Hashimoto i emocje

Choroba Hashimoto jest wypadkową wielu zmiennych: złej diety, antybiotykoterapii, obciążeń genetycznych, zakażeń pasożytami, zaburzeń flory bakteryjnej jelit… Teoretycznie więc odpowiednia dawka hormonu, prowadzenie zdrowego stylu życia oraz odpowiednie suplementy powinny utrzymać chorobę w ryzach. Niestety, nie zawsze się to udaje. Nie da się uleczyć ciała, zapominając o psychice [źródło].

Przeciwciała przeciwtarczycowe a zaburzenia nastroju

„Wszystkie choroby powstają w umyśle”, twierdzi Joseph Murphy, autor książki „Potęga podświadomości”. Można się oczywiście z takim podejściem nie zgadzać, jednak znajduje ono coraz szersze potwierdzenie w nauce. Nasze podejście do życia, stosunek do przeszłości i przyszłości oraz odczuwane emocje wywierają niebagatelny wpływ na stan organizmu. Dysponujemy chociażby licznymi badaniami ukazującymi, w jaki sposób chroniczna złość przyczynia się do powstawania wielu powszechnie spotykanych dziś schorzeń [źródło].

Hashimoto należy do grupy chorób autoagresywnych, w wyniku której ciało niszczy samo siebie. A może nasz organizm jedynie odzwierciedla to, co kryje się w naszym umyśle? „Człowiek jest tym, o czym myśli przez cały dzień” (Ralph Waldo Emerson). Czyżbyśmy więc poprzez ciągły negatywizm dawali ciału sygnał do rozpoczęcia autodestrukcji?… A może to choroba wywołuje w nas gonitwę destruktywnych myśli?…

Istnieje wiele hipotez łączących obecność przeciwciał przeciwtarczycowych z różnymi formami zaburzeń nastroju, takimi jak depresja atypowa, depresja poporodowa czy depresja menopauzalna. Badania z 2016 roku pokazały, że przeciwciała mogą być markerami zaburzeń autoimmunologicznych oddziałujących na mózg oraz wykazały ich związek z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi [źródło]. Dwa lata wcześniej, w 2014 roku, poddano obserwacji osoby cierpiące na Hashimoto z wynikiem TSH mieszczącym się w normie, jednak z obecnymi przeciwciałami. Wyniki pokazały, że w porównaniu z grupą kontrolną wykazywali oni znacząco wyższą podatność na depresję, zaburzenia lękowe i zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne [źródło]! 

Mam nadzieję, że w przyszłości przeprowadzone zostaną także badania odpowiadające na pytanie, w jakim stopniu odpowiednia dieta może wpłynąć na obniżenie przeciwciał, a tym samym zmniejszyć ryzyko wystąpienia depresji i zaburzeń nastroju. To niezwykle ekscytujące, jak wiele jest jeszcze do odkrycia!

Smutek i depresja mogą wiązać się z chorobą Hashimoto. Gdy nie radzisz sobie z destruktywnymi emocjami, nie wahaj się poprosić o pomoc!  

Teoria a praktyka, czyli jak okiełznać Hashimocje

Kiedy patrzę na swoje życie z perspektywy przeżytych 25 lat, wyraźnie dostrzegam związek między Hashimoto a moimi wahaniami nastroju i doświadczonymi dwukrotnie stanami depresyjnymi. To niezwykła ulga znaleźć w końcu odpowiedź na pytanie, czemu tak często gnębiły mnie nawracające negatywne myśli! Nagle wszystko się zgadza: stres prowadził do zaostrzenia choroby i (zapewne) wzmożonej produkcji przeciwciał, co skutkowało atakami smutku, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić.

Chciałabym Was jednak uspokoić: Hashimoto nie zawsze wiąże się z obniżeniem nastroju, a każdy przypadek jest inny. Dzięki internetowym grupom wsparcia można poznać osoby, którym choroba niemal nie daje się we znaki. Pamiętajmy jednak, by mimo to nie negować uciążliwych objawów innych pacjentów. Ku mojemu przerażeniu, na forach czasem można natrafić na komentarze bardzo uszczypliwe i złośliwe. A przecież gdy cieszymy się dobrym samopoczuciem, często trudno w pełni zrozumieć nam osoby pogrążone w depresji. „Wystarczy się zebrać do pracy i chandra minie!”, myślimy. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że gdy przeżywamy załamanie, absolutnie nic nie jest w stanie nas zmotywować do działania. Wszystko wydaje się czarne i pozbawione nadziei. Z wielkim trudem wstajemy z łóżka i pragniemy, by dzień już się skończył. Do tego ciągle odczuwamy zmęczenie i senność i ten przerażający smutek…

Dla osoby przeżywającej stany depresyjne nie ma nic bardziej frustrującego od uwag najbliższych, teoretycznie mających nas pokrzepić: „Zobacz, inni mają gorzej”; „Czym się martwisz, przecież są ludzie bez rąk i nóg i jakoś żyją…”. Załamanie nastroju sprawia, że skupiamy się tylko na sobie i na swoim cierpieniu. Inni mogą nie istnieć. Logiczne nawet porady wydają nam się niemożliwe do zrealizowania.

Czy da się z tego wyjść? Oczywiście! Potrzebne jest mocne postanowienie: „Chcę to przerwać”, za którym pójdzie aktywne szukanie pomocy. W okresach depresji możemy potrzebować zwiększenia dawki hormonu oraz suplementacji magnezem i witaminą D, wykonajmy zatem odpowiednie badania i zgłośmy się do lekarza. W miarę możliwości należy także odciąć główne źródło stresu i skorzystać z pomocy terapeuty lub psychologa. Konieczne jest także wyrobienie w sobie nawyku codziennej aktywności fizycznej, za wszelką cenę. Liczne badania pokazują, że ruch bardzo skutecznie poprawia nastrój i zmniejsza niepokój [źródło]. Dla mnie kluczowa okazała się również zmiana diety, która dała mi nadzieję i motywację do pracy. Zamiast skupiać się na sobie, zaczęłam pisać dla innych. Pomagając bliźnim, pomagamy sobie. Dlatego na przykład podjęcie wolontariatu może mieć wysoką wartość terapeutyczną.

Jeśli przeżywasz właśnie załamanie i nie widzisz dla siebie żadnej nadziei, zdradzę Ci jedno: tylko Ty dysponujesz wystarczającą mocą, by wyjść z tego stanu. Smutek sam na pewno nie minie. Wiem, że jakiekolwiek działanie wydaje Ci się obecnie trudne, o ile nie niemożliwe, ale po prostu zacznij. Powoli, małymi kroczkami, wrócisz do pełni sił.

Prewencja dla psychiki

Hashimoto da się okiełznać, podobnie jak nękające nas destrukcyjne emocje. Podstawa to oczywiście dobra i zróżnicowana dieta oraz aktywność fizyczna. Musimy jednak pamiętać, że te działania nie przyniosą pożądanych efektów, gdy nie zadbamy o higienę psychiczną.

Jak to zrobić? Kochając siebie. I nie mam tu na myśli miłości narcystycznej, a jedynie zdrowe i pełne szacunku podejście do własnego ciała i ducha. Zamiast nieustannie się krytykować, zacznijmy chwalić własne osiągnięcia. Nie rozpamiętujmy ciągle tego, co było, a skupmy się na działaniu tu i teraz. Stałe zamartwianie zastąpmy snuciem planów pełnych nadziei. W miarę możliwości wybierajmy ludzi, miejsca, filmy, muzykę, książki i ubrania, które pozytywnie na nas oddziałują. Dbajmy o swoje potrzeby i rozwijamy własne zainteresowania.

Zawsze zachęcam Was również do szukania pomocy u specjalisty. Terapia jest doświadczeniem niezwykle oczyszczającym i śmiało mogę Wam ją polecić. Do tego warto sięgnąć po książki takie jak „Potęga podświadomości” Josepha Murphy’ego czy „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise L. Hay.

Wiem, że uzdrawianie własnej psychiki na początku może wydać się trudne, a nawet nieosiągalne. To jednak praca, którą wykonujemy dla siebie i dla własnego dobrego samopoczucia. Dlatego warto włożyć w nią jak najwięcej wysiłku. „Czując się zdrowymi, tworzymy zdrowie; czując się bogatymi, bogacimy się. A ty jak się czujesz?” (Joseph Murphy).

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Ekologiczne alternatywy dla podpasek i tamponów: Co wybrać?

W  dobie Internetu niemal nie da się uniknąć ciągłych doniesień o szkodliwości i toksyczności kolejnych pokarmów i produktów. Przywykliśmy już do myśli, że wszystko nas truje, łącznie z powietrzem. Ale żeby nawet podpaski i tampony były niebezpieczne?! To już się w głowie nie mieści…

Cała prawda o podpaskach i tamponach

Koniec XX oraz początki XXI wieku zdecydowanie można obwołać czasem sterylności. Unikamy brudu i bakterii jak diabeł święconej wody i najchętniej sięgamy po to, co białe i higieniczne. Niestety, czystość ma jednak swoją cenę.

