Jeśli wcześniej stwierdzono u Ciebie alergię, skonsultuj się z lekarzem przed ponownym wprowadzeniem produktu Cię uczulającego.

Możliwe objawy nietolerancji pokarmowej

Nietolerancje pokarmowe mogą objawiać się na wiele różnorodnych sposobów. Dlatego w okresie wprowadzania wykluczonego wcześniej pożywienia musisz wykazać się dużą uwagą i być wyczulonym na wszelkie niepokojące objawy, do których należą:

Kolejność wprowadzania produktów

Sarah Ballantyne podzieliła wykluczone uprzednio produkty na cztery grupy w zależności od ich wartości odżywczej oraz stopnia potencjalnej reakcji autoimmunologicznej, którą mogą wywołać (listę znajdziecie poniżej). Gdy rozpoczynamy etap wprowadzania nowych produktów, najpierw po kolei wybieramy produkty z grupy I (poza tymi, na które mamy alergię) i obserwujemy własne reakcje. Nie musimy tolerować wszystkich pokarmów z pierwszego etapu, by przejść dalej. Jeśli jednak większość z nich lub niemal wszystkie wywołują objawy nietolerancji pokarmowej, należy je ponownie wyeliminować oraz zaczekać kilka miesięcy przed rozpoczęciem wprowadzania produktów z grupy II.

Pokarmy z trzeciej i czwartej grupy są dozwolone na diecie paleo czy diecie pierwotnej, jeśli jednak cierpisz na chorobę autoimmunologiczną i nie osiągnąłeś pełnej remisji, oczywiście nie musisz ich wprowadzać. Pamiętaj, że to od Twojej decyzji zależy wprowadzenie każdego z produktów. Poniższa lista to tylko sugestia.

Podobne pokarmy zostały podzielone między dwa lub trzy etapy (np. orzechy, rośliny psiankowate czy nabiał). Jeśli zauważyłeś jakąkolwiek reakcję po ich zjedzeniu, pomiń daną grupę w kolejnym kroku (np. gdy nie tolerujesz ghee, nie wprowadzaj masła, śmietany i innych produktów zaliczanych do nabiału).

Wprowadzanie pokarmów po protokole autoimmunologicznym może być procesem długotrwałym. Mimo to nie warto wykazywać pośpiechu, gdyż zbyt szybkie tempo może na nowo zaognić chorobę autoimmunologiczną.

Jak wprowadzać pokarmy?

Sarah Ballantyne zaleca trzymać się poniższych ośmiu kroków:

1. Wybierz pokarm, który chcesz wprowadzić. Przygotuj się na zjedzenie go dwa lub trzy razy jednego dnia, a następnie na kilkudniową przerwę.

2. Najpierw zjedz pół łyżeczki danego produktu (lub nawet mniej). Odczekaj 15 minut.

3. Jeśli pojawiły się jakiekolwiek niepokojące symptomy, nie jedz więcej. Jeśli nie zaobserwowałeś żadnej reakcji, zjedz kolejną łyżeczkę. Odczekaj kolejne 15 minut*.

4. Jeśli po tym czasie odczułeś coś niepokojącego, nie jedz więcej. W przypadku braku reakcji, zjedz półtorej łyżeczki testowanego pokarmu.

5. Na razie to by było na tyle. Zaczekaj dwie lub trzy godziny, stale się obserwując.

6. Zjedz normalną porcję pokarmu – albo samodzielnie, albo używając go jako dodatku do innego dania.

7. Kolejną porcję zjedz po trzech-siedmiu dniach. W międzyczasie nie wprowadzaj żadnego innego pokarmu. Obserwuj, czy nie pojawiły się żadne z wyżej wymienionych symptomów.

8. Jeśli nie odczułeś żadnych niepokojących reakcji, pokarm może na stałe powrócić do Twojej diety!

* W przypadku alkoholu poprzestajemy tylko na jednej porcji. Upewnij się też, że wybrany napój jest bezglutenowy!

Uwaga! Przy wprowadzaniu pokarmów bardzo przydatne może się okazać prowadzenie dzienniczka, w którym zanotujecie, co i kiedy jedliście i jakie było Wasze samopoczucie po danym posiłku.

Mały kęs na początku testowania nowego produktu w zupełności wystarczy!

Wprowadzanie pokarmów – teoria a praktyka

Protokół autoimmunologiczny do dieta bardzo restrykcyjna i wymagająca. Z tej przyczyny zawsze zalecam przeprowadzać ją pod okiem dietetyka lub lekarza, co jest opcją dla nas najbezpieczniejszą. Specjalista przedstawi Wam także szczegółowe wytyczne i powie, które produkty i w jakim tempie powinniście wprowadzać. Przetłumaczone przeze mnie zalecenia Sary Ballantyne są pewnym ogólnym schematem, który jednak może zostać zmodyfikowany przez lekarza zależnie od potrzeb pacjenta.

Jeśli dzięki protokołowi udało nam się osiągnąć remisję i uciszyć chorobę autoimmunologiczną, bardzo ważne jest, by nie spieszyć się z wprowadzaniem pokarmów. Nadmierny pośpiech może zniweczyć pozytywne efekty, które wypracowaliśmy naszą ciężką pracą.

Warto pamiętać, że wprowadzanie pokarmów może okazać się bardzo stresujące. Protokół to niezwykle trudna dieta pod względem psychicznym – musimy uważać na najmniejsze, nawet śladowe ilości wykluczonych pokarmów, a do tego nasz sposób żywienia wydaje się przerażająco ograniczony, zwłaszcza na początku. Bardzo łatwo popaść we frustrację i przesadę. Ja chociażby zaczęłam bać się wielu produktów, z glutenem i mlekiem na czele. Jeśli z takim nastawieniem rozpoczniemy etap wprowadzania nowych pokarmów, będzie całkiem możliwe, że odczujemy reakcję spowodowaną nie danym posiłkiem, a… stresem i strachem.

Dlatego tak ważne jest pozytywne nastawienie w trakcie trwania każdego z etapów diety. Owszem, wykluczamy ogromną większość produktów, ale tylko na jakiś czas! Nie bójmy się jedzenia i nie uważajmy, że pozycje zakazane na protokole są „złe i szkodliwe”. Dajmy każdemu pokarmowi szansę. Jeśli nasze ciało źle na nie zareaguje – no cóż, trudno, na szczęście istnieją inne rzeczy do jedzenia. Ale przynajmniej zyskamy pewność, że to właśnie ten posiłek nam zaszkodził, a nie stres.

W moim wypadku wprowadzanie produktów szło bardzo powoli, gdyż dyktowana byłam właśnie lękiem. Na masło klarowne skusiłam się po ośmiu miesiącach (smakowało obłędnie!), na pomidory i paprykę po dziewięciu, na orzechy i żółtka jaj po czterech, a na alkohol – po roku. Dzięki protokołowi dowiedziałam się, że rośliny psiankowate w większej ilości wywołują u mnie przeróżne reakcje i dlatego jadam je okazyjnie. Na szczęście większość pokarmów jest przeze mnie dobrze tolerowana, zwłaszcza spożywana w rozsądnych ilościach.

Czy wprowadzanie pokarmów wymienionych w czterech krokach to już koniec? To już zależy od nas samych. Część osób zostaje przy diecie paleo, lecz inne próbują wprowadzić zboża bezglutenowe. Ja na przykład wprowadziłam grykę, proso, ryż i bardzo okazyjnie jadane pseudozboża. Oczywiście można też pokusić się o dalsze eksperymenty – ja chociażby raz skusiłam się na kromkę żytniego chleba, po którym zaczęłam kichać. I pomyśleć, że kiedyś jadałam taki chleb codziennie!

Życzę Wam powodzenia w eksperymentach dietetycznych. Pamiętajmy jednak, że nie zawsze przyniosą one remisję czy pożądane przez nas efekty, jednak w każdym wypadku pozwolą nam dowiedzieć się czegoś więcej o sobie i o funkcjonowaniu własnego ciała. Najważniejsze to wciąż szukać i nigdy nie tracić nadziei na powrócenie do pełni zdrowia i sił 🙂


Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

 Zapraszam na mój facebook [tutaj].

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę   🙂

Dieta w Hashimoto: Tak, tylko która?

Coraz więcej mówi się o znaczeniu diety w chorobie Hashimoto. Tylko jaka to powinna być dieta? Część specjalistów sugeruje odrzucenie glutenu i nabiału, inni zaś polecają styl życia paleo, czyli rezygnację ze wszystkich ziaren. Niektórzy zachwalają wegetarianizm, a są nawet i tacy, którzy za najlepszą dietę uznają… brak diety. Kto ma rację i komu powinniśmy zaufać? 

Hashimoto? Możesz jeść wszystko!

Pacjenci cierpiący na chorobę Hashimoto są podzieleni na dwa przeciwstawne obozy – jedni uważają wszelkie diety za zupełnie zbędne, zaś inni uznają konieczność odrzucenia glutenu, nabiału i nierzadko wielu innych pokarmów. Moje dotychczasowe doświadczenia pozwalają mi zrozumieć racje obu stron.

Hashimoto jest chorobą niezwykle specyficzną. W wielu wypadkach może nie dawać niemal żadnych objawów, zwłaszcza jeśli w odpowiednim czasie zostanie wprowadzone leczenie syntetycznym lub naturalnym hormonem tarczycy. Dzięki temu pacjent czuje się zdrowo i najczęściej nie odczuwa potrzeby wprowadzenia zmian w swoim trybie życia. Sama przez większość życia moją chorobę postrzegałam właśnie w taki sposób: poza problemami trawiennymi, których z Hashimoto nie wiązałam, zupełnie nic mi nie dolegało… Pamiętam, że gdy pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o diecie bezglutenowej, pomyślałam: „To bez sensu, jak niby chleb może szkodzić?”.

W pewnym momencie sielanka się skończyła. Ogromny stres oraz nieodpowiednia dieta wyzwoliły rzut choroby, czyli okres zaostrzenia objawów. Pojawiła się depresja, bóle stawów, ciągłe zmęczenie, absolutny brak motywacji… Wtedy też zaczęłam czytać o znaczeniu odpowiedniego stylu życia w chorobie Hashimoto i uznałam, że to moja ostatnia nadzieja. Zmiana diety nie była łatwa, ale okazała się niezwykle pomocna.

Moje doświadczenia nie pozwalają mi wierzyć lekarzom twierdzącym, że w chorobie Hashimoto „można jeść wszystko”. Nawet jeśli czujemy się zdrowo, nasza tarczyca jest niszczona przez przeciwciała, co stanowi nieustanny stres dla organizmu. Wszystko ma jednak swoje granice i ciało może powiedzieć „dość”, a wówczas pan Hashimoto pokaże nam, co potrafi… Na szczęście dzięki zmianie diety możemy znacząco ograniczyć stan zapalny i zapobiec ewentualnemu rzutowi choroby. Lepiej dmuchać na zimne. Przecież jesteśmy tym, co jemy.

Dlaczego dieta jest tak ważna?

Choroby autoagresywne, takie jak Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów czy cukrzyca typu I, wiążą się w wadliwą pracą układu immunologicznego, który w pewnym momencie zaczyna postrzegać własne tkanki jak wrogów. Należy pamiętać, że około 80% naszej odporności kryje się w jelitach i właśnie dlatego w przypadku wyżej wymienionych chorób tak ważne jest zadbanie o jak najlepszą ich kondycję.

Celem diety w chorobach autoimmunologicznych jest wyeliminowanie pokarmów, które mogą podrażniać jelita, wzmagać stan zapalny i wywoływać reakcję układu odpornościowego. Zalicza się do nich przede wszystkim gluten i nabiał, o których więcej przeczytacie [tutaj]. Także inne pokarmy, takie jak zboża, rośliny strączkowe czy psiankowate, bywają dla chorych problematyczne. Niedawno poświęciłam im dość obszerny artykuł [klik!].

Wiem, że na początku ilość potencjalnie szkodliwych dla nas pokarmów może okazać się frustrująca. Przecież zboża, ziemniaki czy pomidory jedzą wszyscy! U osób z pewnymi predyspozycjami genetycznymi powodują one jednak reakcję immunologiczną. Dlaczego tak się dzieje? Każde żywe stworzenie żyjące na Ziemi musi bronić się przed szkodnikami czy nieprzychylnymi warunkami atmosferycznymi. Dla zwierząt nie stanowi to problemu, gdyż mogą poruszać się i uciekać. Rośliny natomiast przytwierdzone są na stałe do podłoża… Z tej przyczyny w toku ewolucji wyprodukowały liczne substancje, które mają ochronić je przed atakami z zewnątrz, a więc także i przed ludźmi. Każde stworzenie na Ziemi dąży do przetrwania i podobnie ma się rzecz z roślinami – one najczęściej nie chcą być zjedzone*. Jedne gatunki pokazują to bardzo wyraźnie, zaś inne w znacznie subtelniejszy sposób. Więcej na ten temat przeczytacie w książce „Zmysłowe życie roślin” Daniela Chamowitza (polecam!).

Związki, które mogą okazać się kłopotliwe, to między innymi lektyny, występujące głównie w zbożach i roślinach strączkowych oraz alkaloidy, wytwarzane przez rośliny psiankowate.

* Trochę inaczej ma się sprawa z owocami, którym wręcz zależy na tym, byśmy je zjedli i rozprowadzili po świecie nasiona… Ale to już temat na inny artykuł.

