Jaskiniowa TV: Czym są platany? Inauguracja mojego kanału na Youtube!

Kochani, mam dla Was ekscytujące wiadomości! Po wielu próbach i eksperymentach, udało mi się nagrać pierwszy, inauguracyjny film na Youtubie! Zapraszam Was do oglądania, komentowania i subskrybowania Jaskiniowej TV 🙂

Pomysł uruchomienia kanału na Youtubie chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu podejmowałam także pewne nieśmiałe próby nagrań, co okazało się wcale niełatwym zadaniem! Stanięcie przed obiektywem łączy się z pewną tremą, zwłaszcza, jeśli ktoś jest debiutantem 😉

Mój pierwszy film poświęcony jest platanom, które zachwalam już od początku istnienia Jaskiniowej Kuchni. To owoce niezwykle przestronne, z których można stworzyć mnóstwo przysmaków. Zresztą, posłuchajcie sami:

https://www.youtube.com/watch?v=DBB8dkPSqSY

Gdybyście mieli pytania, postaram się na nie odpowiedzieć 🙂 Czekam też na Wasze opinie: co Wam się podobało, a co mogę ulepszyć.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Życie z niezdiagnozowanym Hashimoto


Czy trudno żyć z Hashimoto? I tak, i nie. Część pacjentów praktycznie nie odczuwa związanych z tym schorzeniem objawów, zaś inni nieustannie skarżą się na zmęczenie, poczucie zimna, problemy z wagą… Hashimoto jest chorobą o wielu obliczach, nie zawsze dającą się łatwo okiełznać. Można jednak wyróżnić jeden kluczowy czynnik, który znacząco oddziałuje na intensywność i ilość odczuwanych przez pacjenta symptomów: to czas wykrycia choroby. Niezliczona ilość osób przez długie lata może nieść na swoich barkach Pana Hashimoto – bardzo uciążliwego pasażera na gapę, którego obecności jest zupełnie nieświadoma.

Niedoczynność tarczycy i jej skutki

Hashimoto należy do grupy chorób z autoagresji: w pewnym momencie organizm zaczyna produkować przeciwciała, skierowane przede wszystkim wobec komórek tarczycy. W ten sposób zaczyna się niszczenie gruczołu, co najczęściej prowadzi do jego niedoczynności.

Intensywność procesu zapalnego może być wysoce zróżnicowana. Rozwój schorzenia będzie inaczej postępował u każdego z pacjentów, zależnie od czynników takich jak: stres, dieta, wysiłek fizyczny, przyjmowane leki (np. antybiotyki), nastawienie do życia… Niekiedy atak może być szybki i towarzyszyć mu będą liczne i mocno odczuwalne symptomy. W innych wypadkach choroba będzie czaić się latami, dając objawy łatwe do zignorowania: zmęczenie, wypadanie włosów, problemy trawienne, depresję, zaburzenia nastroju…

Uszkodzona tarczyca nie jest w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości hormonów (głównie tyroksyny – T4 i trójjodotyroniny – T3), co wpływa na kondycję całego organizmu. Związki chemiczne produkowane przez ten niepozorny gruczoł regulują wiele ważnych procesów: przemianę materii, wzrost kości, metabolizm tłuszczów, białek, węglowodanów i witamin. Odgrywają także ważną rolę w działaniu serca, mięśni i mózgu. A jakby tego było mało – każda komórka ludzkiego ciała potrzebuje hormonów tarczycy do prawidłowego wzrostu i rozwoju.

Nieleczona niedoczynność tarczycy może nieść ze sobą bardzo niebezpieczne w skutkach konsekwencje. Dlatego tak ważne jest możliwie jak najszybsze wykrycie choroby: kiedy wiemy, co nam dolega, okresowe badania oraz codzienne przyjmowanie hormonów pozwala utrzymać Pana Hashimoto w ryzach. Gorzej, jeśli przez wiele lat żyliśmy w nieświadomości, a niedoczynność tarczycy zdążyła zebrać obfite żniwo w naszym organizmie…

Tutaj dowiesz się więcej na temat przyczyn i objawów choroby Hashimoto!

Życie z niezdiagnozowanym Hashimoto: przypadek mojej mamy

Choroba Hashimoto i spowodowana nią niedoczynność tarczycy mogą dawać wiele niespecyficznych objawów, które lekarze dość łatwo przypisują innym schorzeniom. Jeśli los się do nas uśmiechnie, trafimy na specjalistę będącego w stanie połączyć nasze symptomy w całość i skierować nas na badania tarczycy. Niestety, zbyt wielu pacjentów przez lata odwiedza kolejnych lekarzy, którzy nie potrafią postawić właściwej diagnozy…

Tak właśnie wygląda historia mojej mamy. Odkąd tylko pamiętam, cierpiała na liczne problemy zdrowotne. Nieustannie dawały jej się we znaki słaba odporność, niedokrwistość, podwyższony cholesterol, ciągłe uczucie zimna, zmęczenie, nerwowość, nadciśnienie… A jakby tego było mało, pojawiały się codzienne zaburzenia trawienne, wypadanie włosów, bóle serca, głowy, stawów i kości.

Niepodobna zliczyć specjalistów, których mama odwiedziła. Gastrolodzy zapisywali tabletki, które oczywiście nie pomagały. Badania niemal nie wykazywały nieprawidłowości, zaś przyczyny zaparć upatrywano się w nadmiernie „skręconej” okrężnicy. Ciągłe uczucie zimna też nie zaniepokoiło lekarzy – jeden z nich stwierdził: „Bo jest pani za chuda!”. Na bóle serca i stawów oczywiście zaordynowano leki. Część symptomów zignorowano, stwierdzając, że mama je wymyśla (jeden z lekarzy podobno zapisał nawet w karcie „symulant”).

Kilka lat temu lekarz pierwszego kontaktu w końcu zlecił badanie TSH. Wynik wyniósł ponad 10 mU/l. Od tego czasu mama leczyła się u endokrynologa, który zapisał Euthyrox. I dopiero półtora roku temu, na naszą wyraźną prośbę, zostało wykonane badanie przeciwciał. Wynik anty-TPO – ponad tysiąc (norma to 34). Pan Hashimoto właśnie się ujawnił.

Oczywiście leczenie się nie zmieniło, wciąż jedynym zaleceniem pozostało codzienne przyjmowanie syntetycznego hormonu tarczycy. Zachęciłam jednak mamę do próby zmiany diety na bezglutenową i bezmleczną – i pomogło. Nękające ją od wielu lat problemy trawienne niemal całkowicie ustały, podobnie jak bóle stawów. Żadne tabletki nie przyniosły tak spektakularnych efektów.

Mamy wiele powodów by przypuszczać, że także moja babcia cierpiała na chorobę Hashimoto. W pewnym momencie życia bardzo przytyła, męczyło ją nadciśnienie i problemy z sercem. Babcia zmarła młodo, nie dożyła nawet sześćdziesięciu lat. Niestety, w czasach PRL-u i przy braku Internetu pacjent miał nikłe szanse na uzyskanie diagnozy Hashimoto.

Zdaję sobie sprawę, że zawód lekarza należy do jednego z najtrudniejszych. Wiem także, że każdemu zdarza się popełniać błędy – tyle że pomyłki specjalistów mogą kosztować zdrowie, a nawet życie pacjenta. Dlatego jeśli macie wątpliwości co do diagnozy lub zastosowanego leczenia – skonsultujcie się z innym lekarzem!

