Hashimoto i choroby autoimmunologiczne a osobowość

Ludzka złożoność nie przestaje mnie zachwycać i zaskakiwać. Nie dość, że posiadamy cudowne ciała składające się z miliardów komórek, to na dodatek w każdym z nas kryje się potężny umysł, którego sekrety wciąż jeszcze zostały niezbadane… Wielu z nas czuje w sobie także obecność czegoś więcej – duszy, będącej źródłem naszych marzeń i chęci do życia. Te trzy elementy działają jak naczynia połączone, których wzajemny wpływ wciąż jeszcze nie został dobrze poznany. Wiemy jednak, że każde uszkodzenie ciała wpływa na stan naszej psychiki i nastroju – trudno być szczęśliwym, gdy męczy nas migrena czy kiedy zranimy się w palec. Mechanizm ten działa oczywiście także w odwrotny sposób – niejednokrotnie z powodu stresu czy strachu zaczyna boleć nas brzuch lub głowa. Czy nasze emocje i cechy osobowości mogą jednak prowadzić do pojawienia się chorób chronicznych takich jak Hashimoto lub inne schorzenia autoagresywne? A może to pojawienie się tych chorób zmienia nasz sposób widzenia świata?…

Depresja, fochy i smuteczki

Kilka miesięcy temu zajęłam się przeanalizowaniem związku zapalenia tarczycy Hashimoto z depresją. Badania, na które się natknęłam, pokazywały, iż osoby cierpiące na Hashimoto z wynikiem TSH mieszczącym się w normie, jednak z obecnymi przeciwciałami wykazywały znacząco wyższą podatność na depresję, zaburzenia lękowe i zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne niż osoby zdrowe [źródło]. Ostatnio związkowi depresji z Hashimoto poświęcono fragment programu Pytanie na Śniadanie, w którym miałam zaszczyt wystąpić 🙂 Zainteresowanych odsyłam [tutaj].

W przypadku chorób autoagresywnych pacjenci mogą mieć także problemy z tak zwaną „bierną agresją”, czyli nieumiejętnością dzielenia się ze światem swoimi uczuciami (w zeszłym roku ukazał się na blogu cykl artykułów poświęconych temu tematowi autorstwa Pana Jaskiniowego – zerknijcie tutaj, tu i tutaj). Moje dotychczasowe doświadczenia z Panem Hashimoto pozwoliły mi jednak przypuszczać, że te problemy to tylko wierzchołek góry lodowej.

Całkiem niedawno udało mi się trafić na niezwykle ciekawy artykuł autorstwa Britt z bloga Instinctual Wellbeing. Podobnie jak wielu z nas, ma ona osobiste doświadczenia z chorobami autoimmunologicznymi oraz jest członkinią kilku grup wsparcia (a jedną z nich nawet sama prowadzi). Wielomiesięczne obserwacje siebie i innych pacjentów pozwoliły jej na sformułowanie teorii łączącej schorzenia autoagresywne z pewnymi cechami osobowości. Oczywiście hipoteza ta nie znajduje na razie naukowego potwierdzenia – wydała mi się jednak na tyle ciekawa i bliska mojemu życiu, że postanowiłam się nią z czytelnikami Jaskiniowej Kuchni podzielić.

Choroby autoimmunologiczne a osobowość

Zdaniem Britt (z którą całkowicie się zgadzam) osoby cierpiące na schorzenia autoimmunologiczne mogą charakteryzować się poniższymi cechami:

  1. Tendencje perfekcjonistyczne;
  2. Niezwykła wrażliwość;
  3. Zachowawczość i niechęć do podejmowania ryzyka;
  4. Zwykle posiadają osobowość typu A, charakteryzującą się wysokim poziomem stresu, wywołanym presją czasu, tendencją do zachowań rywalizacyjnych, wysokim poziomem ambicji, agresywnością i wrogością wobec innych;
  5. Nieustanny lęk przed zawiedzeniem innych lub popełnieniem błędu;
  6. Tendencje do introwersji;
  7. Przesadna ambicja;
  8. Problemy z mówieniem „nie”;
  9. Są bardzo krytyczni wobec siebie samych; zmuszają się do pracy chcąc spełnić swoje własne wysokie oczekiwania;
  10. Niechęć do pokazania, kim naprawdę są; mają problemy z otwieraniem się przed ludźmi;
  11. Skłonności do niepokoju i zamartwiania się;
  12. Skłonności do większej otwartości na alternatywne i duchowe metody leczenia;
  13. Nie lubią tracić kontroli nad sytuacją;
  14. Spędzili większość swojego życia czując, że „nie do końca pasują” lub czując się niezrozumiani przez innych;
  15. Mieli okazję doświadczyć pewnej traumy lub ich dzieciństwo było traumatyczne.

Kiedy przeanalizowałam wszystkie te cechy i wzięłam pod uwagę również te, które udało mi się już przepracować,  zdobyłam w tym teście aż 12 punktów na 15. A jaki jest Wasz wynik?

Jak nie kopać leżącego?

W przypadku chorób z autoagresji bardzo ważne jest, by minimalizować nie tylko produkcję „fizycznych” przeciwciał (co często skutecznie osiąga się np. poprzez stosowanie odpowiedniej diety), lecz także zapobiegać autoagresji psychicznej. Niezwykle trafnie pisze o tym Kala Bochenek, coach i psycholog, na swoim blogu Holistyczne leczenie Hashimoto (niestety od dwóch lat nie pojawiają się nowe wpisy). Jej zdaniem atakowanie samego siebie poprzez nieustanne agresywne myśli może jedynie pogorszyć nasz stan. Dlatego warto obserwować swoje zachowanie oraz być szczególnie wyczulonym na poniższe nawyki:

•    potępianie i krytykowanie samego siebie oraz poczucie winy (np. z powodu choroby)
•    nadmierne wymagania wobec samego siebie (perfekcjonizm, presja na doskonałość, brak przyzwolenia na własne niedoskonałości i błędy)
•    ciągłe  zamartwianie się (chorobą i innymi rzeczami)
•    zadręczanie się myśleniem o tym, czego nie możemy robić, a kiedyś robiliśmy oraz tym, co funkcjonuje „gorzej” w naszym życiu
•    wymuszanie na sobie czegoś, z czym ciało nie daje sobie obecnie rady
•    rozpaczliwe próby natychmiastowej poprawy samopoczucia, aby jak najszybciej „pozbyć się” przykrych objawów
•    ignorowanie własnych potrzeb i stawianie potrzeb innych ludzi na pierwszym miejscu
•    angażowanie się w takie relacje i działania, które pozbawiają nas sił
•    nieumiejętność stawiania ludziom zdrowych granic

[Źródło]

Brzmi znajomo? Być może niektóre z tych nawyków towarzyszą Wam od wielu lat, wywierając negatywny wpływ na Wasze zdrowie. Najrozsądniej byłoby oczywiście zastąpić te niekorzystne myśli zachowaniami pozytywnymi, ale nie zawsze okazuje się to proste, zwłaszcza jeśli zmartwienia i autokrytyka towarzyszyły nam przez wiele lat.

Dlaczego tak łatwo nam kopać leżącego? Zamiast krytykować – spróbujmy okazać sobie samym trochę miłości.

U źródeł problemu

Jestem przekonana, że istnieje związek między pewnymi cechami osobowości a występowaniem choroby Hashimoto i innych schorzeń autoagresywnych. Wciąż jednak nie wiadomo, czy to cechy takie jak perfekcjonizm, wrażliwość czy skłonność do zmartwień predysponują nas do zapadnięcia na Hashimoto (lub inną chorobę autoimmunologiczną), czy może wraz z pojawieniem się choroby zmienia się nasza osobowość. Ciekawi mnie także, jaki odsetek chorych ma problemy z cechami osobowości i zachowaniami wymienionymi przez Britt i Kalę Bochenek. Dlatego apeluję: studenci psychologii, ręce do pracy! Osób diagnozowanych w kierunku Hashimoto i innych schorzeń autoagresywnych jest coraz więcej i warto zbadać psychiczne podłoże tej choroby.

Zanim jednak pojawią się dokładne badania naukowe, jak mamy radzić sobie my, pacjenci? Wiem z doświadczenia, że w przypadku nieradzenia sobie z emocjami najefektywniejsze będzie udanie się po pomoc do specjalisty. Warto wybrać terapeutę pracującego w nurcie terapii poznawczo – behawioralnej, dzięki któremu będziemy mogli okiełznać niekorzystne myśli, emocje i zachowania. Niestety, terapia jest dość kosztowna i nie każdego na nią stać. Warto jednak pamiętać, że spotkania nie muszą odbywać się co tydzień. Ponadto istnieje możliwość podjęcia tańszej terapii grupowej.

Możesz się zastanawiać: Czy to naprawdę konieczne?… A czy czujesz się dobrze z samą sobą? Czy nie gnębią Cię natrętne myśli, których wolałabyś się pozbyć?… Czy masz dość perfekcjonizmu, skutecznie utrudniającego Ci życie?

Jeśli czujesz, że czas na zmiany, terapia może być dla Ciebie najlepszą decyzją. Przecież będziesz żyć z samą sobą jeszcze wiele długich lat, więc warto zadbać o to, by wzajemne relacje psychiki i ciała były jak najlepsze 🙂

(A jeśli naprawdę nie jesteś w stanie pozwolić sobie na wizytę u specjalisty, zajrzyj do tego artykułu. Zebrałam w nim wiele użytecznych informacji, jak pomóc sobie samemu wyjść na prostą).

Kiedy boli nas brzuch czy gnębi przeziębienie – udajemy się do specjalisty. Kiedy mamy problemy z emocjami – również powinniśmy udać się do specjalisty!

Czy to aby na pewno wina Hashimoto?

Wiem, że życie z osobą chorobą na Hashimoto nie jest usłane różami. Najprzeróżniejsze dolegliwości fizyczne (ciągłe uczucie zimna, tycie, wypadanie włosów, zmęczenie… i wiele innych) często spotykają się z niezrozumieniem otoczenia. Do tego nierzadko dochodzą objawy ze strony psychiki, takie jak drażliwość, skłonność do wybuchów czy ciągłe zamartwianie się. Pamiętajmy, że nieleczona lub leczona niewłaściwie niedoczynność tarczycy (która najczęściej idzie w parze z Hashimoto) może zamienić życie chorego i jego rodziny w koszmar. [Tutaj] znajdziecie świetnie napisaną historię o tym, jak także życie może wyglądać.

Niestety, czasem mimo leczenia uciążliwe objawy nie znikają. Wtedy najbliżsi pacjenta (oraz on sam) mogą nieustannie zadawać sobie pytanie: Czy to wina choroby? A może ta osoba już taka jest, taki ma charakter?… Próżno szukać odpowiedzi.

Nie da się oddzielić pacjenta od choroby. Dlatego też należy patrzeć na każdego człowieka holistycznie, wraz z jego wszystkimi zaletami, wadami i schorzeniami. Szukajmy pomocy, konsultujmy się ze specjalistami. I nie poddawajmy się! Łatwo powiedzieć „To wina Hashimoto”, ale przecież to nie rozwiązuje naszych problemów. Śmiało, do dzieła! Masz problemy z nerwowością? Zacznij medytować, ćwiczyć jogę, głęboko oddychać. Męczy Cię perfekcjonizm? Poszukaj książek, które pomogą Ci go okiełznać lub wybierz się na terapię. Nieustannie czujesz się zmęczona? Wykonaj odpowiednie badania, zapytaj lekarza o suplementację, zacznij uprawiać sport. Nie ma znaczenia, czy Twoje problemy są spowodowane chorobą Hashimoto, liczy się to, czy szukasz rozwiązań! 🙂

(W nawiasie pozwolę sobie jeszcze dodać, że część chorych jest skłonna oskarżać Hashimoto prawie o wszystko, co ich spotyka. Kochani, nie tędy droga! Nie pozwólcie, by choroba odebrała Wam życie – przecież ciągle macie w nim coś do powiedzenia).

Hashimoto a osobowość – czy da się wyjść na prostą?

Spędziłam ponad dziesięć lat życia nie wiedząc, że cierpię na Hashimoto (zyskałam jedynie diagnozę niedoczynności, a leczenie było dobrane niewłaściwie). W tym czasie dręczył mnie perfekcjonizm, bardzo często się zamartwiałam, czułam się gorsza i nieadekwatna. Dziś może nie jest idealnie, bo zdarzają mi się gorsze dni*, ale dzięki wytrwałości i wsparciu terapeuty udało mi się wyjść na prostą – akceptuję siebie i skupiam się na radosnych aspektach mojego życia. Ba, nawet nękającą mnie chorobę Hashimoto przekułam w coś bardzo pozytywnego – czyli ten blog 🙂

(*Jednak staram się nimi nie przejmować, bo przecież każdy ma gorsze dni).

Co ciekawe, zmiany, które we mnie zaszły, można wyjaśnić naukowo. Części mózgu odpowiadające za osobowość chmurną i pogodną (czyli za optymizm i pesymizm) należą do jednych z najbardziej plastycznych. „Drobne poprawki sposobu postrzegania świata – uprzedzeń i upodobań umysłu – potrafią wpłynąć na budowę połączeń nerwowych w mózgu i skłonić nas ku bardziej optymistycznemu lub pesymistycznemu nastawieniu. Poprzez zmianę sposobu, w jaki nasz mózg reaguje na wyzwania i radości, możemy zmienić samych siebie” (str. 15; Elaine Fox: Między pesymizmem a optymizmem. Szczęście w rozumie).

W jakiej więc sytuacji byś się nie znajdowała – zawsze znajdzie się wyjście. Najważniejsze to się nie poddawać i z nadzieją patrzeć w przyszłość. Życie mamy tylko jedno i nie można pozwolić, by pan Hashimoto przejął nad nim kontrolę.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

P.S. Wiem, że ostatnio bardzo mnie mało na blogu. W przyszłym roku planujemy z Panem Jaskiniowym się pobrać i dlatego poświęciłam się obecnie przede wszystkim pracy – pieniążki same się nie zarobią. Ale kiedy już nam się uda ustatkować, mam nadzieję poświęcić blogowi duuuużo czasu, by nadrobić wszystkie zaległości 🙂

Protokół autoimmunologiczny – poradnik dla początkujących

Ilość pacjentów, u których diagnozuje się celiakię, reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń czy przede wszystkim Hashimoto, rośnie lawinowo. Choroby autoimmunologiczne wciąż stanowią zagadkę dla lekarzy: o ich przyczynach i przebiegu wiadomo całkiem dużo, lecz mimo to leczenie często okazuje się nieskuteczne. Dlatego coraz szersze grono specjalistów proponuje alternatywne spojrzenie na schorzenia z tej grupy: wierzą oni, że dzięki odpowiedniej diecie, suplementacji i zmianom w trybie życia pacjenta można znacząco poprawić jego stan, a nawet osiągnąć remisję. Czy rzeczywiście jest to możliwe?

