Tarta marchwiowo-orzechowa (bez glutenu i nabiału – wegańska)

Wielkimi krokami zbliżają się imieniny Anny – i jeśli chcesz pozytywnie zaskoczyć bliską Ci Anię, orzechowo-marchwiowa tarta będzie strzałem w dziesiątkę! To idealny deser na gorące dni. Nie wymaga pieczenia i składa się wyłącznie z naturalnych i najzdrowszych składników. Jest cudownie słodka, i to bez grama dodanego cukru! Pan Jaskiniowy stwierdził, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu jadł, włączając w to najpopularniejsze batoniki, czekolady i ciasteczka. Lepszej rekomendacji nie trzeba 🙂

 

Składniki na spód:

  • 400 gramów nieobranej marchwi (czyli trzy-cztery średnie sztuki)
  • 150 gramów orzechów
  • 200 gramów suszonych daktyli
  • 150 gramów wiórków kokosowych
  • 50 gramów suszonego ananasa
  • 35 gramów roztopionego nierafinowanego oleju kokosowego
  • 15 gramów karobu (lub kakao)

Składniki na krem:

  • 150 gramów orzechów nerkowca
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 200 ml mleka kokosowego
  • 30 gramów suszonego mango
  • 20 gramów nierafinowanego oleju kokosowego

Do dekoracji:

  • po 20 gramów orzechów laskowych i orzechów nerkowca oraz 10 gramów suszonego mango

 

Przygotowanie:

.

..

.

1. Orzechy nerkowca moczymy przez kilka godzin:

 

 

 

.

.

.

.

.

2. Daktyle i orzechy laskowe mielimy blenderem na gładką masę.

.

 

.

.

3. Marchew ścieramy na tarce o drobnych oczkach:

 .

.

.

.

.

.4. Dodajemy suszony ananas i ponownie mielimy. Uwaga! Suszony ananas jest dość twardy, więc warto robić przerwy przy jego mieleniu 🙂

.

 

 

 

.

.

.5. Wiórki kokosowe mielimy młynkiem do kawy lub blenderem na gładki krem (dokładną instrukcję znajdziecie w tym przepisie).

.

.

.

.5. Marchew, masę daktylowo-orzechową oraz krem kokosowy wyrabiamy ręką aż do połączenia składników. Na koniec dodajemy olej kokosowy i karob i ponownie wyrabiamy.

.

.

.

.

.

 .6. Tak otrzymanym ciastem wykładamy formę do tarty o średnicy 24 cm. Całość wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. Uwaga! Jeśli ciasto zbyt  mocno się klei, wkładamy je do zamrażarki na 20-30 minut i wykładamy nim formę dopiero po schłodzeniu.

 

.

.

 Przygotowanie kremu:
1. Uprzednio namoczone orzechy nerkowca mielimy blenderem. Po chwili dodajemy mleko kokosowe, sok z cytryny, olej kokosowy oraz suszone mango i ponownie mielimy aż do uzyskania gładkiej konsystencji.

 

 

 

 

 2. Krem wykładamy na spód do tarty i równomiernie rozprowadzamy. Tartę wkładamy na około godzinę do  zamrażarki.

 

 

 

 

3. Siekamy orzechy włoskie i orzechy nerkowca, zaś mango kroimy w paski. Dekorujemy nimi stężałą tartę. Smacznego! 🙂

 

 

 

***

 

Do przygotowania dzisiejszego przepisu użyłam produktów firmy Sto procent zdrowia. Jej właścicielami jest dwóch bardzo miłych Panów, którzy rozumieją potrzeby osób dbających o swoje zdrowie i dlatego kładą niezwykły nacisk na jakość swoich produktów. I to czuć! Bakalie, które otrzymałam, były bardzo smaczne, a orzechy nerkowca i daktyle należą do jednych z najlepszych, jakie w życiu jadłam. Do tego wszystkie produkty są pozbawione konserwantów, nawet wiórki kokosowe! Z ogromną radością zobaczyłam na opakowaniu brak ostrzeżenia: „zawiera dwutlenek siarki” 🙂

Jeśli mielibyście ochotę przetestować te naturalne pyszności, wspólnie przygotowaliśmy promocję: na hasło „Jaskiniowa Kuchnia” otrzymacie w sklepie Sto procent zdrowia 10% rabatu 🙂

Wpis został przygotowany w ramach współpracy z marką Sto procent zdrowia.

Jak stworzyć udany związek?

red-love-heart-typographyDziś świętujemy z Panem Jaskiniowym bardzo ważną rocznicę – już szósty rok jesteśmy razem 🙂 I śmiało mogę stwierdzić, że zetknęło nas przeznaczenie: z mojej strony była to praktycznie miłość od pierwszego wejrzenia. Dnia 1 września 2007 roku właśnie rozpoczynałam naukę w liceum. Pod bramą stało kilka osób, w tym Pan Jaskiniowy. Pomyślałam „O, jaki fajny chłopak!”. Wzdychałam sobie tak do niego przez jakiś czas, zawsze okraszając te westchnienia zdaniem „I tak nie mam u niego szans”.

Minęły trzy lata, w tym czasie może dwa razy zamieniliśmy kilka zdań. Aż w końcu nadszedł czas matur. Egzaminy ustne zdawaliśmy w pięcioosobowych grupach. I traf chciał, że wśród tych pięciu osób był Pan Jaskiniowy. Pochwalił moje własnoręcznie zrobione kolczyki, zaczęliśmy rozmawiać i… tak się zaczęło. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że to TO.

Sporo już razem przeżyliśmy i dzięki tej relacji nauczyłam się tak wiele, jak nigdy. Popełniliśmy oczywiście trochę błędów, jednak to właśnie one pozwoliły nam dojrzeć. Oczywiście wiem, że każdy musi poszukać własnej drogi do szczęścia, ale mimo to pewne zachowania w każdych okolicznościach będą gwarantem katastrofy. A niezdrowa relacja nierozerwalnie łączy się z ogromnym stresem, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do powstania wielu przykrych chorób. I dlatego lepiej sobie tych nerwów oszczędzić.

Co więc zrobić, by stworzyć udany związek?

1. Otwarcie komunikować swoje potrzeby i słuchać potrzeb partnera

„Chcę”, „potrzebuję”, „nie podoba mi się”, „wolę”… Jeśli jasno zakomunikujemy nasze zdanie, nie będzie miejsca na niedomówienia. Ja osobiście kiedyś wierzyłam, że mój ukochany domyśli się, czego pragnę. I, o zgrozo, to się nigdy nie stało! I nie ma prawa się stać. Nasz partner nie jest duchem świętym, ani tym bardziej nie posiadł zdolności telepatii. Słowa to jedyne narzędzie, którym dysponujemy.

2. Przywyknąć do tego, że nie zawsze musisz się zgadzać ze swoim partnerem

Twój ukochany, choćby nie wiem jak był Ci bliski, nigdy nie będzie Twoim lustrzanym odbiciem. Nawet jeśli w czymś się z Tobą nie zgadza, nie jest to powód do kłótni lub foszków. Kiedy przedmiot sporu tyczy się Was obojga, oczywiście konieczne będzie znalezienie kompromisu. W innych wypadkach nie wymagajcie, by partner zawsze postępował dokładnie po Waszej myśli. To, że coś chce zrobić inaczej, nie znaczy, że gorzej.

3. Pozwól mężczyźnie być mężczyzną, a kobiecie kobietą

Drogie Panie, mężczyźni pewne rzeczy zawsze zrobią po „męsku”. Choćby zakupy – jeśli nie powiesz, o jaki dokładnie makaron czy sos pomidorowy Ci chodzi, nie zdziw się, gdy produkty wybrane przez Twojego partnera nie spełnią Twoich oczekiwań. Albo nie oczekuj, że Twój ukochany będzie radośnie biegał za Tobą po centrum handlowym, lub że z ogromnym zainteresowaniem obejrzy łzawy melodramat.