Czarny scenariusz

Nieleczona przez wiele lat choroba Hashimoto jest w stanie spowodować liczne komplikacje zdrowotne: podwyższony poziom cholesterolu, łagodne nadciśnienie, niewydolność serca, depresję, zaburzenia intelektualne, niedobór żelaza, problemy z oddychaniem i nerkami, jaskrę, bóle głowy, sztywność stawów, bezpłodność… Oczywiście te symptomy mogą wiązać się ze wcześniejszym zgonem, aczkolwiek niestety nie znalazłam badań pokazujących, o ile procent wzrasta prawdopodobieństwo śmierci w przypadku nieleczonej choroby autoimmunologicznej.

Byśmy w pełni sobie uświadomili, jak tragiczne może być życie niewłaściwie zdiagnozowanego pacjenta, pozwolę sobie przytoczyć historię mamy Zuzanny, jednej z czytelniczek bloga. Chciałabym jej serdecznie podziękować za zgodę na opublikowanie tych tragicznych dla niej przeżyć. Zuzanna cierpi na chorobę Hashimoto i już od ponad roku jest na diecie bezglutenowej i bezmlecznej:

„W mojej rodzinie występują choroby tarczycy. Moja mama miała wole, guzki tarczycowe i TSH prawie 2,9. Miała początki cukrzycy, depresję, problemy z pamięcią, chroniczne zmęczenie, chore serce, potworne problemy ze stawami i kręgosłupem (była zakwalifikowana do implantacji tytanem kręgów lędźwiowych, a za 10 lat chirurdzy wróżyli jej wózek inwalidzki), tyła z powietrza, miała słabą odporność i wiele innych schorzeń. Zmarła prawie rok temu w wieku 52 lat, popełniła samobójstwo, bo oprócz depresji padła ofiarą mobbingu w pracy, a w ostatnich dniach jej życia fizycznie była wrakiem człowieka. Do którego lekarza by nie poszła, to każdy jej mówił, że to od otyłości te wszystkie jej choroby…. Nawet na prywatnych wizytach u sław neurochirurgii i ortopedii też dawali taki argument, zamiast zająć się jej tarczycą… Po śmierci mamy, jak zebraliśmy po kilku miesiącach różne wyniki badań, które miała, wyszło u niej łącznie około 20 przewlekłych schorzeń.

Leczyła się u tych samych endokrynologów, co i ja, które też jej nie chciały podawać hormonu tarczycowego. Dodam, że mama nie chciała przejść na tę dietę, którą ja stosuję z zalecenia lekarza: bezglutenową i beznabiałową.

My się jakoś już zbieramy z bratem, wracamy do normalności”.

Część lekarzy nie wdraża leczenia, bo wynik „mieści się w normie”. Historia Zuzanny pokazuje, że nie tylko na wynik powinno się patrzeć, a na pacjenta i jego symptomy. Zostało już udowodnione, że profilaktyczne włączenie hormonu tarczycy może przynieść wiele korzyści w przypadku schorzeń z autoagresji. Wyniki badań niemieckich naukowców pokazały, że zapobiegawcze leczenie syntetycznym T4 spowodowało zdecydowanie wolniejszy rozwój choroby autoimmunologicznej. W badaniu brały udział osoby, których wyniki znajdowały się z laboratoryjnej normie i trwały rok. Po tym czasie porównano wyniki osób leczonych i nieleczonych: osoby przyjmujące syntetyczny hormon miały wyraźnie niższy poziom przeciwciał i limfocytów.

                    Badajmy się i leczmy – nie tylko dla naszego dobra, ale i dla dobra naszych bliskich.

Niedoczynność tarczycy? A może to Hashimoto?

Jeśli została już u Was stwierdzona niedoczynność tarczycy, koniecznie przebadajcie się pod kątem Hashimoto! Szacuje się, że 80% przypadków niedoczynności ma podłoże autoimmunologiczne. By wiarygodnie ocenić funkcjonowanie tego gruczołu, należy wykonać poniższe badania:

TSH, FT3*, FT4

anty-TPO, anty-TG

USG tarczycy

* U niektórych pacjentów wskazane byłoby także badanie rT3 (odwrócona trójjodotyronina), w Polsce bardzo słabo dostępne, które pokazuje efektywność konwersji T3 do T4.

Dzięki nim zyskamy niezakłamany obraz stanu zdrowia naszej tarczycy. Pamiętajcie, że samo TSH to zdecydowanie za mało! Niestety, wielu lekarzy opiera leczenie wyłącznie na tym wyniku – zapewne z powodu oszczędności. Fenomenem pozostanie też dla mnie niechęć lekarzy do badania przeciwciał. Dlatego część chorych musi wykonywać badania prywatnie, co oczywiście kosztuje i na co nie każdego stać.

Pamiętajmy, że nawet jeśli wynik TSH mieści się w normie, już możemy chorować (lub zachorujemy w przyszłości) na niedoczynność tarczycy! W jednym z brytyjskich badań przez ponad 20 lat obserwowano grupę 2779 osób:  wynik TSH wynoszący ponad 2 mU/l przy pierwszym badaniu podwyższał prawdopodobieństwo wystąpienia niedoczynności tarczycy w przyszłości! Co więcej, prawdopodobieństwo to było jeszcze większe, jeśli takiemu wynikowi towarzyszyła obecność przeciwciał.  

Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Jeśli czujesz się źle, Twoje TSH wynosi ponad 2, a lekarz odmawia leczenia – poszukaj innego specjalisty.

Nieleczony pacjent – drogi pacjent

Objawy takie jak zmęczenie, ciągłe poczucie zimna, podwyższony cholesterol i tycie powinny motywować lekarzy do kierowania na badania tarczycy. To naprawdę ważne: nawet jeśli dziś my, podatnicy, zaoszczędzimy kilkanaście złotych na badaniach wiecznie marznącego i przemęczonego pacjenta, może się okazać, że za kilka lat taka niezdiagnozowana osoba będzie nas kosztować setki, a nawet tysiące złotych!

Pieniądze są jednak w tym wypadku kwestią drugorzędną. Nieleczona niedoczynność tarczycy jest w stanie zamienić życie chorego i jego rodziny w prawdziwą udrękę. Dlatego badajmy się i przyjmujmy leki. Dla dobra siebie i naszych bliskich.

A w wolnej chwili zajrzyjcie na jaskiniowy facebook!

                                                                                   ***

P.S Pamiętajcie: schorzeń tarczycy nie wolno ignorować! Ważne jest regularne przyjmowanie syntetycznej wersji tyroksyny zależne od wyników badań (niektórzy lekarze zalecają także syntetyczną trójjodotyroninę). Oczywiście wielu wypadkach pomógłby zapewne naturalny hormon, produkowany ze świńskiej tarczycy – niestety, nie jest on jeszcze w Polsce powszechny.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Ruch to zdrowie! Tylko jak pokonać lenistwo?

Muszę Wam coś wyznać: nigdy nie lubiłam ćwiczyć. Moja niechęć do wysiłku fizycznego zaczęła się już w podstawówce. Byłam mniej sprawna od innych uczniów i zawsze dostawałam czwórki. Niezwykle mnie ten fakt frustrował: „Hej, przecież mam ze wszystkich przedmiotów same piątki i szóstki, więc skąd ta czwórka z wychowania fizycznego na świadectwie?!”. Czułam się bardzo zniechęcona, a do tego na zajęciach prześladował mnie pech: a to boleśnie oberwałam piłką, a to się przewróciłam i nabiłam sobie guza… W szóstej klasie zaczęłam nosić okulary i dlatego od czasu gimnazjum nie uczęszczałam na lekcje wychowania fizycznego. Jakże się z tego cieszyłam! W końcu nikt nie karał mnie złymi ocenami! Od tej pory stałam się jednak odpowiedzialna za swoje ciało i musiałam sama zmotywować się do ćwiczeń, co wcale nie przyszło mi łatwo…

WF: Wielkie Fiasko

Wychowanie fizyczne jest niezwykle potrzebnym przedmiotem, zwłaszcza dziś, w epoce niezwykłej otyłości wśród dzieci. Wiem jednak, że przymusem nic nie osiągniemy. Najmłodszym trzeba pokazać, że nasze ciała są stworzone do ruchu i że wśród wielu sportów każdy znajdzie coś dla siebie. Dla mnie nie było nic bardziej zniechęcającego od wykonania kolejnego skoku z dal lub wzwyż, którego wynik pozostawał w tyle za osiągnięciami koleżanek, mimo największych moich starań.