Protokół autoimmunologiczny to dieta, której założenia najpełniej opracowała dr Sarah Ballantyne. Kuracja polega na wykluczeniu na okres co najmniej miesiąca pokarmów, które mogą wywoływać reakcję naszego układu odpornościowego, takich jak: wszystkie ziarna, nabiał, orzechy i pestki, rośliny psiankowate… (więcej szczegółów tutaj). Po tym czasie próbujemy po kolei wprowadzać wykluczone produkty i bacznie obserwujemy reakcje naszego organizmu po ich spożyciu (źródło). Oczywiście dieta ta wzbudza wiele kontrowersji i wątpliwości. Bazując na moich doświadczeniach w dzisiejszym artykule spróbuję rozwiać niektóre z nich.

1. Czy każda osoba cierpiąca na którąś z chorób autoimmunologicznych powinna przejść  na protokół?

Nie, oczywiście. Decyzja o rozpoczęciu diety to kwestia indywidualna. Moim zdaniem protokół to rozwiązanie ostateczne, które powinno zostać wdrożone, gdy wszystko inne zawiodło. U części chorych samo odrzucenie glutenu i nabiału wystarcza, by odczuć znaczącą poprawę i uciekanie się do protokołu nie jest konieczne… Najlepiej oczywiście kierować się zaleceniami lekarza i dietetyka, którzy zadecydują, czy protokół jest niezbędny w naszym wypadku.

2. Czy protokół autoimmunologiczny to jedyna opcja dla chorych?

Nie. Istnieje wiele diet, które mogą znacząco poprawić stan chorego. Mimo pewnych różnic, wszystkie zakładają eliminację produktów przetworzonych, rafinowanych i pełnych konserwantów. Ponadto zaleca się unikanie glutenu, nabiału i najczęściej zbóż. Przykładami diet, które mogą pomóc w przypadku chorób autoimmunologicznych oraz wielu innych schorzeń (np. cukrzycy) są:

W wielu wypadkach protokół jest w stanie zdziałać cuda. Czasem jednak organizm potrzebuje innego podejścia dietetycznego… Niejednokrotnie czytałam opowieści pacjentów, którym protokół autoimmunologiczny nie pomógł i którym ulgę przyniosła dopiero Dieta dr Dąbrowskiej. Należy także pamiętać, że wiedza na temat chorób autoimmunologicznych nieustannie ewoluuje, pojawiają się kolejne odkrycia, pozwalające na tworzenie coraz trafniejszych zaleceń dla pacjentów.

3. Kiedy zdecydować się na protokół autoimmunologiczny?

Osoby cierpiące na Hashimoto lub inne schorzenia z autoagresji najczęściej decydują się na zmianę sposobu odżywiania, gdy konwencjonalne leczenie nie pomaga. Jeśli wciąż czujesz się osłabiony, niewyspany, cierpisz na problemy trawienne i gnębią Cię depresyjne myśli – protokół może być dla Ciebie najlepszym rozwiązaniem. Od czego jednak zacząć?

Idealne wydawałoby się wykonanie na początek testu na nietolerancje pokarmowe i dostosowanie diety do jej wyników. Wiem, że takie testy wzbudzają wiele kontrowersji i część specjalistów podważa ich wiarygodność. Doświadczenia pacjentów również znacząco się różnią: u części osób otrzymane wyniki potwierdzają reakcje zaobserwowane wcześniej, zaś u innych taki test nie wykazuje niemal żadnych nietolerancji. Jeśli z jakiegoś powodu chciałbyś uniknąć poddania się takiemu badaniu, warto pamiętać, że dla większości pacjentów najbardziej problematyczne okazują się gluten i nabiał, trochę rzadziej jajka, zboża bezglutenowe, soja czy owoce morza.

Zanim jednak zdecydujesz się na na jakąkolwiek interwencję dietetyczną, koniecznie wykonaj badania, które pozwolą odpowiednio zaplanować dietę. Będą to więc: morfologia, krzywa cukrowa i insulinowa (pomaga wykryć insulinooporność i cukrzycę), badania ferrytyny, żelaza, witaminy D (metabolit 25 OH), witaminy B12, trójki tarczycowej (tsh, ft3, ft4)… Warto też przebadać się pod kątem występowania pasożytów i bakterii, np. lamblii, glisty ludzkiej czy yersinii. Dla części chorych wskazane byłoby także wykonanie badań w kierunku celiakii.

Gdy już otrzymamy wyniki, może się okazać, że przyczyna naszego złego samopoczucia leży na przykład w insulinooporności lub niedoborze witaminy D (co najczęściej oznacza także niedostatki magnezu) i zastosowanie diety tak rygorystycznej jak protokół autoimmunologiczny nie będzie konieczne.

Korzystajmy ze słońca ile się da 🙂 Chociaż pamiętajmy, że niestety u niektórych pacjentów to za mało i nawet po wakacjach notują oni niedobory witaminy D.

4. Czy protokół można stosować bez konsultacji z lekarzem lub dietetykiem?

Teoretycznie tak. Istnieje bardzo dużo wartościowych źródeł w języku angielskim, które pomagają prawidłowo zorganizować ten model żywienia. Należy jednak pamiętać, że zawsze niesie to ze sobą pewne ryzyko, gdyż, jakby nie patrzeć, eksperymentujemy z własnym ciałem i zdrowiem. Trzeba spędzić wiele naprawdę długich godzin na gromadzeniu informacji, by sobie nie zaszkodzić. Kiedy ja przeprowadzałam protokół, wiedza na jego temat dopiero raczkowała w naszym kraju i trudno było znaleźć specjalistę, u którego można by dokonać konsultacji. Dziś na szczęście łatwo znaleźć wielu wspaniałych dietetyków i lekarzy, potrafiących dostosować protokół do naszych potrzeb i zlecających odpowiednie badania. Ich nazwiska znajdziecie [tutaj].

5. Czy protokół to dieta na całe życie?

Nie. Stosujemy go tylko przez pewien okres czasu – najczęściej zalecane są trzy miesiące, ale dietetyk może zadecydować o przedłużeniu diety.

6. Czy rozpoczynając protokół powinno się zrezygnować z dotychczas stosowanego leczenia?

Nie. Nasz organizm potrzebuje czasu na regenerację. Siniaki nie znikają w jeden dzień – stanu zapalnego gnębiącego nasze ciało także nie ugasimy po tygodniu diety. Dlatego nie wolno nam rezygnować z dotychczas stosowanych leków, takich jak na przykład syntetyczny hormon tarczycy. Oczywiście może się okazać, że po pewnym czasie konieczne będzie zmniejszenie dawki lub całkowita rezygnacja z leku, jednak o tym zadecyduje lekarz.

7. Czy możliwe jest przeprowadzenie protokołu bez suplementów diety?

Teoretycznie tak. W założeniu protokół obfituje w wartości odżywcze, które mają wyprowadzić organizm na prostą. Niemniej jednak proces ten najczęściej zajmuje dużo czasu i dlatego odpowiednio dobrana suplementacja może znacząco przyspieszyć regenerację.

Zdecydowanie odradzam samodzielne dobieranie preparatów, oczywiście o ile nie mamy wykształcenia medycznego. Nie chcemy przecież zaburzyć już i tak zaburzonego funkcjonowania organizmu… Nawet zbyt duże dawki witaminy D mogą okazać się szkodliwe [źródło, źródło]. Dlatego w kwestii suplementacji udajmy się do specjalisty, który odpowiednio nas poprowadzi.

Więcej na temat suplementów diety przeczytacie w jednym z moich poprzednich artykułów [tutaj].

8. Jak najlepiej przygotować się do protokołu?

Warto działać stopniowo i po kolei wykluczać problematyczne dla nas pokarmy. Dzięki temu nasze ciało przyzwyczai się do zmiany diety, a i my nauczymy się, czego unikać. Oczywiście będzie to także ulgą dla psychiki – rezygnacja z większości pokarmów spożywanych do tej pory to duże wyzwanie i należy działać powoli, z rozwagą.

Bardzo ważne jest także opracowanie planu posiłków i znalezienie odpowiednich przepisów. Jeśli możesz, spróbuj nawiązać kontakt z okolicznymi rolnikami lub kolektywą spożywczą, by zapewnić sobie dostęp do warzyw i mięsa dobrej jakości.

Przed rozpoczęciem protokołu warto „uzbroić się” w potrzebną wiedzę. Kiedy wiemy, czego unikać, będzie łatwiej nam przeprowadzić dietę. Mały test: pamiętacie, które z produktów pokazanych na zdjęciu są niedozwolone na protokole? 🙂

9. Czy da się pogodzić protokół z życiem zawodowym i rodzinnym?

Może być to trudne, ale dla chcącego nic trudnego 🙂 Oczywiście ta dieta niesie ze sobą konieczność spędzania większej ilości czasu przy przygotowywaniu posiłków, ale przy odpowiednim rozplanowaniu posiłków trzy miesiące upłyną bardzo szybko.

Warto pamiętać, że sukces protokołu zależy w dużej mierze od wsparcia najbliższych. Wyjaśnij rodzinie i przyjaciołom, że ta dieta to dla ciebie ogromna szansa i wierzysz w jej pozytywne działanie. Dlatego nie będzie żadnych wyjątków: ani kawałku tortu na urodzinach babci, ani wypadu na pizzę z przyjaciółmi. Niestety, nasze postanowienie zmiany diety może się spotkać z niezrozumieniem otoczenia. To boli, gdy najbliżsi podważają sens podjętej przez nas decyzji. W takich sytuacjach warto uciąć dyskusję krótkim: „Czułam się bardzo źle, a ta dieta mi pomaga”. Kluczowa jest tutaj asertywność.

10. Czy protokół autoimmunologiczny oznacza tylko zmianę diety?

Protokół (i każda dieta, którą zdecydujemy się zastosować) niesie ze sobą konieczność zmiany stylu życia. Niezwykle ważna jest oczywiście odpowiednia dieta, ale bez zniwelowania innych czynników wzmagających stan zapalny niemożliwy okaże się powrót do zdrowia. Dlatego ograniczmy źródła stresu i zadbajmy o jakość snu. Unikajmy w miarę możliwości toksyn i konserwantów i dokładnie analizujmy składy używanych przez nas kosmetyków. Warto także rozważyć psychoterapię – choroby autoimmunologiczne mogą wiązać się z nierozwiązanymi i nieustannie nas gnębiącymi problemami z przeszłości. Więcej na ten temat przeczytacie [tutaj].

11. Na protokole poczułam się gorzej niż przed nim. Co robię źle?

Podstawowe błędy popełniane na protokole autoimmunologicznym to nadmierne ograniczenie podaży kalorii oraz węglowodanów (co może okazać się problematyczne zwłaszcza u osób cierpiących na niedoczynność tarczycy). Więcej o błędach popełnianych na protokole autoimmunologicznych przeczytacie [tutaj]. Warto także wysłuchać materiału Iwony Wierzbickiej na Youtubie [klik!].

***

Mimo że protokół stanowi skuteczną alternatywę w przypadku chorób autoimmunologicznych, należy pamiętać, iż nie sprawdzi się u każdego pacjenta. Ludzki organizm jest niezwykle złożony, a zdrowie to wypadkowa bardzo wielu czynników… Warto jednak próbować i, co najważniejsze, nie poddawać się! Wiem, że kiedy czujemy się fatalnie i wszystko wokół wydaje się pozbawione nadziei, wiara w powodzenie diety może okazać się zbawienna. 

Nie zapominajmy także, że nasza wiedza o funkcjonowaniu organizmu cały czas się pogłębia. Dlatego najpewniej i zalecenia dla pacjentów cierpiących na choroby autoimmunologiczne będą się zmieniać. Obecnie jednym z najświeższych doniesień jest wspomniana przez Monikę Skuzę (Tłuste Życie) dieta Instytutu Funkcjonalnej Medycyny w USA, która polega na eliminacji zbóż zawierających gluten, kukurydzy, wołowiny i wieprzowiny, owoców morza, soi, pomarańczy, orzeszków ziemnych, przetworzonych cukrów, nabiału oraz jajek. Podobno te zalecenia okazują się skuteczne u 80% pacjentów.

Na chwilę obecną jedno pozostaje pewne: zmiana diety* działa. Jesteśmy tym, co jemy, a także tym, co strawimy i przyswoimy. I cieszę się, że takie spojrzenie na choroby autoimmunologiczne spotyka się z coraz większym zainteresowaniem lekarzy i pacjentów. Oby tak dalej!

*Oczywiście zmiana diety musi być połączona z odpowiednimi modyfikacjami stylu życia.

https://dysk.onet.pl/api/manager/?thumbnail&link=UlTMR&id=112557f9e6c5d808bade51419d1af411&size=FU części pacjentów protokół okaże się skuteczny, inni poczują się rozczarowani. Każdy z nas jest inny i nasze organizmy mogą różnie reagować na te same zalecenia dietetyczne.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat protokołu i chorób autoimmunologicznych, koniecznie odwiedźcie te strony:

Po przepisy zgodne z dietą paleo i protokołem sięgnijcie do:

Polecam Wam także bardzo wartościowe źródła w języku angielskim:

Jeśli znacie inne ciekawe strony, dajcie znać w komentarzach 🙂

A tymczasem trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku,

Wasza Ola 

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂 I oczywiście zachęcam Was do korzystania z usług profesjonalistów – lekarzy i dietetyków. Nigdy nie rezygnujcie też z dokładnych badań!

Zdjęcia pochodzą ze strony www.pexels.com

Życie z niezdiagnozowanym Hashimoto


Czy trudno żyć z Hashimoto? I tak, i nie. Część pacjentów praktycznie nie odczuwa związanych z tym schorzeniem objawów, zaś inni nieustannie skarżą się na zmęczenie, poczucie zimna, problemy z wagą… Hashimoto jest chorobą o wielu obliczach, nie zawsze dającą się łatwo okiełznać. Można jednak wyróżnić jeden kluczowy czynnik, który znacząco oddziałuje na intensywność i ilość odczuwanych przez pacjenta symptomów: to czas wykrycia choroby. Niezliczona ilość osób przez długie lata może nieść na swoich barkach Pana Hashimoto – bardzo uciążliwego pasażera na gapę, którego obecności jest zupełnie nieświadoma.

Niedoczynność tarczycy i jej skutki

Hashimoto należy do grupy chorób z autoagresji: w pewnym momencie organizm zaczyna produkować przeciwciała, skierowane przede wszystkim wobec komórek tarczycy. W ten sposób zaczyna się niszczenie gruczołu, co najczęściej prowadzi do jego niedoczynności.