Drodzy Panowie, kobiety potrzebują czasem wygadać się i ponarzekać. Nie próbujcie na siłę rozwiązywać naszych problemów – przeważnie wystarczy tylko przytulić i wysłuchać. A jeśli czasem nie wiesz, co zrobić z kobiecymi smuteczkami, po prostu zapytaj: „Kochanie, potrzebujesz porady, czy pocieszenia?”.

4. Ufać sobie nawzajem

Żadnego szpiegowania, przeglądania maili partnera czy czytania jego smsów. To oczywiste i naturalne.

5. Zapewnić sobie wzajemnie przestrzeń do życia

Człowiek nie jest stworzony do życia w symbiozie. Nadmierna zależność na dłuższą metę okazuje się męcząca, a nawet toksyczna. Dlatego partnerzy powinni mieć czas tylko dla siebie oraz pielęgnować swoje indywidualne pasje i znajomości.

6. Doceniać ukochaną osobę

Kiedy nasz partner ładnie się ubierze, pięknie wysprząta dom, ugotuje coś pysznego czy pomyślnie zrealizuje powierzone mu w pracy zadania, nie szczędźmy ciepłych słów. To dodaje skrzydeł i cementuje związek. Nawet drobnostki warto chwalić.

7. Nie brać partnera za pewnik i nieustannie się starać

Kiedy jesteśmy w stałym związku, łatwo popaść w rutynę. Nie chce nam się starać i dlatego w domu nosimy stare dresy, rzadko też wychodzimy gdzieś razem… Nic dziwnego, że po pewnym czasie przestajemy być dla siebie atrakcyjni. Kiedy nie podlewamy kwiatów, więdną. Związki również.

8. Szanować partnera i jego uczucia

Żartowanie sobie z partnera w towarzystwie czy w innej niekomfortowej dla niego sytuacji to poważny cios dla związku. Dlatego zawsze otwarcie komunikujmy swoje uczucia, zarówno wtedy, gdy coś zyskuje naszą aprobatę, jak i gdy z czymś się nie zgadzamy.

9. Nie rozwiązywać problemów dotyczących związku poza związkiem

Kiedy coś nam się w relacji nie podoba, musimy powiedzieć o tym partnerowi, a nie przyjaciółce, mamie czy cioci. W przeciwnym razie problem pozostanie nierozwiązany, a ukochana osoba nawet nie będzie świadoma tego, co się dzieje. Takie zachowanie nosi nazwę „biernej agresji”, o której więcej przeczytacie w artykule Pana Jaskiniowego [tutaj].

10. Być ze sobą na dobre i na złe

W życiu zawsze pojawią się jakieś trudności i przeszkody, jednak najważniejsze to stawiać im czoła RAZEM.

***

Budowanie dobrego związku to długi proces, w który muszą być zaangażowane w podobnym stopniu obie strony. Podstawa to oczywiście KOMUNIKACJA i jasne wyrażanie swoich uczuć i potrzeb. A co, kiedy sprawia nam to trudność? Pamiętajmy, że nasze relacje tworzymy w oparciu o to, co wynieśliśmy z domu rodzinnego. Jeśli rodzice często się kłócili, nie potrafili otwarcie wyrażać swoich potrzeb, lub nie okazywali sobie szacunku, całkiem możliwe, że i my w przyszłości powielimy te wzorce. Dlatego też niezwykle łatwo jest stworzyć relację toksyczną, ja osobiście takich obserwuję dziesiątki. W takiej sytuacji najważniejsze to zdać sobie sprawę z własnych ograniczeń, a w razie potrzeby poprosić o pomoc specjalistę, na przykład psychoterapeutę.

Życzę Wam samych udanych relacji,

Wasza Ola

P.S. A w wolnej chwili zajrzyjcie na Jaskiniowy Facebook! 🙂

Cała prawda o suplementach diety

Wiem, że artykuły noszące tytuł „Cała prawda o…” zawsze przykuwają uwagę czytelników. Lubimy ten dreszczyk emocji towarzyszący zagłębianiu się w „zakazaną” i ukrytą wiedzę. Często jednak zapominamy, że nic nie jest czarno-białe i niemal wszystko może okazać się jednocześnie dobre i złe. W natłoku reklam, informacji i publikacji naukowych coraz trudniej znaleźć złoty środek. Ja jednak próbuję, mimo wszystko. Przebrnęłam przez morze wiadomości, by stworzyć dzisiejszy artykuł. I już na wstępie Wam powiem, że w przypadku suplementów diety najlepiej zachować zdrowy rozsądek i umiar. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Jaka jest różnica między lekiem a suplementem?

W ostatnim czasie rynek suplementów diety przeżywa prawdziwy rozkwit. Konsumenci coraz chętniej sięgają po przeróżne specyfiki, mające zapewnić prawidłowe funkcjonowanie organizmu lub wspomóc nas w okresie przeziębień, stresu, sesji, kaca, ciąży, obniżenia libido, menopauzy czy świąt. Tabletki najczęściej są niedrogie i wygodne w stosowaniu. Wystarczy raz dziennie po posiłku. Niekiedy dwa.

W skład suplementów najczęściej wchodzą witaminy, makro- i mikroelementy, ekstrakty roślinne, tłuszcze, enzymy czy probiotyki i prebiotyki. W przeciwieństwie do leków, które mają wywołać skutek terapeutyczny w danej jednostce chorobowej, suplementy służą uzupełnieniu niedoborów w diecie i są środkami spożywczymi (źródło).

Wprowadzenie na rynek nowego leku często zajmuje nawet kilka lat i wiąże się z dużymi kosztami (źródł0). Skuteczność suplementu natomiast nie musi zostać potwierdzona, zaś proces rejestracji może trwać mniej niż pół roku.

Co ciekawe, oba produkty mogą zawierać tę samą substancję czynną (na przykład koenzym Q10), jednak w różnej ilości. Dzięki temu wytwórcy obchodzą skomplikowaną procedurę rejestracji – a większość klientów apteki nie będzie dociekać, czy kupuje lek czy suplement. Zwłaszcza, jeśli wprowadzenie preparatu na rynek zostanie połączone z odpowiednio natarczywą kampanią reklamową.

W pułapce suplementów

Przeciętny pacjent nie ma czasu na analizowanie składu kupowanych w aptece produktów. Najczęściej sięgnie więc po to, o czym kiedyś usłyszał w telewizji. Nieliczni poszukają informacji na temat jakości suplementu. Jeszcze mniejsze grono osób odpowie sobie na pytanie: „Czy ja naprawdę tej substancji potrzebuję?”.

Suplementy diety i leki OTC wydawane bez recepty mogą przynieść złudne poczucie ulgi, jednocześnie maskując prawdziwy problem. Gdy Kowalski będzie zmęczony, zdecydowanie łatwiej będzie mu wybrać się do apteki po tabletki o wdzięcznej nazwie „Kupa energii”, niż wnikać w przyczyny swoich dolegliwości. A co, jeśli Kowalski za mało śpi, jego praca jest zbyt stresująca, zaś dieta pozostawia wiele do życzenia?… Oczywiście chętniej zażyje suplement, niż dokona odpowiednich zmian w stylu życia. Do takiego rozleniwienia obywateli w dużym stopniu przyczyniają się właśnie reklamy.

Telewizja serwuje widzom obrazki niezwykle ogłupiające, niejednokrotnie wspierane wizerunkiem lubianych celebrytów. Zapewnia się nas, że możemy rozkoszować się smakiem golonek zagryzanych słodkim tortem i popijanych alkoholem bez konsekwencji dla wątroby – wystarczy tabletka. A jeśli palimy papierosy i męczy nas „kaszel palacza” – oczywiście nie musimy rezygnować, gdyż i na to znajdzie się cudowne remedium.

Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu jest podatny na reklamę. Pamiętajmy jednak, że w przypadku nawracających i niepokojących objawów powinniśmy skonsultować się ze specjalistą. Wiem, że część osób „nie ma na to czasu”, inni z kolei „kiedyś już byli, ale nic mądrego nie usłyszeli”. Trudno znaleźć w tej sytuacji złoty środek, gdyż rzeczywiście mamy szansę trafić na lekarza, który zignoruje nasze dolegliwości i zniechęci do dalszych poszukiwań. Istnieją symptomy niespecyficzne, które mogą wskazywać na szereg różnych dolegliwości i niekiedy uzyskanie właściwej diagnozy trwa kilka lat. Sztandarowym przykładem mogą być problemy z tarczycą: kobiety będą skarżyć się na wypadające włosy i zmęczenie, na co oczywiście znajdzie się odpowiedni preparat. Niejednokrotnie słyszałam o specjalistach, którzy bądź ignorowali takie objawy, bądź zalecali „ograniczenie stresu”. Dopiero po dłuższym czasie okazywało się, że symptomy były spowodowane niedoczynnością tarczycy lub chorobą Hashimoto (więcej o jej objawach przeczytacie tutaj).

Ciągłe zmęczenie? Zamiast sięgać po tabletki, wykonaj odpowiednie badania. Może Twoja tarczyca źle pracuje?

Badania przede wszystkim!

Celem reklamy jest wywołanie w konsumencie potrzeby zakupu danego produktu. Wytwórcom leków i suplementów znacznie łatwiej taki efekt osiągnąć: widz odpowiednio poinformowany o skutkach niedoboru danej witaminy lub minerału chętniej wyruszy do apteki. Zdrowie jest wszak ważniejsze niż wszystko inne i lepiej działać prewencyjnie.

Czasem jednak taka przezorność może bardziej nam zaszkodzić, niż pomóc. Nietrudno zasugerować się wyłącznie treścią reklamy i zacząć przyjmować daną substancję „w ciemno”, bez zbadania, czy problem niedoboru rzeczywiście nas dotyczy. Teoretycznie zawartość witamin i minerałów przeważnie jest w suplementach dość niska i zachodzi niewielkie ryzyko przedawkowania, jednak niewykonanie odpowiednich badań lekarskich może uniemożliwić lub opóźnić wykrycie poważnych niedoborów.

Bardzo kłopotliwa bywa na przykład suplementacja witaminą D. Część osób, chociażby cierpiących na choroby autoimmunologiczne, niezwykle często cierpi na duże niedobory (w takich wypadkach wyniki poniżej 10 przy normie 30 nie należą do rzadkości), których standardowa i powszechnie dostępna na rynku dawka 1000 j.m. najpewniej nie pokryje. Dzięki badaniu zyskujemy pewność i dowiadujemy się, czy rzeczywiście danego suplementu potrzebujemy, a jeśli już, to w jakiej ilości.

A może multiwitamina?

Kiedy nie wiemy, jakich witamin i minerałów nam brakuje, najlepszym wyborem powinien być zakup tak zwanej „multiwitaminy”. Producenci zapewniają, że jedna tabletka pokryje dzienne zapotrzebowanie na wszystkie substancje, których nasz organizm potrzebuje. Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci.

Minerały i witaminy zawarte w jednej pastylce mogą wchodzić w niekorzystne interakcje i wzajemnie osłabiać swoją przyswajalność (źródło). Co więcej, niektóre preparaty oferują stężenie danej substancji na tyle niskie, że efekt terapeutyczny nie zostanie osiągnięty (źródło). Problematyczna bywa także wchłanialność niektórych minerałów: część multiwitamin zawiera na przykład magnez w postaci źle przyswajalnego tlenku magnezu. Jeśli więc już zaczynamy suplementację – chyba lepiej zdecydować się na kilka preparatów przyjmowanych oddzielnie lub dokładnie przeanalizować (z pomocą farmaceuty, oczywiście) skład wybranych tabletek. Warto także wspomnieć o przeprowadzonych ponad trzy lata temu w Ameryce badaniach, które ujawniły, że multiwitaminy ani nie wydłużają życia, ani nie zmniejszają ryzyka chorób serca czy problemów z pamięcią (źrodło). Jeśli coś ma być do wszystkiego, to najczęściej jest do niczego.

Najlepsza multiwitamina? Świeże owoce i warzywa!

Czytaj etykiety!

Przywykliśmy już do tego, że powinniśmy bacznie przyglądać się opakowaniom produktów kupowanych w sklepie spożywczym.  Podobną ostrożność warto zachowywać także w aptekach.

Wiele reklam wprowadza klientów w błąd i nakłania do zakupu preparatu, którego skuteczność może się okazać dość niska. Dlatego w przypadku suplementowania minerałów należy zwracać uwagę na postać, w jakiej występują. Pamiętajmy, że formy organiczne będą zdecydowanie lepiej przyswajalne: korzystniej zatem kupić magnez w formie cytrynianu niż tlenku (źródło). Warto także przeanalizować zawartość jonów magnezowych, a nie soli czy tlenku.  Podobną ostrożność powinniśmy zachować przy zakupie preparatów z wapniem (źródło), cynkiem (źródło) czy żelazem (źródło). Co ciekawe, jod należy wybierać w postaci NIEorganicznej, która jest dla naszego organizmu najkorzystniejsza.

Czy przeciętny Kowalski będzie sobie zdawał z tego wszystkiego sprawę? Cóż, oczywiście nie ma takiego obowiązku, zawsze może poprosić o pomoc farmaceutę. Wiem jednak, że część klientów tak mocno wierzy w treści prezentowane w reklamach, że puści mimo uszu wszelkie sugestie aptekarza. Prosty przykład: kiedy radio i telewizja nieustannie zachęcają się do zakupu „naturalnego magnezu” (którego przyswajalność wynosi tylko 30%, o czym reklama już nie wspomina), Kowalski nie będzie chciał słyszeć o żadnym innym preparacie. Pacjent nasz pan?

Nie wolno także zapominać, że poza główną substancją czynną, suplementy i leki zawierają wszelkiego rodzaju wypełniacze. Część z nich nie będzie miała wpływu na nasze zdrowie (np. żelatyna), jednak niektóre mogą okazać się niepożądane lub nawet szkodliwe. Te najbardziej powszechne to: stearynian magnezu, który może utrudniać przyswajanie witamin i minerałów (źródło); barwniki, a wśród nich na przykład tartrazyna czy żółcień pomarańczowa, które mogą mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci (źródło) oraz słodziki mogące wykazywać działanie „kancerogenne, teratogenne, nasilające insulinooporność i zaburzające homeostazę organizmu” (źródło). Dla części osób problematyczne są także gluten i laktoza. Na szczęście ostatnio pojawia się coraz więcej preparatów pozbawionych tych alergenów.

Barwniki używane w suplementach i przemyśle spożywczym mogą być szkodliwe. A dodaje się się nawet do produktów przeznaczonych dla dzieci!

Papier wszystko przyjmie

Nawet jeśli dokładnie przeanalizujemy skład suplementu, który planujemy zakupić, nigdy tak naprawdę nie wiemy, czy deklarowane przez producenta związki rzeczywiście zostały w nim zawarte, a jeśli nawet – to czy w wystarczającej ilości. Jakby tego było mało, „suplement diety przy wprowadzeniu do obrotu nie musi być badany pod kątem toksyczności ani bezpieczeństwa” (źródło).