Całkiem możliwe, że najlepszym rozwiązaniem okazałoby się zrezygnowanie z ocen z WF-u. Na studiach miałam okazję dobrać dla siebie zajęcia spośród szerokiej gamy możliwości. Zdecydowałam się na gimnastykę zdrowotną i to był strzał w dziesiątkę! Liczyła się obecność. Żadnych ocen, żadnego poczucia, że wykonuję dane ćwiczenie „niewystarczająco” dobrze. Prowadząca w bardzo ciekawy sposób urozmaicała zajęcia, wprowadzając na przykład elementy jogi. I tak właśnie powinny wyglądać zajęcia z wychowania fizycznego!

Ruszajmy się!

Dzieci ruszają się chętnie i często. Gorzej jest z nami, dorosłymi: kiedy zabraknie przymusu w formie zajęć wychowania fizycznego, niekiedy trudno zebrać się w sobie i zacząć ćwiczyć… Ten problem gnębił mnie przez większość życia. Próbowałam różnych dyscyplin, zawsze jednak w końcu sobie odpuszczałam. A przecież bez ruchu nie da się ożyć zdrowo!

Czy Wam też zdarzyło się wpaść kiedyś w błędne koło lenistwa i niemocy? Nie ćwiczysz, bo nie masz energii, a nie masz energii, bo nie ćwiczysz… To naprawdę tak działa! I tylko Ty dysponujesz mocą, która jest w stanie przezwyciężyć powyższy schemat. Mnie się udało, więc i Ty dasz radę 🙂

Ćwiczenia z piłką to jedna z wielu opcji wysiłku fizycznego. Śmiało mogę je Wam polecić!

Jak pokonać lenistwo?

Najważniejsze to znaleźć zestaw ćwiczeń, który polubisz i który będzie do Ciebie przemawiał. Niechaj będzie to taniec, joga, judo, karate, pływanie, boks, tenis, spacery… Cokolwiek. Znajdź radość w tym, co robisz.

Następnie zdecyduj, ile razy w tygodniu i w jakiej formie będziesz ćwiczyć. Jeśli boisz się, że zabraknie Ci motywacji, poinformuj bliską Ci osobę o swoich planach i poproś o sprawdzanie Twoich postępów (zwłaszcza na początku). Wspaniale sprawdzi się też metoda malowania kwadratów, opisana przez Anię z bloga Ania Maluje [klik!].

Trzeci krok to po prostu ruch. Nie znajduj sobie wymówek czy usprawiedliwień. Trzymaj się planu i ćwicz regularnie. Jeśli po pewnym czasie poczujesz, że wybrana przez Ciebie dyscyplina Ci się znudziła, poszukaj czegoś innego. Na szczęście tego kwiatu jest pół światu i naprawdę jest w czym wybierać 😉

Jak działa to u mnie

W swoim życiu miałam okazję spróbować najprzeróżniejszych form wysiłku fizycznego. Był więc i taniec, i karate, i pływanie (niestety, zakończone fiaskiem, gdyż nadal pływać nie potrafię), joga, aerobic, bieganie… W końcu trafiłam na ćwiczenia, które śmiało mogę Wam polecić i które naprawdę lubię. Są to przede wszystkim rytuały tybetańskie, które warto wykonywać codziennie. Nie zabierają dużo czasu, a przynoszą pozytywne efekty zdrowotne dla naszego kręgosłupa. Pan Jaskiniowy zmotywował mnie także do wykonywania przysiadów. Na początku szły mi one dość opornie, ale teraz robię ich już 130! Ćwiczę w ten sposób regularnie od początku stycznia i moja kondycja zdecydowanie się poprawiła. A lepszy wygląd pośladków to tylko efekt uboczny 🙂 Program, z którego korzystam, znajdziecie [tutaj]. W czasie wykonywania przysiadów zawsze włączam jakiś ciekawy wykład na youtubie, dzięki czemu rozwijam nie tylko ciało, ale i umysł.

Wnioski? Rusz się!

Niestety, w życiu nic samo się nie dzieje. Lenistwa nie pokonamy bezmyślnym wpatrywaniem się w monitor. Nikt inny nie zmotywuje Cię tak skutecznie jak Ty sam! Też kiedyś byłam niezwykle oporna i leniwa, jednak dzięki regularnym ćwiczeniom czuję się zdecydowanie lepiej. Skoro ja dałam radę, Ty też dasz! Wierzę w Ciebie 🙂

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

P.S. Jaka jest Wasza ulubiona forma wysiłku fizycznego? Ruszacie się chętnie, czy macie problemy z zabraniem się do ćwiczeń? Co Was motywuje? Czekam na Wasze opinie! 🙂

A w wolnej chwili zajrzyjcie na Jaskiniowy Facebook!

 

Zagłosuj na Jaskiniową Kuchnię w konkursie Blog Roku 2015!

Uwaga! Głosowanie już się zakończyło! Dziękuję za Wasze wsparcie 🙂

Moi Drodzy Czytelnicy, dziś zwracam się do Was z prośbą o wsparcie. Wystarczy 1,23 zł (z VAT!) i kilka sekund by oddać głos na Jaskiniową Kuchnię w konkursie Blog Roku 2015 w kategorii „Styl Życia”! Pomożecie? 🙂

Kiedy półtora roku temu rozpoczynałam moją działalność blogerską, miałam ogromne poczucie misji. Wierzyłam, że mogę zmotywować innych chorych do zmian i pomóc im odnaleźć ścieżkę do zdrowia. I udało się to lepiej, niż mogłabym zapragnąć! Licznik odwiedzin wczoraj osiągnął wynik 700 000, zaś Jaskiniowy Fanpage liczy ponad 4900 członków! Dziękuję Wam za zainteresowanie i wsparcie! Motywujecie mnie do dalszego tworzenia i rozwoju 🙂

Mam nadzieję, że konkurs Blog Roku 2015 pomoże mi dotrzeć do jeszcze szerszej publiczności i zainspirować nowych czytelników do zmiany stylu życia. Kto wie, może dzięki moim artykułom ktoś w końcu dowie się, że jego problemy zdrowotne były spowodowane przez chorobę Hashimoto? A może część pacjentów postanowi zmienić dietę i dzięki temu poczuje poprawę?

Dzięki Waszemu wsparciu moje blogerskie plany mogą się zrealizować 🙂 Wyślijcie sms o treści F11349 pod numer 7124 (1,23 zł z VAT). W ten sposób pomożecie nie tylko mnie, lecz także podopiecznym fundacji Dziecięca Fantazja! Głosowanie trwa do 1 marca do godziny 12.

