Życie z niezdiagnozowanym Hashimoto


Czy trudno żyć z Hashimoto? I tak, i nie. Część pacjentów praktycznie nie odczuwa związanych z tym schorzeniem objawów, zaś inni nieustannie skarżą się na zmęczenie, poczucie zimna, problemy z wagą… Hashimoto jest chorobą o wielu obliczach, nie zawsze dającą się łatwo okiełznać. Można jednak wyróżnić jeden kluczowy czynnik, który znacząco oddziałuje na intensywność i ilość odczuwanych przez pacjenta symptomów: to czas wykrycia choroby. Niezliczona ilość osób przez długie lata może nieść na swoich barkach Pana Hashimoto – bardzo uciążliwego pasażera na gapę, którego obecności jest zupełnie nieświadoma.

Niedoczynność tarczycy i jej skutki

Hashimoto należy do grupy chorób z autoagresji: w pewnym momencie organizm zaczyna produkować przeciwciała, skierowane przede wszystkim wobec komórek tarczycy. W ten sposób zaczyna się niszczenie gruczołu, co najczęściej prowadzi do jego niedoczynności.

Intensywność procesu zapalnego może być wysoce zróżnicowana. Rozwój schorzenia będzie inaczej postępował u każdego z pacjentów, zależnie od czynników takich jak: stres, dieta, wysiłek fizyczny, przyjmowane leki (np. antybiotyki), nastawienie do życia… Niekiedy atak może być szybki i towarzyszyć mu będą liczne i mocno odczuwalne symptomy. W innych wypadkach choroba będzie czaić się latami, dając objawy łatwe do zignorowania: zmęczenie, wypadanie włosów, problemy trawienne, depresję, zaburzenia nastroju…

Uszkodzona tarczyca nie jest w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości hormonów (głównie tyroksyny – T4 i trójjodotyroniny – T3), co wpływa na kondycję całego organizmu. Związki chemiczne produkowane przez ten niepozorny gruczoł regulują wiele ważnych procesów: przemianę materii, wzrost kości, metabolizm tłuszczów, białek, węglowodanów i witamin. Odgrywają także ważną rolę w działaniu serca, mięśni i mózgu. A jakby tego było mało – każda komórka ludzkiego ciała potrzebuje hormonów tarczycy do prawidłowego wzrostu i rozwoju.

Nieleczona niedoczynność tarczycy może nieść ze sobą bardzo niebezpieczne w skutkach konsekwencje. Dlatego tak ważne jest możliwie jak najszybsze wykrycie choroby: kiedy wiemy, co nam dolega, okresowe badania oraz codzienne przyjmowanie hormonów pozwala utrzymać Pana Hashimoto w ryzach. Gorzej, jeśli przez wiele lat żyliśmy w nieświadomości, a niedoczynność tarczycy zdążyła zebrać obfite żniwo w naszym organizmie…

Tutaj dowiesz się więcej na temat przyczyn i objawów choroby Hashimoto!

Życie z niezdiagnozowanym Hashimoto: przypadek mojej mamy

Choroba Hashimoto i spowodowana nią niedoczynność tarczycy mogą dawać wiele niespecyficznych objawów, które lekarze dość łatwo przypisują innym schorzeniom. Jeśli los się do nas uśmiechnie, trafimy na specjalistę będącego w stanie połączyć nasze symptomy w całość i skierować nas na badania tarczycy. Niestety, zbyt wielu pacjentów przez lata odwiedza kolejnych lekarzy, którzy nie potrafią postawić właściwej diagnozy…

Tak właśnie wygląda historia mojej mamy. Odkąd tylko pamiętam, cierpiała na liczne problemy zdrowotne. Nieustannie dawały jej się we znaki słaba odporność, niedokrwistość, podwyższony cholesterol, ciągłe uczucie zimna, zmęczenie, nerwowość, nadciśnienie… A jakby tego było mało, pojawiały się codzienne zaburzenia trawienne, wypadanie włosów, bóle serca, głowy, stawów i kości.

Niepodobna zliczyć specjalistów, których mama odwiedziła. Gastrolodzy zapisywali tabletki, które oczywiście nie pomagały. Badania niemal nie wykazywały nieprawidłowości, zaś przyczyny zaparć upatrywano się w nadmiernie „skręconej” okrężnicy. Ciągłe uczucie zimna też nie zaniepokoiło lekarzy – jeden z nich stwierdził: „Bo jest pani za chuda!”. Na bóle serca i stawów oczywiście zaordynowano leki. Część symptomów zignorowano, stwierdzając, że mama je wymyśla (jeden z lekarzy podobno zapisał nawet w karcie „symulant”).