W Polsce praktycznie nikt nie sprawdza jakości surowców stosowanych w suplementach diety. I mimo że kontrole prowadzone między innymi przez przedstawicieli Państwowych Powiatowych Inspektorów Sanitarnych są zakrojone na bardzo małą skalę, wykazują duże nieprawidłowości. Profesor Zbigniew Fijałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków, radzi zachować ostrożność między innymi w przypadku stosowania produktów na odchudzanie i wspomagających libido. W 2011 roku przeprowadzono badania na sześciu suplementach na problemy z erekcją losowo zakupionych w aptece. „Wybrano grupę preparatów deklarowanych jako całkowicie ziołowe, w przedziale cenowym 40-60 zł za 1-2 kapsułki. Okazało się, iż na sześć wytypowanych i zakupionych w aptece, sześć było sfałszowanych”, zdradza profesor Fijałek (źródło).

Brakuje badań, by stwierdzić, jaka jest skala tego problemu w Polsce. Wiemy natomiast, jak przedstawia się sytuacja w USA. Ponad rok temu przebadano w Nowym Yorku setki suplementów sprzedawanych przez sieci sklepów. Okazało się, że ogromna większość z nich, bo aż 80 procent, nie zawierała roślin wymienionych w składzie preparatu. „Zamiast tego pigułki i kapsułki składały się z tanich wypełniaczy, takich jak mąka, ryż, kukurydza, czy fasola. Nie znajdowano natomiast DNA dziurawca, jeżówki, żeń-szenia, miłorzębu, czy czosnku, mimo że etykiety na produktach wskazywały na obecność ekstraktów tych roślin” (źródło).

Każdy sprzedawca zachwala swój towar.

Suplementy made in China?

Pamiętajmy, że firmy nie mają obowiązku informować, skąd pochodzą związki używane w produkcji suplementów. Mimo to oczywiście wiadomo, iż żeń-szeń przeważnie w Polsce nie występuje i będzie trzeba sprowadzić go z Azji, a miłorząb japoński trafi do nas nie z Japonii, a z… Chin. Niewiele osób jednak zapyta, skąd pochodzą syntetyczne witaminy.

Szacuje się, że 90% witaminy C dostępnej na rynku amerykańskim pochodzi z Chin (źródło). Nie wiem, czy ma to wpływ na jakość suplementów, ale na pewno jest w stanie znacząco obniżyć koszt ich produkcji. Żaden inny kraj nie dysponuje tak rozwiniętą technologią i nikogo nie dziwi, że w dzisiejszych czasach większość produktów jest oznakowanym jako „made in China”. Skoro jednak taka informacja pojawia się na metkach ubrań czy opakowaniach telewizorów, telefonów komórkowych i komputerów, dlaczego nie miałaby znaleźć się także na etykietach suplementów diety?

Jakość produktów będzie oczywiście zależeć od uczciwości ich wytwórcy, a z tą bywa różnie. Amerykańska  Agencja Żywności i Leków kilka lat temu wykryła nielegalne działania firmy USPlabs: importowała ona składniki z Chin używając fałszywych zaświadczeń oraz podawała nieprawdziwe informacje na temat ich pochodzenia, a następnie wykorzystywała je do produkcji preparatów wspomagających odchudzanie (źródło).

Te niepokojące wiadomości zza oceanu powinny zmobilizować nasze służby do bacznego przyjrzenia się rynkowi suplementów diety.

Suplementy diety to tylko wierzchołek góry lodowej

Jeśli już zdecydujemy się na przyjmowanie suplementu diety i znajdziemy preparat o najlepszej przyswajalności, otrzymany wyłącznie z organicznych składników i pozbawiony niepotrzebnych wypełniaczy to… Nigdy nie będziemy mieli pewności, że w naszym wypadku się sprawdzi.

Współcześnie coraz więcej osób cierpi na zaburzenia trawienia oraz problemy z florą bakteryjną jelit. Nie tylko jesteśmy tym co zjemy, a raczej tym, co wchłoniemy. Wszechobecny stres, toksyny czy pasożyty mogą sprawić, że nawet najlepszy suplement przyswoi się gorzej niż powinien. Jakby tego było mało, od dziesięciu do nawet dwudziestu procent populacji może nieświadomie cierpieć na problemy z metylacją – i wówczas przyjmowanie powszechnie dostępnych na polskim rynku suplementów witaminy B12 czy kwasu foliowego okaże się szkodliwe, gdyż organizm nie będzie w stanie ich zmetabolizować (źródło).

Stres, wszędzie stres… Oczywiście możemy sięgnąć po odpowiedni suplement diety, by złagodzić jego oddziaływanie na nasz organizm, jednak czy to rozwiąże problem?

Pamiętajmy, że tak naprawdę wciąż wiemy jeszcze stosunkowo mało na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu. W naturze witaminy czy minerały zawsze działają we współpracy z dziesiątkami innych związków i interakcje zachodzące między nimi mogą być bardzo niedoceniane. W suplementach przeważnie mamy do czynienia z wyekstrahowanymi substancjami, które gorzej działają w pojedynkę, a w nadmiarze mogą zaszkodzić. Kilka przykładów:

  • witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Więcej o tym zjawisku przeczytasz w moim zeszłorocznym artykule (tutaj)
  • przyjmowanie jodu jest najbardziej efektywne, gdy towarzyszą mu witaminy B2, B3, D3, C oraz pierwiastki: magnez, cynk, miedź, selen i wapń (źródło)
  • duże dawki cynku mogą utrudniać przyswajanie magnezu (źródło)
  • nadmiar miedzi skutkuje niedoborem cynku i może być bardzo niebezpieczny; podobnie groźny może być nadmiar cynku (źródło)
  • magnez jest łatwiej przyswajalny w towarzystwie witaminy B6 (źródło)

Jeśli chcielibyśmy zachować równowagę, zapewne bylibyśmy skazani na przyjmowanie co najmniej dziesięciu suplementów dziennie. Jak znaleźć złoty środek? Pamiętajmy, że Natura jest znacznie mądrzejsza od nas. Każdy jej twór jest absolutnie doskonały i kompletny: chociażby ryby morskie będą zawierać i jod, i selen, i magnez, i witaminy D i A – czyli wszystko, czego nam potrzeba! Do tego dostaliśmy cudowne warzywa i owoce, pełne witamin i przeciwutleniaczy. A co myśmy z tym bogactwem zrobili? Zanieczyściliśmy i zniszczyliśmy nasze jedzenie, a teraz szukamy ratunku w syntetycznych minerałach i witaminach zamkniętych w kapsułkach, by uzupełnić to, co powinniśmy przyjmować wraz z pokarmem.

Wielu lekarzy, farmaceutów, a nawet naturopatów twierdzi, że suplementacja jest dzisiaj koniecznością. Rzeczywiście, rośliny mają mniej wartości odżywczych niż jeszcze kilkanaście lat temu. Przyczyną tego zjawiska jest wyjałowienie gleb i stosowanie wszelkiego rodzaju pestycydów (źródło). Podobny problem dotyczy także mięsa, ryb, jaj i nabiału z przemysłowych hodowli – zawierają one znacznie mniej dobroczynnych kwasów Omega 3 niż powinny. Jednak czy naprawdę łykanie całej litanii tabletek jest najlepszym lekarstwem? Może to tak naprawdę nie my chorujemy, a po prostu nasze ciała nie są w stanie przystosować się do życia w chorych czasach i w chorym systemie pełnym stresu, toksyn, manipulacji, niepewności i często strachu?