Jeszcze dwa lata w życiu bym nie pomyślała, że pomidory mogą wywoływać u mnie alergię, a ziemniaki bóle stawów. Wiedza jest błogosławieństwem!

Dieta, owszem, tylko która?

Wiem, że na początku bardzo liczne i nierzadko sprzeczne zalecenia mogą zniechęcić do stosowania jakiejkolwiek diety. Jeśli jednak Wasze samopoczucie jest dalekie od ideału, a wyniki pozostawiają wiele do życzenia – nie rezygnujcie! Na początek polecam udać się do dietetyka, który stworzy optymalne dla Was zalecenia. Na szczęście specjalistów zajmujących się chorobami autoimmunologicznymi jest coraz więcej. Niezwykle użyteczną ich listę stworzyła Anita, autorka wspaniałego blogu Alpacasquare. Zerknijcie [tutaj]. W poprzednim artykule wspominałam Wam również o testach na nietolerancje pokarmowe i o diecie eliminacyjnej. Ich wyniki bardzo ułatwiają planowanie zmian w odżywianiu.

A tymczasem przeanalizujmy wspólnie wszystkie za i przeciw stosowania różnych diet.

1. Dieta bezglutenowa i bezmleczna

Zdecydowany faworyt wśród zaleceń dietetycznych. Najczęściej już eliminacja tych dwóch składników wystarczy, by pacjent poczuł się lepiej. I nie ma w tym nic dziwnego: gluten przyczynia się do rozszczelnienia jelit, zaś mleko często wywołuje reakcję układu odpornościowego. Oczywiście poprawa samopoczucia nie zawsze jest natychmiastowa, a u niektórych osób odrzucenie glutenu może przynieść nawet pogorszenie. O możliwych przyczynach tego zjawiska przeczytacie [tutaj].

By dieta bezglutenowa zadziałała prawidłowo, konieczne jest dobre jej zaplanowanie. Większość gotowych produktów oznaczonych przekreślonym kłosem ma, niestety, dość nieprzyjazny jelitom skład. Na szczęście można sobie łatwo poradzić bez nich – użyteczny poradnik znajdziecie [tutaj].

Obecnie i ja stosuję tę dietę i dostosowałam ją do swoich potrzeb, biorąc pod uwagę kilka zaleceń paleo. Z ziaren jem jedynie ryż, grykę i czasem proso, starając się zawsze je uprzednio namaczać. Orzechy i rośliny strączkowe jadam okazyjnie, gdyż w większych ilościach mi nie służą.

2. Protokół autoimmunologiczny

Ponad półtora roku temu rozpoczęłam swoje dietetyczne przygody poprzez wyeliminowanie glutenu z diety. Na tym jednak nie poprzestałam. Czułam się naprawdę źle, co motywowało mnie do kolejnych zmian. Po upływie ponad miesiąca przeszłam na protokół autoimmunologiczny – bardzo restrykcyjną dietę, która wyklucza wszystkie pokarmy potencjalnie podrażniające układ odpornościowy, takie jak zboża, orzechy, pestki, rośliny strączkowe i psiankowate [źródło].

Jestem zdania, że protokół jest dietą trudną, ale na chwilę obecną to jedna z najskuteczniejszych opcji. Dzięki niemu zniknęły u mnie: alergia, kichanie, bóle stawów, serca i tarczycy (tak, tarczyca też może boleć!), a nawet opryszczka, która przed dietą pojawiała się regularnie co trzy miesiące! Niestety, popełniłam również kilka błędów – jadłam chociażby zbyt mało węglowodanów, przez co bardzo schudłam. Dlatego przed rozpoczęciem protokołu zachęcam Was do konsultacji dietetycznej i lekarskiej, dzięki którym powinniście uniknąć pomyłek. Bardzo ważna jest także autoedukacja. Na szczęście Internet obfituje w wiele użytecznych źródeł. Polecam Wam chociażby naszpikowaną informacjami stronę Grzegorza PaleoSMAK.

Warto pamiętać, że protokół autoimmunologiczny jest opcją, a nie koniecznością. Patrząc przez pryzmat moich doświadczeń, polecałabym go szczególnie osobom nękanym przez kilka chorób autoimmunologicznych, lub uskarżającym się na wiele przykrych objawów Hashimoto, takich jak bóle stawów, problemy trawienne czy insulinooporność. Mimo to nie we wszystkich przypadkach tak drastyczna dieta musi być konieczna.

Samo przejście na protokół nie gwarantuje sukcesu – nasze ciała mają różną zdolność regeneracji, a i może się okazać, że źle reagujemy na pokarm teoretycznie na diecie dozwolony [źródło]. Dlatego istotnym elementem tej zmiany jest nieustanna samoobserwacja. Ważna uwaga: protokół stosujemy tylko przez pewien okres, po upływie którego ponownie próbujemy włączyć do diety kłopotliwe pokarmy. Wkrótce pojawi się na blogu obszerny artykuł na ten temat.

3. Dieta paleo

Włączanie kolejnych pokarmów po zakończeniu protokołu autoimmunologicznego najczęściej skutkuje przejściem (na pewien czas lub na dłużej) na dietę paleo. Wyklucza ona ziarna, wszystkie produkty rafinowane i najczęściej także nabiał [źródło]. Jej podstawą są pokarmy o wysokiej wartości odżywczej, pochodzące z jak najlepszych upraw i hodowli, takie jak mięso, jaja, warzywa, owoce, surowy miód.

Dieta paleo jest moim zdaniem sposobem życia godnym uwagi, zwłaszcza jeśli dysponujemy dostępem do sprawdzonych źródeł żywności. Mimo to nie jest ona wolna od wad, chociażby bardzo dyskusyjna jest w jej wypadku kwestia spożycia węglowodanów. Więcej na ten temat przeczytacie na blogu Live the Nature [klik!]. W moim wypadku wersja wysokotłuszczowa paleo nie sprawdziła się. Oczywiście każdy z nas jest inny i całkiem możliwe, że mój organizm gorzej trawi tłuszcze i białka. Po włączeniu do diety większej ilości węglowodanów poczułam przypływ sił. Dlatego zachęcam każdego do obserwowania swoich reakcji – jeśli dana dieta przez dłuższy czas nie przynosi pożądanych rezultatów, być może po prostu nie jest dla nas stworzona. I nie ma w tym nic złego.

Dieta paleo kładzie nacisk nie na ilość, a na jakość.

4. Dieta dr Dąbrowskiej / Post Daniela

Dietę tę stosuje się przez okres od kilku dni do kilku tygodni. Jest ona oparta na warzywach nisko skrobiowych, takich jak na przykład: korzeniowe, kapustne, cebulowe, dyniowate, psiankowate, liściaste. „Równocześnie można spożywać niskocukrowe owoce takie jak: jabłka, grejpfruty, cytryny i nieduże ilości jagód. Szczególnie cenne są zielone soki, które pochodzą z zielonych pędów roślin” [źródło].

Zadaniem diety dr Dąbrowskiej jest oczyszczenie organizmu z toksyn oraz wzmocnienie układu odpornościowego, nerwowego i hormonalnego. Osobiście nie miałam z Postem Daniela do czynienia, jednak czytałam relacje osób zachwyconych jego rezultatami. Zdarza się też, że ta dieta pomaga osobom, dla których nieskuteczny okazał się protokół autoimmunologiczny.

Post Daniela najlepiej stosować latem, kiedy dostęp do warzyw i owoców jest niemal nieograniczony. Zanim go jednak rozpoczniecie, skonsultujcie się z lekarzem lub dietetykiem – dieta dr Dąbrowskiej wyklucza tłuszcz, co uniemożliwia wchłanianie witamin A, D, E i K i w dłuższej perspektywie może okazać się szkodliwe.

5. Dieta wegetariańska/wegańska/witariańska

Część chorych z przyczyn ideologicznych rezygnuje z jedzenia mięsa, ryb, a nawet produktów pochodzenia zwierzęcego. Oczywiście niektórzy specjaliści otwarcie mówią o wadach takiego stylu odżywiania i podkreślają, że białko zwierzęce jest dla nas najlepszym budulcem. Poza tym problem stanowi zbyt mała ilość kwasów tłuszczowych Omega-3, a także wysokie spożycie ziaren i roślin strączkowych (lektyny!) w dietach wegetariańskiej i wegańskiej. Warto także pamiętać, że produkty pochodzenia zwierzęcego są jedynym źródłem gotowej witaminy A i D. Problematyczne na tych dietach są także niedobory witaminy B12… Więcej na ten temat przeczytacie w książce dr Terry Wahls na stronach 158-165.

Oczywiście najbardziej szkodliwe dla pacjenta  mogą się okazać niechęć i wstręt, z którymi jadłby produkty niezgodne z własnymi poglądami. Dlatego jestem zdania, że przekonywanie kogoś do zmiany diety wbrew jego woli to pewna forma przemocy. Tak, możemy dysponować licznymi argumentami udowadniającymi zalety jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego, ale co z tego? I tak każdy postąpi w zgodzie ze swoim sumieniem i przekonaniami, o czym pisałam [tutaj].

Pozwolę sobie jednak nadmienić, że gdy mimo stosowania jednej z wymienionych powyżej diet czujesz się osłabiony, zmęczony, a Twoja odporność pozostawia wiele do życzenia – nie trwaj przy niej z uporem maniaka. Mimo wszystko nasze zdrowie jest ważniejsze od ideologii.

6. Dieta wysokotłuszczowa/dieta dra Kwaśniewskiego

Osoby cierpiące na niedoczynność tarczycy przeważnie źle czują się na dietach niskowęglowodanowych, gdyż cukry są potrzebne w przemianie nieaktywnej formy hormonu T4 do jego formy aktywnej, czyli T3 [źródło]. Niemniej jednak można znaleźć osoby, którym dieta wysokotłuszczowa pomaga, zwłaszcza jeśli zdiagnozowano u nich insulinooporność lub cukrzycę. Chociaż w moim wypadku dieta wysokotłuszczowa się nie sprawdziła, pozwoliła mi na zmianę poglądów i zrozumienie, że tłuszczów nie wolno się bać. Bardzo ciekawa okazała się też lektura książki dra Kwaśniewskiego, dzięki której w pełni doceniłam żółtka jaj. Mimo to dla części osób wadą diety dra Kwaśniewskiego jest zalecany w niej nabiał. W przypadku choroby Hashimoto wielu pacjentów mleka po prostu nie toleruje.

Żółtka jaj pochodzące od wolnych i szczęśliwych kur to jedno z najlepszych źródeł witamin i minerałów. Uwaga, niestety część chorych na Hashimoto może jajek nie tolerować.

Po ponad półtora roku moich przygód dietetycznych mogę powiedzieć Wam jedno: zmiana stylu odżywiania to droga wyboista, na której zapewne popełnicie błędy. Warto jednak rozpocząć tę wędrówkę, gdyż umożliwia ona poznanie swojego ciała i odkrycie, co mu szkodzi. A jeśli czujemy, że nie jesteśmy na właściwej ścieżce, wybierzmy inną. Pamiętajmy, dieta to nie religia, zawsze można ją zmienić. I nie próbujmy też na siłę nawracać innych! Ja chociażby na samym początku naczytałam się tak wiele na temat szkodliwości większości pokarmów, że jadłam niewiele i z ciągłym lękiem oraz patrzyłam z trwogą na osoby jedzące gluten. A przecież nie o to chodzi. Eksperymentujmy, obserwujmy, uczmy się. Istnieje wiele diet i wielu ludzi i to, co sprawdza się w naszym wypadku, niekoniecznie pomoże innej osobie. Na łamach tego blogu nie kwestionuję skuteczności żadnego stylu odżywiania, a jedynie dzielę się tym, co działa u mnie. Warto też pamiętać, że absolutnie każdą dietę należy wesprzeć odpowiednią ilością snu, wysiłkiem fizycznym i zdrowym podejściem do stresu.

Wiem, że początki naszej edukacji dietetycznej bywają trudne i dlatego zachowujmy umiar tylko tam, gdzie możemy. Jeśli już zdecydowaliśmy się na dietę bezglutenową i bezmleczną – trzymajmy się jej bez wyjątków przez co najmniej miesiąc, by móc obiektywnie ocenić jej skutki. Po okresie eliminacji lub protokołu autoimmunologicznego większość wykluczonych pokarmów nie powinna okazać się dla nas szkodliwa, choć oczywiście jedzona w rozsądnych ilościach. Sami zaobserwujecie, co i jak na Was działa: ja na przykład wiem, że ziemniaki w większych ilościach powodują u mnie bóle stawów, a pomidory kichanie.

Jest jeszcze jedna kwestia – wiara w to, co dla nas dobre. Czasem to nie sam pokarm może zaszkodzić, a nasze do niego podejście. Jeśli boimy się śladowych ilości glutenu, a nie mamy pewności co do czystości zupy zaserwowanej u cioci – całkiem możliwe, że złe samopoczucie wywoła nie gluten, a stres spowodowany jego potencjalną obecnością. Kiedy jesteś absolutnie pewien, że coś jest dla Ciebie szkodliwe, lepiej tego nie jedz.