W niniejszym artykule nie będę skupiać się na negatywnych skutkach stosowania podpasek i tamponów. Zainteresowanych tematem odsyłam do książki „Zawsze pewnie, zawsze sucho… nie zawsze bezpiecznie”, dostępnej online [tutaj]. Wystarczy wspomnieć, że w wyniku produkcji i bielenia podpasek oraz tamponów pozostają w nich m.in. dioksyny, które mogą wykazywać właściwości toksyczne, a nawet rakotwórcze.

Znacznie istotniejsza jest jednak kwestia obciążenia środowiska, którą kobieca menstruacja powoduje. „Miesięcznie w Polsce 10 milionów kobiet produkuje 150 milionów zużytych podpasek higienicznych, po roku zdołałyby dziewięciokrotnie wyłożyć nimi cały równik kuli ziemskiej” [źródło]. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż podpaski potrzebują około 500-800 lat, by ulec rozkładowi [źródło]. 

Jestem zdania, że nie powinniśmy produkować śmieci ponad potrzebę. Jeśli tylko możemy znaleźć ekologiczny i wygodny zamiennik danego produktu, zacznijmy go stosować. Ziemia będzie nam za to wdzięczna.

Nie produkujmy śmieci ponad potrzebę. Niech przyszłe pokolenia nie zarzucają nam, że ich babki zostawiły po sobie tony podpasek!

Co zamiast podpasek? Ekologiczne alternatywy

Nasze babcie same dziergały sobie wkładki na drutach, by następnie używać ich w trakcie menstruacji. Na szczęście dziś nie musimy posuwać się do tak uciążliwych metod, by dbać o środowisko. Rynek obfituje w przyjazne dla środowiska alternatywy i z pewnością każda z pań znajdzie coś dla siebie. Mamy więc ekologiczne podpaski wielo- i jednorazowe, kubeczki menstruacyjne, tampony wielo- i jednorazowe, tampony-gąbki…

Ja zdecydowałam się na zakup wielorazowych podpasek ponad dwa lata temu. I mimo wszystko nie żałuję. Trzy miesiące temu postanowiłam pójść o krok dalej i zamówiłam kubeczek menstruacyjny. Dziś opowiem Wam o zaletach i wadach obu produktów, co powinno pomóc Wam przy ewentualnym zakupie.

Podpaski wielorazowe

Ich zdecydowaną zaletą  jest materiał: 100% delikatnej w dotyku, miękkiej i wytrzymałej bawełny. Wiele firm produkuje wykorzystuje do ich produkcji wzorzyste podszewki, które idealnie poprawiają nastrój. Podpaski wielorazowe są oczywiście grubsze od tych „tradycyjnych”, ale mnie osobiście to nie przeszkadza, zwłaszcza zimą 😉 Gdy stosujemy je uważnie i regularnie wymieniamy, na pewno nie przeciekną.

Za wadę można uznać dość słabą przyczepność, zwłaszcza gdy założymy spódnicę. I pozostaje jeszcze jedno: kwestia prania. Na początku moich przygód z tym produktem, miałam dość duże problemy z doprowadzeniem go do pierwotnej czystości. Mimo moczenia podpasek w zimnej wodzie i kilkukrotnego ich prania, nie osiągałam pożądanych efektów. To oczywiście zrodziło we mnie frustrację i niezadowolenie: „Hej, staram się być ekologiczna, a tymczasem zabiera mi to tyle czasu i sił?! O nie!”. Byłam jednak nieugięta i eksperymentowałam z najprzeróżniejszymi środkami czyszczącymi, wspinając się na wyżyny mej kreatywności: proszek, soda, ocet, nawet pasta do zębów… Efekty były w porządku, ale nie zachwycały. Wtedy, nieco już poirytowana, natrafiłam na jedyne skuteczne rozwiązanie.

W przypływie inspiracji sięgnęłam po nadtlenek wodoru* i rzeczywiście zadziałał. Tyle że jest to rozwiązanie mocno dyskusyjne i dlatego w końcu zdecydowałam się na zakup kubeczka menstruacyjnego. A może ktoś z Was natrafił na inny sposób na pranie? Po przeczytaniu wielu komentarzy w Internecie nie widziałam, żeby ktoś miał z nim tak duży problem jak ja.

*Pozwoliłam sobie edytować ten fragment artykułu po bardzo trafnej uwadze ze strony czytelniczki. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.


Podpaski wielorazowe są naprawdę piękne. Znajdzie się coś dla romantyczek, kobiet zakochanych i miłośniczek kotów. Zdjęcia pochodzą ze strony sklepu. Wybór jest ogromny! Sprawdźcie [tutaj].

Kubeczek menstruacyjny

To idealna propozycja dla zwolenniczek tamponów. Jest wykonany z sylikonu medycznego i nietoksyczny. Niektóre firmy oferują go nawet w różnych wersjach kolorystycznych…

Pierwsza z zalet stosowania kubeczka to na pewno wygoda. Potwierdzam zapewnienia producentów: przy poprawnym założeniu naprawdę nie mamy szansy go poczuć. Opróżnia się go przeważnie co kilka godzin, więc nie musimy zaprzątać sobie nim głowy.

Na samym początku problematyczna może okazać się aplikacja. Na szczęście istnieją dwie różne techniki zakładania kubeczka i po paru dniach ćwiczeń powinniśmy osiągnąć perfekcję. Wyjmowanie także bywa trochę kłopotliwe, ale myślę, że również wymaga ono praktyki.

Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia czyszczenia. Gdy jesteśmy w domu, kubeczek wystarczy opróżnić, przepłukać zimną wodą i ponownie zaaplikować. Gorzej, gdy korzystamy z toalety publicznej. Jedyną opcją jest wówczas noszenie ze sobą małej buteleczki z wodą.

Przed pierwszym użyciem oraz po każdej miesiączce kubeczek należy dobrze wyparzyć, gotując go przez kilka minut. Podobno po pewnym czasie powstaną na nim odbarwienia.

Chciałabym Was także uprzedzić, że na ulotce produktu producent zamieścił ostrzeżenie o zespole wstrząsu toksycznego (TSS). Mnie osobiście ta informacja trochę zniechęciła, bo przecież kubeczek miał być w pełni bezpieczny… Ale nie poddałam się i sprawdziłam, co w tej sprawie ma do powiedzenia wujek Google. Na szczęście okazało się, że nigdy nie odnotowano przypadków TSS powiązanych z kubeczkami menstruacyjnymi, natomiast z tamponami – już tak. Szacuje się, że w Wielkiej Brytanii z winy tamponów rocznie zapada na TSS ok. 15 kobiet, z czego dwie lub trzy umierają [źródło].

Kubeczkowy zawrót głowy.

Co wybrać?

Cena obu produktów jest porównywalna i wyniesie nas nieco ponad sto złotych. Okres przydatności kubeczka wynosi około pięciu lat, zaś podpasek – około dwóch. A zatem te ekologiczne alternatywy w dłuższej perspektywie czasu kosztują nas mniej od „tradycyjnych” produktów dostępnych w drogeriach!

Kubeczek jest na pewno łatwiejszy w stosowaniu, jednak moim zdaniem raczej nie nadaje się dla kobiet, które jeszcze nie rozpoczęły współżycia. Podpaski wymagają trochę więcej zachodu z naszej strony, problematyczne może okazać się pranie. Zawsze można jednak zamówić trzy sztuki na próbę i wtedy zdecydować, czy w ogóle nam one odpowiadają. Warto także pamiętać, że istnieją również inne ekologiczne opcje, z którymi ja nie miałam do czynienia. Zachęcam Was jednak do eksperymentów i dzielenia się ich rezultatami 🙂

Na koniec uspokoję jeszcze Wasze ewentualne wątpliwości co do higieniczności tych produktów. Przez dwa lata stosowania podpasek i dwa miesiące stosowania kubeczka nigdy nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia, co wcześniej, niestety, mi się zdarzało. Sztuczne materiały, z których wykonane są drogeryjne podpaski, nie przepuszczają powietrza i mogą podrażniać, zwłaszcza gdy są perfumowane.

Konkluzja? Zdecydowanie warto!

Człowiek jest jedynym zwierzęciem, które zanieczyszcza swoje środowisko życia. Czy widział ktoś kaczkę śmiecącą w okolicach stawu alba lwa produkującego tony odpadków na sawannie?… Niechaj będzie to dla nas inspiracją. Troszcząc się o środowisko, zadbamy przy okazji o własne zdrowie i unikniemy kontaktu z kolejnymi toksynami.

Ekologiczne alternatywy dla podpasek i tamponów są naprawdę wygodne w użyciu i ja osobiście nigdy nie wrócę do produktów jednorazowych, sterylnych i potencjalnie niebezpiecznych. To się po prostu nie opłaca.

A może Wy miałyście styczność z innymi ekologicznymi zamiennikami podpasek i tamponów? Podzielcie się Waszą opinią! 🙂

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

 

Dieta w Hashimoto: Tak, tylko która?