P.S. Sms można wysłać tylko raz z danego numeru. Ważne są jedynie smsy wysyłane z numerów należących do polskich operatorów, jeśli więc mieszkacie za granicą – poproście bliskich z Polski o wysłanie smsa w Waszym imieniu 🙂

Trzymajcie się zdrowo i trzymajcie za mnie kciuki,

Wasza Ola

10 faktów, których o mnie nie wiedzieliście

Jaskiniową Kuchnię prowadzę już od niemal półtora roku. W tym czasie zdążyliście poznać moje zdanie na temat diety, choroby Hashimoto, zdrowego stylu życia i suplementacji. Dziś chciałabym pokazać, że za tymi artykułami i przemyśleniami stoi żywy człowiek z krwi i kości. Oto ja – Ola lub Panna Jaskiniowa – autorka bloga Jaskiniowa Kuchnia. Obecnie z grzywką i włosami do ramion. Zawsze bez makijażu i przeważnie uśmiechnięta 🙂

1. Mój ukochany Pan Jaskiniowy ma na imię Marcin

Jesteśmy parą już od pięciu i pół roku. Poznaliśmy się… na ustnej maturze z angielskiego. Nasza historia zdecydowanie zasługuje na opowiedzenie. Wszystko zaczęło się dokładnie 1 września 2007 roku, kiedy rozpoczynałam naukę w liceum. Marcin natychmiast przykuł moją uwagę. Zobaczyłam go już przed wejściem do szkoły i pomyślałam „Ale fajny chłopak!”. Przez trzy lata codziennie mijaliśmy się na korytarzach, tylko raz zamieniając ze sobą kilka zdań. Na szczęście przeznaczenie zawsze znajdzie drogę! Ustną maturę z angielskiego zdawaliśmy podzieleni na małe grupy pięcioosobowe. Pamiętam, że szłam na maturę pełna lęku, z własnoręcznie wykonanymi kolczykami w uszach. Coś kazało mi usiąść obok Marcina, który natychmiast pochwalił moją biżuterię. Komplement bardzo mnie ucieszył i stał się idealnym pretekstem do nawiązania rozmowy. Oboje szybko poczuliśmy, że tak, to TO! I tak już zostało 🙂

Pan Jaskiniowy od samego początku wspierał mnie i motywował przy tworzeniu bloga. Ostatnio jednak postanowiłam zaangażować go trochę bardziej. Efektem jego pracy oraz mojej korekty są dwa artykuły na temat biernej agresji: pierwszy o jej związku z chorobami autoimmunologicznymi [klik!] oraz drugi o metodach radzenia sobie z nią [klik!]. Mam nadzieję, że nasza współpraca w przyszłości okaże się równie owocna 🙂

Zdjęcie z września. Kolejna ciekawostka – noszę okulary. Bez nich wszystko jest za mgłą 🙁

2. Mam starszą siostrę – Karolinę

Karolina jest ode mnie starsza o siedem lat i oczywiście zawsze dysponowała wiedzą i doświadczeniem większymi od moich. Dzięki jej wsparciu i pomocy bardzo dobrze się rozwijałam i nigdy nie miałam problemów w szkole. Co więcej, to właśnie Karolina stała na straży poprawności stylistycznej mojej podstawówkowej twórczości literackiej. Pamiętam, że gdy zaprezentowałam jej jedno z wypracowań, skrytykowała mnie za ciągłe używanie słowa „być”. „Pomyśl”, powiedziała, „jak możesz je zastąpić. Istnieje tylko czasowników: wydawać się, stawać, charakteryzować, odznaczać…”. Dzięki tej krytyce skupiłam się na poszerzaniu mojego słownictwa oraz unikaniu powtórzeń – efekty możecie podziwiać na blogu 🙂 Obecnie Karolina rozwija się naukowo.

3. Ukończyłam dwujęzyczne gimnazjum i liceum z wykładowym językiem niemieckim

Geografia po niemiecku? Chemia po niemiecku? Matematyka po niemiecku?! Tak, Moi Drodzy, to wszystko przerobiłam, i nawet z bardzo pozytywnymi ocenami! Kiedyś uwielbiałam język niemiecki i uczyłam się go niezwykle pilnie (nawet pilniej niż angielskiego!). Po sześciu latach poczułam jednak, że czas odpocząć. Zaczęłam więc studiować filologię hiszpańską, z czego niezmiernie się cieszę. Poznałam piękny język, a do tego miałam okazję zwiedzić pewną część Hiszpanii [klik!]

4. Kiedyś zajmowałam się tworzeniem biżuterii

Od dziecka uwielbiałam realizować się we wszelkiego rodzaju pracach manualnych. Pasjonowało mnie lepienie z modeliny, szydełkowanie, robienie na drutach, wyklejanie, wycinanie, rysowanie, malowanie, decoupage… Na początku studiów zajęłam się produkowaniem biżuterii, wykonanej głównie z modeliny. To zajęcie przynosiło mi wiele satysfakcji i szczęścia. Sprzedawałam nawet swoje wyroby na targach rękodzieła i prowadziłam bloga  poświęconego tej pasji. Niestety, na produkcję znajdowałam coraz mniej czasu, a w pewnym momencie musiałam całkowicie oddać się pisaniu pracy licencjackiej. Obecnie tworzę biżuterię i przedmioty użytkowe na użytek własny oraz moich najbliższych.

.

.

.

.

.

.

.

.

Moje modelinowe dzieła i ulubione motywy: jedzenie i róże. Dobrze, że przynajmniej pierogi i wafelki z modeliny na pewno mi nie zaszkodzą 😀

.

.

.

5. Mam psa – Nelę

Nela pochodzi ze schroniska. Przygarnęliśmy ją, gdy miała około siedmiu miesięcy. Początki naszej znajomości były niezwykle burzliwe – sunia gryzła wszystko, co tylko stanęło na jej drodze, włączając w to właścicieli. Na szczęście szybko dojrzała i obecnie jest absolutnie przecudowna i kochana. Uwielbia wszelkie pieszczoty. Daje nam także mnóstwo radości i powodów do śmiechu: ostatnio chociażby polizała pierniczka, wiszącego na choince. Nie zjadła, tylko polizała. Taka sprytna.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Mój pies – Nela. Jest niezwykle ruchliwa, czego zdjęcia nie oddają 😉

6. Pochodzę z Łodzi

Nie żywię do tego miasta ogromnego sentymentu, ale całkiem dobrze mi się tu żyje. No i mamy w Łodzi wspaniałą grecką restaurację z menu bezglutenowym. Bywam tam całkiem często 🙂

7. Mam słabość do chałwy

Chałwa to jeden z niewielu łakoci na rynku, który zazwyczaj nie jest skażony glutenem ani mlekiem. Mimo to przeraża składem i staram się jej unikać, ale niekiedy pokusa jest silniejsza… Dlatego ostatnio wyprodukowałam domową wersję mojego ulubionego przysmaku. Cukier zastąpiłam miodem i ksylitolem. Efekt był… Cudowny, niebiański i rozpływający się w ustach. Mmm!

 8. Kocham kolor niebieski

Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż moje oczy są właśnie tego koloru. Kiedyś większość  moich ubrań była niebieska, co skutkowało przykrymi scenami w sklepie: koleżanki musiały odciągać mnie od kolejnej błękitnej bluzki… Dziś moja szafa wydaje się bardziej zrównoważona: sporo w niej czerni, czerwieni, szarości i granatu.

W niebieskiej sukience. Obok moje ulubione odcienie niebieskiego i bransoletka-marzenie, którą wykonałam własnoręcznie.

9. Moje ukochane filmy to: „Kochankowie z księżyca”, „To właśnie miłość”, „Źródło” i „Interstellar”

W czasach gimnazjalnych kino było moją ogromną pasją: potrafiłam obejrzeć nawet trzy filmy dziennie, znałam daty wszystkich premier, pamiętałam nieskończoną liczbę reżyserów i ich dzieł. Planowałam nawet zostać w przyszłości krytykiem filmowym. Powoli jednak pasja zaczęła zanikać, a ja postanowiłam poświęcać czas bardziej konstruktywnym zajęciom. Co prawda wciąż lubię obejrzeć czasem coś ciekawego, ale zdarza mi się to bardzo rzadko.