Światem rządzi pieniądz, jednak za niskie ceny przyjdzie nam w przyszłości zapłacić bardzo wysoką cenę. Produkcja żywności ma być jak najbardziej opłacalna, co pozbawia ją wielu cennych wartości odżywczych. Do tego wielu z nas prowadzi tryb życia, do którego ludzkość nie została stworzona: większość dnia spędzamy siedząc bądź siedząc i wpatrując się w ekran komputera, a jakby tego było mało, borykamy się z nieustannym stresem. Nie chce nam się gotować, wygodniej kupić gotowe produkty, by nie marnować czasu. Pieniądze oszczędzamy wybierając tańsze jedzenie. Dzięki temu  możemy kupić sobie lepsze ubrania, droższą komórkę i… suplementy diety w celu uzupełnienia niedoborów witamin i minerałów. Czy to nie ironiczne? Oburzają nas ceny w sklepach z ekologiczną żywnością, a normą stały się bluzki po sto czy buty po czterysta złotych wyprodukowane w Azji za niewielki procent tej wartości (źródło).

Jaka jest skala tego problemu? W 2014 roku Polacy wydali 11,5 mld zł na suplementy diety i produkty OTC (źródło). W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2015 roku wartość sprzedaży przekroczyła 5 mld zł (o 4,5% więcej niż w poprzednim roku). Gdybyśmy przeznaczyli chociaż połowę tej kwoty na wsparcie tradycyjnego rolnictwa, po pewnym czasie wydatku Narodowego Funduszu Zdrowia znacznie by zmalały, a po kilku latach Polacy staliby się zapewne jednym z najzdrowszych narodów świata. Co nas więc przed tym powstrzymuje? Może czas zacząć wspierać Naturę zamiast ją niszczyć?

***

Wiem, że w chwili obecnej dla osób chorych niektóre suplementy są koniecznością. Ja osobiście staram się, by było ich jak najmniej oraz stosuję przerwy w ich zażywaniu. Pamiętajcie, żeby przed zastosowaniem danego produktu skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą – ostrzegam przed eksperymentowaniem na własną rękę i kupowaniem preparatów „w ciemno”. Przed rozpoczęciem suplementacji idealnie byłoby oczywiście wykonać wszystkie niezbędne badania, jednak ich koszt może okazać się przeszkodą. Dlatego zacznijmy od morfologii, która może powiedzieć naprawdę dużo o naszym stanie zdrowia, a w razie potrzeby wykonajmy dodatkowe testy. Nie zapominajcie również, że suplementy to nie wszystko! Nawet najlepsze tabletki muszą współdziałać z dobrą dietą, aktywnością fizyczną, dbaniem o stan naszej psychiki i odpowiednią ilością snu.

Trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku!

Wasza Ola

 

Jak złość niszczy ci zdrowie

Fakty są nieubłagane: złość wywiera ogromny wpływ na stan twojego zdrowia. Im częściej się gniewasz, tym większe ryzyko chorób serca, otyłości czy parodontozy. Jeśli nauczysz się panować nad emocjami, twoje szanse na dłuższe i szczęśliwsze życie znacząco wzrosną.

Parszywa dwunastka: jakie są skutki złości

Dotychczasowe badania naukowe wykazały silny związek między złością a następującymi skutkami zdrowotnymi:

1. Zwiększone ryzyko nadciśnienia.

2. Wyższy poziom homocysteiny, prowadzący do uszkodzenia tętnic i podwyższenia ryzyka choroby niedokrwiennej serca.

3. Zwiększony poziom białka C-reaktywnego (CRP) powiązanego z chorobami serca i zawałem.

4. Podwyższone stężenie kortyzolu i adrenaliny (są to hormony odpowiadające za reakcję „walcz lub uciekaj”).

5. Osłabiona funkcja układu odpornościowego (spowodowana przez nadaktywne hormony)*.

6. Podwyższona masa ciała (spowodowana przez zbyt wysoki poziom kortyzolu).

7. Zwiększona podatność na patogeny, zarazki, wirusy oraz rodzinna predyspozycja do raka i chorób serca.

8. Zwiększone ryzyko parodontozy.

9. Wyższe ryzyko zaburzeń odżywiania.

10. Częstsze pojawianie się niepokoju, depresji oraz objawów psychosomatycznych (takich jak ból).

11. Szybsze starzenie się komórek, krótsza długość życia.

12. Większe ryzyko, że gniewni pacjenci nie będą stosować zaleczonego leczenia, ryzykując własnym zdrowiem.

* W przypadku osób cierpiących na choroby autoimmunologiczne, osłabienie układu odpornościowego może zaostrzać objawy schorzenia.

Gniew w liczbach

– Chronicznie zagniewani mężczyźni mają od pięciu do siedmiu razy wyższe ryzyko zgonu do 50 roku życia od ich spokojniejszych kolegów [1].

– Osoby gniewne, wrogie i depresyjne okazały się bardziej podatne na choroby serca niż osoby niemal nie mające takich problemów. Pierwsze grupa prezentowała dwa do trzech razy wyższe stężenie białka C-reaktywnego [źródło].

– Mężczyźni, którzy codziennie się gniewali, mieli o 43% większe szanse na rozwój parodontozy w porównaniu z mężczyznami złoszczącymi się rzadko [źródło].

– Mężczyźni i kobiety skorzy do gniewu mieli trzy razy wyższe ryzyko zawału serca, mimo ciśnienia krwi mieszczącego się w normie [źródło].

– Kobiety w średnim wieku, które intensywnie się złościły i otwarcie wyrażały swój gniew, miały wyższe poziomy insuliny oraz więcej tkanki tłuszczowej od kobiet mniej wrogich [źródło].

– Osoby chronicznie zestresowane były dwa razy bardziej podatne na złapanie grypy lub przeziębienia. Im większy stres, tym wyższe ryzyko choroby [źródło].

– Mężczyźni miotani negatywnymi emocjami, wybuchami złości oraz zarzucający innym brak emocjonalnego wsparcia, byli bardziej podatni na przyrost tkanki tłuszczowej w wyższych partiach ciała [2].

Zadbaj o swoje serce… I uśmiechnij się, zapominając o złości!

Złość czai się w genach?

Badania dra Redforda Williamsa pokazały, że istnieje drobna molekularna wariacja genu, która może predysponować nas do gniewu. Dzięki odkryciom Davida Lykkena z 1996 roku wiemy zaś, że około 50% naszej satysfakcji z życia pochodzi z genów.

Powyższe informacje nie mogą stać się wymówką dla osób często okazujących złość. Podejście „jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz” zdecydowanie nie działa. Musimy pamiętać, że geny, sposób w jaki zostaliśmy wychowani oraz otoczenie mają wpływ na odczuwane przez nas emocje; niemniej jednak tylko od nas zależy, co zrobimy z targającymi nami uczuciami, a także czy wykorzystamy je w pozytywny i konstruktywny sposób.

Jak wyrażać złość

Gniewasz się? No dalej, rozbij kilka talerzy, uderz w coś, krzycz, rozładuj napięcie!… Nie pomogło? To zrób to jeszcze raz!

Społeczeństwo zachęca każdego do wyrzucenia z siebie złości. Wierzymy, że w ten sposób negatywne emocje nas opuszczą, a my znów staniemy się spokojni i radośni. Nic bardziej mylnego! W badaniu przeprowadzonym przez dra Brada  J. Bushmana przekazano uczestnikom informację, że wyżycie się (np. poprzez rzucanie przedmiotami) jest efektywną metodą pozbycia się złości. Okazało się, że te osoby były później bardziej agresywne w stosunku do swoich rywali. Wyładowanie złości poprzez rzucanie przedmiotami, kopanie czy bicie sprawia, że negatywne emocje wciąż się w nas tlą. 

Jak więc poradzić sobie z gniewem? Poprzez zajęcie się czymś, co jest niepowiązane z naszymi uczuciami: czytanie, oglądanie komedii, słuchanie muzyki. Ćwiczenia fizyczne nie zawsze okazują się pomocne – w niektórych wypadkach utrzymują w nas gniew.

Czy złość jest zła?