Kilka lat temu lekarz pierwszego kontaktu w końcu zlecił badanie TSH. Wynik wyniósł ponad 10 mU/l. Od tego czasu mama leczyła się u endokrynologa, który zapisał Euthyrox. I dopiero półtora roku temu, na naszą wyraźną prośbę, zostało wykonane badanie przeciwciał. Wynik anty-TPO – ponad tysiąc (norma to 34). Pan Hashimoto właśnie się ujawnił.

Oczywiście leczenie się nie zmieniło, wciąż jedynym zaleceniem pozostało codzienne przyjmowanie syntetycznego hormonu tarczycy. Zachęciłam jednak mamę do próby zmiany diety na bezglutenową i bezmleczną – i pomogło. Nękające ją od wielu lat problemy trawienne niemal całkowicie ustały, podobnie jak bóle stawów. Żadne tabletki nie przyniosły tak spektakularnych efektów.

Mamy wiele powodów by przypuszczać, że także moja babcia cierpiała na chorobę Hashimoto. W pewnym momencie życia bardzo przytyła, męczyło ją nadciśnienie i problemy z sercem. Babcia zmarła młodo, nie dożyła nawet sześćdziesięciu lat. Niestety, w czasach PRL-u i przy braku Internetu pacjent miał nikłe szanse na uzyskanie diagnozy Hashimoto.

Zdaję sobie sprawę, że zawód lekarza należy do jednego z najtrudniejszych. Wiem także, że każdemu zdarza się popełniać błędy – tyle że pomyłki specjalistów mogą kosztować zdrowie, a nawet życie pacjenta. Dlatego jeśli macie wątpliwości co do diagnozy lub zastosowanego leczenia – skonsultujcie się z innym lekarzem!

Czarny scenariusz

Nieleczona przez wiele lat choroba Hashimoto jest w stanie spowodować liczne komplikacje zdrowotne: podwyższony poziom cholesterolu, łagodne nadciśnienie, niewydolność serca, depresję, zaburzenia intelektualne, niedobór żelaza, problemy z oddychaniem i nerkami, jaskrę, bóle głowy, sztywność stawów, bezpłodność… Oczywiście te symptomy mogą wiązać się ze wcześniejszym zgonem, aczkolwiek niestety nie znalazłam badań pokazujących, o ile procent wzrasta prawdopodobieństwo śmierci w przypadku nieleczonej choroby autoimmunologicznej.

Byśmy w pełni sobie uświadomili, jak tragiczne może być życie niewłaściwie zdiagnozowanego pacjenta, pozwolę sobie przytoczyć historię mamy Zuzanny, jednej z czytelniczek bloga. Chciałabym jej serdecznie podziękować za zgodę na opublikowanie tych tragicznych dla niej przeżyć. Zuzanna cierpi na chorobę Hashimoto i już od ponad roku jest na diecie bezglutenowej i bezmlecznej:

„W mojej rodzinie występują choroby tarczycy. Moja mama miała wole, guzki tarczycowe i TSH prawie 2,9. Miała początki cukrzycy, depresję, problemy z pamięcią, chroniczne zmęczenie, chore serce, potworne problemy ze stawami i kręgosłupem (była zakwalifikowana do implantacji tytanem kręgów lędźwiowych, a za 10 lat chirurdzy wróżyli jej wózek inwalidzki), tyła z powietrza, miała słabą odporność i wiele innych schorzeń. Zmarła prawie rok temu w wieku 52 lat, popełniła samobójstwo, bo oprócz depresji padła ofiarą mobbingu w pracy, a w ostatnich dniach jej życia fizycznie była wrakiem człowieka. Do którego lekarza by nie poszła, to każdy jej mówił, że to od otyłości te wszystkie jej choroby…. Nawet na prywatnych wizytach u sław neurochirurgii i ortopedii też dawali taki argument, zamiast zająć się jej tarczycą… Po śmierci mamy, jak zebraliśmy po kilku miesiącach różne wyniki badań, które miała, wyszło u niej łącznie około 20 przewlekłych schorzeń.

Leczyła się u tych samych endokrynologów, co i ja, które też jej nie chciały podawać hormonu tarczycowego. Dodam, że mama nie chciała przejść na tę dietę, którą ja stosuję z zalecenia lekarza: bezglutenową i beznabiałową.