Czy każdy chory na Hashimoto powinien zmienić dietę? Wiem, że nawet jeśli odpowiem twierdząco, nie wszyscy z Was będą na taką zmianę gotowi. Przytoczę jednak historię pewnej pacjentki opisaną w książce dr Sarah Ballantyne: u dość młodej kobiety zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Krótko po diagnozie natknęła się na informacje o konieczności stosowania diety i pomyślała: „Nigdy w życiu! Wolę przestać chodzić, niż nie jeść chleba!”. Po roku choroba rozwinęła się na tyle, że dziewczyna rzeczywiście straciła władzę w nogach. Wtedy z wielką chęcią i nadzieją porzuciła chleb, nabiał i wszystkie ziarna, dzięki czemu zaczęła ponownie chodzić i poczuła się znacznie lepiej.

Jeśli chorujesz na Hashimoto, ale czujesz się dobrze, życzę Ci z całego serca, by nigdy się to nie zmieniło. Jeśli jednak w pewnym momencie zaczną Cię gnębić przykre objawy, pamiętaj, że odpowiednia dieta może znacząco poprawić Twój stan. Najczęściej doceniamy zdrowie dopiero wtedy, gdy je utracimy. Taka już jest przewrotna ta ludzka natura.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Zapraszam Was także na jaskiniowego Facebooka.

***

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę   🙂

 

Kiedy protokół autoimmunologiczny nie pomaga…

Protokół autoimmunologiczny (autoimmune protocol – AIP) jest dietą skierowaną przede wszystkim do osób cierpiących na choroby autoimmunologiczne. Dzięki niej chorzy mogą znacząco poprawić swój stan. Niestety, nie istnieje dieta idealna dla każdego, gdyż nasze organizmy bardzo się różnią. Dziś przedstawię Wam zalety i wady protokołu i wspólnie przeanalizujemy, co może być przyczyną niepowodzenia w stosowaniu tego sposobu żywienia.

(O błędach popełnianych na protokole pisałam już kiedyś [tutaj], dziś spojrzę na ten temat z trochę innej perspektywy).

Dla kogo?

Protokół kieruje się przede wszystkim do osób cierpiących na choroby autoimmunologiczne: Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów, stwardnienie rozsiane… Może jednak on także pomóc osobom cierpiącym na problemy jelitowe o nieznanym podłożu czy na uciążliwe alergie. Część z Was pyta mnie, czy protokół jest koniecznością, a ja zawsze odpowiadam: oczywiście, że nie. To Wasza decyzja. Protokół może pomóc, jednak części osób wystarczy już samo wykluczenie nabiału i glutenu, czy niektórych ziaren (np. soi lub kukurydzy).

Dieta niemal zawsze kojarzy się nam z chęcią schudnięcia. Pamiętajmy jednak, że zmiana sposobu odżywiania może przywrócić nam zdrowie!

Na czym polega?

Protokół autoimmunologiczny jest dietą bardzo restrykcyjną. Wykluczamy na nim wszystkie pokarmy potencjalnie podrażniające nasze jelita, a więc i nasz układ immunologiczny: ziarna (w tym kakao i kawę), orzechy, jajka, rośliny psiankowate (m.in. paprykę, pomidory, ziemniaki, tytoń), pestki, nabiał, alkohol, drożdże… Dietę taką powinno się stosować od jednego do trzech miesięcy (chyba, że dietetyk lub lekarz zaleci nam przedłużenie jej). Należy jednak pamiętać, że nauka wciąż się rozwija i protokół jest sumą dotychczasowej wiedzy naukowej, która w każdej chwili ulega modyfikacjom. Wraz z upływem czasu zalecenia na pewno będą się zmieniać.

Testy na nietolerancje pokarmowe

Pierwszą wadą protokołu jest zdecydowanie ilość pokarmów, które należy wyeliminować. Może okazać się, że na dany produkt nasz organizm reaguje dobrze i niepotrzebnie wykluczamy go z diety… Dlatego część fachowców zaleca oparcie protokołu o wynik testów na nietolerancje pokarmowe. Niestety, i to rozwiązanie nie jest idealne: takie testy są niezmiernie drogie (pełny pakiet kosztuje ok. 1600 zł), zaś ich skuteczność zostaje niekiedy poddana w wątpliwość, chyba że wykonamy testy w amerykańskim laboratorium Cyrex (koszt to ok. 2000-3000 zł). Z tej przyczyny protokół wydaje się opcją najtańszą i najskuteczniejszą: dzięki diecie eliminacyjnej i późniejszym wprowadzaniu poszczególnych produktów jesteśmy w stanie ocenić, co działa szkodliwie na nasz organizm. Może się też okazać, że warzywo czy owoc teoretycznie bezpieczne na protokole wywołują u nas reakcję (bóle brzucha, głowy, alergie…). Dlatego najważniejsza jest samoobserwacja – nic nie kosztuje i pozwala nam poznać swój organizm.

Tłuszcz i węglowodany

Powszechnie przyjęło się, że protokół jest dietą wysokotłuszczową. Ma to swoje uzasadnienie: bezpieczne dla nas węglowodany dość trudno zdobyć na polskim rynku i są to warzywa przede wszystkim egzotyczne lub rzadko spotykane: bataty, platany, topinambur… Oczywiście można podbijać cukry rodzimymi owocami, jednak przy problemach z insulinoopornością powinniśmy się ich wystrzegać. Dlatego wydaje się, że bezpieczniej dla nas będzie czerpać energię z tłuszczu. Niestety, może się okazać, że Wasz organizm ma problem z jego strawieniem – chociażby dlatego, że brakuje mu odpowiednich enzymów… Nie ma idealnej recepty dla każdego. Jedyne, co nam pozostaje, to samoobserwacja.

Suplementacja

Bardzo trudno przeprowadzić protokół bez odpowiednio dobranej suplementacji. Ja osobiście jestem w tej kwestii bardzo ostrożna i uważam, że najlepiej skonsultować się ze specjalistą oraz obserwować swoje reakcje. Natknęłam się kiedyś na historie dziewczyny, która źle reagowała na witaminę D w kapsułkach i jej organizm nie był w stanie jej przyswoić… Dlatego suplementy warto wprowadzać pojedynczo, zachowując między nimi pewne odstępy (chyba, że lekarz zaleci inne dawkowanie). Dzięki temu możemy być pewni, że nasz organizm dobrze przyswaja daną substancję. Ponadto należy pamiętać, że niektóre suplementy mogą doprowadzić do niedoborów witamin i innych problemów (np. zbyt dużo witaminy D bez witaminy K2 i A może okazać się szkodliwe). Nie wolno też przyjmować ich stale – przerwy i zmiany są koniecznością.

Stres i sen

Należy pamiętać, że protokół autoimmunologiczny nie jest wyłącznie dietą, a powinien stać się zmianą trybu życia. Dlatego absolutnie niezbędne jest zadbanie o 7-8 godzin snu. Ponadto musimy stawić czoła naszym lękom i emocjom – chroniczny stres może być jedną z głównych przyczyn problemów jelitowych. Znajdź coś, co Cię zrelaksuje: spacery, medytację, czytanie, rozwiązywanie krzyżówek, kolorowanki dla dorosłych… Polecam też sesje z psychoterapeutą, rozmowy z rodziną i przyjaciółmi oraz warsztaty z asertywności. Ważne, by dotrzeć do przyczyn swoich lęków i uzdrowić podejście do własnego ciała i do samego siebie. Człowiek jest całością i nie da się uzdrowić ciała bez uzdrowienia umysłu i duszy.

Warto nauczyć się technik medytacyjnych i kontroli oddechu.

Toksyny i oczyszczanie organizmu

Toksyny i metale ciężkie są prawdziwą zmorą w dzisiejszych czasach. Praktycznie nie da się ich uniknąć, a przecież mają one znaczący wpływ na rozwój choroby autoimmunologicznej… Z tej przyczyny konieczne jest zadbanie o kondycję wątroby i nerek. Polecam oczywiście ostropest plamisty, a także odpowiednie mieszanki ziołowe. Warto też skorzystać z pomocy Zakonu Bonifratrów, chociażby w Łodzi [link].

Pasożyty i bakterie

W przypadku chorób autoimmunologicznych absolutną koniecznością jest wykonanie badań w kierunku zakażeń pasożytnicznych. Lamblie, glista ludzka, yersinia i toxoplasma gondii to zapewne najczęściej atakujące nas „szkodniki”, które uniemożliwiają powrót do zdrowia. Ponadto nasz stan może pogarszać przerost „złych” bakterii jelitowych (SIBO), candida albicans i zaburzenia flory bakteryjnej. Dlatego tak ważne jest włączenie do diety produktów sfermentowanych i/lub probiotyków.

Niedobory

Nasze organizmy potrzebują co najmniej 50-60 substancji (m.in. witamin, minerałów, aminokwasów) by prawidłowo funkcjonować. Dlatego dieta musimy być różnorodna i urozmaicona. Niestety, trudno spełnić ten warunek: większość z nas nie dysponuje odpowiednimi środkami, a do tego wartość odżywcza warzyw i owoców jest dziś bardzo dyskusyjna… Cześć substancji możemy oczywiście dostarczyć w formie suplementów, chociaż takie postępowanie nie zawsze się sprawdza. Dlatego warto też przetestować różne superfoods – ja używam chociażby pyłku pszczelego.

Komplikacje zdrowotne

Ciało ludzkie jest zaskakującym i bardzo złożonym mechanizmem. Dlatego nie możemy wpadać w pułapkę, sądząc, że zmiana diety magicznie i szybko nas uzdrowi. Proces leczenia jest złożony. Jeśli w naszym organizmie znajdują się niewyleczone stany zapalne, jeśli zaburzone jest działanie osi podwzgórze-przysadka-nadnercza i hormony nie są prawidłowo wydzielane – wtedy i protokół zapewne nie przyniesie nam ulgi. Dlatego tak ważne są dokładne badania. Warto też pamiętać, że zmiany nie zajdą w przeciągu tygodnia: nasz organizm ma niezwykłe możliwości regeneracyjne, jednak musimy dać mu czas. Niektórzy potrzebują trzech miesięcy, inni sześciu, a są nawet i tacy, którzy zmiany odczują po roku. Mimo to warto walczyć o swoje zdrowie, szukać przyczyn i być cierpliwym.

Różnorodnie i kolorowo – taki sposób żywienia daje naszemu ciału szansę na regenerację.

Moje doświadczenia

Moim błędem na protokole była zdecydowanie zbyt mała różnorodność pokarmów, podyktowana głównie lękiem (sałatka pryskana, wszystko pryskane… Co tu jeść?). Teraz zmieniłam podejście – i tak nic na razie nie zrobię z zanieczyszczeniem środowiska, więc nie mam wyrzutów sumienia, choć staram się jeść produkty jak najzdrowsze. Wprowadziłam do diety ryż i reaguję na niego bardzo dobrze, chociaż nie jest on częścią mojej codziennej diety, czasem jem też kaszę gryczaną (ale rzadko, bo niezbyt lubię) i okazjonalnie pseudozboża (np. teff). Problem mam z psiankowatymi, bo po pomidorach kicham, a po papryce prykam, ale mimo to je jem – zrezygnowałam z nich na ponad 8 miesięcy, więc czuję niedosyt – mój błąd. Wprowadziłam też do diety ryby morskie – codziennie na śniadanie. I czuję się świetnie: pełna energii, a mój mózg pracuje wyśmienicie, pamięć mam teraz cudowną 🙂 Uważam, że zwiększenie spożycia Omega-3 to absolutna konieczność. Pozwalam sobie też na małe grzeszki w formie ketchupu, musztardy czy chałwy. Na protokole czułam się dość osłabiona, ale zupełnie ustąpiły mi wszystkie alergie – nawet na sztuczne metale (kolczyki)! Teraz czuję się lepiej, ale poszerzenie diety spowodowało lekki powrót alergii. Odkryłam też, że najlepszym paliwem dla mnie są węglowodany – kiedy je jem, czuję, że żyję. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z mojej niemal półtorarocznej przygody z dietą, nawet mimo popełnionych błędów. Dzięki niej:

– praktycznie nie bolą mnie stawy i kolana – kiedyś było to codziennością

– nie miałam opryszczki od półtora roku – a kiedyś pojawiała się co trzy miesiące!

– mój mózg lepiej pracuje

– znacznie zelżały problemy jelitowe

– lepiej panuję nad stresem

– nie boli mnie tarczyca, a konwersja T4 do T3 się poprawiła

– stany depresyjne zniknęły

– nie tworzą mi się stany zapalne dziąseł

Oczywiście część problemów zdrowotnych wciąż jest ze mną – zaburzenia miesiączkowania spowodowane Hashimoto i czasem bóle serca. Mimo to jestem bardzo zadowolona z efektów, które osiągnęłam. Zachęcam Was do zmian w diecie. Jestem zdania, że protokół autoimmunologiczny najlepiej prowadzić pod okiem specjalisty, jednak niekoniecznie musimy się na niego decydować w pierwszej kolejności. Warto zacząć od wykluczenia glutenu i nabiału, by zobaczyć, co się stanie. Dieta eliminacyjna nic nie kosztuje, a może nam niezwykle pomóc. No a przede wszystkim pamiętajcie: OBSERWACJA, OBSERWACJA, OBSERWACJA. Eksperymenty dietetyczne są najlepszą okazją do poznania własnego ciała, jego potrzeb i reakcji i do pokochania go. Dajmy mu to, czego potrzebuje, a odwdzięczy się nam z nawiązką.

Trzymajcie się zdrowo! A mój Facebook znajdziecie [tutaj].