10. Uwielbiam liczbę „10”

Urodziłam się dziesiątego stycznia i dlatego zawsze biorę liczbę „10” za dobrą wróżbę. Wiedziałam, że rok 2010 będzie dla mnie korzystny i rzeczywiście tak się stało – poznałam wówczas mojego ukochanego. Co ciekawe, mam pewną drobną obsesję na punkcie liczb. Uwielbiam sumować i analizować. Wierzę, że poza dziesiątką, szczęście przynoszą mi także siódemka, trzynastka i czternastka. Tak, to głupie, ale tak już mam 😉

Jeszcze jedno zdjęcie z wakacji. Obecnie marzę o założeniu takiej sukienki!

Jeśli mielibyście do mnie jakieś pytania, bardzo chętnie na nie odpowiem 🙂 I oczywiście zapraszam na mojego facebooka [tutaj].

 

Trzymajcie się ciepło,

Wasza Ola

Kolczyki-arbuzy i byle do lata! 😀

Jaskiniowa Kuchnia: zmiany na blogu

Jaskiniowa Kuchnia działa już od niemal roku i pięciu miesięcy. Bloga zakładałam przede wszystkim po to, by znaleźć motywację do nowego stylu życia i by dzielić się z Wami moimi doświadczeniami. Okres blogowania był dla mnie wspaniałą przygodą. Zarówno mój blog, jak i ja sama, bardzo się rozwinęliśmy. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o tym, jak obecnie widzę swoją działalność i jakie aspekty mojej strony chciałabym rozwinąć.

Jaskiniowa Kuchnia miała być blogiem zdrowotno-kulinarnym. Od zawsze uwielbiałam gotować, zaś mój zły stan zdrowia zmusił mnie do poszukiwania zdrowych alternatyw w kuchni i do rezygnacji z glutenu i nabiału. Uznałam, że mój nowy styl życia może okazać się dla kogoś pomocny.

Na początku blog był przede wszystkim kulinarny. Obecnie ta część została mocno zaniedbana i zdaję sobie z tego sprawę. Dzieje się tak z kilku powodów: winę ponosi tu przede wszystkim mój perfekcjonizm. Zawsze wydawało mi się, że moje przepisy nie są idealne, a do tego sieć wręcz pęka w szwach od pomysłów na przeróżne dania… Ponadto martwiła mnie jakość zdjęć – postawiłam sobie poprzeczkę bardzo wysoko i pragnęłam, by fotografie moich dań wyglądały jak te z najlepszych magazynów kulinarnych.

Dlatego stopniowo zaczęłam rozwijać aspekt zdrowotny Jaskiniowej Kuchni. Spotkał się on z dużym zainteresowaniem z Waszej strony i uznałam, że więcej dobrego dla czytelników zrobię pisząc, a nie gotując. Z tego powodu artykuły na temat diety i choroby Hashimoto zaczęły przeważać.

W międzyczasie szukałam coraz to nowych dróg wiodących do zdrowia. Całkiem niedawno doszłam do wniosku, że wszystkie diety oraz suplementy świata nas nie uleczą, jeśli w naszej psychice dzieje się źle… Nieprzerobione lęki z okresu dzieciństwa, niewypowiedziane emocje oraz problemy z poczuciem własnej wartości trzymają nas w okowach choroby. Przestałam się oszukiwać i powróciłam do niełatwej przeszłości. I nagle wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Zrozumiałam, czemu zachorowałam i dlaczego borykam się akurat z Hashimoto.

Co oznacza to wszystko dla przyszłości Jaskiniowej Kuchni? Że będzie jeszcze bardziej zdrowotnie, niż było 🙂  Obecnie jednak chciałabym zająć się zdrowiem w najszerszym tego słowa zakresie: interesuje mnie już nie tylko dieta, lecz także stan naszej psychiki i relacji. Na blogu pojawi się więcej psychologii (czasem poproszę też Pana Jaskiniowego o pomoc – w końcu tę materię studiuje) oraz więcej treści motywujących. Postanowiłam także pisać mniej na tematy stricte zdrowotne – wiem, że brakuje mi fachowej wiedzy i nie chcę, by moje sugestie kogokolwiek skrzywdziły. Dlatego z czystym sumieniem odsyłam Was do dietetyków i lekarzy*, zaś ja zajmę się Waszą motywacją 🙂 Niemal półtora roku blogowania nauczyło mnie, że skupianie się na chorobie jedynie pogarsza nasz stan. Chcę przekazywać Wam radość oraz tworzyć artykuły, które będą Was inspirowały do pozytywnych zmian.

Jaskiniowa Kuchnia będzie więc blogiem zdrowotno-psychologiczno-motywującym. A co z jego częścią kulinarną? Oczywiście co pewien czas będę dzielić się z Wami przepisami. Obecnie uczę się w weekendy w szkole policealnej na kierunku kucharz w nadziei, że moje dania będą coraz smaczniejsze. Zawsze miałam poczucie, że brakuje mi fachowej wiedzy – i dlatego postanowiłam ją zdobyć. W ten sposób rozwijam swoje pasję i będę mogła przedstawiać Wam coraz ciekawsze przepisy.

Na koniec mam do Was prośbę: czy poświęcilibyście chwilę, by wyrazić opinię na temat mojej strony? 🙂 Co podoba Wam się w Jaskiniowej Kuchni? Jakich treści pragnęlibyście widzieć więcej? Z czego powinnam zrezygnować? Czy moja wizja bloga jest dla Was ciekawa? Zachęcam też do krytyki – dzięki niej moja strona będzie stawać się coraz lepsza. Jaskiniowa Kuchnia to miejsce dla Was i pragnę, byście czuli się tutaj jak w domu.

Ściskam Was bardzo mocno,

Wasza Ola

*Oczywiście lekarz lekarzowi nierówny i dlatego polecam pytać np. na grupie wsparcia Hashimoto o polecanych fachowców.

P.S. Dziękuję Wam za wszystkie lajki na facebooku! A jeśli ktoś jeszcze na niego nie trafił, zapraszam [tutaj] 🙂

Niemoc

Czasem człowieka ogrania niemoc. W takich momentach najchętniej owinąłby się kocykiem i zaszył w kącie niczym leniwy kot, byle tylko okres stagnacji minął…

Być może zastanawialiście się, skąd moje blogowe milczenie. Przyczyn jest kilka: przede wszystkim to przedświąteczna gorączka i nawał pracy. Do tego uczę się w weekendy, zaś w tygodniu pracuję. A jakby tego było mało, przeżywałam bardzo burzliwe zawirowania w kwestiach uczuciowych. Na szczęście powoli dochodzę do siebie i wkrótce będą pojawiać się nowe artykuły.

Mam także w planach rozbudowę bloga i szersze spojrzenie na zdrowie: pragnę się zająć także ludzką psychiką. Moje doświadczenia niejednokrotnie mi pokazały, że problemy z emocjami czy z przeszłością znacząco wpływają na stan naszego ciała. Dlatego niepodobna zajmować się zdrowiem bez odniesienia się do świata psychiki.

Trzymajcie się ciepło i do usłyszenia wkrótce 🙂

Wasza Ola

Konkurs: Szczęśliwi mimo choroby!

Wczoraj stała się rzecz niezwykle dla mnie miła: Mój facebookowy fanpage osiągnął 3000 polubień! Dziękuję Wam za tak pozytywny odzew mojej twórczości i za wszystkie ciepłe słowa! Zawsze marzyłam, by coś innym od siebie dać, by jakoś móc pomagać… I moje marzenie się spełnia! 🙂 Z okazji tego radosnego wydarzenia wymyśliłam dla Was konkurs.

Skąd pomysł?