My się jakoś już zbieramy z bratem, wracamy do normalności”.

Część lekarzy nie wdraża leczenia, bo wynik „mieści się w normie”. Historia Zuzanny pokazuje, że nie tylko na wynik powinno się patrzeć, a na pacjenta i jego symptomy. Zostało już udowodnione, że profilaktyczne włączenie hormonu tarczycy może przynieść wiele korzyści w przypadku schorzeń z autoagresji. Wyniki badań niemieckich naukowców pokazały, że zapobiegawcze leczenie syntetycznym T4 spowodowało zdecydowanie wolniejszy rozwój choroby autoimmunologicznej. W badaniu brały udział osoby, których wyniki znajdowały się z laboratoryjnej normie i trwały rok. Po tym czasie porównano wyniki osób leczonych i nieleczonych: osoby przyjmujące syntetyczny hormon miały wyraźnie niższy poziom przeciwciał i limfocytów.

                    Badajmy się i leczmy – nie tylko dla naszego dobra, ale i dla dobra naszych bliskich.

Niedoczynność tarczycy? A może to Hashimoto?

Jeśli została już u Was stwierdzona niedoczynność tarczycy, koniecznie przebadajcie się pod kątem Hashimoto! Szacuje się, że 80% przypadków niedoczynności ma podłoże autoimmunologiczne. By wiarygodnie ocenić funkcjonowanie tego gruczołu, należy wykonać poniższe badania:

TSH, FT3*, FT4

anty-TPO, anty-TG

USG tarczycy

* U niektórych pacjentów wskazane byłoby także badanie rT3 (odwrócona trójjodotyronina), w Polsce bardzo słabo dostępne, które pokazuje efektywność konwersji T3 do T4.

Dzięki nim zyskamy niezakłamany obraz stanu zdrowia naszej tarczycy. Pamiętajcie, że samo TSH to zdecydowanie za mało! Niestety, wielu lekarzy opiera leczenie wyłącznie na tym wyniku – zapewne z powodu oszczędności. Fenomenem pozostanie też dla mnie niechęć lekarzy do badania przeciwciał. Dlatego część chorych musi wykonywać badania prywatnie, co oczywiście kosztuje i na co nie każdego stać.

Pamiętajmy, że nawet jeśli wynik TSH mieści się w normie, już możemy chorować (lub zachorujemy w przyszłości) na niedoczynność tarczycy! W jednym z brytyjskich badań przez ponad 20 lat obserwowano grupę 2779 osób:  wynik TSH wynoszący ponad 2 mU/l przy pierwszym badaniu podwyższał prawdopodobieństwo wystąpienia niedoczynności tarczycy w przyszłości! Co więcej, prawdopodobieństwo to było jeszcze większe, jeśli takiemu wynikowi towarzyszyła obecność przeciwciał.  

Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Jeśli czujesz się źle, Twoje TSH wynosi ponad 2, a lekarz odmawia leczenia – poszukaj innego specjalisty.

Nieleczony pacjent – drogi pacjent

Objawy takie jak zmęczenie, ciągłe poczucie zimna, podwyższony cholesterol i tycie powinny motywować lekarzy do kierowania na badania tarczycy. To naprawdę ważne: nawet jeśli dziś my, podatnicy, zaoszczędzimy kilkanaście złotych na badaniach wiecznie marznącego i przemęczonego pacjenta, może się okazać, że za kilka lat taka niezdiagnozowana osoba będzie nas kosztować setki, a nawet tysiące złotych!

Pieniądze są jednak w tym wypadku kwestią drugorzędną. Nieleczona niedoczynność tarczycy jest w stanie zamienić życie chorego i jego rodziny w prawdziwą udrękę. Dlatego badajmy się i przyjmujmy leki. Dla dobra siebie i naszych bliskich.

A w wolnej chwili zajrzyjcie na jaskiniowy facebook!

                                                                                   ***

P.S Pamiętajcie: schorzeń tarczycy nie wolno ignorować! Ważne jest regularne przyjmowanie syntetycznej wersji tyroksyny zależne od wyników badań (niektórzy lekarze zalecają także syntetyczną trójjodotyroninę). Oczywiście wielu wypadkach pomógłby zapewne naturalny hormon, produkowany ze świńskiej tarczycy – niestety, nie jest on jeszcze w Polsce powszechny.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Bolą cię stawy? Zmień dietę!