 

~ Dlaczego musimy jeść węglowodany: o diecie Paula Jamineta ~

Mój ostatni artykuł spotkał się z ogromnym zainteresowaniem z Waszej strony. To pokazuje, jak problematyczne może być prowadzenie protokołu autoimmunologicznego i że nieumiejętnie stosowany może przynieść więcej szkód niż korzyści. Dlatego w kolejnych artykułach chciałabym rozwinąć wątki, które w poprzednim artykule zostały zaledwie zarysowane.

A jeśli podoba Ci się mój blog, oddaj na mnie głos w konkursie Blog Roku 2015! 🙂

Najgorętszym tematem wśród protokołowiczów są zdecydowanie węglowodany. Na diecie paleo (a zwłaszcza na protokole autoimmunologicznym) znacznie je ograniczamy, co, niestety, może okazać się bardzo niekorzystne, a wręcz szkodliwe. W poprzednim artykule [tutaj] przedstawiłam Wam 100 gramów jako generalne minimum dziennego na nie zapotrzebowania. Wiadomo jednak, że kiedy coś jest do wszystkiego, tak naprawdę jest do niczego i zasada ta nie będzie sprawdzać się w każdym wypadku. Należy pamiętać, że każdy z nas jest inny, nasze jelita są w różnym stanie zniszczenia i cierpimy na różne schorzenia (np. insulinooporność). Przeważnie jednak przedstawia się powyższe zalecenia:

1. Osoby z niedoczynnością tarczycy lub Hashimoto a także kobiety (zwłaszcza w wieku rozrodczym) będą potrzebować więcej węglowodanów.

2. Osoby z problemami jelitowymi często odczują poprawę przy zmniejszeniu podaży węglowodanów.

3. Osobom z insulinoopornością także często zaleca się zmniejszoną podaż cukrów.

4. Istnieją schorzenia, w których zaleca się bardzo ograniczone spożycie cukrów, a nawet zupełne ich odstawienie (np. epilepsja). Pojawia się także coraz więcej osób, które twierdzą, że dzięki odstawieniu węglowodanów wyleczyły raka. Na razie jednak badania w tym kierunku nie były prowadzone i dlatego radzę nie próbować tego w domu i bez nadzoru lekarza.

Uwaga! Warto zaznaczyć, że węglowodany nie są dla nas niezbędne do przeżycia, gdyż organizm potrafi wyprodukować glukozę z tłuszczu i białek. Jest to jednak nasz mechanizm awaryjny. Teoretycznie więc bez cukrów żyć możemy, ale bez białek i tłuszczu już nie. Mimo to węglowodany przeważająca część populacji absolutnie jeść musi – choćby i w małych ilościach. Nawet dr Kwaśniewski w swojej bardzo tłustej diecie zaleca spożywanie 50 gramów cukrów dziennie.

Wielu z Was pewnie nie raz się zastanawiało ile w ogóle należy jeść węglowodanów. Można do tego dojść metodą prób i błędów, pamiętając, że zarówno nadmiar jak i niedobór są szkodliwe, lub skonsultować się z lekarzem/dietetykiem, który fachowo ustali optymalne zapotrzebowanie w każdym indywidualnym wypadku, bazując na wynikach badań przez pacjenta dostarczonych. Tutaj jednak pojawia się pewien kłopot: specjalistów, którzy zajmują się dietą paleo oraz protokołem można pewnie wyliczyć na palcach jednej ręki (na pewno są to pani Iwona Wierzbicka vel Ajwen, MS z Tłustego Życia, czyli pani Monika Skuza oraz pani Małgorzata Desmond). Problem jednak jest taki, że popyt na ich usługi jest przeogromny, a podaż niewielka (bo przecież poza przyjmowaniem pacjentów muszą powyżej wymienione panie spać, jeść, spotykać się z rodziną, doszkalać się i edukować). Sama czytam wiele komentarzy bezradnych osób, które nie mogą doprosić się porady, bo czas oczekiwania na wizytę wynosi nawet kilka miesięcy. Niestety, „tradycyjni” dietetycy, do których nie ma kolejek, najczęściej nie będą nam w stanie pomóc: Protokół autoimmunologiczny znacznie wykracza poza powszechnie obowiązujący model żywienia.

Stąd mój apel: kiedy już konsultujecie się z fachowcem, zapytajcie dokładnie ile procentowo powinno być w Waszej diecie węglowodanów, tłuszczów i białka oraz ile kalorii dziennie powinniście spożywać. Jeśli specjalista zaleci Wam znaczne ograniczenie węglowodanów (poniżej 100 gramów dziennie), podzielcie się waszymi wątpliwościami i zapytajcie, czy nie odbije się to na Waszej gospodarce hormonalnej. Pytajcie także o konkretne liczby – łatwiej jest zastosować się np. 150 gramów banana niż do szklanki banana dziennie (mielibyśmy tego banana pokroić czy zmielić?). Brak jasnych wytycznych sprawia, że pacjenci często się gubią, a fora internetowe pękają w szwach od wątpliwości.

Wiem też, że części z Was nie stać na konsultację z dietetykiem. W takim wypadku warto znaleźć zaufanego lekarza, nie postrzegającego paleo i protokołu jako wierutnej bzdury, którą należy tępić. Wiem, że to jest bardzo trudne, ale ja ostatnio osobiście sama trafiłam na taką lekarkę. To taka ulga gdy można otwarcie powiedzieć lekarzowi o wszystkim, co nas dręczy! Niestety, większość osób szczycących się tytułem „lek. med.” neguje prawo pacjenta do wiedzy i do uzyskania informacji. Zainteresowanie, którym cieszy się dieta bezglutenowa, dieta paleo i zdrowa żywność wyraźnie pokazują, że my, ludzie chorzy, mamy dość liczenia na autorytety i próbujemy sami odzyskiwać zdrowie. Zwłaszcza że lekarze także są omylni a nauka nie przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania.

Dlaczego węglowodany są tak ważne?

Po powyższych dygresjach czas powrócić do głównego tematu. Natknęłam się na bardzo ciekawy artykuł Stefani Ruper. Nie jest ona co prawda fachowcem, ale mgr dietetyki, Laura Schoenfeld, oceniła jej tekst bardzo pozytywnie. Dla tych, którzy nie czytają po angielsku, przedstawię streszczenie najważniejszych i najciekawszych zagadnień z tego tekstu:

1. Glukoza jest niezbędna do zamiany T4 w T3 w wątrobie. Co prawda wątroba jest w stanie wytworzyć własną glukozę w procesie glukoneogenezy, jednak proces ten może być utrudniony, zwłaszcza jeśli wątroba jest w kiepskiej kondycji spowodowanej złą dietą, niedostatkami pierwiastków, stresem czy ograniczeniami kalorycznymi. Gdy zaś jemy glukozę, nasza wątroba nie będzie musiała „wyrabiać nadgodzin”.

2. Glukoza powoduje odpowiedź insuliny, która z kolei podbija poziom leptyny we krwi. Umiarkowane i regularne spożywanie węglowodanów podbija leptynę do wystarczającego poziomu, by podwzgórze uzyskało wiadomość, że jesteśmy najedzeni. Leptyna jest absolutnie niezbędna dla utrzymania funkcji rozrodczych. [Tutaj zacytuję Wikipedię: „Leptyna informuje mózg o zasobach energetycznych organizmu i poziom jej we krwi jest proporcjonalny do masy tkanki tłuszczowej. Jest ona sygnałem, którego „zanik” pociąga za sobą nastawienie organizmu na przetrwanie głodu. Dlatego wtedy organizm rezygnuje z procesów energochłonnych jakimi są reprodukcja, termogeneza, wzrost organizmu itd.”].

3. Umiarkowane spożycie węglowodanów jest powiązane z lepszym nastrojem, lepszą jakością snu i redukcją stresu.

Dla zdrowia reprodukcyjnego kobiet, które mają problemy z gospodarką hormonalną, węglowodany są absolutnie niezbędne.

4. Poleca się jeść raczej węglowodany zawierające glukozę niż fruktozę. Dobra jest zatem skrobia i warzywa skrobiowe (bataty, tapioka, yam).

Owoce, które mają więcej glukozy niż fruktoza to na przykład: jagody, wiśnie, banany.

5. Warzywa nie zaliczają się do ilości spożytych węglowodanów. Wiele z glukozy w warzywach jest związanych z błonnikiem. Cząsteczki te zostaną następnie rozerwane i stanowią pożywkę dla bakterii jelitowych [Przypis ode mnie: informacja bardzo arcyciekawa i wyjaśnia, czemu mimo jedzenia masy warzyw wciąż możemy cierpieć na niedostatek cukrów).

6. Dla kobiet zaleca się jedzenie 100-200 gramów węglowodanów dziennie. Dla osób, które mają problemy z insuliną, węglowodany lepiej spożywać po południu.

[Tutaj kończy się artykuł Stefani Ruper].

Dieta Idealnego Zdrowia

Jakiś czas temu natknęłam się na postać Paula Jamineta. Jest on fizykiem zafascynowanym dietetyką. Parę lat temu zaczęła się jego przygoda z paleo. Niestety, dieta nie przyniosła mu ulgi i dlatego zaczął eksperymentować i opracowywać własne zalecenia. Pomogła mu w tym żona, Shou-Ching Shih Jaminet, która jest biologiem molekularnym. Razem stworzyli Dietę Idealnego Zdrowia (Perfect Health Diet), o której piszą w swojej książce oraz na swoim blogu.

Ogólne zalecenia są takie, że dzienne pożywienie powinno składać się z ¾ produktów roślinnych i ¼ produktów zwierzęcych. W przeliczeniu na kalorie powinno się dostarczać ok. 600 kalorii z węglowodanów (20-30% dziennego zapotrzebowania na kalorie; w niektórych wypadkach powinno to być do 40%), 300 kalorii z białka, zaś 50-60% kalorii powinno pochodzić z tłuszczu. Te zalecenia muszą oczywiście być dostosowane do chorób, na które cierpimy. O modyfikacjach diety Paul pisze w swojej książce.

Przetłumaczyłam też dla Was graficzne zalecenia Paula. Obrazek pobrałam z tej strony (mam nadzieję, że nie jest to łamanie praw autorskich, ale w końcu robię to w szczytnym celu):

UWAGA! Powyższe zalecenia dotyczą ludzi zdrowych. W przypadku chorób należy je odpowiednio modyfikować, np. odrzucając ziemniaki (bo to psiankowate i niektórym mogą zaszkodzić). Model ten oczywiście także musi zostać dostosowany do potrzeb protokołu autoimmunologicznego. Rośliny strączkowe oznaczyłam gwiazdką, gdyż zdaniem Paula można je jeść po odpowiednio długim moczeniu i ugotowaniu w szybkowarze (dzięki ciśnieniu „złe” białka rozbijają się).

Zagrożenia diety niskowęglowodanowej

(Wszystkie informacje pochodzą z tego artykułu).

Paul Jaminet był na diecie bogatej w warzywa, lecz niskiej w węglowodany od grudnia 2005 do stycznia 2008. Sądził wtedy, że warzywa pokrywają jego dzienne zapotrzebowanie na cukry, jednak się mylił. Węglowodany z tego źródła są niemal w całości pochłaniane przez bakterie jelitowe, bądź przez komórki jelitowe, które konsumują glukozę podczas trawienia.

W czasie dwóch lat diety Paul cierpiał z powodu suchości oczu oraz jamy ustnej. Jak następnie ustalił, przyczyniły się do tego dwa czynniki: niedobór glukozy oraz witaminy C. Zwiększenie konsumpcji tych składników odżywczych sprawiło, że jego oczy ponownie popłynęły łzami (radości, oczywiście).

Kolejnym objawem niedoboru węglowodanów są zatwardzenia. Powszechnie przyjęło się uważać, że ich przyczyną jest niedobór błonnika, jednak zdaniem Paula przyczyną może być niedobór śluzu, który wysusza jelito.

Łzy, ślina oraz śluz znajdujący się w zatokach oraz w przewodzie pokarmowym składają głównie się z białek glikozydowanych zwanych mucynami. Białka te zaś są tworzone z cukru. Ponadto do ich wytwarzania potrzebne są niektóre mikroskładniki, np. witamina D.

Należy zaznaczyć, że istnieje silna zależność między niedoborami śluzu, jodu i selenu a rakiem przewodu pokarmowego. Paul podaje przykład Polski: z powodu niedoboru słońca i niskiej podaży jodu my, Polacy, mieliśmy najwyższy wskaźnik śmierci z powodu raka żołądka w Europie. Kiedy w roku 1996 rozpoczęto „jodową profilaktykę”, odsetek chorych cierpiących na raka żołądka spadł.

Dieta (Nie)Optymalna

Co ciekawe, Paul wspomina o polskiej diecie optymalnej dra Kwaśniewskiego. Jego zdaniem ten sposób żywienia jest zdecydowanie zbyt ubogi w węglowodany i często prowadzi to ketozy. Paul podaje także przykład Adama Jany, prezesa Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Optymalnych, który zmarł z powodu raka żołądka w wieku 64 lat po 17 latach żywienia optymalnego. Wcześniej Karol Braniek, inny lider Stowarzyszenia, zmarł w wieku 68 lat z powodu raka dwunastnicy. Paul przywołuje także wypowiedź jednego z byłych zwolenników diety Kwaśniewskiego: „Odnosiliśmy wrażenie, że przypadki raka jelit, żołądka, dwunastnicy są raczej częste”.