Jestem zdania, że dzięki chorobom możemy dokonać w sobie wielu zmian na lepsze. Mnie samej „przygoda” z Hashimoto bardzo pomogło: zmieniłam dietę oraz tryb życia, a do tego zyskałam mnóstwo optymizmu oraz chęci niesienia pomocy. Jestem też wdzięczna losowi, że przypadło mi w udziale akurat to schorzenie, a nie (odpukać!) coś poważniejszego… Poprzez konkurs chciałabym pokazać, że życie z chorobą wcale nie musi być trudne, a kiedy życie daje nam cytryny – możemy zrobić z nich lemoniadę 🙂

Zasady:

1. Stwórz opowieść nie dłuższą niż 450 słów o tym, jak radzisz sobie na co dzień z chorobą i o rzeczach, które pomagają lub pomogły Ci stawić czoła przeciwnościom losu.

2. Prześlij ją na adres panna.jaskiniowa@gmail.com do 22.11.2015. Temat wiadomości: KONKURS. Proszę o załączanie plików word lub pdf.

3. W jury zasiądę ja oraz Pan Jaskiniowy. Obrady będą trwały do 12.12.2015, zaś ogłoszenie wyników nastąpi 14.12.2015. Uwaga! Jeśli konkurs spotka się z dużym zainteresowaniem z Waszej strony, zastrzegam sobie prawo do przedłużenia czasu jego trwania.

4. Najciekawsze prace zostaną opublikowane na blogu Jaskiniowa Kuchnia. Udział w konkursie oznacza więc automatyczną zgodę na wykorzystanie Waszej opowieści. Historie będą publikowane anonimowo, chyba że autor wyrazi inne życzenie.

Nagrody:

W konkursie przewidziałam trzy wyróżnienia książkowe. Przyznam Wam, że wybór nagród był niezwykle prosty: zdecydowałam się na książki, które odmieniły moje życie i pomogły mi zaakceptować chorobę oraz przestać się martwić błahostkami. Chciałabym zaznaczyć, że każda z nich jest dla mnie tak samo cenna, więc ich przypisanie poszczególnym miejscom w konkursie jest zupełnie przypadkowe.

1. Pierwsze miejsce: Możesz odmienić swoje życie (autor: Louise Hay).

2. Drugie miejsce: Jak przestać się martwić i zacząć żyć (autor: Dale Carnegie).

3. Trzecie miejsce: Miłość, medycyna i cuda (autor: Bernie S Siegel).

Zwycięzcy zostaną powiadomieni o nagrodach drogą mailową i będą proszeni o przekazanie mi swojego adresu. Nagród będą mogli się spodziewać w przeciągu dwóch tygodni. Uwaga! Wysyłki dokonuję tylko na terenie Polski.

Pamiętajcie, że każda osoba, która weźmie udział w konkursie, już jest zwycięzcą: miała siłę stawić czoła chorobie i wygrywa każdego dnia! Choroba nie musi być tragedią, a może stać się szansą. Chciałabym, żeby Wasze opowieści zmotywowały innych i przywróciły im nadzieję. W życiu wiele zależy od nas i od naszego podejścia, a szczęście można w każdej sekundzie.

 

Trzymajcie się zdrowo i zapraszam na mój fanpage [tutaj]!

~ Rzecz o polskich lekarzach ~

 

Motto: „Nikt nigdy nie będzie bardziej zainteresowany twoim zdrowiem umysłowym i fizycznym niż ty sam”.

Nora Gedgaudas, „Pierwotne ciało, pierwotny umysł” (2014), str. 281.

Zawód lekarza jest zdecydowanie jednym z najtrudniejszych, jakie istnieją: sześć lat bardzo wymagających studiów, a później kolejne długie lata specjalizacji… To jednak dopiero początek: życie lekarza pociąga za sobą obowiązek nieustającej edukacji. Żadna gałąź nauki nie rozwija się tak prężnie jak medycyna. A jakby tego było mało, wszyscy doktorzy składają przysięgę, poprzez którą zobowiązują się do przestrzegania surowej etyki swojego zawodu… Dlatego bardzo doceniam lekarzy i szanuję ich wiedzę. Tyle że specjalista specjaliście nierówny…

Poznałam w życiu kilku naprawdę wspaniałych lekarzy. Szkoda, że tak niewielu! Znacznie częściej trafiałam na osoby niemal zupełnie nie zasługujące na to szlachetne miano. Wiele razy doznałam bolesnych skutków ich błędów i zaniedbań, które wpłynęły znacząco na moje zdrowie i życie. Przez długie lata narastała we mnie niechęć do wszystkich osób z tytułem „lek. med.”: nie dość, że lekarze nie potrafili mi pomóc, to niejednokrotnie szkodzili! Na szczęście dziś wykazuję większą wyrozumiałość i zrozumienie. Sądzę, że dojrzałam na tyle, by obiektywnie opisać historię moich chorób. Mam nadzieję, że okaże się ona dla Was użyteczna.

Lekarze pierwszego kontaktu

Lekarze pierwszego kontaktu są zdecydowanie niedoceniani, a przecież tak wiele od nich zależy! Mylnie postawiona diagnoza może kosztować pacjenta wiele cennego czasu i zdrowia.

Obecnie bardzo rzadko korzystam z porad lekarza POZ, gdyż praktycznie nie choruję – z wyjątkiem mojego chronicznego Hashimoto, oczywiście. Nie zawsze jednak tak było. Gdy miałam siedem lat, w mojej szkole zapanowała epidemia świnki. Pewnego poniedziałkowego ranka mama doszukała się u mnie pierwszych niepokojących objawów. Udaliśmy się do pediatry, który świnki nie stwierdził i zalecił powrót do szkoły. Po tygodniu nastąpiły komplikacje: gorączka powyżej 40 stopni, ból głowy… Rodzice zawieźli mnie do szpitala. Była noc i bardzo się bałam. Okazało się, że konieczne jest pobranie płynu mózgowo-rdzeniowego. Krzyczałam i płakałam, aż pielęgniarki musiały mnie znieczulić, by dokonać tego bolesnego zabiegu. Następnego ranka postawiono mi diagnozę: komplikacje po śwince, zapalenie opon mózgowych. Dwa tygodnie przeleżałam w szpitalu. Podobno było ze mną bardzo, bardzo źle.

Choroba pociągnęła za sobą długofalowe skutki. Przerwałam naukę w pierwszej klasie na ponad dwa miesiące, a uczyliśmy się czytania, pisania i liczenia! Powrót do szkoły był niezwykle trudny i stresujący. A jakby tego było mało, zapalenie opon mózgowych znacznie osłabiło moją odporność i zaczęły się nieustające choroby: przeziębienia, angina… Lekarze przepisywali mi coraz to nowsze antybiotyki. Mój stan się pogarszał. W przypływie rozpaczy rodzice zabrali mnie do homeopatki. Dzięki małym kuleczkom wyzdrowiałam w ciągu trzech dni i od tego momentu chorowałam znacznie rzadziej. Niemniej jednak jestem pewna, że zapalenie opon mózgowych oraz ciągłe przeziębienia dały początek mojej chorobie autoimmunologicznej.

Kto wie, może gdyby nie mylna diagnoza pediatry, spokojnie przechorowałabym świnkę i dziś nie pisałabym tego bloga, lub pisałabym z perspektywy osoby zupełnie zdrowej… Niedawno, po wielu latach, dowiedziałam się, że ów pediatra popełnił inne, często niezwykle tragiczne błędy i w końcu pacjenci wymusili przeniesienie go do innej przychodni. Zanim to jednak nastąpiło, doktor K. zdążył jeszcze skierować mnie do endokrynologa. Miałam wtedy około jedenastu lat.

Endokrynolodzy

Endokrynolog dziecięca, która leczyła mnie przez ponad dwa lata, była jasnowidzem. Nie wykonywała mi żadnych badań krwi, a stan mojej tarczycy oceniała na podstawie… dotykania mojej szyi dłońmi. Zapisała mi oczywiście tabletki, które zażywałam niechętnie. Nie czułam się chora, a nikt nie wyjaśnił mi, po co w ogóle mam je przyjmować.