Coraz więcej mówi się o znaczeniu diety w chorobie Hashimoto. Tylko jaka to powinna być dieta? Część specjalistów sugeruje odrzucenie glutenu i nabiału, inni zaś polecają styl życia paleo, czyli rezygnację ze wszystkich ziaren. Niektórzy zachwalają wegetarianizm, a są nawet i tacy, którzy za najlepszą dietę uznają… brak diety. Kto ma rację i komu powinniśmy zaufać? 

Hashimoto? Możesz jeść wszystko!

Pacjenci cierpiący na chorobę Hashimoto są podzieleni na dwa przeciwstawne obozy – jedni uważają wszelkie diety za zupełnie zbędne, zaś inni uznają konieczność odrzucenia glutenu, nabiału i nierzadko wielu innych pokarmów. Moje dotychczasowe doświadczenia pozwalają mi zrozumieć racje obu stron.

Hashimoto jest chorobą niezwykle specyficzną. W wielu wypadkach może nie dawać niemal żadnych objawów, zwłaszcza jeśli w odpowiednim czasie zostanie wprowadzone leczenie syntetycznym lub naturalnym hormonem tarczycy. Dzięki temu pacjent czuje się zdrowo i najczęściej nie odczuwa potrzeby wprowadzenia zmian w swoim trybie życia. Sama przez większość życia moją chorobę postrzegałam właśnie w taki sposób: poza problemami trawiennymi, których z Hashimoto nie wiązałam, zupełnie nic mi nie dolegało… Pamiętam, że gdy pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o diecie bezglutenowej, pomyślałam: „To bez sensu, jak niby chleb może szkodzić?”.

W pewnym momencie sielanka się skończyła. Ogromny stres oraz nieodpowiednia dieta wyzwoliły rzut choroby, czyli okres zaostrzenia objawów. Pojawiła się depresja, bóle stawów, ciągłe zmęczenie, absolutny brak motywacji… Wtedy też zaczęłam czytać o znaczeniu odpowiedniego stylu życia w chorobie Hashimoto i uznałam, że to moja ostatnia nadzieja. Zmiana diety nie była łatwa, ale okazała się niezwykle pomocna.

Moje doświadczenia nie pozwalają mi wierzyć lekarzom twierdzącym, że w chorobie Hashimoto „można jeść wszystko”. Nawet jeśli czujemy się zdrowo, nasza tarczyca jest niszczona przez przeciwciała, co stanowi nieustanny stres dla organizmu. Wszystko ma jednak swoje granice i ciało może powiedzieć „dość”, a wówczas pan Hashimoto pokaże nam, co potrafi… Na szczęście dzięki zmianie diety możemy znacząco ograniczyć stan zapalny i zapobiec ewentualnemu rzutowi choroby. Lepiej dmuchać na zimne. Przecież jesteśmy tym, co jemy.

Dlaczego dieta jest tak ważna?

Choroby autoagresywne, takie jak Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów czy cukrzyca typu I, wiążą się w wadliwą pracą układu immunologicznego, który w pewnym momencie zaczyna postrzegać własne tkanki jak wrogów. Należy pamiętać, że około 80% naszej odporności kryje się w jelitach i właśnie dlatego w przypadku wyżej wymienionych chorób tak ważne jest zadbanie o jak najlepszą ich kondycję.

Celem diety w chorobach autoimmunologicznych jest wyeliminowanie pokarmów, które mogą podrażniać jelita, wzmagać stan zapalny i wywoływać reakcję układu odpornościowego. Zalicza się do nich przede wszystkim gluten i nabiał, o których więcej przeczytacie [tutaj]. Także inne pokarmy, takie jak zboża, rośliny strączkowe czy psiankowate, bywają dla chorych problematyczne. Niedawno poświęciłam im dość obszerny artykuł [klik!].

Wiem, że na początku ilość potencjalnie szkodliwych dla nas pokarmów może okazać się frustrująca. Przecież zboża, ziemniaki czy pomidory jedzą wszyscy! U osób z pewnymi predyspozycjami genetycznymi powodują one jednak reakcję immunologiczną. Dlaczego tak się dzieje? Każde żywe stworzenie żyjące na Ziemi musi bronić się przed szkodnikami czy nieprzychylnymi warunkami atmosferycznymi. Dla zwierząt nie stanowi to problemu, gdyż mogą poruszać się i uciekać. Rośliny natomiast przytwierdzone są na stałe do podłoża… Z tej przyczyny w toku ewolucji wyprodukowały liczne substancje, które mają ochronić je przed atakami z zewnątrz, a więc także i przed ludźmi. Każde stworzenie na Ziemi dąży do przetrwania i podobnie ma się rzecz z roślinami – one najczęściej nie chcą być zjedzone*. Jedne gatunki pokazują to bardzo wyraźnie, zaś inne w znacznie subtelniejszy sposób. Więcej na ten temat przeczytacie w książce „Zmysłowe życie roślin” Daniela Chamowitza (polecam!).

Związki, które mogą okazać się kłopotliwe, to między innymi lektyny, występujące głównie w zbożach i roślinach strączkowych oraz alkaloidy, wytwarzane przez rośliny psiankowate.

* Trochę inaczej ma się sprawa z owocami, którym wręcz zależy na tym, byśmy je zjedli i rozprowadzili po świecie nasiona… Ale to już temat na inny artykuł.

Jeszcze dwa lata w życiu bym nie pomyślała, że pomidory mogą wywoływać u mnie alergię, a ziemniaki bóle stawów. Wiedza jest błogosławieństwem!

Dieta, owszem, tylko która?

Wiem, że na początku bardzo liczne i nierzadko sprzeczne zalecenia mogą zniechęcić do stosowania jakiejkolwiek diety. Jeśli jednak Wasze samopoczucie jest dalekie od ideału, a wyniki pozostawiają wiele do życzenia – nie rezygnujcie! Na początek polecam udać się do dietetyka, który stworzy optymalne dla Was zalecenia. Na szczęście specjalistów zajmujących się chorobami autoimmunologicznymi jest coraz więcej. Niezwykle użyteczną ich listę stworzyła Anita, autorka wspaniałego blogu Alpacasquare. Zerknijcie [tutaj]. W poprzednim artykule wspominałam Wam również o testach na nietolerancje pokarmowe i o diecie eliminacyjnej. Ich wyniki bardzo ułatwiają planowanie zmian w odżywianiu.

A tymczasem przeanalizujmy wspólnie wszystkie za i przeciw stosowania różnych diet.

1. Dieta bezglutenowa i bezmleczna

Zdecydowany faworyt wśród zaleceń dietetycznych. Najczęściej już eliminacja tych dwóch składników wystarczy, by pacjent poczuł się lepiej. I nie ma w tym nic dziwnego: gluten przyczynia się do rozszczelnienia jelit, zaś mleko często wywołuje reakcję układu odpornościowego. Oczywiście poprawa samopoczucia nie zawsze jest natychmiastowa, a u niektórych osób odrzucenie glutenu może przynieść nawet pogorszenie. O możliwych przyczynach tego zjawiska przeczytacie [tutaj].

By dieta bezglutenowa zadziałała prawidłowo, konieczne jest dobre jej zaplanowanie. Większość gotowych produktów oznaczonych przekreślonym kłosem ma, niestety, dość nieprzyjazny jelitom skład. Na szczęście można sobie łatwo poradzić bez nich – użyteczny poradnik znajdziecie [tutaj].

Obecnie i ja stosuję tę dietę i dostosowałam ją do swoich potrzeb, biorąc pod uwagę kilka zaleceń paleo. Z ziaren jem jedynie ryż, grykę i czasem proso, starając się zawsze je uprzednio namaczać. Orzechy i rośliny strączkowe jadam okazyjnie, gdyż w większych ilościach mi nie służą.

2. Protokół autoimmunologiczny

Ponad półtora roku temu rozpoczęłam swoje dietetyczne przygody poprzez wyeliminowanie glutenu z diety. Na tym jednak nie poprzestałam. Czułam się naprawdę źle, co motywowało mnie do kolejnych zmian. Po upływie ponad miesiąca przeszłam na protokół autoimmunologiczny – bardzo restrykcyjną dietę, która wyklucza wszystkie pokarmy potencjalnie podrażniające układ odpornościowy, takie jak zboża, orzechy, pestki, rośliny strączkowe i psiankowate [źródło].

Jestem zdania, że protokół jest dietą trudną, ale na chwilę obecną to jedna z najskuteczniejszych opcji. Dzięki niemu zniknęły u mnie: alergia, kichanie, bóle stawów, serca i tarczycy (tak, tarczyca też może boleć!), a nawet opryszczka, która przed dietą pojawiała się regularnie co trzy miesiące! Niestety, popełniłam również kilka błędów – jadłam chociażby zbyt mało węglowodanów, przez co bardzo schudłam. Dlatego przed rozpoczęciem protokołu zachęcam Was do konsultacji dietetycznej i lekarskiej, dzięki którym powinniście uniknąć pomyłek. Bardzo ważna jest także autoedukacja. Na szczęście Internet obfituje w wiele użytecznych źródeł. Polecam Wam chociażby naszpikowaną informacjami stronę Grzegorza PaleoSMAK.