Mając na uwadze powyżej wspomniane informacje sądzę, że to wszystko się „dodaje” (uwielbiam to powiedzenie Mariusza Max Kolonko): zbyt mało węglowodanów prowadzi do niedoborów śluzu, co z kolei może skutkować rakiem. Chyba nikogo już nie muszę przekonywać, że dla każdego z nas cukry są absolutnie niezbędne do utrzymania dobrego zdrowia.  

Nawet wiedźmin Geralt musi jeść węglowodany, by mieć siłę walczyć z potworami (źródło obrazka).

(Pan Jaskiniowy ostatnio nie mówi o niczym innym jak o Wiedźminie III, więc i mi się udzieliło) 😉

Final thought

Sama osobiście popełniłam błąd, który popełnił Paul Jaminet. Uważałam, że węglowodany z warzyw zupełnie mi wystarczają. Niestety, jest to myślenie błędne i dlatego chcę Was przed nim przestrzec. Bez węglowodanów nie jesteśmy sobą, umysł pracuje fatalnie, obniża się libido.

Myślę, że dla większości z nas zalecenia Paula okażą się optymalne. Ja osobiście po sugerowanym przez Paula dziennym spożyciu skrobi czuję się bardzo dobrze, czego i Wam życzę z całego serca 🙂 Chciałabym jednak zaznaczyć, że model Paula jest jedną z wielu możliwości odżywiania się. Spróbujcie, przetestujcie. A nuż poczujecie się na takiej diecie wspaniale? Wiadomo jednak, że nie ma doskonałej diety dla wszystkich i że to, co będzie dobre dla sąsiada, u Ciebie okaże się nieskuteczne.

Wiem także, że niektórzy z Was cierpią uskarżają się na niemożność trawienia węglowodanów lub różne przykre sensacje po ich zjedzeniu. W następnym artykule spróbuję przedstawić możliwe przyczyny tych trudności.

A na koniec zaprezentuję Wam jeszcze krótkie wideo pokazujące skok adrenaliny po spożyciu sacharozy. Jeśli Twoje dziecko jest nadpobudliwe, spróbuj ograniczyć mu cukier. Powinno pomóc 🙂

 

Trzymajcie się zdrowo!

~ O błędach popełnianych na protokole autoimmunologicznym (AIP) ~

Ostatnio pojawia się coraz więcej osób, które mają problemy na protokole autoimmunologicznym. Niby powinny tryskać energią, a tymczasem czują się gorzej niż przed dietą! Dlatego też postanowiłam przedstawić możliwe przyczyny pogorszenia samopoczucia, bazując oczywiście na doświadczeniach własnych. Mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi unikniecie błędów, które popełniłam ja.

A jeśli podoba Ci się mój blog, oddaj na mnie głos w konkursie Blog Roku 2015! 🙂

(UWAGA! Jeśli przeszliście na protokół pod okiem dietetyka/lekarza, stosujcie się do jego zaleceń, a w razie wątpliwości się z nim konsultujcie. Poniższy tekst kieruję głównie do osób, które na protokół przeszły (lub planują przejść) same. Oczywiście polecam konsultację z fachowcem, bo nie ma co ukrywać, że protokół to restrykcyjna dieta i łatwo doprowadzić do niedoborów. Rozumiem jednak, że niektórzy z Was mogą nie dysponować odpowiednimi finansami. W takiej sytuacji chyba jednak lepiej nie porywać się samemu na protokół, a spróbować na początek tylko diety bezglutenowej i bezmlecznej).

Protokół autoimmunologiczny to dieta opracowana dla osób walczących z problemami trawiennymi oraz z przeróżnymi chorobami autoimmunologicznymi (Hashimoto zajmuje tu bezsprzecznie pierwsze miejsce; protokół może być jednak także panaceum na reumatyczne zapalenie stawów, alergie, chorobę Leśniowskiego-Crohna, toczeń, łuszczycę a nawet stwardnienie rozsiane). Jego celem jest wykluczenie wszystkich pokarmów, które potencjalnie mogą wywoływać reakcję układu immunologicznego (spis takich pokarmów znajdziecie tutaj). W założeniu protokół powinien trwać co najmniej miesiąc, ale nie przekraczać trzech miesięcy. Po zakończeniu protokołu po kolei wprowadzamy pokarmy i obserwujemy reakcję organizmu (Uwaga! Części pokarmów nie zaleca się wprowadzać ponownie, np. tych glutenowych).

Warto zaznaczyć, że zdecydowanie się na protokół autoimmunologiczny (AIP) wcale nie gwarantuje sukcesu. Pomimo to wiele osób rozpoczyna tę dietę, traktując ją często jako ostatnią deskę ratunku. Podobnie było w moim przypadku, a że nie konsultowałam się z dietetykiem, do wszystkiego musiałam dojść sama. Chciałabym jednak tutaj zaznaczyć, że nawet korzystanie z pomocy specjalisty nie zawsze jest w stanie ustrzec nas przed błędami: jeśli dostajemy tylko ogólne wytyczne, a posiłki zaplanować musimy sami, może okazać się to problematyczne (a zwłaszcza zachowanie równowagi między białkami, węglowodanami i tłuszczami). Ponadto ludzie są tylko ludźmi i specjalistom, tak jak każdemu, zdarzają się błędy. Dlatego w razie wątpliwości pytaj! Nie każdy organizm musi zareagować dobrze na dany plan dietetyczny.

A jeśli jesteś już na protokole i zamiast tryskać energią nie masz siły na nic, przyczyny mogą być następujące:

1. Jesz za mało węglowodanów

Mimo że nie jestem dietetykiem, obstawiam, że to najczęstsza przyczyna pogorszenia samopoczucia na protokole. 100 gramów węglowodanów dziennie jest absolutną koniecznością (niektórzy ponoć czują się dobrze dopiero przy 150 lub 200 gramach… To już jest jednak kwestia osobnicza). Brak węglowodanów prowadzi do zaburzeń hormonalnych, co zwłaszcza u osób chorych na Hashimoto może okazać się zwyczajnie niebezpieczne i objawiać się np. zatrzymaniem miesiączki.

Kontrola ilości spożywanych cukrów jest zatem absolutną koniecznością. Jak to zrobić? Najlepiej kupić sobie wagę kuchenną i ważyć to, co się je (nie codziennie, oczywiście, wystarczy co parę dni w ramach kontroli). Następnie należy skorzystać ze strony NutritionData.com i wprowadzić tam odpowiedni produkt. Strona jest bardzo dokładna i gdy przykładowo wpiszemy marchewkę („carrot”) otrzymamy całą listę jej wartości odżywczych zależnie od metody przygotowania: mamy więc marchew surową, gotowaną na parze, w wodzie, z solą, bez soli… Strona ta jest naprawdę praktyczna, bo pokazuje nam nie tylko wartość kaloryczną, ale także wszystkie witaminy i pierwiastki, które dany pokarm zawiera.

Jeśli jednak nie czujecie się na siłach, by korzystać ze strony angielskiej, istnieje także bardzo użyteczna strona w języku polskim: Fatsecret. Nie trzeba się na niej logować, wystarczy wpisać u góry pożądany produkt.

Wiem, że w tym miejscu pojawi się pytanie: a skąd brać węglowodany? Najlepszym ich źródłem na protokole są owoce (przede wszystkim platany, które cierpliwie próbuję rozpowszechnić, a także banany, ananasy, pomarańcze, brzoskwinie… I wiele innych). Tylko tutaj ważna uwaga: dla niektórych osób owoce w zbyt dużej ilości mogą okazać się szkodliwe ze względu na wysoką zawartość fruktozy (np. w winogronach) oraz błonnika. A zatem sami musicie dojść do optymalnej dla Was ilości lub skonsultować się z dietetykiem (zwłaszcza, jeśli cierpicie na insulinooporność).

Specjaliści mogą Wam jednak zalecić odstawienie niektórych owoców (choćby bananów) co najmniej na miesiąc. Zapytajcie ich wtedy koniecznie o alternatywne źródło węglowodanów. Jeśli nie jecie owoców, pozostaje oczywiście sięgnąć po warzywa… Ale z tych może być ciężko uciułać odpowiednią ilość cukrów, no chyba że żywilibyście się głównie batatami. To jednak grozi Wam bankructwem, bo dość drogie te bulwy są 😉

Żeby podbić węgle idealna wydaje się tapioka (cassava) oraz mąka z niej przygotowywana. W 100 gramach mąki znajdziecie aż 88 gramów węglowodanów! Niestety, tapioka wykluczona jest z protokołu (wspomina o tym PaleoMama – Sarah Ballantyne tutaj), ale zapytajcie Waszego dietetyka, po jakim czasie radzi ją Wam wprowadzić. Być może zdołacie spróbować już po miesiącu – i tym sposobem możecie spać spokojnie, bo z tapioką niedobór węglowodanów Wam nie grozi. Podobnie ma się rzecz z innymi mąkami – np. z kasztanów jadalnych czy z żołędzi.

Uwaga! Niestety przy niektórych schorzeniach radzi się znaczne ograniczenie węglowodanów. Często trzeba wybrać tutaj mniejsze zło: czuć się fatalnie z powodu braku cukrów, czy czuć się fatalnie z powodu dolegliwości jelitowych… Zawsze można też próbować małych porcji węglowodanów kilka razy dziennie (to jednak należy skonsultować z dietetykiem).

2. Jesz zbyt mało

Wbrew pozorom na protokole trzeba liczyć kalorie. Zejście zbyt nisko może być tragiczne w skutkach… a o to nietrudno. Ponownie odsyłam Was do stron (tej i tej), byście obliczyli, ile spożywacie kalorii w ciągu dnia. Jeśli poniżej 1700, to zdecydowanie zeszliście zbyt nisko. 

3. Jesz zbyt mało różnorodnie

Jeśli Twoje codzienne menu składa się z marchewki i buraka, popełniasz ogromny błąd. Na protokole musimy wybitnie dbać o różnorodność pokarmów, żeby nie zabrakło nam żadnego składnika odżywczego. Dlatego też polecam wzbogacić dietę o szeroki wachlarz warzyw i (jeśli nie macie z nimi problemów) owoców. Im więcej kolorów na talerzu, tym lepiej! Do tego oczywiście włącz ryby morskie (np. makrele, szprotki, śledzie). Na mnie działają znakomicie 🙂

4. Jesz zbyt mało tłuszczu

Gram węglowodanów dostarcza nam 4 kcal, gram białka – również 4 kcal, a gram tłuszczu – 9 kcal! Dlatego jeśli postanowiliście zmniejszyć spożycie węglowodanów z powodu problemów trawiennych, energię musicie zacząć czerpać z tłuszczu. Niestety, nie ma innej opcji.

Mimo to trzeba jednak pamiętać, że sam tłuszcz to mało. Dieta powinna opierać się na warzywach (które są co prawda pełne witamin, ale niezbyt kaloryczne, niestety), zaś tłuszcz ma dać nam uczucie nasycenia.

Kombinowanie na własną rękę to oczywiście odważny krok, więc polecam konsultację z dietetykiem (na tym blogu dzielę się tylko swoimi doświadczeniami, a że każdy jest skonstruowany inaczej, sugerowanie się moimi subiektywnymi przeżyciami może okazać się dla kogoś zgubne). W przypadku diety wysoko tłuszczowej naprawdę radzę udać się do specjalisty, zwłaszcza w wypadku insulinooporności i cukrzycy. Jeśli całe życie jedliście przede wszystkim węglowodany, łatwo popełnić błąd przy nagłej zmianie diety. Może się też okazać, że źle trawicie tłuszcz i jesteście stworzeni do jedzenia węglowodanów (tak jak ja). Dziś już wiem, że dieta wysoko tłuszczowa w moim przypadku się nie sprawdza, dlatego radzę zachować ostrożność i najlepiej skonsultować się z fachowcem.

5. Jesz zbyt dużo mięsa

Nie istnieją co prawda ścisłe zalecenia dotyczące spożycia mięsa (chyba że posłużymy się proporcją Kwaśniewskiego), jednak moim zdaniem mięso do każdego posiłku to za dużo. Warto pamiętać także, że aby uzyskać z białka 100 kcal nasz organizm musi na proces trawienia zwydatkować aż 30 kcal energii, a ponadto trawienie mięsa to proces powolny. Część osób skarży się także na problemy trawienne po zjedzeniu mięsa i dlatego korzystniejsze będzie dla nich ograniczenie jego spożycia. Uwaga! Jeśli dietetyk zalecił Ci spożywanie białka przy każdym posiłku, stosuj się do jego zaleceń! W moim wypadku dwie porcje dziennie (na śniadanie i obiad) w zupełności wystarczają.

6. Przeszedłeś na protokół zbyt pospiesznie

Jeśli do tej pory stosowałeś standardową dietę (gluten, ziemniaki, ryż, kasze, słodycze, nabiał) nie przejdziesz na protokół w jeden dzień. Cóż, powiedzmy, że teoretycznie MOŻESZ to zrobić, ale ja szczerze nie polecam.

Organizm potrzebuje czasu, by przestawić się na nowy sposób odżywiania. Jeśli do tej pory większość energii czerpałeś z węglowodanów, a teraz pragniesz czerpać ją z tłuszczu, działaj stopniowo. Kiedy nagle zabierzesz organizmowi większość jego podstawowego paliwa, skutki mogą być opłakane.