Okres dojrzewania przyniósł zaburzenia hormonalne o nieznanym podłożu. Ponoć wszystko z czasem miało się unormować… Trafiałam na różnych lekarzy. Bardzo żywo pamiętam dość znaną w moim mieście ginekolog-endokrynolog, usiłującą mi wmówić zespół policystycznych jajników. Oczywiście nikt nie zlecił mi dokładnych badań krwi. Co jakiś czas lekarze podwyższali mi dawkę Euthyroxu, który zażywałam z różną regularnością.

W wieku lat 20 udałam się do jednego z najsłynniejszych endokrynologów w moim mieście. Zlecił mi szerszą diagnostykę: przeciwciała anty-TPO i anty-TG. Gdy zobaczyłam rezultat, przeraziłam się. Norma wynosiła 35, a mój wynik oscylował wokół 850! Zaczęłam wtedy czytać na temat Hashimoto, jednak uznałam, że ten problem mnie nie dotyczy. Leczenie się nie zmieniło, wciąż dostawałam tylko Euthyrox, a lekarze nie wydali się przejęci moim rekordowym anty-TPO.

Gdy miałam 22 lata, skierowano mnie na gruntowne badania w szpitalu. Po raz pierwszy w życiu oznaczono mi stężenie witaminy D we krwi! Wynosiło… 12. I to po wakacjach. Do tego oczywiście TSH przekroczyło normę, więc dawka Eythyroxu znów poszła do góry.

Rok później nastąpił u mnie rzut Hashimoto, spowodowany przede wszystkim chronicznym stresem i złą dietą. Nie wiedziałam wówczas, skąd wzięło się moje tragiczne samopoczucie. Odwiedziłam kilku lekarzy, aż w końcu udałam się ponownie do wspomnianego już słynnego profesora. Zdiagnozował u mnie Hashimoto i zalecił podwyższenie dawki syntetycznego hormonu. Uznałam jednak, że to mi nie pomoże i zaczęłam czytać na temat znaczenia diety w chorobach autoimmunologicznych. Opowiadałam Wam już kiedyś o tym – zerknijcie [tutaj] i [tutaj].

Żaden z endokrynologów nigdy nie zalecił mi zmiany sposobu odżywiania. Żaden nie wspomniał o skutkach nietolerancji glutenu i mleka oraz o nieszczelności jelit. Przez dziesięć lat nikt nie zasugerował mi badania przeciwciał. Co ciekawe, leczyłam się zarówno w ramach NFZ-u, jak i prywatnie, i nie zauważyłam dużej różnicy w jakości świadczonych usług – może z wyjątkiem tego, że niektórzy lekarze z niepaństwowych ośrodków bywali bardziej uprzejmi i poświęcali mi nieco więcej uwagi. Obecnie korzystam z usług lekarzy NFZ-u. Niekiedy zlecają mi część badań, więc mogę zaoszczędzić trochę pieniędzy. Niemniej jednak wizyta przypada co pół roku, a ostatnio lekarka zaleciła mi zgłosić się za rok. To chyba dobrze, bo najwidoczniej nie jestem zbyt poważnie chora…

Więcej na temat endokrynologów przeczytacie [tutaj] i [tutaj].

Każdy endokrynolog, którego odwiedziłam, mnie rozczarował. Obyście Wy mieli więcej szczęścia!

Gastrolodzy

Przez większość życia dolegały mi najróżniejsze dolegliwości trawienne: gazy, wzdęcia, zaparcia… Oczywiście w żaden sposób nie wiązałam tego z niedoczynnością tarczycy i (niezdiagnozowanym wówczas) Hashimoto. Uznałam, że tak musi być, że to normalne.

Tuż po maturze postanowiłam zająć się moim problemem. Odwiedziłam trzech gastrologów. Pierwszy z nich zadał mi kilka pytań i natychmiast stwierdził zespół jelita drażliwego. Jasnowidz! Jestem pełna podziwu dla lekarzy, ośmielających się zdiagnozować pacjenta bez kompletu badań… Pan doktor zapisał mi tabletki w cenie trzydziestu złotych za opakowanie. Miałam nadzieję, że przyniosą mi ulgę. Oczywiście nie pomogły.

Kolejny gastrolog powiedział mi, że każdy człowiek produkuje gazy i żebym się nie przejmowała. Hm…

W końcu postanowiłam poszukać pomocy w prywatnej służbie zdrowia. Gdy opowiedziałam lekarzowi o moich problemach z gazami, ten rzekł: „Ma pani problemy z prykaniem?!” i się zaśmiał. Poczułam się upokorzona. Ów gastrolog wykonał mi jeszcze usg jamy brzusznej i oczywiście nie stwierdził żadnych nieprawidłowości.

Zniechęcona, zaprzestałam poszukiwań. I wtedy zdarzył się cud! Rok później udałam się do pewnego gastrologa-endokrynologa, który zalecił mi badanie na pasożyty. Eureka! To pasożyty są przyczyną moich dolegliwości! Po terapii odczułam ulgę, choć i tak nie było jeszcze idealnie. Dopiero zmiana sposobu odżywiania znacząco poprawiła mój stan.

Jestem głęboko zawiedziona gastrologami. Żaden z nich nigdy nie zapytał mnie o dietę, ani nie zalecił jej zmiany. Żaden nie wspomniał o testach na nietolerancje pokarmowe. Żaden nie zastanowił się, czy przypadkiem nie dręczy mnie jakiś pasożyt… Do wszystkiego musiałam dojść sama. Boję się pomyśleć, co dziś działoby się ze mną, gdyby nie moja wrodzona dociekliwość i zainteresowanie własnym zdrowiem…

Soy-whey-protein-diet.jpg

To wprost nie do uwierzenia, że żaden gastrolog nie zasugerował mi diety! A przecież zdrowie zaczyna się od jelit…

Podsumowanie

Sytuacja polskich lekarzy jest beznadziejna. Brakuje pieniędzy na dokładną diagnostykę. Każdemu pacjentowi mogą poświęcić dziesięć, maksymalnie piętnaście minut. Długie godziny spędzają w pracy. A przecież większość z nich ma do wychowania dzieci… I jak tu znaleźć czas na edukację i zagłębianie się w najnowsze badania naukowe?

Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, gdyż zła kondycja polskiej służby zdrowia to problem złożony. Głównym winowajcą jest z całą pewnością system, w którym zupełnie nie dba się o zapobieganie chorobom, przez co później wydatki mnożą się w zastraszającym tempie. Musimy jednak pamiętać, że niedoskonałości systemu nie wyjaśniają niewiedzy lekarzy. Często odnoszę wrażenie, że dość liczna grupa specjalistów zaniedbała naukę, sądząc, że wiedza zdobyta w trakcie studiów w zupełności wystarczy. Boli mnie to jako pacjenta i jako osobę żywo zainteresowaną najnowszymi odkryciami medycznymi. Kolejnym problemem jest bagatelizowanie przez lekarzy znaczenia diety. Czyżbyśmy nagle przestali być tym, co jemy?… Jestem absolutnie pewna, że odpowiedni sposób żywienia wykluczający rafinowany cukier, produkty wysoko przetworzone, tłuszcze trans i (w wielu wypadkach) gluten oraz nabiał może zdziałać cuda.