Boli Cię głowa? Weź tabletkę. Jesteś przeziębiony? Weź tabletkę. Brak Ci energii? Weź tabletkę. Bolą Cię stawy? I na to znajdzie się oczywiście tabletka.

Kiedyś szczerze wierzyłam, że farmaceutyki są w stanie pomóc w łagodzeniu symptomów większości przykrych schorzeń. Ten pogląd diametralnie się zmienił, gdy tabletki okazały się w moim wypadku nieskuteczne, a dobre samopoczucie pozwoliła mi odzyskać nowa dieta. Dzięki niej pragnęłam przede wszystkim wspomóc tarczycę. Jakież było moje zdumienie, gdy odnotowałam liczne pozytywne „skutki uboczne” zmiany stylu odżywiania. Nagle przestały mnie boleć stawy i kolana!

Diabeł tkwi… w przyczynie

Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej wizyty u gastrologa: po pięciu minutach wywiadu zdiagnozował u mnie zespół jelita drażliwego i zaordynował tabletki, które oczywiście nie pomogły. Łatwiej jest zapisać lek uśmierzający objawy, niż szukać przyczyny schorzenia. Nie ma się co oszukiwać: diagnostyka jest droga, a i nie wszyscy pacjenci są na tyle zainteresowani stanem własnego ciała, by zastanawiać się nad źródłem bólu czy innego problemu. Wziąłem tabletkę? Przeszło? To wystarczy!

Wydaje się całkiem logiczne, że jeśli przyczyną choroby są błędy dietetyczne, prawdziwą pomoc może przynieść jedynie zmiana sposobu odżywiania.

Nowa dieta… I po bólu!

Cierpisz na stany zapalne, bóle stawów i mięśni, odczuwasz łamanie w kościach, jesteś wrażliwy na zmiany pogody? Trzej główni podejrzani o Twoje problemy to: rośliny z rodziny psiankowatych i w mniejszym stopniu gluten oraz nabiał. Czyli, jakby nie patrzeć, pokarmy, które większość z nas jada w nadmiarze.

Rośliny psiankowate a stawy

Rośliny z tej rodziny pojawiły się w europejskim jadłospisie stosunkowo niedawno. Pomidory sprowadzili na nasz kontynent Hiszpanie w XVI wieku, zaś w Polsce zaczęto je uprawiać dopiero w XIX wieku [1]. Niewiele wcześniej zagościły u nas ziemniaki. Co ciekawe, rośliny te na początku były uznawane za trujące i służyły wyłącznie za ozdobę.

Pod całkiem wdzięczną nazwą psiankowatych kryją się między innymi pomidory, ziemniaki, papryka, bakłażany, jagody goji i tytoń. Dlaczego jednak te popularne i lubiane warzywa i rośliny mogą szkodliwie oddziaływać na stawy?

Pierwszym winowajcą jest kalcytriol, hormon produkowany w nerkach i obecny także… w niektórych roślinach, między innymi z rośliny psiankowatych [2]. Jego nadmiar powoduje zwiększenie absorpcji wapnia z pożywienia, który następnie zostaje odkładany w tkankach miękkich – ścięgnach, więzadłach, naczyniach krwionośnych nerkach i skórze. Choroba zwyrodnieniowa stawów może być więc spowodowana stopniowym i trwającym przez wiele lat odkładaniem wapnia w stawach, do czego przyczynia się między innymi nadmierne spożycie ziemniaków, papryki, pomidorów czy tytoniu [3].

Kolejnym problemem są alkaloidy – związki, w które obfitują rośliny psiankowate. Jednym z nich jest solanina, glikoalkaloid występujący głównie w ziemniakach i bakłażanach. Pełni ona funkcje obronne – kiedy bulwa zostaje w jakiś sposób uszkodzona (np. w czasie transportu lub gdy zostają wystawione na światło dzienne), produkcja solaniny zostaje zwiększona. Większość tego związku zostaje produkowana tuż pod skórką, co widać gołym okiem. Jeśli ziemniak jest zielonkawy lub zaczął kiełkować – nie nadaje się do jedzenia! [3], [4].

Solanina oraz inne glikoalkaloidy blokują rozpad acetylocholiny, jednego z głównych neuroprzekaźników, co skutkuje skurczami i sztywnością mięśni [3].