7. Cierpisz na niedobory witamin lub minerałów

Przed przejściem na protokół warto gruntownie się przebadać i ustalić z lekarzem potrzebną suplementację. Praktycznie wszyscy potrzebujemy syntetycznej witaminy D (bo w naszym kraju miodem płynącym niestety słońca często nie uświadczysz…), a do tego często K2. Potrzebna może być też np. witamina B12, selen, magnez… Ostrzegam jednak, by nie suplementować się na ślepo, tylko uzgodnić ją z zaufanym lekarzem/naturopatą, a przynajmniej wykonać badania. Do tego nie polecam zażywania dużych dawek suplementów – np. nadmiar witaminy D może prowadzić do niedoborów magnezu [źródło].

8. Cierpisz na niedobór wapnia

Jeśli przestałeś spożywać nabiał i nie zadbałeś o alternatywnie źródło wapnia, po dwóch-trzech miesiącach możesz zacząć odczuwać skutki tej decyzji. Więcej o wapniu w tym artykule.

9. Nie trzymasz się ściśle diety

Na protokole obowiązuje niestety zasada  – wszystko albo nic. Nie ma wyjątków od diety, imienin cioci czy wyjścia z przyjaciółmi. Nawet śladowe ilości (np. glutenu) mogą okazać się szkodliwe.

10. Spożywasz lekarstwa z substancją, której nie tolerujesz

Niestety, większość leków zawiera współcześnie wypełniacze zabronione na protokole, np. skrobię kukurydzianą czy ziemniaczaną lub laktozę… Dlatego trzeba zapytać lekarza lub farmaceutę o możliwe zamienniki, chociażby syntetycznego hormonu tarczycy. Ja np. na Letroxie czuję się znacznie lepiej niż na Euthyroxie, który zawiera laktozę.

11. Przyczyna Twoich dolegliwości leży gdzie indziej

Jeśli protokół nie przyniósł Ci ulgi, może to oznaczać, że musisz szukać dalej… Może to Candida, może jakiś pasożyt, może nadnercza źle pracują… Warto jednak dać sobie trochę czasu i nie oczekiwać cudownych efektów diety po tygodniu.

12. Na protokole jesteś zbyt długo

Nie można protokołu przedłużać w nieskończoność. Wiadomo, że różne mamy możliwości finansowe i różny dostęp do produktów żywnościowych… Pułapką może być opieranie swojej diety na mało różnorodnych pokarmach. W ten sposób przestajemy dostarczać sobie potrzebnych witamin i minerałów.

Po wyjściu z protokołu warto spróbować wprowadzić do diety wartościowe pokarmy takie jak np. żółtka jaj (białka warto zostawić na później, bo zazwyczaj to one bardziej alergizują) czy kiełki (na protokole także można jeść kiełki, ale nie te z roślin strączkowych; są one jednak na tyle wartościowe że warto później zobaczyć, czy będziemy na nie reagować. Ja osobiście po kiełkach soczewicy czuję się bardzo dobrze).

13. Masz słabo zakwaszony żołądek

Punkt ten dodaję po bardzo cennej uwadze czytelniczki. Wielu z nas ma problem z zakwaszeniem żołądka. Przyjęło się uważać, że problemem jest nadmierna produkcja kwasu żołądkowego i stąd w aptekach spotkać można niebotyczne wręcz ilości preparatów na jego neutralizację… Otóż nie tędy droga. Wiele współczesnych problemów wynika właśnie z niedokwaszenia (choćby trudności w trawieniu białek). Jak jednak sprawdzić czy nasze zakwaszenie jest dostateczne? Jerzy Zięba proponuje na to prosty test (dosłowny cytat z tej strony):


„Do przetestowania tego czy żołądek jest zakwaszony czy nie, używamy 1/2 szklanki wody i 1/2 łyżeczki SODY jeśli „odbicie” gazem (CO2) nastąpi przed upływem 90 sekund, możemy uznać, że zakwaszenie żołądka jest prawidłowe.
Jeśli nastąpi to później, zakwaszenie jest już mniejsze, a jeśli nastąpi to po 3 minutach, albo wcale… wtedy można uznać, że zakwaszenie jest niedostateczne”.

Jeśli potrzebujemy dokwaszenia żołądka, Jerzy Zięba daje taką oto receptę (cytat z tego samego miejsca):

„Do zakwaszenia żołądka używamy (u dorosłej osoby) ok. 1/4 szklanki wody i dwie łyżki octu jabłkowego. Dla dziecka odpowiednio mniej np. 1 łyżeczka octu.
 Oczywiście, zakwaszenie żołądka robimy ok. 10 -15 min PRZED każdym posiłkiem, szczególnie jeśli jest to posiłek wysokobiałkowy (mięso, warzywa)”.

Czasem jednak ocet nie daje rady i jest autentycznie za słaby. Wtedy poleca się zakup Betainy HCL (kwas solny) z pepsyną (np. firmy NowFoods, sama taką nabyłam, chociaż praktycznie w ogóle jej nie używam – po prostu nie czuję potrzeby). Można także zakupić enzymy trawienne, ale ja nic nie polecam poza konsultacją ze specjalistą, bo nie jestem lekarzem, tylko filologiem-kucharką z zainteresowaniami zdrowotnymi 🙂

UWAGA! Gdy cierpisz na jakikolwiek stan zapalny żołądka, kwas solny absolutnie nie jest dla Ciebie! Jeśli jednak temat zakwaszenia Cię zaciekawił, odsyłam do zaufanego lekarza 🙂

Na koniec jeszcze jedna uwaga: na początku protokołu możecie czuć się źle, jako że organizm oczyszcza się i przestawia na nową dietę. Jeśli jednak Wasze złe samopoczucie utrzymuje się, a jesteście pewni, że nie popełniajcie błędów, skonsultujcie się z lekarzem lub dietetykiem.

Życzę Wam jednak, żeby protokół Wam pomógł i obyście czuli się na nim kwitnąco i radośnie 🙂

 

Trzymajcie się zdrowo!

A jeśli podoba Wam się to, co robię, zachęcam do polubienia mojej strony na facebooku.

P.S. Urodziłam już 49 stron pracy magisterskiej! Jestem z siebie naprawdę dumna 😀

~ Ciasta na paleo: O węglowodanach, deserach i kulturze ~

Dziś poruszę temat bardzo, moim zdaniem, ciekawy: Czy ciasta i inne desery są paleo?

(A gdyby naszła Was ochota na lajknięcie mnie, zapraszam tutaj).

Ostatnio pojawia się coraz więcej głosów mówiących, że paleo przestało być paleo. A to wszystko przez słodycze! No bo jak tak można: z jednej strony chce się żyć jak ludzie pierwotni, a z drugiej wcinać ciasta?! Wszak człowiek jaskiniowy po zjedzeniu mamuta nie raczył się „Mamucim Mleczkiem”. A może jednak?…

Paleo-konserwatyści z oburzeniem obserwują nagły wysyp przepisów na paleo-desery. Pojawiają się liczne głosy krytyki, które osoby z grupy neo-paleo dzielnie odpierają. Po czyjej stronie leży racja w tym sporze?

Paleo niejedno ma imię

Dieta paleolityczna ma wiele twarzy. Istnieje raw-paleo, które jest jej najbardziej ekstremalną formą. Pomimo iż zwolennicy tego podejścia mają wiele racji twierdząc, że od zawsze jedliśmy mięso surowe i takie jest najzdrowsze, to z całą pewnością dieta ta będzie rozwiązaniem tylko dla nielicznej garstki ludzi. Osobiście zgadzam się z argumentami przytaczanymi przez osoby spod znaku raw, ale ich zaleceń nie jestem w stanie wprowadzić ich w życie (przynajmniej na razie): od dziecka powtarzane mi było, że mięsa surowego jeść absolutnie nie wolno, bo przecież może być pełne pasożytów… I tak niechęć pozostała. Ale jeśli ktoś dałby mi mięso przebadane i bezpieczne, chętnie bym spróbowała 😉

Dla osób, które nie chcą być raw, pozostaje „normalne” paleo, choć i to ma wiele wersji: paleo-wegetariańskie, paleo włączające nabiał, paleo potępiające nabiał, paleo potępiające rośliny strączkowe czy paleo potępiające paleo w wersji strączkowej… Jednym słowem – jest w czym wybierać, choć wybór zależy najczęściej od stanu naszego zdrowia i od nietolerancji pokarmowych, na które cierpimy. A gdy już jednak uda się nam dobrać optymalny dla siebie rodzaj diety, pozostaje kwestia niezwykle istotna: ilość spożywanych węglowodanów oraz najsłodsza ich forma – desery.

Nie takie węgle straszne jak je malują

Powszechnie przyjęło się przekonanie, że paleo to dieta niskowęglowodanowa. Po części jest to prawdą: kiedy wyłączamy z naszej diety wszystkie ziarna, spożycie cukrów drastycznie maleje. Co ciekawe, istnieją osoby, które ograniczają spożycie węglowodanów do zera i ponoć dobrze się z tym czują… I chociaż ketoza dla niektórych jest korzystna (choćby dla osób z autyzmem czy padaczką), ja jednak radzę nie próbować tego w domu 😉

Kwestia ilości spożywanych węglowodanów wzbudza wiele kontrowersji, aczkolwiek ogólna zasada głosi, że nie powinno się schodzić poniżej 100 gramów dziennie: w przeciwnym nasz organizm wchodzi w tryb awaryjny. Ważne jest to zwłaszcza w przypadku osób chorych (nie tylko na Hashimoto), które stosują protokół autoimmunologiczny: zbyt niskie spożycie cukrów negatywnie wpływa na gospodarkę hormonalną. Jeśli chcielibyście obliczyć, jakie jest Wasze spożycie węgli, polecam tę stronę.

A jakie są źródła węglowodanów na paleo? Na protokole to: bataty, topinambury, platany (które cierpliwie reklamuję na łamach tegoż bloga), karob, maranta trzcinowata, owoce, owoce suszone (baaardzo okazyjnie!). Na zwykłym paleo to:  bataty, topinambury, platany, maniok, przeróżne mąki (np. kasztanowa, żołędziowa czy bananowa), karob, owoce (np. banany) oraz owoce suszone (choć te radzi się raczej jeść sporadycznie ze względu na wysoką zawartość fruktozy, której wpływ na organizm ludzki wciąż jeszcze jest badany). Składniki te aż proszą się o przyrządzenie z nich deseru, czyż nie? 😉

Impossible is Nothing: Paleo-ciasto

W ten oto sposób dochodzimy do kwestii kluczowej: ciast. Codziennie publikowane są coraz to nowe pomysły na przygotowanie swoich ulubionych deserów w wersji paleo. Łakocie te naprawdę robią wrażenie: okazuje się, że bez ziaren można przyrządzić praktycznie wszystko. Tutaj jednak rodzą się wątpliwości: zmieniliśmy dietę, bo chcieliśmy uciec od (rafinowanego) cukru. Czy przypadkiem znów nie wpadamy w tę samą słodką pułapkę?… Czy nie oddalamy się za bardzo od zdrowej diety człowieka pierwotnego, który przecież ciast nie jadł?…

Nie, oczywiście. Trzeba tylko wiedzieć, co i jak.

Mnie samą osobiście krew zalewa, gdy widzę ciasta przygotowywane na bazie mąk orzechowych (z mąką migdałową na czele). Orzechów nie wolno piec, a przynajmniej robić się to powinno jak najrzadziej! Są one naszpikowane kwasami Omega-6, które utleniają się pod wpływem wysokiej temperatury i stają się dla nas w ten sposób szkodliwe (obiecuję rozwinąć temat, gdy tylko uporam się z pracą magisterską). Ciasta z pieczonymi orzechami (oraz ze wszystkim, z czego można uzyskać olej, np. sezam, mak, dynia, słonecznik) powinno się jeść bardzo okazjonalnie. BARDZO.

Desery przygotowane na bazie owoców czy kokosa są jak najbardziej akceptowalne i często bardzo zdrowe, tyle że, oczywiście, w ilościach rozsądnych. Zwłaszcza na protokole autoimmunologicznym powinno się uważać na liczbę spożywanych łakoci – choćby przy insulinooporności.

Chcę jednak zaznaczyć wyraźnie, że ciasto nie jest naturalnym i codziennym produktem na paleo. Ma być to okazjonalny przysmak, a nie nasza codzienność. Sama osobiście ciasta i desery robię i jem tylko wtedy, gdy przychodzą goście. Na co dzień jem mięso, tłuszcz (ostatnio dużo kokosowego), gotowane warzywa i surowe owoce.

Twory kultury: muzyka, literatura i… ciasta

Istnieje jeszcze jeden argument, który przemawia za obecnością ciast w diecie paleo. Otóż są one nieodłączną częścią kultury, w której się urodziliśmy i wychowaliśmy.

Jestem pewna, że każdy z nas z nostalgią wspomina przepyszną szarlotkę babci, wuzetki przynoszone przez ciocię czy pachnące makowce pieczone z okazji Bożego Narodzenia. Wytwory mączne są elementem naszej tradycji i często wiążemy z nimi najlepsze wspomnienia. Nie ma się co oszukiwać: tęsknimy. I pewnie nie jest to nawet tęsknota za samym smakiem, a bardziej za chwilami spędzonymi z bliskimi przy kawie i cieście.