Każdy z nas popełnia błędy i jest to zupełnie naturalne. Trzeba jednak pamiętać, że pomyłki lekarza niosą ze sobą znacznie poważniejsze konsekwencje niż błędy piekarzy, hydraulików, czy szewców… Zły szewc zniszczy ci tylko buty, natomiast zły lekarz zniszczy ci zdrowie, a nawet życie. Dlatego przestrzegam Was przed zbyt ufnym podejściem do osób legitymujących się tytułem „lek. med.”. W razie jakichkolwiek wątpliwości – skonsultujcie się z innym fachowcem. Internet także może okazać się niezwykle pomocny, chociaż do niektórych porad należy podejść z dużą dozą ostrożności. Mam jednak nadzieję, że blogi takie jak mój pomogą Wam w uzyskaniu diagnozy i stopniowym powracaniu do zdrowia. Ponadto bardzo się cieszę, że pacjenci powoli przejmują inicjatywę i zaczynają upominać się o swoje prawa. Dlatego chętnie dołączyłam się do inicjatywy „Głodni zmian”, dzięki której nasi najmłodsi obywatele mają szansę zyskać bezpłatną opiekę dietetyków [źródło]. Jeśli podoba Wam się ten pomysł, przyłączcie się i podpiszcie petycję [tutaj]! Zajmie to tylko chwilkę!

Trzymajcie się zdrowo!

P.S. Celem powyższego artykułu nie jest zniechęcanie Was do wizyt u lekarzy. Zachęcam jedynie do dociekliwości i poszukiwań.

P.S. 2 A jeśli macie wolną chwilkę, opiszcie historię swojej choroby w komentarzach. Być może Wasze słowa uratują komuś zdrowie lub życie…

~ Targi Healing Diet: Podsumowanie ~

Dokładnie tydzień temu odbyły się Targi Healing Diet – poświęcone diecie paleo oraz chorobom autoimmunologicznym. Miałam ogromną przyjemność oraz zaszczyt w nich uczestniczyć. Dziś, kiedy emocje już opadły, chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami.

Na ponad tydzień przed wydarzeniem zaczęłam zaopatrywać się w platany. Część z nich musiała zżółknąć i dlatego tak ważne było wcześniejsze ich zakupienie. Oczywiście przy okazji zupełnie ogołociłam łódzkiego Selgrossa z tych owoców, ale mam nadzieję, że inni klienci mi to wybaczą 😉

W przeddzień targów zabrałam się za gotowanie. Przygotowywanie potraw dla Was było niezwykłym wyzwaniem! Na początku zabrałam się za stworzenie dań bezjajecznych, by mieć absolutną pewność, że nie będą zawierały śladowych ilości jajek unoszących się w powietrzu 😉 Każdy z produktów przeze mnie użytych był oczywiście w pełni bezglutenowy. Niekiedy znalezienie idealnego składnika nie było łatwe – odwiedziłam trzy łódzkie sklepy ze zdrową żywnością, zanim znalazłam bezglutenową mąkę kokosową!

Pierwsze doświadczenia z mikrofonem: ależ emocje! 🙂

Przygotowania oczywiście nie odbyły się bez drobnych potknięć. Chrupki do zupy musiałam piec trzy razy, zanim wyszły idealne. Nie dopilnowałam ich, zajęta kremem do tarty, i trochę się przypiekły… Niemniej jednak byłam gotowa na błędy. Ba, nawet ich oczekiwałam!

Noc przed targami… Czułam się jak przed maturą. Nie mogłam spać. Na szczęście szybko wstało słońce.

Podróż z Łodzi do Poznania to sama przyjemność – dzięki autostradzie trasę można pokonać w dwie i pół godziny! Niestety, za tę przyjemność trzeba słono zapłacić, no ale kwestie polityczne związane z autostradą wykraczają poza tematykę tego bloga 😉

Warsztaty były całkowicie poświęcone platanom.

Wizyta w Poznaniu bardzo mnie ucieszyła. Przez ostatnie dwa lata studiowałam w tym mieście zaocznie i pokochałam to miejsce! Ba, pokochałam je nawet zanim do niego zawitałam! Jestem zagorzałą czytelniczką powieści Małgorzaty Musierowicz i Poznań zawsze jawił mi się jako cudowna, na poły legendarna kraina. Spacerowanie po ulicach znanych z powieści było cudownym uczuciem! Kiedy po raz pierwszy trafiłam do stolicy Wielkopolski dwa lata temu, czułam się niemal jak w domu. Wiele nazw ulic było dla mnie znajomych i bez trudu mogłam sobie wyobrazić, jak spacerują nimi bohaterowie Jeżycjady…

Byłam pewna, że skoro targi odbywają się w moim ukochanym Poznaniu, wszystko musi wypaść dobrze. Myślę, że zaprezentowałam się całkiem nieźle, a był to mój debiut! Największym wyzwaniem było dla mnie zdecydowanie zapanowanie nad stresem, zwłaszcza gdy na scenie nie wszystko układało się po mojej myśli… Mam jednak nadzieję, że mój warsztat okazał się dla Was interesujący i że czujecie się zmotywowani do używania platanów w kuchni 🙂 Liczę też, że będzie mi dane w przyszłości coś jeszcze dla Was ugotować i że uda mi się rozwijać moje zdolności kulinarno-estradowe.

Kręcę makaron z cukinii. Spiromat to genialna maszyna!

.

Z zeszłotygodniowych targów mogę wyciągnąć kilka wniosków. Być może i Wam się kiedyś przydadzą te wskazówki:

1. Na dużych imprezach nie gotuj zupy, chyba że kuchenka jest sprawdzona i ma dużą moc. Inaczej warzywa nie zdążą się dogotować.

2. Na wszelki wypadek używaj własnego blendera.

3. Postaw kogoś znajomego na scenie, by pilnował składników. W przeciwnym razie coś może zaginąć.

.

W czasie pokazu przygotowałam dla Was trzy potrawy: zupę-krem z selera i kalafiora; spaghetti z cukinii i marchwi z platanowymi talarkami; placuszki z platanów. Wszystkie dania były zgodne z zasadami protokołu autoimmunologicznego, a zatem nie zawierały glutenu, ziaren, jajek, mleka, orzechów…

Po pokazie mieliście okazję spróbować innych dań – prawie wszystkie były przygotowane z platanów. Zaserwowałam Wam: tartę cytrynową [przepis], kremową tartę z kalafiora [przepis], karobowe ciasteczka z marcepanowym kremem, kuleczki marcepanowe, platanowe ciasteczka bez cukru [przepis], waniliową babkę z platanów [przepis] oraz naleśniki platanowe z mąki kasztanowej – bez cukru. Mam nadzieję, że dania przypadły Wam do gustu 🙂

Degustacja. Ponoć było bardzo smacznie 🙂

Wiem, że pewne rzeczy mogłam zrobić lepiej. Niemniej jednak targi były dla mnie doskonałą okazją, by trochę powalczyć z moim perfekcjonizmem i ze stresem. W zeszłym tygodniu w Poznaniu wydarzyło się wiele pięknych rzeczy: poznałam naprawdę cudownych ludzi – Kasię z bloga Cook It Lean, Monikę z Paleo Strefy i Pawła z bloga Paleo Dla Opornych (chociaż Paweł uparcie powtarza, że blogerem nie jest – i rozumiem jego punkt widzenia). Miałam też okazję porozmawiać z Wami, moimi czytelnikami. Dziękuję Wam za obecność! Chciałabym też podziękować recenzentowi mojej pracy magisterskiej, który również przybył mnie wspierać. To było dla mnie niezwykle ważne. Jestem też wdzięczna mojej rodzinie za pomoc, a Panu Jaskiniowemu za robienie zdjęć. Wiem, jak bardzo tego nie lubi. W naszym związku to ja jestem stroną fotografującą – zdaniem Pana Jaskiniowego zachowuję się czasem jak japoński turysta 😉

A jak Wy oceniacie targi? Co Wam się podobało, a co zasługuje na krytykę? Będę wdzięczna za komentarze 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Razem z Kasią i Pawłem. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze niejedną okazję, by się spotkać!