Intensywność procesu zapalnego może być wysoce zróżnicowana. Rozwój schorzenia będzie inaczej postępował u każdego z pacjentów, zależnie od czynników takich jak: stres, dieta, wysiłek fizyczny, przyjmowane leki (np. antybiotyki), nastawienie do życia… Niekiedy atak może być szybki i towarzyszyć mu będą liczne i mocno odczuwalne symptomy. W innych wypadkach choroba będzie czaić się latami, dając objawy łatwe do zignorowania: zmęczenie, wypadanie włosów, problemy trawienne, depresję, zaburzenia nastroju…

Uszkodzona tarczyca nie jest w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości hormonów (głównie tyroksyny – T4 i trójjodotyroniny – T3), co wpływa na kondycję całego organizmu. Związki chemiczne produkowane przez ten niepozorny gruczoł regulują wiele ważnych procesów: przemianę materii, wzrost kości, metabolizm tłuszczów, białek, węglowodanów i witamin. Odgrywają także ważną rolę w działaniu serca, mięśni i mózgu. A jakby tego było mało – każda komórka ludzkiego ciała potrzebuje hormonów tarczycy do prawidłowego wzrostu i rozwoju.

Nieleczona niedoczynność tarczycy może nieść ze sobą bardzo niebezpieczne w skutkach konsekwencje. Dlatego tak ważne jest możliwie jak najszybsze wykrycie choroby: kiedy wiemy, co nam dolega, okresowe badania oraz codzienne przyjmowanie hormonów pozwala utrzymać Pana Hashimoto w ryzach. Gorzej, jeśli przez wiele lat żyliśmy w nieświadomości, a niedoczynność tarczycy zdążyła zebrać obfite żniwo w naszym organizmie…

Tutaj dowiesz się więcej na temat przyczyn i objawów choroby Hashimoto!

Życie z niezdiagnozowanym Hashimoto: przypadek mojej mamy

Choroba Hashimoto i spowodowana nią niedoczynność tarczycy mogą dawać wiele niespecyficznych objawów, które lekarze dość łatwo przypisują innym schorzeniom. Jeśli los się do nas uśmiechnie, trafimy na specjalistę będącego w stanie połączyć nasze symptomy w całość i skierować nas na badania tarczycy. Niestety, zbyt wielu pacjentów przez lata odwiedza kolejnych lekarzy, którzy nie potrafią postawić właściwej diagnozy…

Tak właśnie wygląda historia mojej mamy. Odkąd tylko pamiętam, cierpiała na liczne problemy zdrowotne. Nieustannie dawały jej się we znaki słaba odporność, niedokrwistość, podwyższony cholesterol, ciągłe uczucie zimna, zmęczenie, nerwowość, nadciśnienie… A jakby tego było mało, pojawiały się codzienne zaburzenia trawienne, wypadanie włosów, bóle serca, głowy, stawów i kości.

Niepodobna zliczyć specjalistów, których mama odwiedziła. Gastrolodzy zapisywali tabletki, które oczywiście nie pomagały. Badania niemal nie wykazywały nieprawidłowości, zaś przyczyny zaparć upatrywano się w nadmiernie „skręconej” okrężnicy. Ciągłe uczucie zimna też nie zaniepokoiło lekarzy – jeden z nich stwierdził: „Bo jest pani za chuda!”. Na bóle serca i stawów oczywiście zaordynowano leki. Część symptomów zignorowano, stwierdzając, że mama je wymyśla (jeden z lekarzy podobno zapisał nawet w karcie „symulant”).

Kilka lat temu lekarz pierwszego kontaktu w końcu zlecił badanie TSH. Wynik wyniósł ponad 10 mU/l. Od tego czasu mama leczyła się u endokrynologa, który zapisał Euthyrox. I dopiero półtora roku temu, na naszą wyraźną prośbę, zostało wykonane badanie przeciwciał. Wynik anty-TPO – ponad tysiąc (norma to 34). Pan Hashimoto właśnie się ujawnił.

Oczywiście leczenie się nie zmieniło, wciąż jedynym zaleceniem pozostało codzienne przyjmowanie syntetycznego hormonu tarczycy. Zachęciłam jednak mamę do próby zmiany diety na bezglutenową i bezmleczną – i pomogło. Nękające ją od wielu lat problemy trawienne niemal całkowicie ustały, podobnie jak bóle stawów. Żadne tabletki nie przyniosły tak spektakularnych efektów.

Mamy wiele powodów by przypuszczać, że także moja babcia cierpiała na chorobę Hashimoto. W pewnym momencie życia bardzo przytyła, męczyło ją nadciśnienie i problemy z sercem. Babcia zmarła młodo, nie dożyła nawet sześćdziesięciu lat. Niestety, w czasach PRL-u i przy braku Internetu pacjent miał nikłe szanse na uzyskanie diagnozy Hashimoto.

Zdaję sobie sprawę, że zawód lekarza należy do jednego z najtrudniejszych. Wiem także, że każdemu zdarza się popełniać błędy – tyle że pomyłki specjalistów mogą kosztować zdrowie, a nawet życie pacjenta. Dlatego jeśli macie wątpliwości co do diagnozy lub zastosowanego leczenia – skonsultujcie się z innym lekarzem!

Czarny scenariusz

Nieleczona przez wiele lat choroba Hashimoto jest w stanie spowodować liczne komplikacje zdrowotne: podwyższony poziom cholesterolu, łagodne nadciśnienie, niewydolność serca, depresję, zaburzenia intelektualne, niedobór żelaza, problemy z oddychaniem i nerkami, jaskrę, bóle głowy, sztywność stawów, bezpłodność… Oczywiście te symptomy mogą wiązać się ze wcześniejszym zgonem, aczkolwiek niestety nie znalazłam badań pokazujących, o ile procent wzrasta prawdopodobieństwo śmierci w przypadku nieleczonej choroby autoimmunologicznej.

Byśmy w pełni sobie uświadomili, jak tragiczne może być życie niewłaściwie zdiagnozowanego pacjenta, pozwolę sobie przytoczyć historię mamy Zuzanny, jednej z czytelniczek bloga. Chciałabym jej serdecznie podziękować za zgodę na opublikowanie tych tragicznych dla niej przeżyć. Zuzanna cierpi na chorobę Hashimoto i już od ponad roku jest na diecie bezglutenowej i bezmlecznej:

„W mojej rodzinie występują choroby tarczycy. Moja mama miała wole, guzki tarczycowe i TSH prawie 2,9. Miała początki cukrzycy, depresję, problemy z pamięcią, chroniczne zmęczenie, chore serce, potworne problemy ze stawami i kręgosłupem (była zakwalifikowana do implantacji tytanem kręgów lędźwiowych, a za 10 lat chirurdzy wróżyli jej wózek inwalidzki), tyła z powietrza, miała słabą odporność i wiele innych schorzeń. Zmarła prawie rok temu w wieku 52 lat, popełniła samobójstwo, bo oprócz depresji padła ofiarą mobbingu w pracy, a w ostatnich dniach jej życia fizycznie była wrakiem człowieka. Do którego lekarza by nie poszła, to każdy jej mówił, że to od otyłości te wszystkie jej choroby…. Nawet na prywatnych wizytach u sław neurochirurgii i ortopedii też dawali taki argument, zamiast zająć się jej tarczycą… Po śmierci mamy, jak zebraliśmy po kilku miesiącach różne wyniki badań, które miała, wyszło u niej łącznie około 20 przewlekłych schorzeń.

Leczyła się u tych samych endokrynologów, co i ja, które też jej nie chciały podawać hormonu tarczycowego. Dodam, że mama nie chciała przejść na tę dietę, którą ja stosuję z zalecenia lekarza: bezglutenową i beznabiałową.

My się jakoś już zbieramy z bratem, wracamy do normalności”.

Część lekarzy nie wdraża leczenia, bo wynik „mieści się w normie”. Historia Zuzanny pokazuje, że nie tylko na wynik powinno się patrzeć, a na pacjenta i jego symptomy. Zostało już udowodnione, że profilaktyczne włączenie hormonu tarczycy może przynieść wiele korzyści w przypadku schorzeń z autoagresji. Wyniki badań niemieckich naukowców pokazały, że zapobiegawcze leczenie syntetycznym T4 spowodowało zdecydowanie wolniejszy rozwój choroby autoimmunologicznej. W badaniu brały udział osoby, których wyniki znajdowały się z laboratoryjnej normie i trwały rok. Po tym czasie porównano wyniki osób leczonych i nieleczonych: osoby przyjmujące syntetyczny hormon miały wyraźnie niższy poziom przeciwciał i limfocytów.

                    Badajmy się i leczmy – nie tylko dla naszego dobra, ale i dla dobra naszych bliskich.

Niedoczynność tarczycy? A może to Hashimoto?

Jeśli została już u Was stwierdzona niedoczynność tarczycy, koniecznie przebadajcie się pod kątem Hashimoto! Szacuje się, że 80% przypadków niedoczynności ma podłoże autoimmunologiczne. By wiarygodnie ocenić funkcjonowanie tego gruczołu, należy wykonać poniższe badania:

TSH, FT3*, FT4

anty-TPO, anty-TG

USG tarczycy

* U niektórych pacjentów wskazane byłoby także badanie rT3 (odwrócona trójjodotyronina), w Polsce bardzo słabo dostępne, które pokazuje efektywność konwersji T3 do T4.

Dzięki nim zyskamy niezakłamany obraz stanu zdrowia naszej tarczycy. Pamiętajcie, że samo TSH to zdecydowanie za mało! Niestety, wielu lekarzy opiera leczenie wyłącznie na tym wyniku – zapewne z powodu oszczędności. Fenomenem pozostanie też dla mnie niechęć lekarzy do badania przeciwciał. Dlatego część chorych musi wykonywać badania prywatnie, co oczywiście kosztuje i na co nie każdego stać.

Pamiętajmy, że nawet jeśli wynik TSH mieści się w normie, już możemy chorować (lub zachorujemy w przyszłości) na niedoczynność tarczycy! W jednym z brytyjskich badań przez ponad 20 lat obserwowano grupę 2779 osób:  wynik TSH wynoszący ponad 2 mU/l przy pierwszym badaniu podwyższał prawdopodobieństwo wystąpienia niedoczynności tarczycy w przyszłości! Co więcej, prawdopodobieństwo to było jeszcze większe, jeśli takiemu wynikowi towarzyszyła obecność przeciwciał.  

Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Jeśli czujesz się źle, Twoje TSH wynosi ponad 2, a lekarz odmawia leczenia – poszukaj innego specjalisty.

Nieleczony pacjent – drogi pacjent

Objawy takie jak zmęczenie, ciągłe poczucie zimna, podwyższony cholesterol i tycie powinny motywować lekarzy do kierowania na badania tarczycy. To naprawdę ważne: nawet jeśli dziś my, podatnicy, zaoszczędzimy kilkanaście złotych na badaniach wiecznie marznącego i przemęczonego pacjenta, może się okazać, że za kilka lat taka niezdiagnozowana osoba będzie nas kosztować setki, a nawet tysiące złotych!

Pieniądze są jednak w tym wypadku kwestią drugorzędną. Nieleczona niedoczynność tarczycy jest w stanie zamienić życie chorego i jego rodziny w prawdziwą udrękę. Dlatego badajmy się i przyjmujmy leki. Dla dobra siebie i naszych bliskich.

A w wolnej chwili zajrzyjcie na jaskiniowy facebook!

                                                                                   ***

P.S Pamiętajcie: schorzeń tarczycy nie wolno ignorować! Ważne jest regularne przyjmowanie syntetycznej wersji tyroksyny zależne od wyników badań (niektórzy lekarze zalecają także syntetyczną trójjodotyroninę). Oczywiście wielu wypadkach pomógłby zapewne naturalny hormon, produkowany ze świńskiej tarczycy – niestety, nie jest on jeszcze w Polsce powszechny.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Bolą cię stawy? Zmień dietę!


Boli Cię głowa? Weź tabletkę. Jesteś przeziębiony? Weź tabletkę. Brak Ci energii? Weź tabletkę. Bolą Cię stawy? I na to znajdzie się oczywiście tabletka.

Kiedyś szczerze wierzyłam, że farmaceutyki są w stanie pomóc w łagodzeniu symptomów większości przykrych schorzeń. Ten pogląd diametralnie się zmienił, gdy tabletki okazały się w moim wypadku nieskuteczne, a dobre samopoczucie pozwoliła mi odzyskać nowa dieta. Dzięki niej pragnęłam przede wszystkim wspomóc tarczycę. Jakież było moje zdumienie, gdy odnotowałam liczne pozytywne „skutki uboczne” zmiany stylu odżywiania. Nagle przestały mnie boleć stawy i kolana!

Diabeł tkwi… w przyczynie

Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej wizyty u gastrologa: po pięciu minutach wywiadu zdiagnozował u mnie zespół jelita drażliwego i zaordynował tabletki, które oczywiście nie pomogły. Łatwiej jest zapisać lek uśmierzający objawy, niż szukać przyczyny schorzenia. Nie ma się co oszukiwać: diagnostyka jest droga, a i nie wszyscy pacjenci są na tyle zainteresowani stanem własnego ciała, by zastanawiać się nad źródłem bólu czy innego problemu. Wziąłem tabletkę? Przeszło? To wystarczy!

Wydaje się całkiem logiczne, że jeśli przyczyną choroby są błędy dietetyczne, prawdziwą pomoc może przynieść jedynie zmiana sposobu odżywiania.

Nowa dieta… I po bólu!

Cierpisz na stany zapalne, bóle stawów i mięśni, odczuwasz łamanie w kościach, jesteś wrażliwy na zmiany pogody? Trzej główni podejrzani o Twoje problemy to: rośliny z rodziny psiankowatych i w mniejszym stopniu gluten oraz nabiał. Czyli, jakby nie patrzeć, pokarmy, które większość z nas jada w nadmiarze.

Rośliny psiankowate a stawy

Rośliny z tej rodziny pojawiły się w europejskim jadłospisie stosunkowo niedawno. Pomidory sprowadzili na nasz kontynent Hiszpanie w XVI wieku, zaś w Polsce zaczęto je uprawiać dopiero w XIX wieku [1]. Niewiele wcześniej zagościły u nas ziemniaki. Co ciekawe, rośliny te na początku były uznawane za trujące i służyły wyłącznie za ozdobę.

Pod całkiem wdzięczną nazwą psiankowatych kryją się między innymi pomidory, ziemniaki, papryka, bakłażany, jagody goji i tytoń. Dlaczego jednak te popularne i lubiane warzywa i rośliny mogą szkodliwie oddziaływać na stawy?

Pierwszym winowajcą jest kalcytriol, hormon produkowany w nerkach i obecny także… w niektórych roślinach, między innymi z rośliny psiankowatych [2]. Jego nadmiar powoduje zwiększenie absorpcji wapnia z pożywienia, który następnie zostaje odkładany w tkankach miękkich – ścięgnach, więzadłach, naczyniach krwionośnych nerkach i skórze. Choroba zwyrodnieniowa stawów może być więc spowodowana stopniowym i trwającym przez wiele lat odkładaniem wapnia w stawach, do czego przyczynia się między innymi nadmierne spożycie ziemniaków, papryki, pomidorów czy tytoniu [3].