Warto pamiętać, że protokół autoimmunologiczny jest opcją, a nie koniecznością. Patrząc przez pryzmat moich doświadczeń, polecałabym go szczególnie osobom nękanym przez kilka chorób autoimmunologicznych, lub uskarżającym się na wiele przykrych objawów Hashimoto, takich jak bóle stawów, problemy trawienne czy insulinooporność. Mimo to nie we wszystkich przypadkach tak drastyczna dieta musi być konieczna.

Samo przejście na protokół nie gwarantuje sukcesu – nasze ciała mają różną zdolność regeneracji, a i może się okazać, że źle reagujemy na pokarm teoretycznie na diecie dozwolony [źródło]. Dlatego istotnym elementem tej zmiany jest nieustanna samoobserwacja. Ważna uwaga: protokół stosujemy tylko przez pewien okres, po upływie którego ponownie próbujemy włączyć do diety kłopotliwe pokarmy. Wkrótce pojawi się na blogu obszerny artykuł na ten temat.

3. Dieta paleo

Włączanie kolejnych pokarmów po zakończeniu protokołu autoimmunologicznego najczęściej skutkuje przejściem (na pewien czas lub na dłużej) na dietę paleo. Wyklucza ona ziarna, wszystkie produkty rafinowane i najczęściej także nabiał [źródło]. Jej podstawą są pokarmy o wysokiej wartości odżywczej, pochodzące z jak najlepszych upraw i hodowli, takie jak mięso, jaja, warzywa, owoce, surowy miód.

Dieta paleo jest moim zdaniem sposobem życia godnym uwagi, zwłaszcza jeśli dysponujemy dostępem do sprawdzonych źródeł żywności. Mimo to nie jest ona wolna od wad, chociażby bardzo dyskusyjna jest w jej wypadku kwestia spożycia węglowodanów. Więcej na ten temat przeczytacie na blogu Live the Nature [klik!]. W moim wypadku wersja wysokotłuszczowa paleo nie sprawdziła się. Oczywiście każdy z nas jest inny i całkiem możliwe, że mój organizm gorzej trawi tłuszcze i białka. Po włączeniu do diety większej ilości węglowodanów poczułam przypływ sił. Dlatego zachęcam każdego do obserwowania swoich reakcji – jeśli dana dieta przez dłuższy czas nie przynosi pożądanych rezultatów, być może po prostu nie jest dla nas stworzona. I nie ma w tym nic złego.

Dieta paleo kładzie nacisk nie na ilość, a na jakość.

4. Dieta dr Dąbrowskiej / Post Daniela

Dietę tę stosuje się przez okres od kilku dni do kilku tygodni. Jest ona oparta na warzywach nisko skrobiowych, takich jak na przykład: korzeniowe, kapustne, cebulowe, dyniowate, psiankowate, liściaste. „Równocześnie można spożywać niskocukrowe owoce takie jak: jabłka, grejpfruty, cytryny i nieduże ilości jagód. Szczególnie cenne są zielone soki, które pochodzą z zielonych pędów roślin” [źródło].

Zadaniem diety dr Dąbrowskiej jest oczyszczenie organizmu z toksyn oraz wzmocnienie układu odpornościowego, nerwowego i hormonalnego. Osobiście nie miałam z Postem Daniela do czynienia, jednak czytałam relacje osób zachwyconych jego rezultatami. Zdarza się też, że ta dieta pomaga osobom, dla których nieskuteczny okazał się protokół autoimmunologiczny.

Post Daniela najlepiej stosować latem, kiedy dostęp do warzyw i owoców jest niemal nieograniczony. Zanim go jednak rozpoczniecie, skonsultujcie się z lekarzem lub dietetykiem – dieta dr Dąbrowskiej wyklucza tłuszcz, co uniemożliwia wchłanianie witamin A, D, E i K i w dłuższej perspektywie może okazać się szkodliwe.

5. Dieta wegetariańska/wegańska/witariańska

Część chorych z przyczyn ideologicznych rezygnuje z jedzenia mięsa, ryb, a nawet produktów pochodzenia zwierzęcego. Oczywiście niektórzy specjaliści otwarcie mówią o wadach takiego stylu odżywiania i podkreślają, że białko zwierzęce jest dla nas najlepszym budulcem. Poza tym problem stanowi zbyt mała ilość kwasów tłuszczowych Omega-3, a także wysokie spożycie ziaren i roślin strączkowych (lektyny!) w dietach wegetariańskiej i wegańskiej. Warto także pamiętać, że produkty pochodzenia zwierzęcego są jedynym źródłem gotowej witaminy A i D. Problematyczne na tych dietach są także niedobory witaminy B12… Więcej na ten temat przeczytacie w książce dr Terry Wahls na stronach 158-165.

Oczywiście najbardziej szkodliwe dla pacjenta  mogą się okazać niechęć i wstręt, z którymi jadłby produkty niezgodne z własnymi poglądami. Dlatego jestem zdania, że przekonywanie kogoś do zmiany diety wbrew jego woli to pewna forma przemocy. Tak, możemy dysponować licznymi argumentami udowadniającymi zalety jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego, ale co z tego? I tak każdy postąpi w zgodzie ze swoim sumieniem i przekonaniami, o czym pisałam [tutaj].

Pozwolę sobie jednak nadmienić, że gdy mimo stosowania jednej z wymienionych powyżej diet czujesz się osłabiony, zmęczony, a Twoja odporność pozostawia wiele do życzenia – nie trwaj przy niej z uporem maniaka. Mimo wszystko nasze zdrowie jest ważniejsze od ideologii.

6. Dieta wysokotłuszczowa/dieta dra Kwaśniewskiego

Osoby cierpiące na niedoczynność tarczycy przeważnie źle czują się na dietach niskowęglowodanowych, gdyż cukry są potrzebne w przemianie nieaktywnej formy hormonu T4 do jego formy aktywnej, czyli T3 [źródło]. Niemniej jednak można znaleźć osoby, którym dieta wysokotłuszczowa pomaga, zwłaszcza jeśli zdiagnozowano u nich insulinooporność lub cukrzycę. Chociaż w moim wypadku dieta wysokotłuszczowa się nie sprawdziła, pozwoliła mi na zmianę poglądów i zrozumienie, że tłuszczów nie wolno się bać. Bardzo ciekawa okazała się też lektura książki dra Kwaśniewskiego, dzięki której w pełni doceniłam żółtka jaj. Mimo to dla części osób wadą diety dra Kwaśniewskiego jest zalecany w niej nabiał. W przypadku choroby Hashimoto wielu pacjentów mleka po prostu nie toleruje.

Żółtka jaj pochodzące od wolnych i szczęśliwych kur to jedno z najlepszych źródeł witamin i minerałów. Uwaga, niestety część chorych na Hashimoto może jajek nie tolerować.

Po ponad półtora roku moich przygód dietetycznych mogę powiedzieć Wam jedno: zmiana stylu odżywiania to droga wyboista, na której zapewne popełnicie błędy. Warto jednak rozpocząć tę wędrówkę, gdyż umożliwia ona poznanie swojego ciała i odkrycie, co mu szkodzi. A jeśli czujemy, że nie jesteśmy na właściwej ścieżce, wybierzmy inną. Pamiętajmy, dieta to nie religia, zawsze można ją zmienić. I nie próbujmy też na siłę nawracać innych! Ja chociażby na samym początku naczytałam się tak wiele na temat szkodliwości większości pokarmów, że jadłam niewiele i z ciągłym lękiem oraz patrzyłam z trwogą na osoby jedzące gluten. A przecież nie o to chodzi. Eksperymentujmy, obserwujmy, uczmy się. Istnieje wiele diet i wielu ludzi i to, co sprawdza się w naszym wypadku, niekoniecznie pomoże innej osobie. Na łamach tego blogu nie kwestionuję skuteczności żadnego stylu odżywiania, a jedynie dzielę się tym, co działa u mnie. Warto też pamiętać, że absolutnie każdą dietę należy wesprzeć odpowiednią ilością snu, wysiłkiem fizycznym i zdrowym podejściem do stresu.

Wiem, że początki naszej edukacji dietetycznej bywają trudne i dlatego zachowujmy umiar tylko tam, gdzie możemy. Jeśli już zdecydowaliśmy się na dietę bezglutenową i bezmleczną – trzymajmy się jej bez wyjątków przez co najmniej miesiąc, by móc obiektywnie ocenić jej skutki. Po okresie eliminacji lub protokołu autoimmunologicznego większość wykluczonych pokarmów nie powinna okazać się dla nas szkodliwa, choć oczywiście jedzona w rozsądnych ilościach. Sami zaobserwujecie, co i jak na Was działa: ja na przykład wiem, że ziemniaki w większych ilościach powodują u mnie bóle stawów, a pomidory kichanie.