Desery paleo to chęć powrotu do tamtych chwil. Jest jednak coś jeszcze: kiedy odmawiamy cioci czy babci ciasta z powodu diety, możemy czuć się niekomfortowo. Bo nagle przestaliśmy brać udział w jakże ważnej części życia społecznego: odmawiamy jedzenia, co może często zostać źle zinterpretowane i niezrozumiane.

Ciasto z platana czy muffinki z mąki kasztanowej są tutaj idealnym kompromisem: znów jesteśmy w stanie tworzyć słodkie wspomnienia przy rodzinnym stole. A i babcia będzie szczęśliwa, że jemy deser, więc przestanie się zamartwiać o nasz los i biadolić 😉

Na zakończenie dodam jeszcze rzecz najistotniejszą: przecież nie jesteśmy robotami. Zwłaszcza osoby na protokole autoimmunologicznym mogą borykać się z licznymi kryzysami (sama to przechodziłam): muszą odrzucić praktycznie wszystko, co jadły do tej pory. Drobna przyjemność jest konieczna dla dobrobytu naszej psychiki. Jeśli zaś psychika nasza ma się źle, motywacja do prowadzenia diety spada drastycznie, co może nawet skutkować zarzuceniem jej. Nie ma się też co oszukiwać – w końcu słodycze są wszędzie wokół: w telewizji śliczne panie pałaszują czekoladki, na bilboardach oblizują usteczka po słodkiej chwili zapomnienia… Więc lepiej już zrobić sobie ten mały deser z wiórek kokosowych, niż zawalić całą dietę, czyż nie? Zainteresowanych odsyłam też do postu Ajwen na temat cheat day.

Pamiętajcie jednak, że desery nie powinny stać się chlebem powszednim i – jak ze wszystkim w życiu – należy zachować umiar.

A na koniec przygotowałam dla Was spis, z czego można przygotowywać paleo-desery:

Na „zwykłym” paleo:

  • wszystkie owoce
  • wszelkie pochodne kokosa (wiórki, mąka, mleko, masło, olej)
  • żelatyna i agar-agar
  • owoce suszone
  • substancje naturalne do słodzenia (najlepsze są miód i syrop klonowy, czasem można też wykorzystać cukier muscovado czy melasę)
  • mąki: kasztanowa, żołędziowa, bananowa, platanowa, z tapioki, z maranty trzcinowatej… 
  • orzechy oraz mąki orzechowe (w wersji surowej, a pieczone tylko od święta)
  • jajka
  • dynia, bataty, maniok i inne warzywa skrobiowe
  • produkty mleczne, jeśli nie macie nietolerancji (w tym masło i masło klarowane)
  • kakao (okazjonalnie, w końcu to kwas fitowy)
  • pestki (dynia, słonecznik, siemię lniane, sezam, mak… Chociaż w ilościach rozsądnych, oczywiście)

Na protokole autoimmunologicznym:

  • wszelkie pochodne kokosa (wiórki, mąka, mleko, masło, olej)
  • żelatyna i agar-agar (nie znalazłam informacji, żeby agar-agar był zabroniony na AIP) 
  • owoce (w ograniczonych ilościach, zależnie od stanu zdrowia i nietolerancji FODMAPS)
  • owoce suszone, miód i syrop klonowy, melasa (bardzo okazjonalnie, dwa-trzy razy w miesiącu będzie ok)
  • dynia, bataty,  i inne warzywa skrobiowe (mp. marchewka) – w ilości zależnej od stanu Waszego zdrowia
  • maranta trzcinowata – jako skrobia
  • masło klarowane (ale to dopiero po jakimś miesiącu AIP – niby nie powinno mieć kazeiny, ale kto wie, więc ja nie ryzykowałam i jem je dopiero teraz, po ośmiu miesiącach. Żałuję, że nie wprowadziłam go wcześniej, czuję się po nim świetnie! Ale lęk przed kazeiną był jednak silniejszy…)

(Ważna uwaga: jeśli cierpicie na insulinooporność, cukrzycę czy inne zaburzenia, skonsultujcie Wasze zapotrzebowanie na węglowodany z lekarzem lub dietetykiem! Skonsultujcie także owoce i warzywa, które wolno Wam jeść oraz ich ilość).

A jeśli w liście coś pominęłam, dajcie mi znać w komentarzu 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

(PS. Mam już 39 stron pracy magisterskiej! 😀 Zabrałam się do tego dzielnie i z werwą. Powiem Wam jednak, że ciągłe pisanie po hiszpańsku bardzo utrudnia mi produkcję literacką w języku polskim; co chwila plączą mi się zwroty typu: cabe subrayar que… es necesario recalcar que… Brrr!).

~ Jestem paleo. Jestem eko! ~

Jak ma się paleo do ekologii? Jak pięść do oka? Jak piernik do wiatraka? A może jak frytka do majonezu?

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, ile codziennie produkujecie śmieci? Nie? Cóż, ja także kiedyś nigdy o tym nie myślałam. Teoretycznie docierały do mnie dane o niebotycznej ilości odpadków generowanych przez każdego homo sapiens, ale kto będzie się tym przejmował? Śmieć się wyrzuca i tyle. Po co dłużej zaprzątać sobie nim głowę?

Po kilku tygodniach diety paleo doznałam olśnienia – praktycznie przestałam produkować śmieci! A może raczej – zmienił się ich typ. W koszu zagościły kilogramy obierków, które bardzo szybko lądują w moim przydomowym kompostowniku (będzie z nich później nawóz jak ta lala).

Radość z mojego odkrycia bardzo szybko ustąpiła przerażeniu. Do tej pory codziennie jadłam jogurt czy nawet dwa, co daje nam dwa plastikowe kubeczki rozkładające się ok. 300 lat. Do tego mleko – jedna plastikowa butelka co dwa, trzy dni. Batoniki albo cukierki – urocze papierki będą się rozkładać przez prawie 500 lat. Chleb – kolejne foliowe opakowanie. Masło – folia aluminiowa. Kiełbaski, wędliny, sery – znów plastik! A to tego dochodzą nam jeszcze przeróżne puszki, pudełka (choćby po ryżu czy kaszy), torebki po makaronach. Nie ma się co oszukiwać: każdy nasz posiłek obciąża środowisko. KAŻDY. Kiedy zjesz mały jogurcik, którego prawie nie poczujesz – Matka Natura będzie się z Twoim śmieciem męczyć przez najbliższe 300 lat.

Na szczęście istnieje prosty sposób by to zmienić: dieta. Śmieci które produkuję na paleo to: słoiki po oleju kokosowym i butelki po oliwie z oliwek (na szczęście szkło łatwo ponownie przetopić i użyć); troszkę foliówek po zakupach i plastikowe opakowania po żelatynie (raz na jakiś czas); duuużo obierek i sporo kości (te akurat spalamy w piecu). Czasem dojdą do tego opakowania np. po daktylach, karobie czy orzechach lub puszka po mleku kokosowym. I to tyle.

Dzięki ograniczeniu produkcji śmieci poczułam do paleo jeszcze większą sympatię. I nie tylko do paleo – do każdej diety, która każe nam ograniczyć spożywanie paczkowanych produktów. 

Kiedy będziecie sięgać po kolejny nafaszerowany cukrem jogurt zastanówcie się przez chwilę, czy naprawdę warto. A może lepiej wybrać banana czy jabłko? My na Ziemi pożyjemy jeszcze (w najlepszym razie) kilkanaście lat, ale nasze dzieci i wnuki w pełni odczują konsekwencje naszych dietetycznych wyborów.

Dlatego apeluję: odrzuć śmieciowe jedzenie. Matka Natura będzie Ci za to wdzięczna.

I, jak zawsze, bądźcie zdrowi, Kochani!

~ O co w ogóle chodzi z tym paleo? ~

Nie jestem zwolenniczką żadnych ideologii, religii czy filozofii. Moim zdaniem są one najzwyczajniej w świecie niebezpieczne, gdyż można je doprowadzić do ekstremum, wyprać ludziom mózgi tak, by stali się fanatycznymi krzewicielami danej myśli, gotowymi w jej imię nawet zabić. Choć, oczywiście, ideologie, religie czy filozofie mogą także nam służyć, o ile używamy ich z głową i nie przyjmujemy bezmyślnie tego, co dany autorytet powie. Podobnie ma się rzecz z dietą – nie chodzi o to, by nabożnie stosować to, co dany „guru” wymyślił. A już najlepiej widać to na przykładzie diety paleo.

(Źródło obrazka).

W teorii założenia paleo są proste: jako że nasz gatunek ewoluuje od setek tysięcy lat (szacuje się, że wyewoluowaliśmy ok. 2,5 mln lat temu z jakiegoś odłamu australopiteków), nie jesteśmy przystosowani do jedzenia, które pojawiło się w naszym menu stosunkowo niedawno. Celem paleo jest więc zbliżenie się do diety naszych przodków, rzekomo dla nas optymalnej.

Niby brzmi to logicznie, ale przecież wszyscy wiemy, że powrót do przeszłości jest niemożliwy. Po pierwsze dlatego, że nie istniała żadna wspólna dieta człowieka paleolitycznego – nasi przodkowie byli rozsiani po różnych zakątkach globu i spożywali różne pokarmy. Kolejna rzecz: nie mamy pewności, że ludzie paleolitu jedli w optymalny dla siebie sposób. Dziś dość dobrze wiemy, jakie jest zapotrzebowanie człowieka na pierwiastki i minerały. W zamierzchłych czasach jedliśmy to, co udało się upolować czy uzbierać, a że często mięsko nam uciekało, pewnie niejednokrotnie przymieraliśmy głodem. Szczerze wątpię, by człowiek paleolitu był okazem zdrowia.

Co więcej, dzisiejsze jedzenie jest zupełnie inne od tego, które niegdyś spożywaliśmy. Nie dość, że obecnie do dziczyzny dostęp mamy słaby (kiedyś wystarczyło wyjść za róg z dzidą), to na dodatek wiele gatunków roślin spożywanych kiedyś albo dziś wyginęło, albo przeszło liczne mutacje (nie wspominając już o powszechnie dziś stosowanych sztucznych nawozach i środkach ochrony roślin, które nie mają zupełnie nic wspólnego z epoką paleolitu).

Co z tego wszystkiego wynika? Że ludzie jaskiniowi nie jedli paleo. W ich menu na pewno nie gościły naleśniki z mąki kokosowej czy muffinki z migdałów. Ale czy ma to dla nas znaczenie?

W paleo chodzi o jakość. W zasadzie to nawet nie jest dieta, to po prostu mądry wybór tego, co zdrowe. Ponadto paleo to nie ogłupiający wymysł czyjegoś „widzimisię”. Dziś jesteśmy w stanie korzystać z setek badań naukowych by zyskać informację na temat optymalnej dla nas diety.

I dlatego zasady są proste: żadnych rzeczy przetworzonych, rafinowanych cukrów, rafinowanych olejów roślinnych i dodatków chemicznych. Zamiast tego warzywa i owoce, jaja od szczęśliwych kur, mięso (najlepiej z dobrego źródła, choć z tym jest akurat dość ciężko) i dobre tłuszcze. Czasem miód.

Paleo to zatem dążenie do równowagi i dostarczanie organizmowi wszystkiego, czego potrzebuje: węglowodanów, tłuszczów, białek, witamin, mikro i makroelementów. Nie istnieje oczywiście żadna złota proporcja mówiąca, jakie powinno być spożycie każdej z tych grup. I ponieważ każdy z nas jest inny, zachęcam do eksperymentowania na sobie i obserwowania co i w jakieś ilości sprawia, że czujemy się dobrze. Jedni będą bardzo dobrze funkcjonować na paleo ze zwiększonym spożyciem tłuszczu, zaś innym potrzeba będzie więcej węglowodanów. A jaki jest w ogóle cel tego wszystkiego? Bycie zdrowym i szczęśliwym! Jeśli brakuje Ci energii i czujesz się słabo to znaczy, że czegoś w Twojej diecie brakuje.

Z moich obserwacji wynika, że dziś ogromnej większości ludzi tego „czegoś” brakuje. Nasze ciała są potwornie zanieczyszczone i przeciążone. Sama ze zgrozą wspominam to, co kiedyś w siebie wpychałam. W Szwecji mówi  się: „jeśli jesz gówno, czujesz się jak gówno”. Nie dziwmy się zatem współczesnej epidemii nowotworów, chorób serca i innych. To są skutki naszych dietetycznych wyborów.

Dlatego od lipca zeszłego roku wybieram inaczej. Nie patrzę bezczynnie, jak Pan Hashimoto będzie mi stopniowo niszczył tarczycę. Pokażę mu, a co! I wiem, że nie jest to droga łatwa, ale dam radę. I Wy również dacie  : )

~ Paleo (AIP): Od czego zacząć? ~

Wiem, że decyzja nie jest prosta. Wiem, że można mieć wiele wątpliwości. Ale czy warto? Zdecydowanie!

Gdy zimą i wiosną zeszłego roku poczułam się fatalnie (ciągła chęć snu, depresja, zmęczenie, osłabienie pamięci…), zaczęłam szukać lekarstwa. Najpierw odwiedziłam endokrynologów, ale ci nic mądrego nie powiedzieli. Najlepszy (ponoć) profesor w moim mieście stwierdził, że tak już jest, przeciwciał nie da się zbić i to choroba do końca życia. W tym momencie pomyślałam sobie „Nie zgadzam się!” i zaczęłam własne poszukiwania. (Historię mojej choroby opisywałam tutaj).