Kolejnym problemem są alkaloidy – związki, w które obfitują rośliny psiankowate. Jednym z nich jest solanina, glikoalkaloid występujący głównie w ziemniakach i bakłażanach. Pełni ona funkcje obronne – kiedy bulwa zostaje w jakiś sposób uszkodzona (np. w czasie transportu lub gdy zostają wystawione na światło dzienne), produkcja solaniny zostaje zwiększona. Większość tego związku zostaje produkowana tuż pod skórką, co widać gołym okiem. Jeśli ziemniak jest zielonkawy lub zaczął kiełkować – nie nadaje się do jedzenia! [3], [4].

Solanina oraz inne glikoalkaloidy blokują rozpad acetylocholiny, jednego z głównych neuroprzekaźników, co skutkuje skurczami i sztywnością mięśni [3].

Wpływ roślin psiankowatych na stawy został zbadany w dwóch eksperymentach. W 1979 roku poddano obserwacji 763 osoby. 72.7% z nich odpowiedziało pozytywnie na dietę pozbawioną roślin psiankowatych: badani stwierdzili powrót sprawności w uprzednio unieruchomionych stawach, a niejednokrotnie ich stan poprawił się na tyle, że przestawali używać lasek, balkoników i wózków inwalidzkich! Co ciekawe, stwierdzono, że 20% osób biorących udział w eksperymencie nie przestrzegało zaleceń. Zatem jedynie 7,5% osób nie zauważyło pozytywnych skutków nowej diety! [5]

Kolejne badanie przyniosło jeszcze bardziej spektakularne rezultaty: zalecono wykluczenie psiankowatych grupie 369 respondentów, u których uprzednio stwierdzono artretyzm. Ci, którzy ściśle przestrzegali diety (52% badanych), w 94% odnotowali całkowite lub znaczące ograniczenie ich symptomów bólowych! [5]

A jaki płynie wniosek z powyższych eksperymentów? Jeśli masz problemy ze stawami lub mięśniami – odrzuć psiankowate na co najmniej miesiąc. Całkiem możliwe, że nękające Cię objawy znikną!

Źródła: [1], [2], [3], [4], [5]

Kto z nas nie lubi pomidorów?… Niestety, w wypadku problemów ze stawami może być konieczne wykluczenie ich na jakiś czas z diety.

Nabiał

Rezygnacja z produktów mlecznych również może przynieść ulgę w przypadku problemów ze stawami, aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że taka dieta przyniesie pozytywne efekty tylko u niektórych osób. W 1983 roku poddano obserwacji 20 pacjentów cierpiących na reumatoidalne zapalenie stawów. Przez trzy miesiące stosowali oni dietę wegańską (pozbawioną mięsa, ryb i nabiału). 11 osób odnotowało poprawę, 7 nie zauważyło zmian, a 2 poczuły się gorzej [1]. Co ciekawe, w badaniu z 2005 roku tylko dwie z 26 obserwowanych osób cierpiących na artretyzm zauważyło znaczną poprawę dzięki diecie pozbawionej konserwantów, owoców, czerwonego mięsa i nabiału [2].

Dieta bezmleczna zapewne przyniesie więc ulgę jedynie osobom cierpiącym na alergię na białka mleka. Gdy ciało nie toleruje nabiału, w czasie jego konsumpcji dochodzi do uwolnienia histaminy i powstania reakcji zapalnej, w wyniku czego może pojawić się ból stawów – i to nie natychmiast, a w przeciągu kilku godzin lub dopiero następnego dnia! Jeśli cierpisz na artretyzm lub inne choroby stawów, zapytaj lekarza o badania w kierunku alergii na mleko [3].

Źródła: [1], [2], [3]

Gluten

W przypadku chorób autoimmunologicznych takich jak reumatoidalne zapalenie stawów, gluten może wzmagać stany zapalne. Zdaniem dr Rochelle Rosian, reumatologa i immunologa, jest wysoce prawdopodobne, że stan zapalny w jelitach negatywnie wpływa na kondycję stawów. Wielu jej pacjentów, nadwrażliwych na gluten, odczuwa ulgę dzięki wykluczeniu go z diety [1].

Badanie z 2001 roku potwierdza te obserwacje. 22 pacjentów cierpiących na reumatoidalne zapalenie stawów stosowało przez co najmniej 9 miesięcy dietę wegańską i bezglutenową. Ponad 40% z nich odczuło poprawę, zaś w grupie kontrolnej stosującej zbilansowaną, niewegańską dietę – ulgę odnotowało tylko 4% z 25 pacjentów [2].

Podobnie jak w przypadku nabiału, nie można stwierdzić, że dieta bezglutenowa pomoże każdemu – aczkolwiek warto wiedzieć, że jest ona jedną z opcji. Być może uzasadnione byłoby także przebadanie części osób cierpiących na schorzenia stawów o podłożu autoimmunologicznym w kierunku celiakii, gdyż choroby z autoagresji lubią chodzić parami.

Źródła: [1], [2]

Gluten, gluten wszędzie… Na szczęście dieta bezglutenowa nie musi być utrapieniem! Przeczytaj, jak zacząć żyć bez glutenu i zorganizować nową dietę!

Co na ból stawów? Czy tylko tabletki?

Jesteśmy tym, co jemy. Z tej przyczyny analizę przyczyn niemal wszystkich schorzeń chronicznych powinno się zacząć od szukania winnego w diecie i trybie życia. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wiele osób woli połknąć tabletkę, niż zmienić to, co ląduje na ich talerzach. To na pewno łatwiejsze rozwiązanie, które jednak nie leczy przyczyn, a jedynie łagodzi objawy. A do tego może spowodować przykre skutki uboczne.

Rezygnacja z roślin psiankowatych, glutenu i nabiału może wydać się nam niemożliwa. I nie ma w tym nic dziwnego – te produkty uzależniają! Występują w nich odpowiednio związki takie jak: nikotyna (w różnym stężeniu, zależnie od gatunku i stopnia dojrzałości rośliny, jednak oczywiście w zdecydowanie niższym stężeniu niż w przypadku tytoniu [1] i [2]), glutenomorfiny i kazomorfiny [3].

Na szczęście i w wypadku diety wszystko zależy od dawki. Na początku najlepiej całkowicie wykluczyć daną grupę produktów, jednak po pewnym czasie powinniśmy spróbować do nich wrócić. Oczywiście kluczowy jest umiar – dr Ewa Bednarczyk-Witoszek w swojej książce Dieta Dobrych Produktów zaleca rotację pokarmów co 3-7 dni. Dzięki temu możemy uniknąć nawrotu przykrych reakcji bólowych, a jednocześnie co pewien czas cieszyć się smakiem pomidorów czy ziemniaków. W niektórych wypadkach oczywiście konieczne jest wykluczenie danego pokarmu na dłuższy czas, zależnie od stanu organizmu (u starszych osób proces regeneracji trwa dłużej). Należy także pamiętać, że kluczem do sukcesu jest obserwacja własnych objawów – każdy z nas jest wyjątkowy i niekiedy nasze dolegliwości mogą być powodowane przez inne produkty, niewymienione w powyższym artykule: konserwanty, cukier, orzechy, rośliny strączkowe…

W życiu nic nie jest czarno-białe. Tyczy się to także jedzenia: rośliny mogą zawierać związki dla nas szkodliwe, jednak obfitują także w mikro i makroelementy oraz witaminy. Ważne jest, by w miarę możliwości codziennie nie jadać tego samego i odpowiednio dozować dawki danego pokarmu. A dieta typowego Europejczyka niekiedy przez lata składa się z tych samych produktów, jadanych w różnych odsłonach: możemy dziś wypić jogurt, jutro zjeść ser, a pojutrze posmarować kanapkę masłem – ale to wciąż będą te same białka mleka, organizm nie odczuje różnicy! Bardzo łatwo również „przedawkować” rośliny psiankowate: na śniadanie chleb z ketchupem, na obiad ziemniaki, a na kolację papryka do schrupania… Nadmiar glutenu w diecie to niemal oczywistość: codzienny chleb i bułki, do tego panierka na mięsie, makarony, pizza, ciasta, ciasteczka, batoniki… Więcej na ten temat przeczytacie we wspomnianej powyżej książce „Dieta Dobrych Produktów” dr Ewy Bednarczyk-Witoszek.

Nikomu nie trzeba mówić, że przedawkowanie leków niesie ze sobą różne przykre skutki uboczne. A przecież i w jedzeniu występują związki, z którymi można „przeholować”… Zwłaszcza, jeśli codziennie jadamy to samo, przez wiele lat.

Dlatego zamiast sięgać po kolejną tabletkę, przyjrzyj się swojej diecie. Wiem z doświadczenia, że odpowiednie zmiany przyniosą Twoim stawom ulgę*. I szczerzę wierzę, że medycyna przyszłości skupi się na przyczynach, a nie maskowaniu objawów!

Źródła: [1], [2], [3]

P.S. Jedna z czytelniczek podała bardzo ważną informację – bóle stawów mogą być także spowodowane przez obecność chlamydii. Dlatego warto rozważyć i zapytać o badania:  chlamydia trachomatis i pneumonieae.

Spodobał Ci się artykuł? Polub ten blog na facebooku!

* Od niemal dwóch lat jestem na diecie bezglutenowej i bezmlecznej. Na początku przez 8 miesięcy nie jadłam roślin psiankowatych. Bóle kolan i stawów całkowicie u mnie zniknęły! Ostatnio jednak drobne bóle powróciły – włączyłam za dużo roślin psiankowatych do diety (ach, te młode ziemniaczki!). A zatem to dla mnie sygnał ostrzegawczy i kolejny dowód na to, jak ważne jest przestrzeganie diety.


***

 

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂 I oczywiście zachęcam Was do korzystania z usług profesjonalistów – lekarzy i dietetyków. Nigdy nie rezygnujcie też z dokładnych badań!

Ekologiczne alternatywy dla podpasek i tamponów: Co wybrać?

W  dobie Internetu niemal nie da się uniknąć ciągłych doniesień o szkodliwości i toksyczności kolejnych pokarmów i produktów. Przywykliśmy już do myśli, że wszystko nas truje, łącznie z powietrzem. Ale żeby nawet podpaski i tampony były niebezpieczne?! To już się w głowie nie mieści…

Cała prawda o podpaskach i tamponach

Koniec XX oraz początki XXI wieku zdecydowanie można obwołać czasem sterylności. Unikamy brudu i bakterii jak diabeł święconej wody i najchętniej sięgamy po to, co białe i higieniczne. Niestety, czystość ma jednak swoją cenę.

W niniejszym artykule nie będę skupiać się na negatywnych skutkach stosowania podpasek i tamponów. Zainteresowanych tematem odsyłam do książki „Zawsze pewnie, zawsze sucho… nie zawsze bezpiecznie”, dostępnej online [tutaj]. Wystarczy wspomnieć, że w wyniku produkcji i bielenia podpasek oraz tamponów pozostają w nich m.in. dioksyny, które mogą wykazywać właściwości toksyczne, a nawet rakotwórcze.

Znacznie istotniejsza jest jednak kwestia obciążenia środowiska, którą kobieca menstruacja powoduje. „Miesięcznie w Polsce 10 milionów kobiet produkuje 150 milionów zużytych podpasek higienicznych, po roku zdołałyby dziewięciokrotnie wyłożyć nimi cały równik kuli ziemskiej” [źródło]. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż podpaski potrzebują około 500-800 lat, by ulec rozkładowi [źródło]. 

Jestem zdania, że nie powinniśmy produkować śmieci ponad potrzebę. Jeśli tylko możemy znaleźć ekologiczny i wygodny zamiennik danego produktu, zacznijmy go stosować. Ziemia będzie nam za to wdzięczna.

Nie produkujmy śmieci ponad potrzebę. Niech przyszłe pokolenia nie zarzucają nam, że ich babki zostawiły po sobie tony podpasek!

Co zamiast podpasek? Ekologiczne alternatywy

Nasze babcie same dziergały sobie wkładki na drutach, by następnie używać ich w trakcie menstruacji. Na szczęście dziś nie musimy posuwać się do tak uciążliwych metod, by dbać o środowisko. Rynek obfituje w przyjazne dla środowiska alternatywy i z pewnością każda z pań znajdzie coś dla siebie. Mamy więc ekologiczne podpaski wielo- i jednorazowe, kubeczki menstruacyjne, tampony wielo- i jednorazowe, tampony-gąbki…

Ja zdecydowałam się na zakup wielorazowych podpasek ponad dwa lata temu. I mimo wszystko nie żałuję. Trzy miesiące temu postanowiłam pójść o krok dalej i zamówiłam kubeczek menstruacyjny. Dziś opowiem Wam o zaletach i wadach obu produktów, co powinno pomóc Wam przy ewentualnym zakupie.

Podpaski wielorazowe

Ich zdecydowaną zaletą  jest materiał: 100% delikatnej w dotyku, miękkiej i wytrzymałej bawełny. Wiele firm produkuje wykorzystuje do ich produkcji wzorzyste podszewki, które idealnie poprawiają nastrój. Podpaski wielorazowe są oczywiście grubsze od tych „tradycyjnych”, ale mnie osobiście to nie przeszkadza, zwłaszcza zimą 😉 Gdy stosujemy je uważnie i regularnie wymieniamy, na pewno nie przeciekną.

Za wadę można uznać dość słabą przyczepność, zwłaszcza gdy założymy spódnicę. I pozostaje jeszcze jedno: kwestia prania. Na początku moich przygód z tym produktem, miałam dość duże problemy z doprowadzeniem go do pierwotnej czystości. Mimo moczenia podpasek w zimnej wodzie i kilkukrotnego ich prania, nie osiągałam pożądanych efektów. To oczywiście zrodziło we mnie frustrację i niezadowolenie: „Hej, staram się być ekologiczna, a tymczasem zabiera mi to tyle czasu i sił?! O nie!”. Byłam jednak nieugięta i eksperymentowałam z najprzeróżniejszymi środkami czyszczącymi, wspinając się na wyżyny mej kreatywności: proszek, soda, ocet, nawet pasta do zębów… Efekty były w porządku, ale nie zachwycały. Wtedy, nieco już poirytowana, natrafiłam na jedyne skuteczne rozwiązanie.

W przypływie inspiracji sięgnęłam po nadtlenek wodoru* i rzeczywiście zadziałał. Tyle że jest to rozwiązanie mocno dyskusyjne i dlatego w końcu zdecydowałam się na zakup kubeczka menstruacyjnego. A może ktoś z Was natrafił na inny sposób na pranie? Po przeczytaniu wielu komentarzy w Internecie nie widziałam, żeby ktoś miał z nim tak duży problem jak ja.

*Pozwoliłam sobie edytować ten fragment artykułu po bardzo trafnej uwadze ze strony czytelniczki. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.


Podpaski wielorazowe są naprawdę piękne. Znajdzie się coś dla romantyczek, kobiet zakochanych i miłośniczek kotów. Zdjęcia pochodzą ze strony sklepu. Wybór jest ogromny! Sprawdźcie [tutaj].