Jest jeszcze jedna kwestia – wiara w to, co dla nas dobre. Czasem to nie sam pokarm może zaszkodzić, a nasze do niego podejście. Jeśli boimy się śladowych ilości glutenu, a nie mamy pewności co do czystości zupy zaserwowanej u cioci – całkiem możliwe, że złe samopoczucie wywoła nie gluten, a stres spowodowany jego potencjalną obecnością. Kiedy jesteś absolutnie pewien, że coś jest dla Ciebie szkodliwe, lepiej tego nie jedz.

Czy każdy chory na Hashimoto powinien zmienić dietę? Wiem, że nawet jeśli odpowiem twierdząco, nie wszyscy z Was będą na taką zmianę gotowi. Przytoczę jednak historię pewnej pacjentki opisaną w książce dr Sarah Ballantyne: u dość młodej kobiety zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Krótko po diagnozie natknęła się na informacje o konieczności stosowania diety i pomyślała: „Nigdy w życiu! Wolę przestać chodzić, niż nie jeść chleba!”. Po roku choroba rozwinęła się na tyle, że dziewczyna rzeczywiście straciła władzę w nogach. Wtedy z wielką chęcią i nadzieją porzuciła chleb, nabiał i wszystkie ziarna, dzięki czemu zaczęła ponownie chodzić i poczuła się znacznie lepiej.

Jeśli chorujesz na Hashimoto, ale czujesz się dobrze, życzę Ci z całego serca, by nigdy się to nie zmieniło. Jeśli jednak w pewnym momencie zaczną Cię gnębić przykre objawy, pamiętaj, że odpowiednia dieta może znacząco poprawić Twój stan. Najczęściej doceniamy zdrowie dopiero wtedy, gdy je utracimy. Taka już jest przewrotna ta ludzka natura.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Zapraszam Was także na jaskiniowego Facebooka.

***

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę   🙂

 

Zagłosuj na Jaskiniową Kuchnię w konkursie Blog Roku 2015!

Uwaga! Głosowanie już się zakończyło! Dziękuję za Wasze wsparcie 🙂

Moi Drodzy Czytelnicy, dziś zwracam się do Was z prośbą o wsparcie. Wystarczy 1,23 zł (z VAT!) i kilka sekund by oddać głos na Jaskiniową Kuchnię w konkursie Blog Roku 2015 w kategorii „Styl Życia”! Pomożecie? 🙂

Kiedy półtora roku temu rozpoczynałam moją działalność blogerską, miałam ogromne poczucie misji. Wierzyłam, że mogę zmotywować innych chorych do zmian i pomóc im odnaleźć ścieżkę do zdrowia. I udało się to lepiej, niż mogłabym zapragnąć! Licznik odwiedzin wczoraj osiągnął wynik 700 000, zaś Jaskiniowy Fanpage liczy ponad 4900 członków! Dziękuję Wam za zainteresowanie i wsparcie! Motywujecie mnie do dalszego tworzenia i rozwoju 🙂

Mam nadzieję, że konkurs Blog Roku 2015 pomoże mi dotrzeć do jeszcze szerszej publiczności i zainspirować nowych czytelników do zmiany stylu życia. Kto wie, może dzięki moim artykułom ktoś w końcu dowie się, że jego problemy zdrowotne były spowodowane przez chorobę Hashimoto? A może część pacjentów postanowi zmienić dietę i dzięki temu poczuje poprawę?

Dzięki Waszemu wsparciu moje blogerskie plany mogą się zrealizować 🙂 Wyślijcie sms o treści F11349 pod numer 7124 (1,23 zł z VAT). W ten sposób pomożecie nie tylko mnie, lecz także podopiecznym fundacji Dziecięca Fantazja! Głosowanie trwa do 1 marca do godziny 12.

P.S. Sms można wysłać tylko raz z danego numeru. Ważne są jedynie smsy wysyłane z numerów należących do polskich operatorów, jeśli więc mieszkacie za granicą – poproście bliskich z Polski o wysłanie smsa w Waszym imieniu 🙂

Trzymajcie się zdrowo i trzymajcie za mnie kciuki,

Wasza Ola

Jak uzdrowić swój stosunek do jedzenia i przestać podjadać?

Ignorowanie problemów to jedna z moich największych wad. Gdy jakaś sytuacja mnie przerasta, albo wierzę, że w przyszłości wszystko cudownie się rozwiąże, albo udaję, że nic szczególnego się nie dzieje. Też Wam się to zdarza? Niestety, problemy możemy ignorować tylko do pewnego momentu. Ostatnio poczułam, że miarka się przebrała i dlatego powiedziałam „dość” podjadaniu. Czas uzdrowić swój stosunek do jedzenia.

Czym jest dla Ciebie jedzenie?

Nasze podejście do jedzenia jest wypadkową stosunku do własnego ciała i nawyków wyniesionych z dzieciństwa. Z tej przyczyny wszelkie zaburzenia pokarmowe można najczęściej całkiem łatwo wyjaśnić.

Kiedy rodzice nie przywiązują wagi do regularności posiłków ani do ich wartości odżywczej, pragną wydawać na jedzenie jak najmniej, a do tego cierpią na otyłość – szanse, że ich potomek powieli w przyszłości ten wzorzec, znacząco rosną. Nawet codzienne powtarzanie dziecku „jedz owoce i warzywa, bo są zdrowe” nic nie da, jeśli sami na jego oczach sięgamy po słodycze i szybkie dania z mikrofalówki. Maluchy najskuteczniej uczą się przez obserwację i naśladownictwo, a nie przez puste komunikaty pozbawione pokrycia.

Niestety, dość często złe nawyki żywieniowe wyniesione z dzieciństwa łączą się z licznymi kompleksami i niskim poczuciem własnej wartości. Kiedy nie szanujemy własnego ciała i żywimy do niego niechęć, przeważnie nie przykładamy wagi do tego, co wkładamy do ust. To oczywiście może prowadzić do przejadania się czy nadmiernej konsumpcji słodyczy. W niektórych wypadkach wrogość żywiona do samego siebie kończy się nadwagą, a nawet otyłością. Skrajnymi przejawami zaburzeń odżywiania są bulimia i anoreksja.

Kiedy w pewnym momencie naszego życia jedzenie staje się problemem, warto wybrać się w podróż do przeszłości i odpowiedzieć na kilka pytań. Jak wyglądały nawyki żywieniowe Twoich rodziców? Czy posiłki spożywałeś w gronie rodzinnym, czy samotnie? Co myślałeś w dzieciństwie o swoim ciele? Jak dziś oceniasz siebie samego? Lubisz to, czym się obecnie zajmujesz?

Powrót do przeszłości pozwoli Ci zrozumieć, czym tak naprawdę jest dla Ciebie jedzenie. Zwykłym paliwem, które utrzymuje Cię przy życiu? Nałogiem? Przyjemnością? Rozrywką? Sposobem na ucieczkę od tego, co bolesne?

Jak przestać podjadać i zapomnieć o kompulsywnym jedzeniu?

Ostatnio sama zrobiłam rachunek sumienia. Próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd wziął się mój problem z podjadaniem. Stres na pewno był jednym z wyzwalaczy. To dość wygodna wymówka. Ale… Przecież to nie stres otwiera moje usta i wkłada w nie kolejne porcje pożywienia. To moja ręka sięga po dokładki. Czyżbym więc nie miała kontroli nad własną ręką? To chyba bardzo źle o mnie świadczy.

Od kilku dni staram się panować nie nad podjadaniem, a nad swoją dłonią. I to działa! Zdecydowanie łatwiej jest nadzorować rękę niż usta, którym ciągle mało. To jednak dopiero był początek. Za tą zmianą poszły kolejne. Zaczęłam zupełnie inaczej postrzegać pożywienie.

Jeśli zapanujemy nad ręką, która sięga po kolejny kęs, zapanujemy nad podjadaniem.

Zdrowe spojrzenie na jedzenie

Zaburzenia odżywiania to jeden z najpowszechniejszych problemów XXI wieku. Jemy bezmyślnie, gapiąc się w ekran telewizora czy monitora. Najczęściej interesuje nas nie wartość odżywcza danego produktu, a jego smak i wygląd. Ręka sama sięga po to, co słodkie, kolorowe i rozpropagowane licznymi reklamami. Niejednokrotnie jemy, nawet nie czując głodu. Poprzez takie zachowania wyrządzamy sobie ogromną krzywdę, a konsekwencje naszych działań będą widoczne dopiero po wielu miesiącach czy latach.

Jak więc uzdrowić nasz stosunek do jedzenia? Najważniejsze to mocno tego chcieć, mieć dobrą motywację i zacząć od razu, bez niepotrzebnej zwłoki. Poniżej znajdziecie kilka propozycji, które ułatwią wprowadzanie pozytywnych zmian.