Od dzieciństwa wpaja się nam, że istnieją dobre, pożądane emocje (choćby radość czy duma) oraz emocje złe, których powinniśmy unikać (strach, niepewność, złość). Takie podejście może zrujnować nasze zdrowie w życiu dorosłym.

Człowiek dysponuje całym wachlarzem stanów emocjonalnych i jest zupełnie naturalne, że odczuwa tak złość, jak i radość. Ważniejsze od tego, co czujemy, jest podejście do własnych emocji oraz sposób, w jakie je wyrażamy. Jeśli podejrzewasz u siebie problem z ekspresją uczuć, czas na krótką podróż do czasów dzieciństwa.

„Grzeczne dziewczynki się nie złoszczą”; „Chłopaki nie płaczą”; „Masz być radosna i uśmiechnięta”; „Nie becz”; „Jesteś niegrzeczny!”; „Nie marudź, mamusia jest zajęta”; „Przeszkadzasz mi, tatuś chce poczytać”. Które z tych zdań brzmią znajomo? Kiedy dziecko jest karane za wyrażanie „negatywnych” emocji oraz oczekuje się od niego tylko uczuć „pozytywnych”, złość narasta w nim aż do wybuchu. Oczywiście taka kulminacja niesie ze sobą tragiczne konsekwencje. Dziecko uczy się, że gniew należy ukrywać i że tylko wybuch przynosi pewną ulgę.

Uczucia, które nami targają, najlepiej wyrażać od razu, wyjaśniając je pokrótce. Dzięki temu zrozumiemy własne emocje i nauczymy się komunikować je otoczeniu w sposób funkcjonalny. „Jestem szczęśliwa, bo dostałam dobrą ocenę”. „Jestem zła, bo zapomniałeś kupić chleb”. „Jest mi przykro, bo szefowa mnie skrytykowała”. „Jestem podekscytowana, bo właśnie poznałam bardzo przystojnego mężczyznę”. A jakie emocje Ty chciałbyś dziś wyrazić?

Pracuj nad konstruktywnym wyrażaniem złości. Tłuczenie talerzy i szyb nie działa!

Bierna agresja – ukryta złość

Należy pamiętać, że nie zawsze złość jest głośna i jawna. Gdy w dzieciństwie byliśmy karani za wyrażanie emocji, w życiu dorosłym możemy cierpieć z powodu tzw. biernej agresji. Jest to nic innego jak ukrywanie własnych uczuć, lub wyrażanie ich w sposób pośredni, na przykład poprzez odkładanie rzeczy na później, sarkazm czy zdradę partnera.

Temat biernej agresji został poruszony na tym blogu już dwa razy przez mojego narzeczonego – studenta i pasjonata psychologii. W pierwszym artykule przeczytacie więcej o podstawowych objawach biernej agresji, zaś w jego kontynuacji znajdziecie informacje na temat sposobów walki z jej przejawami. Jeśli podejrzewacie u siebie podobny problem, zachęcam do zasięgnięcia porady u fachowca.

Złość jest wszędzie wokół

Gniew możemy kierować nie tylko na zewnątrz, wyładowując złość na innych, lecz także do środka, na przykład poprzez palenie papierosów, picie, zażywanie narkotyków czy zaburzenia odżywania. Wiele osób nie potrafi radzić sobie ze złością, tak własną, jak i cudzą. Na szczęście w dobie Internetu możemy dzielić  się wiedzą i wzajemnie wspierać. Ja powoli uczę się wyrażać swoje emocje w sposób funkcjonalny. Nie jest to oczywiście łatwe, ale przynosi ogromne korzyści zdrowotne. Pamiętajcie, że naszym celem nie jest nieodczuwanie złości, a wyrażanie jej w zdrowy dla nas i dla otoczenia sposób.

Trzymam za Was kciuki! 

Wasza Ola

A w wolnej chwili zapraszam Cię na mój Facebook!

.

Źródła:

Pierwsza połowa powyższego artykułu jest tłumaczeniem oraz streszczeniem informacji pochodzących ze stron 28-35 książki Overcoming Passive-Aggression autorstwa Tima Murphy’ego i Loriann Hoff Oberlin. Powyższa pozycja nie doczekała się dotychczas tłumaczenia na język polski, nad czym ubolewam, gdyż jest to niezwykle ciekawa i dokładna analiza problemu złości i biernej agresji.

[1] Gutfeld, G. (1998) Stop the madness! Man’s Health, str. 118.

[2] Tim Murphy, Loriann Hoff Oberlin, Overcoming Passive-Aggression: How to Stop Hidden Anger from Spoiling Your Relationships, Career and Happiness, str. 31.

Na szczyty dochodzi się, idąc pod górę.

Czasem chcielibyśmy, by w życiu wszystko szło jak po maśle i dlatego tak bardzo bolą nas niepowodzenia i trudności. Musimy jednak pamiętać o jednym: na masło najpierw trzeba zapracować. I trwa to niekiedy wiele lat.

Nie bierz nic za pewnik

Jak przyjemnie jest osiągnąć sukces! Rozpiera wtedy człowieka duma i niezwykłe szczęście. Chcielibyśmy myśleć, że powodzenie dane nam zostało na zawsze, że teraz możemy już spocząć na laurach i kąpać się w morzu obfitości. Niestety, we Wszechświecie jedyną stałą jest zmienna. Nasze istnienie obfituje w niespodzianki. Dlatego warto zaopatrzyć się w pewien „pakiet ubezpieczeniowy”.

Chcesz wieść pomyślne życie? Rozwijaj się i pracuj, w każdej dziedzinie! W przeciwnym razie bardzo szybko utracisz to, co osiągnąłeś. W życiu zawodowym konieczne są kursy, szkolenia i chęć samokształcenia: wyobraź sobie chociażby lekarza, który swoją praktykę medyczną opiera wyłącznie na wiedzy ze studiów, często już nieaktualnej. Czy uda mu się przyciągnąć wielu pacjentów? Nie sądzę. 

Ta zasada tyczy się także związków. Na początku starasz się, by zachwycić drugą osobę. Po ślubie możesz zyskać wrażenie, że jest Ci ona dana na zawsze. To oczywiście demotywuje. Przestajesz o siebie dbać, przybywa ci kilka kilogramów… Z drugiej strony widzisz partnera chodzącego po domu w starych dresach, zupełnie nieatrakcyjnego dla Twojego zmysłu wzroku… Pewnego dnia budzisz się przerażony: gdzie się podziała się osoba, którą pokochałeś? Twoją drugą połówkę ogarnia to samo uczucie: Hej, przecież to nie mój ukochany!

Miej cel i do niego dąż!

Benjamin Disraeli powiedział kiedyś: „Życie jest zbyt krótkie, by było małe”. Trochę rozwinę tę myśl i dodam od siebie: „Życie jest za krótkie, byśmy błąkali się po nim bez celu”.

Każdy z nas ma marzenia. Tylko czemu tak nieliczni decydują się dążyć do ich spełnienia?… Niech marzenia staną się Twoim celem. A jeszcze lepiej – niech będą duże! Wyobraź sobie na horyzoncie wysoki szczyt. Owszem, będziesz musiał pokonać wiele trudności, by go zdobyć, ale jakie krajobrazy czekają na Ciebie po drodze! Czasem możesz bać się, że ta góra cię przerasta, że nie leży w twoim zasięgu, że lepiej trzymać się płaskiej doliny… Spacer po nizinie oczywiście może być całkiem przyjemny, jednak na pewno nie zaprowadzi Cię na szczyt. Przykro mi.

Możliwość spełnienia marzeń może niekiedy wydać nam się przerażająca: a co, jeśli nie podołamy? Nic, zupełnie nic! Liczy się sama droga. Idąc do góry, rozwijasz się. Możesz nie osiągnąć szczytu, ale i tak pokonałeś wiele ze swoich ograniczeń i zmieniłeś się. Jesteś wyżej, niż byłeś. Zyskałeś nową perspektywę. Wierzchołek to wisienka, ale i bez niej tort będzie przepyszny.