Kubeczek menstruacyjny

To idealna propozycja dla zwolenniczek tamponów. Jest wykonany z sylikonu medycznego i nietoksyczny. Niektóre firmy oferują go nawet w różnych wersjach kolorystycznych…

Pierwsza z zalet stosowania kubeczka to na pewno wygoda. Potwierdzam zapewnienia producentów: przy poprawnym założeniu naprawdę nie mamy szansy go poczuć. Opróżnia się go przeważnie co kilka godzin, więc nie musimy zaprzątać sobie nim głowy.

Na samym początku problematyczna może okazać się aplikacja. Na szczęście istnieją dwie różne techniki zakładania kubeczka i po paru dniach ćwiczeń powinniśmy osiągnąć perfekcję. Wyjmowanie także bywa trochę kłopotliwe, ale myślę, że również wymaga ono praktyki.

Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia czyszczenia. Gdy jesteśmy w domu, kubeczek wystarczy opróżnić, przepłukać zimną wodą i ponownie zaaplikować. Gorzej, gdy korzystamy z toalety publicznej. Jedyną opcją jest wówczas noszenie ze sobą małej buteleczki z wodą.

Przed pierwszym użyciem oraz po każdej miesiączce kubeczek należy dobrze wyparzyć, gotując go przez kilka minut. Podobno po pewnym czasie powstaną na nim odbarwienia.

Chciałabym Was także uprzedzić, że na ulotce produktu producent zamieścił ostrzeżenie o zespole wstrząsu toksycznego (TSS). Mnie osobiście ta informacja trochę zniechęciła, bo przecież kubeczek miał być w pełni bezpieczny… Ale nie poddałam się i sprawdziłam, co w tej sprawie ma do powiedzenia wujek Google. Na szczęście okazało się, że nigdy nie odnotowano przypadków TSS powiązanych z kubeczkami menstruacyjnymi, natomiast z tamponami – już tak. Szacuje się, że w Wielkiej Brytanii z winy tamponów rocznie zapada na TSS ok. 15 kobiet, z czego dwie lub trzy umierają [źródło].

Kubeczkowy zawrót głowy.

Co wybrać?

Cena obu produktów jest porównywalna i wyniesie nas nieco ponad sto złotych. Okres przydatności kubeczka wynosi około pięciu lat, zaś podpasek – około dwóch. A zatem te ekologiczne alternatywy w dłuższej perspektywie czasu kosztują nas mniej od „tradycyjnych” produktów dostępnych w drogeriach!

Kubeczek jest na pewno łatwiejszy w stosowaniu, jednak moim zdaniem raczej nie nadaje się dla kobiet, które jeszcze nie rozpoczęły współżycia. Podpaski wymagają trochę więcej zachodu z naszej strony, problematyczne może okazać się pranie. Zawsze można jednak zamówić trzy sztuki na próbę i wtedy zdecydować, czy w ogóle nam one odpowiadają. Warto także pamiętać, że istnieją również inne ekologiczne opcje, z którymi ja nie miałam do czynienia. Zachęcam Was jednak do eksperymentów i dzielenia się ich rezultatami 🙂

Na koniec uspokoję jeszcze Wasze ewentualne wątpliwości co do higieniczności tych produktów. Przez dwa lata stosowania podpasek i dwa miesiące stosowania kubeczka nigdy nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia, co wcześniej, niestety, mi się zdarzało. Sztuczne materiały, z których wykonane są drogeryjne podpaski, nie przepuszczają powietrza i mogą podrażniać, zwłaszcza gdy są perfumowane.

Konkluzja? Zdecydowanie warto!

Człowiek jest jedynym zwierzęciem, które zanieczyszcza swoje środowisko życia. Czy widział ktoś kaczkę śmiecącą w okolicach stawu alba lwa produkującego tony odpadków na sawannie?… Niechaj będzie to dla nas inspiracją. Troszcząc się o środowisko, zadbamy przy okazji o własne zdrowie i unikniemy kontaktu z kolejnymi toksynami.

Ekologiczne alternatywy dla podpasek i tamponów są naprawdę wygodne w użyciu i ja osobiście nigdy nie wrócę do produktów jednorazowych, sterylnych i potencjalnie niebezpiecznych. To się po prostu nie opłaca.

A może Wy miałyście styczność z innymi ekologicznymi zamiennikami podpasek i tamponów? Podzielcie się Waszą opinią! 🙂

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

 

Efekt potwierdzenia, czyli komu powinniśmy wierzyć?

Zastanawiało Was kiedyś, dlaczego fachowcy miewają niekiedy zupełnie przeciwstawne opinie w tej samej kwestii? Czemu lekarz A twierdzi, że tłuszcze nasycone są złe, zaś lekarz B zaleca jeść je jak najczęściej? Dlaczego dietetyk Y radzi odstawić pszenicę, zaś dietetyk X mówi, że jest ona niezbędnym składnikiem naszej diety?… Kto ma rację? I skąd biorą się te różnice?

Mózg nie jest doskonały

Ewolucja wyposażyła ludzi w liczne narzędzia, które od tysięcy lat umożliwiały nam orientację w przestrzeni, skuteczne zdobywanie pożywienia i znajdowanie schronienia. Dziś jednak przyszło nam żyć w zupełnie innym świecie i to, co kiedyś pomagało w przetrwaniu, czasem przysparza problemów.

Wierzysz, że podejmujesz decyzje w sposób racjonalny? Wydaje ci się, że twoje poglądy są obiektywne? To mit. Na nasze przekonania i wybory ogromny wpływ wywierają tak zwane błędy poznawcze. Nie ma sposobu, by ich uniknąć, ale na szczęście każdy błąd można naprawić. Trzeba sobie tylko zdać z niego sprawę.

Efekt potwierdzenia

Psychologia wyróżnia około sześćdziesiąt różnych błędów poznawczych. Jednym z nich jest efekt potwierdzenia: zwracasz uwagę tylko na informacje, które potwierdzają to, w co wierzysz. Jednocześnie ignorujesz wszystko, co zaprzecza twoim opiniom.

Prosty przykład: jesteś przekonany, że wszystkie konserwanty i dodatki E do żywności są złe. Dlatego zaprzeczysz każdej osobie twierdzącej, iż większość tych środków nie ma wpływu na nasze zdrowie. Efekt potwierdzenia wpływa na absolutnie każdą sferę życia, także na twoje poglądy polityczne: partia X jest twoim zdaniem dobrodziejstwem dla naszego kraju. Ignorujesz informację o tym, że jej przewodniczący niedawno został oskarżony o przyjęcie łapówki. „To oszczerstwa!”, myślisz. A nawet jeśli nie, wszyscy politycy tak robią. Partia X i tak jest najlepsza.

Efekt potwierdzenia daje nam ogromne poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Wierzymy w poprawność i prawdziwość naszych opinii tak bardzo, że nawet nie musimy ich weryfikować. To niezwykle wygodne, ale jednocześnie szalenie niebezpieczne. Ten błąd poznawczy nie tylko utrudnia komunikację i osiąganie konsensusu w dyskusjach, lecz także może negatywnie odbić się na naszym zdrowiu. Efektem potwierdzenia kierujesz się nie tylko ty. Ma on także wpływ na twojego męża, brata, sąsiada, mechanika, dietetyka i… lekarza.

W poszukiwaniu potwierdzeń własnej nieomylności.

Efekt potwierdzenia w nauce

W historii nauki niejednokrotnie ignorowano odkrycia, które nie zgadzały się ze światopoglądem danej epoki. Sztandarowym przykładem może być potwierdzenie przez Mikołaja Kopernika faktu, że to Ziemia krąży wokół Słońca i wyśmianie tej hipotezy przez innych współczesnych mu badaczy. Co więcej, niejednokrotnie zdarzało się, że sami naukowcy odrzucali prawidłowe wyniki, które nie potwierdzały ich założeń. We współczesnej nauce istnieje oczywiście wiele procedur, które mają zniwelować skutki błędów poznawczych, chociażby technika podwójnie ślepej próby [źródło]. Mimo to nie zawsze udaje się zapobiec pomyłkom czy wysnuciu przez badaczy błędnych i pochopnych wniosków.

Należy pamiętać, że nauka nie może być wolna od błędów, gdyż ludzie ją tworzący również nie są bezbłędni. „Jeśli chcesz, naukowo możesz udowodnić wszystko”, powiedziała mi raz znajoma pani biolog. To wyjaśnia, dlaczego tak liczne są badania, potwierdzające zupełnie przeciwstawne tezy. Przykład? Osoby, które stwierdziły u siebie nieceliakalną nietolerancję glutenu, po zastosowaniu diety ubogiej w FODMAP’s nie stwierdzały u siebie przykrych objawów po zjedzeniu pszenicy, żyta czy jęczmienia [źródło]. Inne badanie zaś pokazuje, że takie osoby stwierdzały nasilenie symptomów nawet po zjedzeniu niewielkiej ilości glutenu [źródło]. Równie kontrowersyjna jest kwestia cholesterolu: od wielu lat uważano, że szkodliwie wpływa na nasze zdrowie, jednak ostatnie doniesienia naukowe temu zaprzeczają, co udowadnia dr Uffe Ravnskov w książce: „Cholesterol. Naukowe kłamstwo”. Idźmy dalej: Dr Sanjay Sharma twierdzi, że najlepiej jeść produkty pozbawione konserwantów [źródło]. W innym źródle zaś czytamy, że większość konserwantów jest dla nas bezpieczna [źródło]. Te wszystkie przykłady to jednak jeszcze nic.

Nie ma zapewne dziedziny wiedzy pełniejszej sprzeczności od dietetyki. Dr Douglas N. Graham jest twórcą diety 80/10/10 i zaleca, by 80% spożywanych dziennie kalorii pochodziło z węglowodanów, głównie w formie surowych owoców. Dr Loren Cordain, propagator diety paleo, twierdzi, że większość naszego pożywienia powinno stanowić białko i tłuszcz. Zbóż należy unikać. T. Colin Campbell z kolei poleca ograniczyć spożycie tłuszczu, wyeliminować białko zwierzęce i oprzeć dietę na pełnowartościowych produktach roślinnych, czyli warzywach, owocach, zbożach, pestkach, orzechach. I wszyscy ci panowie przytaczają liczne badania naukowe na poparcie swych tez! Czyżby jednocześnie ignorowali informacje, które zaprzeczają ich przekonaniom?

Te sprzeczności mogą przerażać nie tylko zwykłych śmiertelników, ale również i fachowców. Kto ma rację? Musimy pamiętać, że skupianie się na wynikach eksperymentów to zdecydowanie za mało. Ocena badania powinna obejmować przyjętą metodologię, jego przebieg, wyszukanie informacji na temat tego, kto w ogóle je sponsorował… Niewiele osób dysponuje odpowiednią wiedzą i czasem, które pozwoliłyby na obiektywną ocenę danego doniesienia naukowego.

Dlaczego lekarze mają różne opinie?

Teoretycznie wszyscy lekarze kończą te same uniwersytety medyczne, a jednak ich wiedza i przekonania mogą się diametralnie różnić. Całkiem łatwo to wyjaśnić: część specjalistów bazuje na swojej wiedzy ze studiów i odrzuca wszelkie doniesienia, które zaprzeczają powszechnie przyjętym przekonaniom. Inni z kolei starają się mieć otwarty umysł, szukać nowych informacji i na tej podstawie tworzą swój odmienny światopogląd. Oczywiście i oni mogą wpaść w pułapkę efektu potwierdzenia.

Lekarze powinni być szczególnie wyczuleni na działanie tego błędu poznawczego. Niestety, najczęściej tak się nie dzieje. Specjalistom praktycznie każdej dziedziny jest łatwiej bazować na dotychczasowej wiedzy. Dlatego duże brawa należą się dla tych, którzy zdają sobie sprawę z własnych ograniczeń i poświęcają wiele czasu na ciągłe szkolenia i rozwój.

Gdy przekraczasz próg gabinetu pamiętaj, że zarówno ty, jak i twój lekarz możecie tkwić w pułapce efektu potwierdzenia. „Lekarz wie swoje i mnie nie słucha”, narzekają pacjenci. „Pacjent wie swoje i mnie nie słucha”, narzekają specjaliści. A przecież to tylko dwie strony tej samej monety.

Zdrowy czy niezdrowy posiłek? Zależy od wyznawanej diety.

Efekt potwierdzenia w życiu codziennym

Jeśli chcesz zobaczyć, jak działa efekt potwierdzenia w praktyce, wejdź na dowolne forum internetowe. Bardzo szybko natkniesz się na jedną z zażartych dyskusji, w których uczestnicy prześcigają się argumentami na poparcie swoich tez. Odsyłają nawet oponentów do licznych źródeł i badań naukowych. Mimo najlepszych dowodów, przeciwnicy najczęściej zostają nieprzekonani. I nie ma w tym nic dziwnego: dlaczego mieliby zaakceptować coś, co burzy ich światopogląd?

Z tej przyczyny już dawno odkryłam, że przytłaczająca większość kłótni i dyskusji nie ma sensu. Żadna ze stron nie ma ochoty na zmianę swojego zdania; chce tylko pokazać przeciwnikowi, iż to on się myli. Dlatego wszelką wymianę zdań powinniśmy zaczynać od pytania: „Czy jesteś gotowy na modyfikację swoich przekonań?”. Jeśli nie, dyskusja będzie stratą czasu (chyba że dyskutujemy dla przyjemności, a nie po to, by kogoś skłonić do zmiany opinii). Bo czy osoba na diecie paleo przekona weganina do jedzenia mięsa i jajek? Czy osoba na diecie bezglutenowej przekona smakosza makaronów, że są one szkodliwe? Czy wyborca partii A uwierzy wyborcy partii B? Czy fan marki Apple przerzuci się na zwykłego Samsunga?… Nie, gdyż każdy ma rację. Swoją rację. „Jeżeli nie zwracasz uwagi na przeciwstawne sądy i opinie, szukasz potwierdzenia swoich racji w gazetach, czasopismach, stertach książek i programach telewizyjnych, możesz stać się tak pewnym słuszności swojego spojrzenia na świat, że nikt nie jest cię w stanie od niego odwieść” (David McRaney, str. 42).

Bądź świadomy swoich ograniczeń

Istnieje tylko jeden sposób, by złagodzić efekty błędów poznawczych: być ich świadomym. Zawsze gdy odrzucasz jakąś informację, zastanów się, jaka jest tego przyczyna. Czy naprawdę ta wiadomość zasługuje na krytykę? A może Ty nie chcesz zmieniać swoich ugruntowanych poglądów?