Bardzo szybko natknęłam się na informację o szkodliwości glutenu. A zatem glutenie: baj-baj! (Było to dokładnie 22.06.2014). Następnie przeczytałam o mleku. Żegnaj, biały trucicielu! A gdy trafiłam na stronę www.thepaleomom.com, w końcu dostałam kompletną listę tego, co może mi szkodzić (co jest wykluczone na AIP opisałam w poprzednim poście). Całość poszukiwań zajęła mi ponad miesiąc.

Trudne początki:

Gdy odstawiłam gluten, pomyślałam sobie, że to już, tylko tyle i będę wracać do zdrowia. Na początku poczułam się lepiej, ale później samopoczucie znów poszło do dołu. W międzyczasie natknęłam się na informację o paleo i z najwyższym przerażeniem powiedziałam: „Nie ma mowy! Żadnych ziaren?! To szaleństwo!”. Wkrótce jednak natrafiłam na bloga dra Clarka, który mówił o reakcji krzyżowej: mimo, że nie jemy glutenu, nasz układ odpornościowy na niektóre produkty (choćby na drożdże czy na mleko) reaguje jak gdyby to był gluten. Co więcej, te badania poazują, że reakcja krzyżowa zachodzi też z: owsem, kukurydzą, prosem (kasza jaglana!) i ryżem. Z kolei na podstawie badań Cyrexu, Sarah Ballantyne wymienia 24 potencjalne reaktory krzyżowe (wiadomo, że reakcja krzyżowa nie zajdzie u każdego chorego. Dlatego warto odstawić wszystkie te produkty na jakiś czas, później po kolei je włączać i obserwować swoje reakcje. Istnieją też testy nietolerancji pokarmowych, ale te są niestety bardzo drogie): Wszystkie ziarna (quinoa też), sezam, czekolada, ziemniaki, kawa. 

Byłam zdeterminowana. Czułam się źle. Zdecydowałam się więc na „próbną” wersję diety, ot tak, po prostu żeby zobaczyć, jak to będzie.

Próba trwa do dziś i jest mi z tym dobrze. Wciąż lekko modyfikuję swoją dietę, dodając do niej coraz lepsze i pełniejsze wartości odżywczych produkty i eliminując inne. I czuję, że jestem na dobrej drodze do zdrowia.

Chciałabym dać Wam kilka praktycznych wskazówek. Może z nich skorzystacie? Warto też, żebyście pamiętali, że to Wasza decyzja i Wasze ciało: moje porady dla jednych mogą okazać się przydatne, a dla innych nie. No ale jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził : )

(Pamiętajcie, żeby BARDZO dbać o siebie na protokole, dbać o różnorodność i nie pozbawić się przypadkiem cennych minerałów i pierwiastków!).

Wskazówki praktyczne:

  • Stopniowo wykluczamy szkodliwe produkty z diety:

Są oczywiście osoby, które przeszły na paleo w jeden dzień, ale moim zdaniem to trudne. Ja najpierw wykluczyłam pszenicę, żyto i owies. Jadłam tylko kasze, stopniowo zmniejszając ich spożycie. Zajęło mi to ok. 3 tygodni. W międzyczasie jadłam coraz więcej warzyw, ryb i mięsa. Dzięki takiemu stopniowaniu nasz organizm łatwiej przystosuje się do jedzenia zdecydowanie mniejszej ilości węglowodanów. Zbyt szybkie przejście na protokół może być dla nas szokiem.

  • Przestawcie swój sposób myślenia:

Wiem, że wielu z Was nie wyobraża sobie życia bez chleba czy makaronu. Wierzcie mi, da się! Chleb naprawdę nie jest nam potrzebny. Mimo to, wiele osób zadaje pytanie: „A co można zrobić zamiast chleba?”. Nic! Po co Ci w ogóle ten chleb, do diabła ciężkiego?!

  • Nie patrzcie na kalorie, patrzcie na jakość!

Na paleo można jeść do woli. Tu jednak nie liczy się ilość, a jakość. Zaopatrujcie się w podroby, ryby, ogromne ilości warzyw (nie z marketu! Najlepiej kupować je na targu lub rynku), tłuszcz (przede wszystkich zwierzęcy; z roślinnych polecam olej kokosowy, olej z awokado, oliwę z oliwek w niewielkich ilościach) i owoce. Jedzcie tyle, ile potrzebujecie. Zdradzę Wam, że po pewnym czasie zaczyna się jeść mniej, niż przed dietą. Jedzenie ziaren to zapychanie się: a my przecież wcale nie potrzebujemy tak dużo jedzenia (człowiek jaskiniowy jak upolował czy uzbierał, to miał. Ale myślę, że pewnie często zdarzało mu się też głodować). Muszę jednak jeszcze zaznaczyć, że czasem trzeba spojrzeć na kalorie – by przypilnować, czy nie jemy ich za mało.

  • Polubcie tłuszcz:

Brzuchy, boczki, golonki i inne takie. Smalec też jest świetny (choć, oczywiście, musi pochodzić z ekologicznej świnki… Jest też niezły do smażenia, choć nie tak dobry jak masło klarowane, z którym na początku na protokole lepiej nie ryzykować). Absolutnie nie wchodzą w grę tłuszcze rafinowane, dobre są tylko zimnotłoczone, extra virgin (np. olej kokosowy, olej z awokado, oliwa z oliwek). I nie bójcie się jeść tłustych rzeczy (choć też bez przesady), ja na początku zrobiłam ten błąd, że jadłam za mało węglowodanów i tłuszczów, i schudłam do 50,5 kilo (przed dietą ważyłam 56-57). Teraz odzyskałam równowagę i ważę ok. 54   : )

  • Nie przesadźcie z owocami:

W pewnym momencie zaczęłam jeść mnóstwo owoców, żeby przytyć. Pewien sukces odniosłam, ale niestety poczułam się bardzo źle, znów zmęczona i osłabiona. Sarah Ballantyne zaleca do 20 gramów fruktozy dziennie (czyli jakieś 2-3 owoce). Tutaj znajdziecie świetną tabelkę z ilością fruktozy w poszczególnych owocach. Choć są też inne głosy, że do 40 gramów fruktozy również jest bezpieczne. Najlepiej więc eksperymentujcie i sami oceńcie, po ilu owocach czujecie się dobrze  : ) Ale też absolutnie z owoców nie rezygnujcie! Kombinujcie, ile i jakich owoców Wam trzeba, każdy jest inny i nie istnieje idealna proporcja dla wszystkich.

  • Owoce jemy przed posiłkiem (a już najlepiej to jeść je bez towarzystwa):

Gdzieś przeczytałam, że jeśli na obiad zjemy mięso, a na deser owoce, owoce będą nam 4 godziny fermentować z brzuchu (bo tyle trwa czas trawienia białka). A że większość hashimotków ma problemy z jelitami i układem trawiennym, nie potrzebujemy dodatkowych rewelacji ; )

  • Wyrzućcie wszystko, co ma sztuczne dodatki:

Żywność przetworzona i naszpikowana chemią to zła żywność. A przecież chcemy wrócić do zdrowia, nie?

  • Dbajcie o różnorodność:

Im więcej kolorów na talerzu, tym lepiej! Trzeba pamiętać, że każde warzywo czy owoc dostarcza innych wartości odżywczych czy witamin. Warto też wspomnieć, że wiele osób mówi: co to za nudna dieta, tylko warzywa i mięso! A Wam, moi drodzy, jakoś ten codzienny chleb się nie przejadł?

  • Wapń:

Kiedy nie jemy nabiału, absolutnie niezbędne jest alternatywne źródło wapnia! Wspaniale działa chociażby skorupka wapnia.

  • Suplementacja:

Najlepiej suplementować się jak najbardziej naturalnie: jak witamina C – to z grejpfruta. Selen – z orzechów brazylijskich (na początku protokołu trzeba jednak orzechy wykluczyć). Do tego tran oraz pyłek pszczeli lub pierzga (masa witamin!). Choć, niestety, nie zawsze się tak da i często trzeba się poradzić lekarza, czego może nam brakować i co warto uzupełnić. Większości z nas jest niezbędna np. witamina D oraz witamina K2.

  • Zadbajcie o probiotyki:

Najlepiej jest oczywiście jeść produkty sfermentowane i kiszonki, gdyż te zawierają dużo cennych bakterii. Niestety kiszonki zawierają także drożdże saccharomyces cerevisiae, które mogą wywoływać reakcję krzyżową z glutenem (tutaj znajdują się badania, które to pokazują). Jeśli więc po kiszonkach czujecie się źle, pozostają probiotyki w tabletkach (tylko uwaga na skład, by przypadkiem nie było tak glutenu!).

  • Śladowe ilości glutenu:

Z tego, co wyczytałam, wynika, że nawet śladowa ilość glutenu wywołuje reakcję układu immunologicznego. I cała dieta na nic! Wiem, że to trudne, bo prawie wszystko zawiera dziś te zdradzieckie śladowe ilości. Tutaj już musicie zadecydować sami, czy chcecie ryzykować. Ja parę razy użyłam przypraw dużych i znanych firm, bo ponoć przy wyrywkowych badaniach nie było w nich glutenu. (Na szczęście teraz odkryłam przyprawy bezglutenowe Dary Natury!). W żelatynie gluten już był, więc specjalnie zamówiłam taką bezglutenową. Niektórzy mogą powiedzieć, że to paranoja. Nie, to nie paranoja: okazuje się, że gen odpowiedzialny za celiakię występuję też u wielu ludzi z Hashimoto. A więc nawet śladowa ilość glutenu może doprowadzić do uszkodzeń jelit.

Uwaga! To tyczy się także leków (niestety, większość z nich zawiera skrobię kukurydzianą, potencjalnie dla nas szkodliwą!).

  • Kolagen:

Praktycznie cali jesteśmy zbudowani z kolagenu i praktycznie wszystkim go brakuje, i dlatego naprawdę ważne jest uzupełnienie tych braków. Jeść trzeba go codziennie, choćby w formie świńskich nóżek, choć na AIP i na diecie GASP zaleca się przede wszystkim rosół gotowany na kościach (co najmniej 24 godziny). Do tego suplementujemy jeszcze witaminę C (dzięki niej kolagen się wiąże). Ja w ramach testów zakupiłam kwas L-askorbinowy, choć staram się spożywać jak najwięcej owoców i warzyw bogatych w tę cenną witaminę.

  • Cel: wyleczyć jelita, wyleczyć układ odpornościowy:

Pisałam już kiedyś, jaki jest mechanizm powstawania chorób autoimmunologicznych. Celem całej diety jest wzmocnienie układu odpornościowego, bo to on jest chory, a nie tarczyca. Tarczyca jest tylko ofiarą.

  • Produkty fermentowane

Bardzo ważną częścią procesu regeneracji jelit jest wzbogacenie diety o produkty fermentowane (np. kapusta kiszona czy ogórki kiszone), które dostarczą nam pożytecznych bakterii. Uwaga!  Niektóre osoby mogą jednak źle reagować na kiszonki (możliwa jest reakcja krzyżowa z drożdżami się z nich znajdującymi). W takim wypadku przyjmujcie probiotyki z innych źródeł (np. te z apteki, ale uważajcie na ich skład).

  • Zadbajcie o zakwaszenie żołądka:

Żołądek ma być kwaśny. Jeśli nie jest, procesy trawienne przebiegają nieprawidłowo. Dobrą metodą jest na przykład picie szklanki wody z łyżeczką octu jabłkowego 15 minut przed posiłkiem.

  • Przygotowywać jedzenie na zapas i do pracy:

Niestety, na paleo w żadnej restauracji sobie nie pojesz. Bo kto zagwarantuje ci, że w Twoim posiłku nie ma nawet grama ziaren? Dlatego też posiłki przygotowujemy w domu i zabieramy do pracy. Nie jest to wcale skomplikowane: wystarczy ugotować brokuły, kalafior, dynię czy marchewkę, do tego kawał mięcha i już. Gotowanie może zabierać Wam więcej czasu niż do tej pory, dlatego warto poprosić kogoś o pomoc. Mąż czy żona z pewnością chętnie obiorą dla Was marchewkę 🙂 Warto też zaopatrzyć się w robot kuchenny, który znacznie ułatwi nam pracę.

  • Myślcie pozytywnie:

Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu. Ja miałam kryzys tylko raz, niemal wtedy płakałam z rozpaczy: „Boże, ja nic nie mogę jeść!”. Na szczęście szybko odkryłam, jeść mogę dużo i to takie rzeczy, które mnie leczą : ) A do tego mogę gotować znacznie ciekawiej, niż kiedyś!

I w ten oto sposób narodził się mój blog 🙂

 

Decyzja pewnie nie będzie dla Was łatwa. Dlatego warto sobie zrobić „okres próbny” przez miesiąc, powiedzmy. Jeśli będzie Wam na diecie źle, zawsze możecie wrócić do poprzedniego stylu żywienia. Ale powiem Wam z własnego doświadczenia, że jeśli czujecie się strasznie, wytrwacie. Człowiek zrobi wszystko, żeby odzyskać zdrowie. A kiedy widzi pierwsze efekty, jest zmotywowany jeszcze bardziej : )

Trzymajcie się ciepło!

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂

(Nie jestem lekarzem i wpis ten nie ma charakteru porady lekarskiej. Ja tu tylko gotuję).