Na wszystko trzeba zapracować

Niewielu znajdziemy ludzi, którym szczęście spadło z nieba. A nawet jeśli tak się dzieje, konieczne jest włożenie wysiłku, by pomyślność utrzymać.

Życie jest sumą i konsekwencją drobnych decyzji podjętych w przeszłości. „Nikt z nas nie budzi się nagle w celi więziennej, na sali rozpraw sądowych ani też na Oddziale Intensywnej Opieki medycznej. Zdarzenia takie są bezpośrednim wynikiem poprzedzających je długotrwałych procesów myślowych” (Randy Gage).

Brak wysiłku pociąga za sobą brak sukcesu. W każdej dziedzinie.

Chciałbyś być zdrowy? Zmień dietę, ruszaj się, rzuć nałogi, zajmij się stresem i problemami z przeszłości. Tak, wiem: fajnie byłoby zajadać się hamburgerami i czekoladą, później zażyć tabletkę i czuć się kwitnąco. Niestety, Twój obecny stan zdrowia jest wypadkową dotychczasowego trybu życia i inaczej być nie może. Więcej na ten temat przeczytasz [tutaj].

Marzysz o sukcesie zawodowym? Wyznacz sobie ścieżkę. Wybierz kierunek studiów, który pozwoli Ci osiągnąć cel. Czytaj i rozwijaj się. Znajdź szkolenia w interesującej Cię dziedzinie. Łudzisz się, że wymarzona praca sama do Ciebie przyjdzie? Tak dobrze to nie ma!

Pragniesz szczęśliwego związku? Dbaj o siebie i bądź ciągle atrakcyjny dla swojego partnera! Zapraszajcie się nawzajem na randki, nawet po ślubie. Znajdujcie czas tylko dla siebie. Rozmawiajcie o swoich uczuciach i oczekiwaniach. Dobry związek też wymaga pracy!

Chcesz mieć mądre i wspaniałe dzieci? Włóż wysiłek w ich wychowanie! W epoce tabletów, smartfonów i Internetu łatwo zrzucić odpowiedzialność za nauczanie i opiekę na sprzęty elektroniczne. Jeśli jednak już zdecydowałeś się na potomstwo, zaopiekuj się nim, pokaż, jak dobrze żyć, jak podejmować decyzje. Rozmawiajcie. Dziecko tabletowe w przyszłości nie będzie żywiło do ciebie ani szacunku, ani miłości.

Życie jest piękne

Życie jest piękne właśnie dlatego, że jest zmienne. Możliwość utraty tego, co mamy, najskuteczniej motywuje do działania.

Twoje marzenia czekają na spełnienie. Tylko od Ciebie zależy, czy po nie sięgniesz. Szczęściu trzeba dopomóc, samo nie przyjdzie.

Trzymajcie się zdrowo!

A na mój facebook traficie [tutaj].

P.S. W tytule artykułu użyłam słów Jacka Pulikowskiego. Co prawda nie zgadzam się z nim w wielu kwestiach, jednak w tym przypadku ma absolutną rację 🙂

~ Czy jesteś Głodny Zmian? ~

Kochani, razem możemy zmienić świat… Marchewką!

Nie ma się co oszukiwać: w XXI wieku chorujemy na potęgę. I to nie tylko my, dorośli: problemy ze zdrowiem zaczynają się już w wieku dziecięcym. Czas to zmienić! Czy jesteście Głodni Zmian? 🙂

Głodni Zmian to ruch społeczny rodziców troszczących się o przyszłość swoich pociech. W ramach tej inicjatywy walczymy o wdrożenie działań profilaktycznych dla dzieci w wieku 0-3 lat: bezpłatnych konsultacji z dietetykiem, a także stworzenia rzetelnego portalu zdrowotno-dietetycznego internetowego dla rodziców. Pomożesz?

Wbrew pozorom projekt Głodni Zmian nie jest skierowany tylko do rodziców. Pamiętajmy, że dzieci są przyszłością narodu i że jeśli uchronimy je przed chorobą dziś, jutro my wszyscy nie będziemy musieli płacić za ich leczenie. Nic nie jest tak opłacalnym działaniem jak profilaktyka! Z tej przyczyny i ja, mimo że na razie nie doczekałam się potomstwa, postanowiłam wesprzeć swoim blogiem akcję Głodnych Zmian. Sama choruję od jedenastego roku życia na niedoczynność tarczycy i nawet nie wiem od ilu lat na Hashimoto – dopiero niedawno zostałam poprawnie zdiagnozowana. Dziś ze smutkiem odkrywam, że przez trzynaście lat mojego leczenia żaden lekarz nie powiedział mi o zbawiennym wpływie dobrej diety na zahamowanie rozwoju tej choroby. Co więcej, mimo problemów trawiennych dręczących mnie od dzieciństwa nigdy nie skierowano mnie do dietetyka. Jestem pewna, że dzięki wcześniejszym zmianom w diecie stan mojego zdrowia mógłby być dziś zdecydowanie lepszy… Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem i narzekać. Nadszedł czas, by działać w imię dobrobytu przyszłych pokoleń! 🙂

Proszę Was wszystkich o podpisywanie petycji i przesyłanie jej dalej – znajdziecie ją [tutaj]. Tylko działając wspólnie możemy coś zmienić. Im nas więcej, tym lepiej 🙂

A na zachętę uśmiecham się do Was z marchewką 🙂 Podpisz petycję, nie bądź wiśnia! 😉     #marchefka  challange            #glodnizmian

Nawet mój pies popiera akcję i je marchewki! Trudno było mi jednak Nelę sfotografować, bo uciekała 😉

.

~ Targi Heling Diet w Poznaniu i moje warsztaty z platanem w roli głównej ~

Kochani, zarezerwujcie sobie w Waszych kalendarzach wolne 17-19 września! Wtedy bowiem odbędą się Targi Healing Diet, skierowane do osób chcących zdrowo się odżywiać i pokonywać nękające ich choroby. Będzie to bodaj pierwsze wydarzenie zajmujące się dietą paleo i chorobami autoimmunologicznymi na tak ogromną skalę… Nie może Cię tam zabraknąć!

Healing Diet to targi wystawowe połączone z warsztatami kulinarnymi, degustacją oraz konferencjami naukowymi. W trakcie targów odbędzie się również forum otwarte o tematyce prozdrowotnej. Zakres targów obejmuje medycynę naturalną, dietetykę kliniczną, żywność ekologiczną, naturalną suplementację, lecznicze rośliny oraz nietolerancje pokarmowe. Więcej informacji o targach znajdziecie na stronie: www.healingdiet.pl oraz na stronie targów na facebooku.

Bardzo miło mi również zakomunikować, że i ja pojawię się na targach – 19 września o godzinie 15. Poprowadzę dla Was warsztat kulinarny z platanami w roli głównej 🙂 Pokażę Wam, jak dziecinnie proste jest przygotowanie z nich potraw i jak w godzinę można przygotować pyszny platanowy obiad, którym zaskoczycie Waszych bliskich. Więcej informacji o warsztatach znajdziecie pod adresem www.healingdiet.pl/visitors/workshops Warsztaty są oczywiście bezpłatne, należy opłacić jedynie bilet przy wejściu na targi.

Poza mną na targach pojawią się filary polskiej paleo-blogosfery, czyli: Alpacasquare, Cookitlean, PaleoLifestyle, PaleoStrefa Moniki Piaseckiej. Jestem niezwykle podekscytowana, że tak doświadczeni i wspaniali prowadzący pojawią się w jednym miejscu! Będzie się działo!