„Ludzie lubią, kiedy mówi im się to, co już wiedzą” (Terry Pratchett). Z tej przyczyny zdecydowanie chętniej przebywamy z osobami, które zgadzają się z naszym światopoglądem i sięgamy po źródła sprzyjające naszym opiniom. To wygodne. I oczywiście postępujemy tak zarówno my, jak i nasi sąsiedzi, lekarze, dietetycy, politycy…

Pamiętajmy jednak, że nasza prawda może być kłamstwem dla drugiej osoby. Dlatego jeśli bierzesz udział w jakiejś zażartej dyskusji, uświadom ich uczestników o istnieniu błędów poznawczych. Gorzej, jeśli za nic w świecie nie będą chcieli potwierdzić istnienia i skutków efektu potwierdzenia. Wtedy nie ma już dla nich nadziei.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

P.S. W czasie lektury lekturze mojego bloga pamiętajcie, że i ja mogę wpaść w pułapkę efektu potwierdzenia. Dlatego zawsze proszę Was o krytyczne podejście do moich tekstów, dla mojego i Waszego dobra 🙂

P.S.2. Czasem zachowanie i poglądy danego lekarza czy polityka można wyjaśnić nie efektem potwierdzenia, a jego układem z daną firmą i zyskiem, który za ten układ otrzymuje, jednak to jest już temat na odrębny artykuł.

Zacytowane powyżej słowa pochodzą z książki, którą wyjątkowo polecam, gdyż w bardzo ciekawy sposób opowiada o błędach poznawczych: McRaney David (2013): „Ruletka nawyków”. Warszawa, PWN. A jeśli interesowałyby Was inne artykuły z dziedziny psychologii, zapraszam [tutaj]. I oczywiście zapraszam na mój Facebook.


 

Hashimoto: Czego i dlaczego nie jeść?

Przychodzi pacjent do lekarza, zadaje kilka pytań, a lekarz na to: „Znów się pani naczytała bzdur z Internetu? To proszę się leczyć u doktora Google!”. Brzmi znajomo? Niestety, część specjalistów najwyraźniej odmawia choremu prawa do zdobycia wiedzy na temat schorzenia, które go gnębi. A przecież dzięki Internetowi wiele osób szybciej uzyskało diagnozę lub znalazło praktyczne i pomocne informacje. Mimo to każdą internetową poradę zdrowotną należy traktować z pewną dozą ostrożności. W przeciwnym razie możemy wpaść w niepotrzebną panikę. A nic tak nie szkodzi zdrowiu jak stres.

Czego nie jeść w chorobie Hashimoto

Wiem, że część z Was nie ma czasu na dokładne przejrzenie wszystkich stron poświęconych diecie w chorobie Hashimoto. Dlatego postanowiłam sama przeprowadzić dokładne poszukiwania i przedstawić Wam ich wyniki w niniejszym artykule. W telegraficznym skrócie dieta pokarmów niewskazanych przy chorobie Hashimoto oparta o różne źródła wygląda następująco:

  • gluten (czyli: pszenica, żyto, jęczmień)
  • pozostałe ziarna (np. ryż, kukurydza) i pseudozboża (także amarantus, quinoa)
  • pestki (słonecznik, dynia, siemię lniane)
  • nabiał (wszystkie sery, jogurty, kefiry itd.)
  • jaja
  • cukier rafinowany i słodziki (w tym syrop glukozowo-fruktozowy)
  • rośliny strączkowe (przede wszystkim soja)
  • orzechy
  • kawa
  • rośliny psiankowate (pomidory, ziemniaki, papryka, bakłażan; także tytoń)
  • czarna i zielona herbata
  • rośliny zawierające goitrogeny (m.in. szpinak, kapusta, kalarepa, kalafior, brokuły, jarmuż, gruszki, truskawki)
  • oleje roślinne
  • ryby morskie, sól jodowana

Zaraz, Ola, Ty chyba żartujesz!? Powiedz, że to żart! Spokojnie, zaraz to wszystko przeanalizujemy.

W poszukiwaniu złotego środka

Powyższa lista może wywołać w chorym dwie reakcje: albo wzruszy ramionami i pomyśli „to jakieś bzdury”, albo przerazi się nie na żarty, nakaże rodzinie wyrzucić całą zawartość lodówki, a na widok glutenu będzie prychać z irytacją i nienawiścią. Wiem, że listy produktów niewskazanych mogą przerażać. Mnie samą także na początku wszelkie zalecenia dietetyczne bardzo zniechęciły. Dlatego należy wziąć kilka głębokich oddechów, a następnie spojrzeć na nie chłodnym okiem. Na początek każdy chory powinien odpowiedzieć sobie na najbardziej kluczowe pytanie:

Czy w ogóle chcę zmienić coś w swojej diecie?

Zakładam, że jeśli nie zaobserwowaliście żadnych przykrych objawów choroby, odpowiedź zabrzmi „NIE!”. W przypadku, gdy Wasze samopoczucie ma się nie najlepiej, możliwość zmiany diety może wydać Wam się niezwykle obiecująca. Jaka by nie była Wasza decyzja, polecam zachować umiar i zdrowy rozsądek.

Jeść czy nie jeść? Oto jest pytanie!

Czy i jak zmienić dietę?

Jeśli zdiagnozowano u nas jakąkolwiek chorobę, nie możemy udawać, że wszystko jest w absolutnym porządku. Ciało wyraźnie daje znać, iż nasz dotychczasowy tryb życia mu nie służył. Może potrzebujemy więcej snu? Może nadmiernie się stresowaliśmy? A może po prostu nasza dieta nie była odpowiednia?

Drobne modyfikacje sposobu odżywiania z pewnością wyjdą nam na zdrowie. Każdy chory skorzysta na ograniczeniu spożycia rafinowanego cukru i produktów naszpikowanych konserwantami. Jeśli jednak pociągałyby Was bardziej radykalne zmiany, polecam działać stopniowo i najlepiej pod okiem dietetyka.

Od czego w ogóle zacząć? Coraz częściej poleca się wyeliminowanie glutenu i nabiału. Mnie osobiście taka zmiana bardzo pomogła, jednak czy pomoże i Tobie – nie wiem. Z tej przyczyny zachęcałabym Was do wykonania testów na nietolerancje pokarmowe, które staną się cenną wskazówką przy planowaniu diety. Ponadto kluczowa jest samoobserwacja: jeśli po jakiś produkcie czujesz się źle, to wyraźny znak, by go nie jeść.

Należy pamiętać, że nie ma uniwersalnej diety dla każdego pacjenta z Hashimoto. Każdy organizm jest inny i inaczej reaguje na dany pokarm. Dlatego przerażająco długie listy „Tego nie jedz!” traktujmy z pewną dozą ostrożności. Owszem, całkiem możliwe, że nasz organizm nie toleruje pewnych produktów. Jednak na pewno nie wszystkich!

Zamiast wpadać w panikę, przeanalizujmy, skąd w ogóle biorą się te zalecenia.

Hashimoto i dieta

Najpopularniejszym zaleceniem dietetycznym przy chorobie Hashimoto jest eliminacja glutenu i nabiału. Temat ten jest jednak na tyle szeroki, że poświęciłam mu niedawno osoby artykuł [klik!]. Co jednak z resztą pokarmów z czarnej listy? Oczywiście można wyeliminować wszystkie z nich na pewien czas, gdy zdecydujemy się zastosować dietę zwaną protokołem autoimmunologicznym. Gdy jednak nie interesują Was tak rygorystyczne zmiany, pozostaje tylko umiar, samoobserwacja i testy na nietolerancje pokarmowe. Wspominałam Wam także w jednym z artykułów o diecie eliminacyjnej – wyłączamy dany pokarm z diety na co najmniej trzy tygodnie – całkowicie, gdyż nawet małe ilości mogą zaburzyć wynik eksperymentu! Następnie ponownie go wprowadzamy i obserwujemy swoją reakcję. Wszelkie niepokojące objawy mogą świadczyć o nietolerancji: bóle brzucha, biegunka, zatwardzenie, swędzenie, pokrzywki, bóle głowy, migreny, kichanie, katar… Uwaga, takie symptomy mogą pojawić się nawet po kilku lub kilkunastu godzinach od spożycia posiłku!

A teraz przyjrzyjmy się parszywej dwunastce, która może, ale NIE MUSI okazać się dla chorego kłopotliwa:

1. Ziarna bezglutenowe i pseudozboża – zaleca się ich eliminację przy stosowaniu diety zwanej protokołem autoimmunologicznym. Białka poszczególnych zbóż mają budowę podobną do glutenu i dlatego mogą działać na osoby chore podobnie jak pszenica, żyto czy jęczmień. Ostatnio pojawia się jednak coraz więcej głosów mówiących, że ludzie w ogóle nie powinni jeść ziaren. Dlaczego? Zawierają one białka trudne do strawienia, które podrażniają jelita i mogą prowadzić do zwiększonego stanu zapalnego i zwiększenia ryzyka wystąpienia chorób autoimmunologicznych [1]. Sama przez dłuższy czas byłam na diecie paleo, obecnie jednak wprowadziłam do diety niektóre zboża bezglutenowe. Jestem zdania, że ziarno ziarnu nierówne. Zboża warto moczyć i fermentować, na przykład przygotowując chleb gryczany wg tego przepisu.

Zdaję sobie sprawę, że temat ziaren jest mocno kontrowersyjny i dlatego najlepiej chyba zrobić test na nietolerancje pokarmowe: może się okazać, że nie tolerujemy kukurydzy, ale grykę już tak.

[1] Wolf, Robb (2010): „PALEO dieta”. Poznań. Strona 86.

2. Rośliny strączkowe – na pewno warto znacznie ograniczyć spożycie soi (a nawet całkowicie ją wykluczyć), gdyż obfituje ona w fitoestrogeny i może zaburzać gospodarkę hormonalną. Reszta roślin – z umiarem i stosownie do reakcji. Ja zaobserwowałam przykre reakcje po fasoli oraz po fasolce szparagowej, ale po soczewicy nic mi nie jest.

3. Jajka – zależnie od wyników testów na nietolerancje pokarmowe lub diety eliminacyjnej. Co ciekawe, białka wywołują reakcję alergiczną częściej niż żółtka.

4. Rośliny psiankowate – warto ograniczyć ich spożycie lub je wyeliminować, zwłaszcza gdy cierpimy na dolegliwości stawów. Ale dlaczego w ogóle ziemniaki, pomidory i papryka mogą być dla nas szkodliwe? „Psiankowate mogą sprzyjać „wypłukiwaniu” wapnia z zębów oraz kości i odkładaniu go w tkankach, gdzie nie ma dla niego miejsca, co może mieć związek z artretyzmem, arteriosklerozą, kamieniami nerkowymi, reumatyzmem, migrenami, wysokim ciśnieniem krwi, stanami spastycznymi oskrzeli, osteoporozą, toczniem i innymi powszechnymi przypadłościami. Z doniesień wielu moich pacjentów, którzy wykluczyli psiankowate z diety, wynika, że wymienione schorzenia ustąpiły lub uległy znacznemu złagodzeniu”, pisze dr Wojciech Ozimek.

Ach, te podstępne psiankowate!

5. Kawabadania z 1998 roku pokazały, że kawa podnosi poziom cukru we krwi i dlatego osoby cierpiące na Hashimoto oraz insulinooporność lub cukrzycę powinny jej unikać. Na dodatek zdarza się, iż pacjenci z problemami trawiennymi doświadczają po kawie np. refluksu. I rzecz najważniejsza: mała czarna pobudza nadnercza do wydzielania większej ilości kortyzolu, hormonu stresu, co może nieść ze sobą przykre konsekwencje zwłaszcza w wypadku zmęczenia nadnerczy. Czyli znów zachęcam do umiaru i obserwowania własnych reakcji 🙂  

6. Cukier rafinowany i słodziki – zdecydowanie warto zrezygnować ze wszystkiego, co zawiera syrop fruktozowy, gdyż coraz więcej badań wskazuje na jego szkodliwość. Cukier rafinowany z kolei warto zastąpić miodem czy daktylami i starać się spożywać go jak najrzadziej. Tak będzie naturalniej i zdrowiej. Uwaga! Jeśli masz zdiagnozowaną insulinooporność, konieczne będzie ograniczenia spożycia węglowodanów pod okiem dietetyka.

7. Czarna i czerwona herbata – lepiej spożywać je okazyjnie, gdyż zawierają one fluor, który „może powodować stan zapalny i obumieranie komórek tarczycy, prowadząc do powstania autoimmunologicznego zapalenia tarczycy”. Okazuje się też, że herbaty tańszych marek zawierają znacznie wyższe ilości fluoru niż produkty uznanych producentów  Warto też wybierać pastę do zębów bez fluoru. 

8. Zielona herbata – dla części pacjentów może być szkodliwa, a dla innych korzystna. Wszystko zależy od kondycji naszego układu immunologicznego i od tego, które z jego ramion jest dominujące: Th1 czy Th2. Jeśli więc po zielonej herbacie czujesz się gorzej – oczywiście ogranicz jej spożycie.

9. Rośliny zawierające goitrogeny – pod wpływem wysokiej temperatury te związki zostają zneutralizowane. Co więcej, te rośliny zawierają wiele pożytecznych substancji i dlatego absolutnie nie powinniśmy ich unikać! Warto także jeść te rośliny na surowo, choć w umiarkowanych ilościach. 

10. Ryby morskie – jod budzi wiele kontrowersji w przypadku Hashimoto. Dotychczasowe badania pokazują, że dla części chorych rzeczywiście może być szkodliwy, jednak u innych może przynieść poprawę stanu zdrowia. Czyli znów najważniejsza jest obserwacja – ja na przykład po rybach morskich czuję się bardzo dobrze, co oczywiście nie oznacza, że i dla Ciebie będą one korzystne.

11. Oleje roślinneJednym z największych problemów współczesnej diety jest zaburzony stosunek kwasów tłuszczowych Omega-3 do Omega-6 powinien wynosić od 1:1 do 1:4, a tymczasem u większości osób oscyluje wokół 1:16! Kwasy tłuszczowe Omega-6 występują przede wszystkim w ziarnach, pestkach i orzechach (w oliwie z oliwek znajdziemy ich stosunkowo mało), zaś Omega-3 – w rybach morskich, tranie oraz w tłuszczu zwierząt karmionych trawą (także w jajkach kur nie karmionych paszą). A teraz niech każdy z was uczciwie policzy, ile dziennie spożywa produktów z pierwszej, a ile z drugiej grupy.

Nadmierne spożycie kwasów tłuszczowych Omega-6 sprzyja powstawaniu wielu chorób, w tym: układu sercowo-naczyniowego, raka i chorób autoimmunologicznych, gdyż wykazują działanie prozapalne. Czyli – zdecydowanie więcej Omega-3 w diecie, a mniej Omega-6.

12. Pestki i orzechy – z umiarem, gdyż zawierają duże ilości kwasów Omega-6. Starajmy się też jeść je na surowo; optymalnie byłoby też uprzednio je namoczyć, żeby zneutralizować kwas fitynowy.