  1. Nakładajmy na talerz umiarkowane porcje. Żołądek jest wielkości dwóch naszych pięści i naprawdę nie trzeba mu wiele do szczęścia.
  2. Zadbajmy o jakość posiłków. Im więcej w nich witamin i minerałów, tym lepiej. Unikajmy tzw. „pustych kalorii” – organizm wykorzysta energię na ich strawienie, a nie uzyska niemal nic w zamian.
  3. Jedzmy tylko wtedy, gdy odczuwamy głód.
  4. Podziękujmy za każdy posiłek dobrej sile, w którą wierzymy, lub samej Naturze. Przed konsumpcją wyobraźmy sobie, jak pokarm zasila wszystkie komórki naszego ciała.
  5. W czasie posiłków skupmy się na talerzu i jego zawartości, a nie na ekranie monitora lub rozmowie. Delektujmy się każdym kęsem i zamykając oczy, poczujmy jego smak.
  6. Bardzo dokładnie gryźmy. Dzięki temu odciążymy układ trawienny i łatwiej zyskamy uczucie nasycenia.
  7. Spróbujmy nauczyć się jeść pałeczkami. To wymusi uwagę i skupienie przy posiłkach.
  8. Jedzmy to, co zdrowe i co jednocześnie lubimy. Uwielbiasz warzywa, ale nienawidzisz zielonych soków? Zrób sobie sałatkę. Nie cierpisz wątróbki? Dodaj ją do pasztetu i dobrze go przypraw. Jedzenie powinno sprawiać przyjemność, a nie być katorgą.
  9. Wyznaczmy czas, który przeznaczony będzie tylko i wyłącznie na spokojny posiłek. Pośpiech lub stres w znacznym stopniu utrudniają trawienie.

 

Jedzenie pałeczkami ma same zalety: nabieramy mniejsze porcje i spożywamy posiłek wolniej. A do tego jest bardzo przyjemne i odprężające! Polecam 🙂

Wszystkie powyższe wskazówki same wejdą nam w nawyk, gdy uświadomimy sobie jedno: jedzenie powinno jak najlepiej służyć naszemu ciału, a jego dobór świadczy o naszej miłości (lub jej braku) do własnych komórek i narządów. Gdy jadamy w pośpiechu, wysyłamy sobie samym informację: „nie mam czasu, są sprawy ważniejsze od ciebie”. Kiedy sięgamy po produkty, o których wiemy, że są niezdrowe, niepotrzebnie stresujemy własne ciało. Nie dziwmy się więc, jeśli po pewnym czasie odmówi posłuszeństwa i zacznie chorować.

Zaburzenia odżywiania to najczęściej złożony problem, który wiąże się z niską samooceną, stresem czy złymi nawykami wyniesionymi z dzieciństwa. Na szczęście w każdej chwili możemy stawić mu czoła i powiedzieć „dość”. Najważniejsze to przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Mnie życie bez podjadania wyjątkowo służy i niechaj powyższy artykuł będzie uroczystym przyrzeczeniem, że już nigdy już nie stracę kontroli nad tym, co wkładam do ust. I życzę Wam tego samego 🙂

P.S. Kiedy próbowałeś już wszystkiego i nadal sobie nie radzisz z problemem kompulsywnego jedzenia lub innym zaburzeniem, nie wahaj się poprosić o pomoc psychologa lub terapeutę.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

A jeśli dobrze Ci się czytało, być może zainteresują Cię też artykuły o tym, jak powinna wyglądać dieta bezglutenowa i o tym, czy dieta idealna istnieje.

Efekt potwierdzenia, czyli komu powinniśmy wierzyć?

Zastanawiało Was kiedyś, dlaczego fachowcy miewają niekiedy zupełnie przeciwstawne opinie w tej samej kwestii? Czemu lekarz A twierdzi, że tłuszcze nasycone są złe, zaś lekarz B zaleca jeść je jak najczęściej? Dlaczego dietetyk Y radzi odstawić pszenicę, zaś dietetyk X mówi, że jest ona niezbędnym składnikiem naszej diety?… Kto ma rację? I skąd biorą się te różnice?

Mózg nie jest doskonały

Ewolucja wyposażyła ludzi w liczne narzędzia, które od tysięcy lat umożliwiały nam orientację w przestrzeni, skuteczne zdobywanie pożywienia i znajdowanie schronienia. Dziś jednak przyszło nam żyć w zupełnie innym świecie i to, co kiedyś pomagało w przetrwaniu, czasem przysparza problemów.

Wierzysz, że podejmujesz decyzje w sposób racjonalny? Wydaje ci się, że twoje poglądy są obiektywne? To mit. Na nasze przekonania i wybory ogromny wpływ wywierają tak zwane błędy poznawcze. Nie ma sposobu, by ich uniknąć, ale na szczęście każdy błąd można naprawić. Trzeba sobie tylko zdać z niego sprawę.

Efekt potwierdzenia

Psychologia wyróżnia około sześćdziesiąt różnych błędów poznawczych. Jednym z nich jest efekt potwierdzenia: zwracasz uwagę tylko na informacje, które potwierdzają to, w co wierzysz. Jednocześnie ignorujesz wszystko, co zaprzecza twoim opiniom.

Prosty przykład: jesteś przekonany, że wszystkie konserwanty i dodatki E do żywności są złe. Dlatego zaprzeczysz każdej osobie twierdzącej, iż większość tych środków nie ma wpływu na nasze zdrowie. Efekt potwierdzenia wpływa na absolutnie każdą sferę życia, także na twoje poglądy polityczne: partia X jest twoim zdaniem dobrodziejstwem dla naszego kraju. Ignorujesz informację o tym, że jej przewodniczący niedawno został oskarżony o przyjęcie łapówki. „To oszczerstwa!”, myślisz. A nawet jeśli nie, wszyscy politycy tak robią. Partia X i tak jest najlepsza.

Efekt potwierdzenia daje nam ogromne poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Wierzymy w poprawność i prawdziwość naszych opinii tak bardzo, że nawet nie musimy ich weryfikować. To niezwykle wygodne, ale jednocześnie szalenie niebezpieczne. Ten błąd poznawczy nie tylko utrudnia komunikację i osiąganie konsensusu w dyskusjach, lecz także może negatywnie odbić się na naszym zdrowiu. Efektem potwierdzenia kierujesz się nie tylko ty. Ma on także wpływ na twojego męża, brata, sąsiada, mechanika, dietetyka i… lekarza.

W poszukiwaniu potwierdzeń własnej nieomylności.

Efekt potwierdzenia w nauce

W historii nauki niejednokrotnie ignorowano odkrycia, które nie zgadzały się ze światopoglądem danej epoki. Sztandarowym przykładem może być potwierdzenie przez Mikołaja Kopernika faktu, że to Ziemia krąży wokół Słońca i wyśmianie tej hipotezy przez innych współczesnych mu badaczy. Co więcej, niejednokrotnie zdarzało się, że sami naukowcy odrzucali prawidłowe wyniki, które nie potwierdzały ich założeń. We współczesnej nauce istnieje oczywiście wiele procedur, które mają zniwelować skutki błędów poznawczych, chociażby technika podwójnie ślepej próby [źródło]. Mimo to nie zawsze udaje się zapobiec pomyłkom czy wysnuciu przez badaczy błędnych i pochopnych wniosków.

Należy pamiętać, że nauka nie może być wolna od błędów, gdyż ludzie ją tworzący również nie są bezbłędni. „Jeśli chcesz, naukowo możesz udowodnić wszystko”, powiedziała mi raz znajoma pani biolog. To wyjaśnia, dlaczego tak liczne są badania, potwierdzające zupełnie przeciwstawne tezy. Przykład? Osoby, które stwierdziły u siebie nieceliakalną nietolerancję glutenu, po zastosowaniu diety ubogiej w FODMAP’s nie stwierdzały u siebie przykrych objawów po zjedzeniu pszenicy, żyta czy jęczmienia [źródło]. Inne badanie zaś pokazuje, że takie osoby stwierdzały nasilenie symptomów nawet po zjedzeniu niewielkiej ilości glutenu [źródło]. Równie kontrowersyjna jest kwestia cholesterolu: od wielu lat uważano, że szkodliwie wpływa na nasze zdrowie, jednak ostatnie doniesienia naukowe temu zaprzeczają, co udowadnia dr Uffe Ravnskov w książce: „Cholesterol. Naukowe kłamstwo”. Idźmy dalej: Dr Sanjay Sharma twierdzi, że najlepiej jeść produkty pozbawione konserwantów [źródło]. W innym źródle zaś czytamy, że większość konserwantów jest dla nas bezpieczna [źródło]. Te wszystkie przykłady to jednak jeszcze nic.

Nie ma zapewne dziedziny wiedzy pełniejszej sprzeczności od dietetyki. Dr Douglas N. Graham jest twórcą diety 80/10/10 i zaleca, by 80% spożywanych dziennie kalorii pochodziło z węglowodanów, głównie w formie surowych owoców. Dr Loren Cordain, propagator diety paleo, twierdzi, że większość naszego pożywienia powinno stanowić białko i tłuszcz. Zbóż należy unikać. T. Colin Campbell z kolei poleca ograniczyć spożycie tłuszczu, wyeliminować białko zwierzęce i oprzeć dietę na pełnowartościowych produktach roślinnych, czyli warzywach, owocach, zbożach, pestkach, orzechach. I wszyscy ci panowie przytaczają liczne badania naukowe na poparcie swych tez! Czyżby jednocześnie ignorowali informacje, które zaprzeczają ich przekonaniom?