Mam nadzieję, że dzięki tym targom uda się dotrzeć do osób chorych i cierpiących i przynieść im ukojenie. Sama jestem dowodem na to, że wprowadzenie pewnych zmian w życiu może pomóc nam w odzyskiwaniu zdrowia. I jestem pewna, że coraz więcej osób będzie zdrowiało dzięki dobrej diecie i zdrowemu podejściu do życia!

Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia na targach!

~ Wapń na paleo. Najlepsze źródło: skorupki jaj! ~

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy natknęłam się na pomysł jedzenia skorupek jaj, podeszłam do niego z pewną dozą sceptycyzmu. Głównie dlatego, że przeczytałam o tym w jednej z książek Michała Tombaka, który do źródeł swoich zaleceń podchodzi dość liberalnie. Później jednak zaczęłam odczuwać brak wapnia (niejedzenie nabiału robi swoje) i potrzebowałam na gwałt czegoś, co mi ten pierwiastek dostarczy. Skorupka okazała się strzałem w dziesiątkę!

(Dzisiejszy wpis w dużej mierze powstał dzięki Anecie, od której dostałam tak miły komentarz, że aż zaprzestałam pisania pracy magisterskiej i wzięłam się za pisanie poniższego artykułu).

 

Gdy przechodzimy na dietę bezmleczną, MUSIMY zatroszczyć się o alternatywne źródło wapnia. Szczerze ostrzegam przed luzackim podejściem do tej sprawy: mnie wydawało się, że „skądś” ten wapń magicznie się w moim organizmie pojawi. I nie dajcie się zwieść badaniom krwi! Poziom wapnia zawsze musi być w niej stały, więc jeśli nie dostarczymy odpowiedniej ilości z pożywienia, nasz organizm zacznie pobierać ten minerał z kości i zębów (sama zaczęłam to czuć) i badania wyjdą w porządku, mimo że wapnia nam brakuje.

Gdzie więc szukać wapnia?

Alternatywnych źródeł wapnia niby jest sporo. Ale weźmy choćby migdały: musielibyśmy zjeść codziennie 90 migdałów by zaspokoić dzienne zapotrzebowanie [źródło]! To oczywiście nie jest wykonalne: raz, że okazałoby się to niezwykle drogie, a dwa – że migdały (a także inne pestki i nasiona) zawierają ogromne ilości kwasów Omega 6, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do zaogniania stanów zapalnych w organizmie. Innymi źródłami wapnia teoretycznie są sezam i mak. Niestety, nie możemy oprzeć na nich diety bezmlecznej. Dlaczego? Podobnie jak migdały zawierają niebotyczne ilości Omega 6; mak w 100 gramach zawiera prawie 28 300 mg Omega 6!

Zdecydowanie zdrowszymi źródłami wapnia są jarmuż, śledzie i (przede wszystkim) sardynki. Wszystkie z tych rzeczy jadam, ale raczej okazjonalnie: jarmuż jest dość drogi (muszę go w przyszłym roku zasadzić u siebie w ogródku), a ryb jeść za dużo nie mogę (w końcu jod i Hashimoto ponoć nie idą w parze).

Wapń wapniowi nierówny

Jakiś czas temu natknęłam się na baaardzo ciekawy artykuł ze strony paleoleap.com. Okazuje się, że zawartość wapnia w danym produkcie wcale nie jest najważniejsza! Liczy się to, ile wapnia nasz organizm jest w stanie przyswoić (nigdy nie będzie to 100%, gdyż istnieje wiele związków, które chelatują wapń, sprawiając, że staje się on dla naszych ciał niedostępny). I tak na przykład w szklance ugotowanego szpinaku znajduje się 245 miligramów wapnia, z czego nasz organizm jest w stanie przyswoić tylko 5%! Najlepiej przyswajalny jest wapń z rośliny „collard greens”, która oczywiście nie rośnie w Polsce i nawet nie ma polskiej nazwy ; / Dobrze wypadają też brokuły i jarmuż. Co ciekawe, wapń z mleka jest przyswajany w 32% (cały artykuł znajdziecie tutaj).

Jak skorupka octem przesiąknie, to wapnia dostarczy Ci!

Zniechęcona brakiem alternatyw dla wapnia, zaczęłam czytać o skorupce jajka. Eureka! Zostały przeprowadzone badania naukowe i okazało się, że zarówno u kobiet jak i u samic szczurów skorupka przyniosła znaczną ulgę w osteoporozie. Ponadto zawiera ona też inne pierwiastki, między innymi stront i fluor (link do badań). To mi wystarczyło i wprowadziłam skorupkę do diety. Później natknęłam się też na tekst Ajwen, który jeszcze bardziej mnie zachęcił : )

Jak przygotować skorupkę do spożycia?

1. Gdy rozbijamy jajko, skorupki dokładnie płuczemy, odkładamy do miski i wstawiamy do lodówki. Uwaga! Nie wkładajcie jednej skorupki w drugą, bo się zlepią na amen i później nie dacie rady ich rozdzielić!

2. Czekamy, aż uzbiera się odpowiednia ilość skorupek (u mnie wystarczą trzy dni). Rozbite skorupki przechowujemy w lodówce (ale nie przesadzajcie w magazynowaniem zapasów, myślę, że cztery dni to maks).

3. Wszystkie zalewamy wrzątkiem na dwie minuty (a nawet na krócej – minuta powinna wystarczyć).

4. Następnie najlepiej włożyć je do suszarki i posuszyć w niskiej temperaturze (55 stopni wystarczy). Można to także zrobić w piekarniku, lub zaczekać, by skorupki wyschły same.

5. Wysuszone skorupki mielimy młynkiem do kawy. Następnie bierzemy trzy łyżeczki, zalewamy sokiem z jednej cytryny i (opcjonalnie) łyżeczką octu jabłkowego i odstawiamy do lodówki na dwa-trzy dni (dzięki temu wapń stanie się dla nas łatwiej przyswajalny). Uwaga! Użyjcie do tego wysokiej szklanki, bo strasznie się ta mikstura pieni.

6. Ajwen sugeruje, żeby jeść 1 gram rano i 1 gram wieczorem, ale hashimotki rano wapnia nie mogą, bo wchodzi w reakcję z euthyroxem/letroxem. Ja więc zażywam wapń wieczorem. Łyżeczkę namoczonej wcześniej skorupki można rozpuścić w wodzie (raz próbowałam, ale strasznie opada na dno), albo po prostu położyć na końcu języka i połknąć (tak robię ja i jest to najmniej „bolesne”) ; ) Czy jednak należy taką skorupkę zażywać codziennie? Odpowiedź znajdziecie poniżej 🙂

Z mojego doświadczenia wynika, że wapń ze skorupek naprawdę działa: moja mama ma słabe kości (wiek robi swoje), ostatnio bolał ją łokieć, wzięła końską dawkę (dwie łyżeczki) i na następny dzień przeszło.

A zatem: kiedy wyłączacie z diety nabiał, nie zapominajcie o wapniu, ale też nie bądźcie wapniaki! (Wybaczcie mi ten suchar, musiałam)  ; )

Trzymajcie się zdrowo!

EDIT: Wielu z Was pyta, jaką ilość skorupek powinno się codziennie stosować. Niestety, nie sposób podać wartości uniwersalnej dla każdego. Wszystko zależy od tego, jak wiele wapnia spożywasz z innych źródeł – jeśli pijesz wodę mineralną, jesz sporo brokułów, migdałów, jarmużu czy sardynek (lub szprotek), codzienne zażywanie skorupki nie będzie potrzebne. Polecam jednak skonsultować się z lekarzem lub dietetykiem, by dobrał dla Ciebie idealną dawkę 🙂

Jak zawsze zapraszam Was do polubienia mnie na facebooku (specjalnie dla Was go założyłam, żebyście mieli co lubić) 😀