W pułapce Internetu

Często dostaję od Was wiadomości pełne bezradności: „To mam jeść te ziemniaki czy nie? Bo strona X mówi jedno, a strona Z coś innego”; „Czy powinnam wyeliminować wszystkie zboża? Jak sądzisz?”; „Mam Hashimoto, czy muszę przestać jeść gluten?”. Na takie wiadomości odpowiadam zawsze podobnie: „Nie wiem. Być może musisz, ale to zależy…”. Każdy z nas jest inny. W Internecie nie znajdziesz porady dostosowanej do Twoich potrzeb i Twojego stanu zdrowia, a jedynie pewne ogólne wytyczne. I właśnie dlatego istnieją lekarze i dietetycy* – to właśnie oni są w stanie stworzyć zalecenia uszyte na miarę Twoich potrzeb.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

* Pamiętajmy oczywiście, że specjalista specjaliście nierówny i czasem musimy wykazać się ogromną cierpliwości, zanim trafimy na dobrego lekarza.

 

A w wolnej chwili zapraszam Was na jaskiniowego Facebooka.

***

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę  🙂

 

Dieta w chorobie Hashimoto: o glutenie i nabiale

Internet jest obecnie najdoskonalszym źródłem informacji. Niestety, gdy brakuje nam fachowej wiedzy, bardzo problematyczne może się okazać oddzielenie ziarna od plew. Internet, podobnie jak papier, zniesie dosłownie wszystko. Czasem bardzo trudno zdecydować nam, laikom, komu powinniśmy wierzyć… Dlatego postanowiłam zebrać całą moją wiedzę oraz dotychczasowe doświadczenia, by w sposób jak najbardziej obiektywny przedstawić Wam kwestię diety w chorobie Hashimoto. Trudno oczywiście wyczerpać ten temat w jednym artykule i dlatego dziś przyjrzymy się razem działaniu glutenu i nabiału; w kolejnej części zastanowimy się, czego warto unikać, a na sam koniec opowiem Wam o moich przygodach dietetycznych. Zachęcam także do dzielenia się Waszymi historiami 🙂

Przede wszystkim umiar i zdrowy rozsądek

Osoby, które dopiero zaczęły szukać informacji na temat diety w Hashimoto, mają pełne prawo czuć się przerażone i zniechęcone. Do tej pory większość z nas żyła całkiem normalnie, a nagle okazuje się, że musimy wykluczyć z diety niemal 80% produktów dotychczas przez nas spożywanych. Pamiętajmy jednak, że na każdą informację powinniśmy spojrzeć chłodnym okiem i zawsze pytać – dlaczego? Zachęcam także to zasięgania opinii specjalistów, chociaż czasem i ci potrafią znacznie różnić między sobą w poglądach i zaleceniach…

Gluten i jego związek z nieszczelnością jelit

Hashimoto należy do grupy chorób autoimmunologicznych, w wyniku której organizm produkuje przeciwciała, niszczące własne tkanki. W ten sposób ciało musi zmagać się z ciągłym stanem zapalnym, co jest dla niego niezwykłym obciążeniem.

By wspomóc wadliwie funkcjonujący układ odpornościowy, coraz więcej lekarzy i dietetyków zaleca rezygnację z glutenu i nabiału. Istnieją także badania naukowe uzasadniające takie postępowanie: wiemy, że u pacjentów z chorobami autoimmunologicznymi tarczycy występuje większe ryzyko nietolerancji glutenu (celiakii). Dlatego też naukowcy zalecają przebadanie wszystkich chorych na Hashimoto czy Gravesa-Basedova pod jej kątem.

Musimy pamiętać, że choroby autoimmunologiczne są silnie związane z jelitami, gdyż to od ich pracy zależy co najmniej 70% naszej odporności. Aglutynina zawarta w pszenicy wpływa na ich przepuszczalność. Kluczem w tym procesie jest białko, zonulina: gdy zjemy gluten, jej poziom wzrasta, w wyniku czego jelita stają się nieszczelne. U osób z predyspozycjami genetycznymi ten proces może doprowadzić do powstania stanów zapalnych i chorób autoimmunologicznych, co udowodnił Alesio Fasano, włoski lekarz i naukowiec.  

Na chwilę obecną niestety nie ma badań, które jednoznacznie wskazywałyby na konieczność wykluczenia  z diety glutenu przez wszystkie osoby cierpiące na Hashimoto. Dysponujemy jedynie poszlakami, pojedynczymi fragmentami układanki, które jednak powoli układają się w całość. Wiemy, że choroby autoimmunologiczne wiążą się z nieprawidłową pracą układu odpornościowego. Wiemy też, że u osób predysponowanych do tego genetycznie, gluten negatywnie wpływa na stan jelit, od których zależy większość naszej odporności. I, co najważniejsze, coraz więcej osób chorych na Hashimoto donosi o poprawie samopoczucia towarzyszącej odstawieniu pszenicy, żyta i jęczmienia.

Kilka słów o mleku

Występujące w nabiale laktoza i kazeina są silnym alergenem. Mleko może podrażniać nie tylko układ trawienny, lecz także płuca, dając objawy takie jak kaszel, astma, czy nadmierne wydzielanie śluzu. Nietolerancja mleka odbija się także na stanie naszej skóry, wywołując podrażnienia, trądzik czy egzemę.

Część specjalistów łączy nietolerancję glutenu z nietolerancją mleka i jego przetworów (chociażby dr Terry Wahls twierdzi w swojej książce, że 80% osób nietolerujących glutenu nie toleruje również nabiału). Co ciekawe, pojawiają się doniesienia o przypadkach, w których osoby nietolerujące laktozy nie były w stanie przyswoić podawanego im syntetycznego hormonu tarczycy.  

Na szczęście dieta bezmleczna nie musi być utrapieniem. A gdy tęsknimy za nabiałem – spróbujmy poszukać jego zamienników, chociażby przyrządzając domowe mleka orzechowe. Polecam przepis na mleko kokosowe, smakuje obłędnie!

„Choruję na Hashimoto – czy mam wyeliminować gluten i nabiał?”

Przede wszystkim musisz pamiętać, że nikt Cię do tego nie zmusza. To powinna być tylko i wyłącznie Twoja decyzja, dobrze przemyślana, a najlepiej skonsultowana także z dietetykiem lub lekarzem.

Zmianę diety radziłabym zacząć od wykonania testów na nietolerancje pokarmowe. Mimo, że wokół nich narosło wiele kontrowersji, obecnie nie dysponujemy lepszym narzędziem diagnostycznym (a przynajmniej nie w Polsce). Warto też rozważyć dietę eliminacyjną – wyłączamy gluten i nabiał z diety na co trzy tygodnie – całkowicie, gdyż nawet małe ilości mogą zaburzyć wynik eksperymentu! Następnie pojedynczo, w odstępach co najmniej czterodniowych, ponownie wprowadzamy te pokarmy i obserwujemy swoją reakcję. Wszelkie niepokojące objawy mogą świadczyć o nietolerancji: bóle brzucha, biegunka, zatwardzenie, swędzenie, pokrzywki, bóle głowy, migreny, kichanie, katar… Uwaga, takie symptomy mogą pojawić się nawet po kilku lub kilkunastu godzinach od spożycia posiłku!

Dotychczasowe doniesienia naukowe pokazują, że wykluczenie glutenu i nabiału wydaje się być logicznym postępowaniem w przypadku chorób autoimmunologicznych. Mam nadzieję, że już wkrótce doczekamy się odpowiedzi na pytanie, czy wszyscy chorzy powinni zrezygnować z jedzenia tych pokarmów. Na chwilę obecną zarówno pacjenci, jak i lekarze, mogą czuć się zagubieni. Niemniej jednak wydaje mi się bardzo przykre, że część endokrynologów neguje dietę bezglutenową i nazywa ją „wymysłem Internetu”. Spotkałam już zbyt wiele osób, którym wykluczenie glutenu niezwykle pomogło, by przestać wierzyć w skuteczność takiego sposobu żywienia.

„Wyeliminowałam gluten i nabiał – i czuję się gorzej niż przed dietą!”

Czasem czytam opowieści osób, które po eliminacji glutenu i nabiału zaczęły się uskarżać na liczne przykre dolegliwości, takie jak problemy trawienne, bóle brzucha czy migreny. Jaka może być tego przyczyna?

Gluten oraz nabiał zawierają odpowiednio glutenomorfiny i kazomorfiny, które mają działanie podobne do opiatów: nie dość, że uzależniają, to na dodatek mogą działać przeciwbólowo! Co ciekawe, receptory opioidowe można znaleźć nie tylko w mózgu, lecz także w jelitach.

Musimy pamiętać, że w przypadku chorób autoimmunologicznych mamy do czynienia z chronicznym stanem zapalnym, a przecież „gluten i kazeina mają zdolność tworzenia związków morfinopodobnych”, czyli przeciwbólowych. Czy jest więc możliwe, że ludzie, którzy chorują na przewlekłe stany zapalane, są uzależnieni od tych substancji?

Odstawienie glutenu i nabiału może sprawić, że poczujemy się fatalnie. Jest jednak całkiem prawdopodobne, że przyczyną pogorszenia naszego samopoczucia będą stany zapalne, od dawna maskowane przez związki morfinopodobne zawarte w pszenicy i mleku! W takich sytuacjach większość osób wraca do jedzenia glutenu i nabiału i notuje natychmiastową poprawę. Inaczej być nie może – organizm otrzymuje silny środek przeciwbólowy, od którego jest uzależniony i chory odczuwa znaczącą ulgę.

Oczywiście glutenomorfiny i kazomorfiny są tylko jedną z wielu możliwych przyczyn pogorszenia samopoczucia na nowej diecie. Równie problematyczne mogą się okazać gotowe wyroby, teoretycznie bezpiecznie, gdyż oznakowane przekreślonym kłosem, a jednak pełne konserwantów i utrwalaczy. Pamiętajmy, że dieta bezglutenowa powinna opierać się o naturalne i nieprzetworzone produkty – w jednym z moich wcześniejszych artykułów przeczytacie, jak taką dietę zaplanować. Zachęcam też oczywiście do konsultacji dietetycznej, dzięki której zminimalizujecie ryzyko wystąpienia przykrych objawów przy zmianie diety. Pamiętajmy też, że gluten i nabiał silnie uzależniają i dlatego ich wykluczenie na początku może okazać się niezwykle trudne. Wykażcie jednak cierpliwość – przykre symptomy powinny ustąpić przed upływem jednego miesiąca.

Zmiana diety nie oznacza, że od razu poczujemy się lepiej. Czasem nawet nasze samopoczucie może ulec pogorszeniu… Dlatego należy uzbroić się w cierpliwość i nie rezygnować!

„Nie wierzę w dietę bezglutenową – jem wszystko i czuję się świetnie!”

Część chorych reaguje paniką, przerażeniem i wstrętem na wszelką wzmiankę na temat diety bezglutenowej. „Mój lekarz mówi, że to bzdura i ja też tak myślę”. Oczywiście rozumiem ten punkt widzenia: skoro ktoś nie ma problemów trawiennych i czuje się świetnie, po co się martwić jakimś glutenem?

Ja, autorka tego bloga, nie chcę nakłaniać Cię na zmianę diety wbrew Twojej woli. Wiem, że przymus zawsze rodzi opór. Jeśli nie wierzysz, że wyłączenie glutenu z jadłospisu Ci nie pomoże i że to fanaberie – nie rób tego, bo najprawdopodobniej i tak wrócisz do poprzednich nawyków.

Mimo to pozwolę sobie na jeszcze jedną uwagę: nietolerancja glutenu może się objawiać nie tylko problemami trawiennymi, lecz także niedokrwistością, bezpłodnością, depresją, problemami z pamięcią, migrenami, kamieniami w pęcherzyku żółciowym… Jest zatem dość prawdopodobne, że problem nietolerancji Cię dotyczy, nawet jeśli uważasz to za niemożliwe i nie uskarżasz się na wzdęcia, zaparcia czy gazy.

Słowo końcowe

W moim przypadku zmiana diety przyniosła ogromną ulgę. Większość przykrych objawów, które gnębiły mnie całe życie, znacznie zelżała. Wiem także, że dieta bezglutenowa i bezmleczna pomaga coraz większej grupie pacjentów, co znajduje swoje uzasadnienie w badaniach naukowych. Czy zatem wszyscy chorzy powinni zrezygnować z mleka i pszennych bułeczek? Cóż, na pewno można spróbować, by przekonać się, jak taka dieta wpłynie na nasz organizm. Pamiętajmy jednak, by nie popadać w skrajności: nie negujmy tego, że dieta może pomóc, ale też nie zmuszajmy nikogo do zmian wbrew jego woli. Na szczęście każdy z nas jest wolny i tę wolność uszanujmy, a przynajmniej tak długo, jak długo nauka nie dostarczy nam jednoznacznej odpowiedzi na kluczowe pytanie: no to mamy w końcu jeść ten gluten czy nie?!

Następna część artykułu będzie poświęcona produktom niewskazanym w chorobie Hashimoto. Później zajmiemy się analizą różnych diet (w tym protokołu autoimmunologicznego). Będzie się działo 🙂

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂


Kliknijcie by trafić na Jaskiniowy Facebook.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola


Zrozumieć Hashimoto…

Życie z osobą chorą na Hashimoto nie zawsze jest łatwe. Niekiedy pacjent spotyka się z niezrozumieniem ze strony bliskich, co prowadzi do licznych nieporozumień, napięć i kłótni. Czy można usprawnić komunikację między pacjentem i jego otoczeniem? Oczywiście! Wystarczy odrobina dobrej woli, chęć współpracy i zdobycia podstawowych informacji. By jak najlepiej osobę cierpiącą na Hashimoto zrozumieć, należy poznać mechanizmy działania i objawy tego schorzenia.

Czym jest Hashimoto?

Choroba Hashimoto to inaczej autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. W wyniku działania czynników takich jak stres, zła dieta czy antybiotykoterapia układ odpornościowy zaczyna postrzegać własne tkanki jako wrogów, których trzeba zniszczyć. Organizm produkuje przeciwciała, te zaś zaczynają atakować tarczycę, co prowadzi do jej niedoczynności. A że nasz organizm jest tworem niezwykle wrażliwym, niedobór hormonów tarczycowych uniemożliwia sprawne funkcjonowanie wielu narządów. Chory zaczyna skarżyć się na uczucie zimna, osłabienie koncentracji i pamięci, otyłość, depresję… A jakby tego było mało, choroby autoimmunologiczne lubią chodzić parami, a nawet trójkami. Organizm, który raz nauczył się atakować własne tkanki, może zacząć „doskonalić” tę umiejętność, w wyniku czego ucierpią inne narządy.

Powyższe informacje są niezbędnym minimum, pozwalającym zrozumieć mechanizm choroby Hashimoto. Wiem, że życie z pacjentem autoimmunologicznym może okazać się niezwykle trudne – moja mama cierpiała z powodu niezdiagnozowanego Hashimoto przez wiele lat, co nieraz odczuliśmy w dość bolesny sposób. Rozumiem także punkt widzenia osoby chorej, gdyż sama nią jestem.