Te sprzeczności mogą przerażać nie tylko zwykłych śmiertelników, ale również i fachowców. Kto ma rację? Musimy pamiętać, że skupianie się na wynikach eksperymentów to zdecydowanie za mało. Ocena badania powinna obejmować przyjętą metodologię, jego przebieg, wyszukanie informacji na temat tego, kto w ogóle je sponsorował… Niewiele osób dysponuje odpowiednią wiedzą i czasem, które pozwoliłyby na obiektywną ocenę danego doniesienia naukowego.

Dlaczego lekarze mają różne opinie?

Teoretycznie wszyscy lekarze kończą te same uniwersytety medyczne, a jednak ich wiedza i przekonania mogą się diametralnie różnić. Całkiem łatwo to wyjaśnić: część specjalistów bazuje na swojej wiedzy ze studiów i odrzuca wszelkie doniesienia, które zaprzeczają powszechnie przyjętym przekonaniom. Inni z kolei starają się mieć otwarty umysł, szukać nowych informacji i na tej podstawie tworzą swój odmienny światopogląd. Oczywiście i oni mogą wpaść w pułapkę efektu potwierdzenia.

Lekarze powinni być szczególnie wyczuleni na działanie tego błędu poznawczego. Niestety, najczęściej tak się nie dzieje. Specjalistom praktycznie każdej dziedziny jest łatwiej bazować na dotychczasowej wiedzy. Dlatego duże brawa należą się dla tych, którzy zdają sobie sprawę z własnych ograniczeń i poświęcają wiele czasu na ciągłe szkolenia i rozwój.

Gdy przekraczasz próg gabinetu pamiętaj, że zarówno ty, jak i twój lekarz możecie tkwić w pułapce efektu potwierdzenia. „Lekarz wie swoje i mnie nie słucha”, narzekają pacjenci. „Pacjent wie swoje i mnie nie słucha”, narzekają specjaliści. A przecież to tylko dwie strony tej samej monety.

Zdrowy czy niezdrowy posiłek? Zależy od wyznawanej diety.

Efekt potwierdzenia w życiu codziennym

Jeśli chcesz zobaczyć, jak działa efekt potwierdzenia w praktyce, wejdź na dowolne forum internetowe. Bardzo szybko natkniesz się na jedną z zażartych dyskusji, w których uczestnicy prześcigają się argumentami na poparcie swoich tez. Odsyłają nawet oponentów do licznych źródeł i badań naukowych. Mimo najlepszych dowodów, przeciwnicy najczęściej zostają nieprzekonani. I nie ma w tym nic dziwnego: dlaczego mieliby zaakceptować coś, co burzy ich światopogląd?

Z tej przyczyny już dawno odkryłam, że przytłaczająca większość kłótni i dyskusji nie ma sensu. Żadna ze stron nie ma ochoty na zmianę swojego zdania; chce tylko pokazać przeciwnikowi, iż to on się myli. Dlatego wszelką wymianę zdań powinniśmy zaczynać od pytania: „Czy jesteś gotowy na modyfikację swoich przekonań?”. Jeśli nie, dyskusja będzie stratą czasu (chyba że dyskutujemy dla przyjemności, a nie po to, by kogoś skłonić do zmiany opinii). Bo czy osoba na diecie paleo przekona weganina do jedzenia mięsa i jajek? Czy osoba na diecie bezglutenowej przekona smakosza makaronów, że są one szkodliwe? Czy wyborca partii A uwierzy wyborcy partii B? Czy fan marki Apple przerzuci się na zwykłego Samsunga?… Nie, gdyż każdy ma rację. Swoją rację. „Jeżeli nie zwracasz uwagi na przeciwstawne sądy i opinie, szukasz potwierdzenia swoich racji w gazetach, czasopismach, stertach książek i programach telewizyjnych, możesz stać się tak pewnym słuszności swojego spojrzenia na świat, że nikt nie jest cię w stanie od niego odwieść” (David McRaney, str. 42).

Bądź świadomy swoich ograniczeń

Istnieje tylko jeden sposób, by złagodzić efekty błędów poznawczych: być ich świadomym. Zawsze gdy odrzucasz jakąś informację, zastanów się, jaka jest tego przyczyna. Czy naprawdę ta wiadomość zasługuje na krytykę? A może Ty nie chcesz zmieniać swoich ugruntowanych poglądów?

„Ludzie lubią, kiedy mówi im się to, co już wiedzą” (Terry Pratchett). Z tej przyczyny zdecydowanie chętniej przebywamy z osobami, które zgadzają się z naszym światopoglądem i sięgamy po źródła sprzyjające naszym opiniom. To wygodne. I oczywiście postępujemy tak zarówno my, jak i nasi sąsiedzi, lekarze, dietetycy, politycy…

Pamiętajmy jednak, że nasza prawda może być kłamstwem dla drugiej osoby. Dlatego jeśli bierzesz udział w jakiejś zażartej dyskusji, uświadom ich uczestników o istnieniu błędów poznawczych. Gorzej, jeśli za nic w świecie nie będą chcieli potwierdzić istnienia i skutków efektu potwierdzenia. Wtedy nie ma już dla nich nadziei.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

P.S. W czasie lektury lekturze mojego bloga pamiętajcie, że i ja mogę wpaść w pułapkę efektu potwierdzenia. Dlatego zawsze proszę Was o krytyczne podejście do moich tekstów, dla mojego i Waszego dobra 🙂

P.S.2. Czasem zachowanie i poglądy danego lekarza czy polityka można wyjaśnić nie efektem potwierdzenia, a jego układem z daną firmą i zyskiem, który za ten układ otrzymuje, jednak to jest już temat na odrębny artykuł.

Zacytowane powyżej słowa pochodzą z książki, którą wyjątkowo polecam, gdyż w bardzo ciekawy sposób opowiada o błędach poznawczych: McRaney David (2013): „Ruletka nawyków”. Warszawa, PWN. A jeśli interesowałyby Was inne artykuły z dziedziny psychologii, zapraszam [tutaj]. I oczywiście zapraszam na mój Facebook.


 

Hashimoto: Czego i dlaczego nie jeść?

Przychodzi pacjent do lekarza, zadaje kilka pytań, a lekarz na to: „Znów się pani naczytała bzdur z Internetu? To proszę się leczyć u doktora Google!”. Brzmi znajomo? Niestety, część specjalistów najwyraźniej odmawia choremu prawa do zdobycia wiedzy na temat schorzenia, które go gnębi. A przecież dzięki Internetowi wiele osób szybciej uzyskało diagnozę lub znalazło praktyczne i pomocne informacje. Mimo to każdą internetową poradę zdrowotną należy traktować z pewną dozą ostrożności. W przeciwnym razie możemy wpaść w niepotrzebną panikę. A nic tak nie szkodzi zdrowiu jak stres.

Czego nie jeść w chorobie Hashimoto

Wiem, że część z Was nie ma czasu na dokładne przejrzenie wszystkich stron poświęconych diecie w chorobie Hashimoto. Dlatego postanowiłam sama przeprowadzić dokładne poszukiwania i przedstawić Wam ich wyniki w niniejszym artykule. W telegraficznym skrócie dieta pokarmów niewskazanych przy chorobie Hashimoto oparta o różne źródła wygląda następująco:

  • gluten (czyli: pszenica, żyto, jęczmień)
  • pozostałe ziarna (np. ryż, kukurydza) i pseudozboża (także amarantus, quinoa)
  • pestki (słonecznik, dynia, siemię lniane)
  • nabiał (wszystkie sery, jogurty, kefiry itd.)
  • jaja
  • cukier rafinowany i słodziki (w tym syrop glukozowo-fruktozowy)
  • rośliny strączkowe (przede wszystkim soja)
  • orzechy
  • kawa
  • rośliny psiankowate (pomidory, ziemniaki, papryka, bakłażan; także tytoń)
  • czarna i zielona herbata
  • rośliny zawierające goitrogeny (m.in. szpinak, kapusta, kalarepa, kalafior, brokuły, jarmuż, gruszki, truskawki)
  • oleje roślinne
  • ryby morskie, sól jodowana

Zaraz, Ola, Ty chyba żartujesz!? Powiedz, że to żart! Spokojnie, zaraz to wszystko przeanalizujemy.

W poszukiwaniu złotego środka

Powyższa lista może wywołać w chorym dwie reakcje: albo wzruszy ramionami i pomyśli „to jakieś bzdury”, albo przerazi się nie na żarty, nakaże rodzinie wyrzucić całą zawartość lodówki, a na widok glutenu będzie prychać z irytacją i nienawiścią. Wiem, że listy produktów niewskazanych mogą przerażać. Mnie samą także na początku wszelkie zalecenia dietetyczne bardzo zniechęciły. Dlatego należy wziąć kilka głębokich oddechów, a następnie spojrzeć na nie chłodnym okiem. Na początek każdy chory powinien odpowiedzieć sobie na najbardziej kluczowe pytanie:

Czy w ogóle chcę zmienić coś w swojej diecie?