Wpływ roślin psiankowatych na stawy został zbadany w dwóch eksperymentach. W 1979 roku poddano obserwacji 763 osoby. 72.7% z nich odpowiedziało pozytywnie na dietę pozbawioną roślin psiankowatych: badani stwierdzili powrót sprawności w uprzednio unieruchomionych stawach, a niejednokrotnie ich stan poprawił się na tyle, że przestawali używać lasek, balkoników i wózków inwalidzkich! Co ciekawe, stwierdzono, że 20% osób biorących udział w eksperymencie nie przestrzegało zaleceń. Zatem jedynie 7,5% osób nie zauważyło pozytywnych skutków nowej diety! [5]

Kolejne badanie przyniosło jeszcze bardziej spektakularne rezultaty: zalecono wykluczenie psiankowatych grupie 369 respondentów, u których uprzednio stwierdzono artretyzm. Ci, którzy ściśle przestrzegali diety (52% badanych), w 94% odnotowali całkowite lub znaczące ograniczenie ich symptomów bólowych! [5]

A jaki płynie wniosek z powyższych eksperymentów? Jeśli masz problemy ze stawami lub mięśniami – odrzuć psiankowate na co najmniej miesiąc. Całkiem możliwe, że nękające Cię objawy znikną!

Źródła: [1], [2], [3], [4], [5]

Kto z nas nie lubi pomidorów?… Niestety, w wypadku problemów ze stawami może być konieczne wykluczenie ich na jakiś czas z diety.

Nabiał

Rezygnacja z produktów mlecznych również może przynieść ulgę w przypadku problemów ze stawami, aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że taka dieta przyniesie pozytywne efekty tylko u niektórych osób. W 1983 roku poddano obserwacji 20 pacjentów cierpiących na reumatoidalne zapalenie stawów. Przez trzy miesiące stosowali oni dietę wegańską (pozbawioną mięsa, ryb i nabiału). 11 osób odnotowało poprawę, 7 nie zauważyło zmian, a 2 poczuły się gorzej [1]. Co ciekawe, w badaniu z 2005 roku tylko dwie z 26 obserwowanych osób cierpiących na artretyzm zauważyło znaczną poprawę dzięki diecie pozbawionej konserwantów, owoców, czerwonego mięsa i nabiału [2].

Dieta bezmleczna zapewne przyniesie więc ulgę jedynie osobom cierpiącym na alergię na białka mleka. Gdy ciało nie toleruje nabiału, w czasie jego konsumpcji dochodzi do uwolnienia histaminy i powstania reakcji zapalnej, w wyniku czego może pojawić się ból stawów – i to nie natychmiast, a w przeciągu kilku godzin lub dopiero następnego dnia! Jeśli cierpisz na artretyzm lub inne choroby stawów, zapytaj lekarza o badania w kierunku alergii na mleko [3].

Źródła: [1], [2], [3]

Gluten

W przypadku chorób autoimmunologicznych takich jak reumatoidalne zapalenie stawów, gluten może wzmagać stany zapalne. Zdaniem dr Rochelle Rosian, reumatologa i immunologa, jest wysoce prawdopodobne, że stan zapalny w jelitach negatywnie wpływa na kondycję stawów. Wielu jej pacjentów, nadwrażliwych na gluten, odczuwa ulgę dzięki wykluczeniu go z diety [1].

Badanie z 2001 roku potwierdza te obserwacje. 22 pacjentów cierpiących na reumatoidalne zapalenie stawów stosowało przez co najmniej 9 miesięcy dietę wegańską i bezglutenową. Ponad 40% z nich odczuło poprawę, zaś w grupie kontrolnej stosującej zbilansowaną, niewegańską dietę – ulgę odnotowało tylko 4% z 25 pacjentów [2].

Podobnie jak w przypadku nabiału, nie można stwierdzić, że dieta bezglutenowa pomoże każdemu – aczkolwiek warto wiedzieć, że jest ona jedną z opcji. Być może uzasadnione byłoby także przebadanie części osób cierpiących na schorzenia stawów o podłożu autoimmunologicznym w kierunku celiakii, gdyż choroby z autoagresji lubią chodzić parami.

Źródła: [1], [2]

Gluten, gluten wszędzie… Na szczęście dieta bezglutenowa nie musi być utrapieniem! Przeczytaj, jak zacząć żyć bez glutenu i zorganizować nową dietę!

Co na ból stawów? Czy tylko tabletki?

Jesteśmy tym, co jemy. Z tej przyczyny analizę przyczyn niemal wszystkich schorzeń chronicznych powinno się zacząć od szukania winnego w diecie i trybie życia. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wiele osób woli połknąć tabletkę, niż zmienić to, co ląduje na ich talerzach. To na pewno łatwiejsze rozwiązanie, które jednak nie leczy przyczyn, a jedynie łagodzi objawy. A do tego może spowodować przykre skutki uboczne.