Zainteresował Cię temat? Przeczytaj więcej o objawach i przyczynach Hashimoto!

Dwie twarze Hashimoto

Powszechnie stosowane leczenie niedoczynności tarczycy polega na codziennym zażywaniu hormonu – L-tyroksyny. Teoretycznie to powinno wystarczyć, by pacjent wrócił do pełni sił. I rzeczywiście w przypadku niektórych osób praktycznie nie trzeba posiłkować się innymi lekami lub suplementami. Objawy niedoczynności stopniowo zanikają, pacjent chudnie, a później wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Niestety, w wielu wypadkach Hashimoto przyjmuje bardziej agresywne oblicze. Hormony skaczą w górę i w dół niczym piłka kauczukowa, waga szybuje wyżej niż byśmy chcieli, pojawia się depresja i niemoc. W takich momentach życie z osobą chorą wymaga wiele cierpliwości. Okresy zaostrzenia objawów nazywa się rzutami choroby. Przechodziłam je w swoim życiu dwa razy i mam szczerą nadzieję, że już nigdy się nie powtórzą.

Dowiedz się więcej na temat dwóch oblicz Hashimoto.

Pamiętacie postać Dwóch Twarzy z filmu „Batman: Mroczny Rycerz”? Bardzo mi ona przypomina chorobę Hashimoto.

Hashimoto: choroba, której nie widać

Choroba Hashimoto działa niezwykle subtelnie i praktycznie nie daje żadnych objawów zewnętrznych. Mimo to nie należy jej bagatelizować:  przeciwciała niszczą tkanki pacjenta, co powoduje nieustanny stres dla organizmu. Do tego u wielu chorych pojawiają się inne schorzenia silnie powiązane z Hashimoto: insulinooporność (a nawet cukrzyca), problemy z układem sercowo-naczyniowym (nadciśnienie lub zbyt niskie ciśnienie), bóle stawów, problemy trawienne, zmęczenie nadnerczy…

Istnieje wiele odmian i stopni zaawansowania Hashimoto. Dlatego zamiast snuć domysły, zapytajcie bliską Wam osobę o objawy, które jej dolegają oraz ich uciążliwość. Nic tak nie ułatwia komunikacji i wzajemnego zrozumienia jak szczerość.

Przeczytaj też: Hashimoto – od A do Z

Życie z Hashimoto: Czego można się spodziewać?

Jeśli jesteś członkiem rodziny pacjenta autoimmunologicznego, niekiedy mogą denerwować cię jego zachowania lub kaprysy. Wiem z doświadczenia, że niełatwo takie konflikty rozwiązać: nigdy nie możemy być pewni, w jakim stopniu za dane postępowanie odpowiada choroba, a w jakim charakter i dotychczasowe doświadczenia pacjenta, z zwłaszcza przeżycia z dzieciństwa. Co więc zrobić? Rozmawiać, analizować, pytać i troszczyć się o siebie nawzajem. A przede wszystkim: jasno wyrażać swoje uczucia i potrzeby.

Hashimoto przeważnie nie jest uciążliwą chorobą. Należy jednak pamiętać, że ilość objawów oraz ich natężenie zależą od wielu czynników: niektórzy z pacjentów będą wydawać się okazami zdrowia, zaś inni będą skarżyć się na coraz to nowe dolegliwości. Poniżej znajdziecie wybrane symptomy, które są charakterystyczne dla choroby Hashimoto:

1. „Ale mi zimno!”

Lodowate, a nawet sine dłonie i stopy, to typowy objaw niedoczynności tarczycy. Dlatego warto sprezentować osobie chorej grube skarpetki i flanelową piżamę. Taki prezent bardzo ją ucieszy 🙂

2. „Nie mam siły rano wstawać. Ciągle chce mi się spać. Czuję się zmęczona”

Takie skargi możecie usłyszeć zwłaszcza w przypadku nieodpowiednio dobranej dawki hormonu. W takich sytuacjach należy wykonać badania TSH, FT3 i FT4 oraz odwiedzić endokrynologa.

3. „Jak wy mnie wszyscy denerwujecie!”

Nerwowość i płaczliwość to kolejny objaw nierównowagi hormonalnej. Poza wizytą u lekarza zachęć chorego do zmian w diecie (zwłaszcza do rezygnacji z dużych ilości cukru!) oraz porady dietetycznej i do umiarkowanego wysiłku fizycznego.

4. „Znów przytyłam!”

Nadwaga i Hashimoto, niestety, często idą w parze. Niekiedy pacjent może dwoić się i troić, by osiągnąć wymarzoną sylwetkę, jednak bez uregulowania hormonów nie ma dużych szans na powodzenie.

5. „Zapomniałam…”

Problemy z pamięcią i koncentracją oraz tak zwana „mgła mózgowa” to udręka części osób dotkniętych Hashimoto. Czy jest na to rada? Oczywiście! Pamięć należy ciągle ćwiczyć, chociażby przez naukę języków obcych. Na mózg korzystnie wpłynie także aktywność fizyczna.

6. „Wszystko jest czarne i beznadziejne”

Najgorszym bodaj objawem Hashimoto jest depresja. W takich wypadkach warto zachęcić bliską nam osobę do wykonania badań i wizyty u specjalisty. Wierzcie mi, że komunikaty takie jak: „Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży”, „Inni mają gorzej” czy „Nie narzekaj” osiągną efekt przeciwny do zamierzonego. W czasie rzutu choroby wszystko staje się czarne i pozbawione nadziei. Każdą czynność wykonuje się automatycznie, bez entuzjazmu. Ma się wrażenie, że życie straciło sens… Trudno poradzić sobie z depresją samemu. W takich chwilach najważniejsze jest wsparcie rodziny i szukanie pomocy u endokrynologa i psychoterapeuty. Czasem wystarczy podnieść dawkę syntetycznego hormonu tarczycy, by objawy depresji minęły.

7. „Męczą mnie zaparcia i problemy trawienne”

80% naszej odporności mieści się w jelitach i właśnie z nimi są mocno powiązane wszystkie choroby autoimmunologiczne. U niektórych pacjentów ten związek widać niezwykle wyraźnie. Gazy, wzdęcia i zaparcia to dla nich codzienność. Na szczęście wielu osobom chorym ulgę może przynieść zmiana diety, co czasem okazuje się kłopotliwe dla reszty rodziny. Najbardziej szkodliwymi produktami dla większości chorych są gluten i nabiał. Na pierwszy rzut oka rezygnacja z mleka i mąki może wydać się szaleństwem – przecież to podstawa polskiej diety! Czasem jednak eliminacja tych produktów jest koniecznością i przynosi pacjentowi ogromną ulgę. Doświadczyłam tego osobiście.

Jeśli bliska Wam osoba postanowiła zmienić dietę – okażcie swoje wsparcie i zrozumienie. Zrezygnujcie z następujących komentarzy: „No spróbuj moich ciasteczek, przecież od jednego razu nic ci się nie stanie” czy „Hej, przecież to są urodziny babci! Będzie jej przykro, jak nie zjesz tortu”. Porzucenie glutenu i nabiału wymaga ogromnego zaparcia i motywacji, dlatego apeluję: nie utrudniajcie bliskim zmiany diety.

Dowiedz się więcej na temat związku między jelitami i chorobami autoimmunologicznymi.

Podjęcie decyzji o wyłączeniu z diety glutenu i nabiału może przynieść choremu dużą ulgę.

8. „Wciąż wypadają mi włosy”

Osoby cierpiące na Hashimoto często mają problemy z niedoborami żelaza, co skutkuje wypadaniem włosów oraz przerzedzaniem się brwi. Ta przypadłość bywa niezwykle frustrująca, gdyż szampony i odżywki przeważnie nie pomagają… Dlatego poleca się oznaczenie w laboratorium ferrytyny i zwrócenie się z wynikiem do lekarza pierwszego kontaktu lub endokrynologa.

9. „Nie mam ochoty na seks”

Zaburzenia hormonalne mogą mieć negatywny wpływ na kobiece libido. I nie ma w tym nic dziwnego: gdy atakuje nas depresja i niemoc, seks jest jedną z ostatnich rzeczy, na jaką mamy ochotę. Pozwolę sobie zaapelować do was, panowie: jeśli zauważycie, że życie seksualne w waszym związku zamarło, wyślijcie wasze partnerki na badania i do endokrynologa. Dzięki zastosowaniu odpowiednich dawek hormonów w sypialni znów powinien zawitać ogień 🙂

A jeśli szukasz więcej informacji, sięgnij po poradnik dla pacjentów i chorych: jak zdrowo żyć z chorobą.

   .

Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje wiele chorób znacznie bardziej uciążliwych i przykrych niż Hashimoto. Mimo to należy pamiętać, iż pan Hashimoto czasem może dać się nam oraz naszym bliskim dość mocno we znaki. Dlatego na wszelki wypadek należy się przygotować i uzbroić w odpowiednią wiedzę. Życzę Wam oczywiście z całego serca, byście nigdy nie poznali gorszego oblicza pana Hashimoto. A jeśli przeżywacie trudne chwile, szukajcie pomocy u specjalistów i pamiętajcie, że i one przeminą.

Jeśli artykuł się podobał, polub Jaskiniową Kuchnię na facebooku!

A co dla Was, rodzin osób chorych, okazuje się najbardziej kłopotliwe? Czy Wy, pacjenci, często spotykacie się z niezrozumieniem otoczenia? Jakie objawy Hashimoto są dla Was najbardziej uciążliwe? Liczę na Wasze komentarze!

Trzymajcie się zdrowo,

Ola

`Najważniejsze jest oczywiście wsparcie najbliższych. Bez tego ani rusz!

Ostrożnie z syntetyczną witaminą D!

Życie w Polsce pociąga za sobą niedobory witaminy D i dlatego ostatnio coraz więcej reklam zachęca nas do suplementacji. Zanim jednak pobiegniecie do apteki, zapoznajcie się z moimi doświadczeniami.

Po pierwsze: badania!

Zachęcam Was do wykonania prostego badania – oznaczenia metabolitu 25 OH. Jego koszt to ok. czterdzieści złotych (przynajmniej w Łodzi). Niestety, lekarz pierwszego kontaktu nie może go zlecić.

Teoretycznie możemy założyć, że niemal każdy Polak cierpi na niedobory witaminy D. Mimo to oznaczenie jej poziomu jest konieczne – dzięki temu dowiemy się, jak znaczny jest nasz niedobór i jaką dawkę suplementu powinniśmy przyjąć. Profilaktycznie zaleca się 1000 jednostek, jednak dla części osób taka dawka może być kroplą (albo małym promyczkiem słońca) w morzu potrzeb.

Oczywiście najzdrowiej czerpać witaminę D ze słońca, ale taką opcję mamy tylko latem… Pamiętajcie też, że nie należy przesadnie stosować kremów z filtrami, bo wtedy narażamy się na niedobory witaminy D!

Objawy niedoboru

Istnieje kilka „grup ryzyka”, które są szczególnie narażone na niedobory witaminy D. Są to przede wszystkim osoby cierpiące na:

choroby autoimmunologiczne – przytoczę tu jedno z badań, pokazujące, że pacjenci ze stwardnieniem rozsianym mają zdecydowanie niższy poziom witaminy D niż osoby zdrowe [źródło]

cukrzycę i choroby serca oraz naczyń krwionośnych – oczywiście obszar ten wymaga dalszych badań [źródło]

raka – związek między witaminą D a rakiem jest wciąż badany, jednak dotychczasowe wyniki pokazały, że wyższy poziom witaminy D był np. związany z mniejszym ryzykiem raka prostaty [źródło]

osteoporozę [źródło]

Działanie

Witamina D ma dobroczynny wpływ na funkcjonowanie układu immunologicznego [źródło]. Ponadto oczywiście od jej poziomu zależy zdrowie kości i zębów oraz serca i układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe, receptory witaminy D znajdują się we wszystkich komórkach, a więc tak naprawdę nie do końca jest poznany jej wpływ na nasz organizm [źródło].

Pamiętaj, wszystko z umiarem! Witaminy to nie cukierki! Gdy już suplementujesz witaminę D, badaj jej poziom co jakiś czas. Może być konieczne obniżenie lub zwiększenie dawki.

Suplementacja

W moim wypadku poziom witaminy D po wakacjach wyniósł 12, a norma to 30 (chociaż część lekarzy twierdzi, że optymalny poziom wynosi ok. 50, zwłaszcza w przypadku osób chorych). Dlatego zażywałam najpierw 1000 jednostek, a potem 2000. Następnie naczytałam się na temat znaczenia witaminy D w chorobach autoimmunologicznych i sięgnęłam po 4000 jednostek. I to był mój błąd: powinnam była się zbadać, a dopiero potem rozważyć taką suplementację.

Po jakimś czasie zaczęło boleć mnie serce. Powiązałam ten niepokojący objaw z niedoczynnością tarczycy. Na szczęście lekarka uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może obciążyć serce! Odstawiłam więc tabletki. Ból minął.

Witamina D a magnez

Miałam niezwykłe szczęście, bo jedna z internetowych znajomych uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może powodować niedobór magnezu!

Witaminy to nie cukierki. Dlatego konieczne jest zachowanie zdrowego rozsądku. O ile nie otrzymamy wyraźnego zalecenia lekarza – nie przyjmujmy suplementów w niebotycznych ilościach. Powiązania między minerałami i witaminami wciąż są badane. Wiemy jednak, że witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Jeśli mielibyście ochotę poczytać więcej na ten temat, zapraszam [tutaj] i [tutaj], a po polsku [tutaj].

Nie ma się co oszukiwać: suplementacja nie jest niewinną igraszką. Duże dawki jednej witaminy mogą pociągnąć za sobą konieczność przyjmowania innych preparatów… Uważajmy, by nie skończyć z garścią tabletek do codziennego zażywania!

Suplementuj się z głową!

Musimy pamiętać, że w pożywieniu witaminy i minerały współwystępują i działają synergicznie. Suplementy, owszem, zawierają powyższe substancje, jednak w postaci wyizolowanej. Nie wiemy jeszcze do końca, jak nasze organizmy je przyjmą w takiej formie i jak dane związki współdziałają lub się wykluczają. Co prawda prowadzonych jest coraz więcej badań na ten temat, jednak ocean naszej niewiedzy wciąż przeraża swoją objętością.

Co więc robić? Używać suplementów, ale z głową! Jestem zdania, że mądra suplementacja może nam pomóc, zwłaszcza w przypadku chorób. Nigdy jednak nie działajmy na własną rękę! Lekarz czy dietetyk kliniczny udzieli nam fachowej porady. Do tego oczywiście regularne badania to podstawa. Zadbajmy też o różnorodność diety, ograniczmy cukier, odrzućmy tłuszcze trans i przetworzoną żywność, a będziemy tętnić zdrowiem i radością 🙂 

 

Trzymajcie się zdrowo! A mój Facebook znajdziecie [tutaj].