Rezygnacja z roślin psiankowatych, glutenu i nabiału może wydać się nam niemożliwa. I nie ma w tym nic dziwnego – te produkty uzależniają! Występują w nich odpowiednio związki takie jak: nikotyna (w różnym stężeniu, zależnie od gatunku i stopnia dojrzałości rośliny, jednak oczywiście w zdecydowanie niższym stężeniu niż w przypadku tytoniu [1] i [2]), glutenomorfiny i kazomorfiny [3].

Na szczęście i w wypadku diety wszystko zależy od dawki. Na początku najlepiej całkowicie wykluczyć daną grupę produktów, jednak po pewnym czasie powinniśmy spróbować do nich wrócić. Oczywiście kluczowy jest umiar – dr Ewa Bednarczyk-Witoszek w swojej książce Dieta Dobrych Produktów zaleca rotację pokarmów co 3-7 dni. Dzięki temu możemy uniknąć nawrotu przykrych reakcji bólowych, a jednocześnie co pewien czas cieszyć się smakiem pomidorów czy ziemniaków. W niektórych wypadkach oczywiście konieczne jest wykluczenie danego pokarmu na dłuższy czas, zależnie od stanu organizmu (u starszych osób proces regeneracji trwa dłużej). Należy także pamiętać, że kluczem do sukcesu jest obserwacja własnych objawów – każdy z nas jest wyjątkowy i niekiedy nasze dolegliwości mogą być powodowane przez inne produkty, niewymienione w powyższym artykule: konserwanty, cukier, orzechy, rośliny strączkowe…

W życiu nic nie jest czarno-białe. Tyczy się to także jedzenia: rośliny mogą zawierać związki dla nas szkodliwe, jednak obfitują także w mikro i makroelementy oraz witaminy. Ważne jest, by w miarę możliwości codziennie nie jadać tego samego i odpowiednio dozować dawki danego pokarmu. A dieta typowego Europejczyka niekiedy przez lata składa się z tych samych produktów, jadanych w różnych odsłonach: możemy dziś wypić jogurt, jutro zjeść ser, a pojutrze posmarować kanapkę masłem – ale to wciąż będą te same białka mleka, organizm nie odczuje różnicy! Bardzo łatwo również „przedawkować” rośliny psiankowate: na śniadanie chleb z ketchupem, na obiad ziemniaki, a na kolację papryka do schrupania… Nadmiar glutenu w diecie to niemal oczywistość: codzienny chleb i bułki, do tego panierka na mięsie, makarony, pizza, ciasta, ciasteczka, batoniki… Więcej na ten temat przeczytacie we wspomnianej powyżej książce „Dieta Dobrych Produktów” dr Ewy Bednarczyk-Witoszek.

Nikomu nie trzeba mówić, że przedawkowanie leków niesie ze sobą różne przykre skutki uboczne. A przecież i w jedzeniu występują związki, z którymi można „przeholować”… Zwłaszcza, jeśli codziennie jadamy to samo, przez wiele lat.

Dlatego zamiast sięgać po kolejną tabletkę, przyjrzyj się swojej diecie. Wiem z doświadczenia, że odpowiednie zmiany przyniosą Twoim stawom ulgę*. I szczerzę wierzę, że medycyna przyszłości skupi się na przyczynach, a nie maskowaniu objawów!

Źródła: [1], [2], [3]

P.S. Jedna z czytelniczek podała bardzo ważną informację – bóle stawów mogą być także spowodowane przez obecność chlamydii. Dlatego warto rozważyć i zapytać o badania:  chlamydia trachomatis i pneumonieae.

Spodobał Ci się artykuł? Polub ten blog na facebooku!

* Od niemal dwóch lat jestem na diecie bezglutenowej i bezmlecznej. Na początku przez 8 miesięcy nie jadłam roślin psiankowatych. Bóle kolan i stawów całkowicie u mnie zniknęły! Ostatnio jednak drobne bóle powróciły – włączyłam za dużo roślin psiankowatych do diety (ach, te młode ziemniaczki!). A zatem to dla mnie sygnał ostrzegawczy i kolejny dowód na to, jak ważne jest przestrzeganie diety.


***

 

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂 I oczywiście zachęcam Was do korzystania z usług profesjonalistów – lekarzy i dietetyków. Nigdy nie rezygnujcie też z dokładnych badań!