Zakładam, że jeśli nie zaobserwowaliście żadnych przykrych objawów choroby, odpowiedź zabrzmi „NIE!”. W przypadku, gdy Wasze samopoczucie ma się nie najlepiej, możliwość zmiany diety może wydać Wam się niezwykle obiecująca. Jaka by nie była Wasza decyzja, polecam zachować umiar i zdrowy rozsądek.

Jeść czy nie jeść? Oto jest pytanie!

Czy i jak zmienić dietę?

Jeśli zdiagnozowano u nas jakąkolwiek chorobę, nie możemy udawać, że wszystko jest w absolutnym porządku. Ciało wyraźnie daje znać, iż nasz dotychczasowy tryb życia mu nie służył. Może potrzebujemy więcej snu? Może nadmiernie się stresowaliśmy? A może po prostu nasza dieta nie była odpowiednia?

Drobne modyfikacje sposobu odżywiania z pewnością wyjdą nam na zdrowie. Każdy chory skorzysta na ograniczeniu spożycia rafinowanego cukru i produktów naszpikowanych konserwantami. Jeśli jednak pociągałyby Was bardziej radykalne zmiany, polecam działać stopniowo i najlepiej pod okiem dietetyka.

Od czego w ogóle zacząć? Coraz częściej poleca się wyeliminowanie glutenu i nabiału. Mnie osobiście taka zmiana bardzo pomogła, jednak czy pomoże i Tobie – nie wiem. Z tej przyczyny zachęcałabym Was do wykonania testów na nietolerancje pokarmowe, które staną się cenną wskazówką przy planowaniu diety. Ponadto kluczowa jest samoobserwacja: jeśli po jakiś produkcie czujesz się źle, to wyraźny znak, by go nie jeść.

Należy pamiętać, że nie ma uniwersalnej diety dla każdego pacjenta z Hashimoto. Każdy organizm jest inny i inaczej reaguje na dany pokarm. Dlatego przerażająco długie listy „Tego nie jedz!” traktujmy z pewną dozą ostrożności. Owszem, całkiem możliwe, że nasz organizm nie toleruje pewnych produktów. Jednak na pewno nie wszystkich!

Zamiast wpadać w panikę, przeanalizujmy, skąd w ogóle biorą się te zalecenia.

Hashimoto i dieta

Najpopularniejszym zaleceniem dietetycznym przy chorobie Hashimoto jest eliminacja glutenu i nabiału. Temat ten jest jednak na tyle szeroki, że poświęciłam mu niedawno osoby artykuł [klik!]. Co jednak z resztą pokarmów z czarnej listy? Oczywiście można wyeliminować wszystkie z nich na pewien czas, gdy zdecydujemy się zastosować dietę zwaną protokołem autoimmunologicznym. Gdy jednak nie interesują Was tak rygorystyczne zmiany, pozostaje tylko umiar, samoobserwacja i testy na nietolerancje pokarmowe. Wspominałam Wam także w jednym z artykułów o diecie eliminacyjnej – wyłączamy dany pokarm z diety na co najmniej trzy tygodnie – całkowicie, gdyż nawet małe ilości mogą zaburzyć wynik eksperymentu! Następnie ponownie go wprowadzamy i obserwujemy swoją reakcję. Wszelkie niepokojące objawy mogą świadczyć o nietolerancji: bóle brzucha, biegunka, zatwardzenie, swędzenie, pokrzywki, bóle głowy, migreny, kichanie, katar… Uwaga, takie symptomy mogą pojawić się nawet po kilku lub kilkunastu godzinach od spożycia posiłku!

A teraz przyjrzyjmy się parszywej dwunastce, która może, ale NIE MUSI okazać się dla chorego kłopotliwa:

1. Ziarna bezglutenowe i pseudozboża – zaleca się ich eliminację przy stosowaniu diety zwanej protokołem autoimmunologicznym. Białka poszczególnych zbóż mają budowę podobną do glutenu i dlatego mogą działać na osoby chore podobnie jak pszenica, żyto czy jęczmień. Ostatnio pojawia się jednak coraz więcej głosów mówiących, że ludzie w ogóle nie powinni jeść ziaren. Dlaczego? Zawierają one białka trudne do strawienia, które podrażniają jelita i mogą prowadzić do zwiększonego stanu zapalnego i zwiększenia ryzyka wystąpienia chorób autoimmunologicznych [1]. Sama przez dłuższy czas byłam na diecie paleo, obecnie jednak wprowadziłam do diety niektóre zboża bezglutenowe. Jestem zdania, że ziarno ziarnu nierówne. Zboża warto moczyć i fermentować, na przykład przygotowując chleb gryczany wg tego przepisu.

Zdaję sobie sprawę, że temat ziaren jest mocno kontrowersyjny i dlatego najlepiej chyba zrobić test na nietolerancje pokarmowe: może się okazać, że nie tolerujemy kukurydzy, ale grykę już tak.

[1] Wolf, Robb (2010): „PALEO dieta”. Poznań. Strona 86.

2. Rośliny strączkowe – na pewno warto znacznie ograniczyć spożycie soi (a nawet całkowicie ją wykluczyć), gdyż obfituje ona w fitoestrogeny i może zaburzać gospodarkę hormonalną. Reszta roślin – z umiarem i stosownie do reakcji. Ja zaobserwowałam przykre reakcje po fasoli oraz po fasolce szparagowej, ale po soczewicy nic mi nie jest.

3. Jajka – zależnie od wyników testów na nietolerancje pokarmowe lub diety eliminacyjnej. Co ciekawe, białka wywołują reakcję alergiczną częściej niż żółtka.

4. Rośliny psiankowate – warto ograniczyć ich spożycie lub je wyeliminować, zwłaszcza gdy cierpimy na dolegliwości stawów. Ale dlaczego w ogóle ziemniaki, pomidory i papryka mogą być dla nas szkodliwe? „Psiankowate mogą sprzyjać „wypłukiwaniu” wapnia z zębów oraz kości i odkładaniu go w tkankach, gdzie nie ma dla niego miejsca, co może mieć związek z artretyzmem, arteriosklerozą, kamieniami nerkowymi, reumatyzmem, migrenami, wysokim ciśnieniem krwi, stanami spastycznymi oskrzeli, osteoporozą, toczniem i innymi powszechnymi przypadłościami. Z doniesień wielu moich pacjentów, którzy wykluczyli psiankowate z diety, wynika, że wymienione schorzenia ustąpiły lub uległy znacznemu złagodzeniu”, pisze dr Wojciech Ozimek.

Ach, te podstępne psiankowate!

5. Kawabadania z 1998 roku pokazały, że kawa podnosi poziom cukru we krwi i dlatego osoby cierpiące na Hashimoto oraz insulinooporność lub cukrzycę powinny jej unikać. Na dodatek zdarza się, iż pacjenci z problemami trawiennymi doświadczają po kawie np. refluksu. I rzecz najważniejsza: mała czarna pobudza nadnercza do wydzielania większej ilości kortyzolu, hormonu stresu, co może nieść ze sobą przykre konsekwencje zwłaszcza w wypadku zmęczenia nadnerczy. Czyli znów zachęcam do umiaru i obserwowania własnych reakcji 🙂  

6. Cukier rafinowany i słodziki – zdecydowanie warto zrezygnować ze wszystkiego, co zawiera syrop fruktozowy, gdyż coraz więcej badań wskazuje na jego szkodliwość. Cukier rafinowany z kolei warto zastąpić miodem czy daktylami i starać się spożywać go jak najrzadziej. Tak będzie naturalniej i zdrowiej. Uwaga! Jeśli masz zdiagnozowaną insulinooporność, konieczne będzie ograniczenia spożycia węglowodanów pod okiem dietetyka.

7. Czarna i czerwona herbata – lepiej spożywać je okazyjnie, gdyż zawierają one fluor, który „może powodować stan zapalny i obumieranie komórek tarczycy, prowadząc do powstania autoimmunologicznego zapalenia tarczycy”. Okazuje się też, że herbaty tańszych marek zawierają znacznie wyższe ilości fluoru niż produkty uznanych producentów  Warto też wybierać pastę do zębów bez fluoru. 

8. Zielona herbata – dla części pacjentów może być szkodliwa, a dla innych korzystna. Wszystko zależy od kondycji naszego układu immunologicznego i od tego, które z jego ramion jest dominujące: Th1 czy Th2. Jeśli więc po zielonej herbacie czujesz się gorzej – oczywiście ogranicz jej spożycie.

9. Rośliny zawierające goitrogeny – pod wpływem wysokiej temperatury te związki zostają zneutralizowane. Co więcej, te rośliny zawierają wiele pożytecznych substancji i dlatego absolutnie nie powinniśmy ich unikać! Warto także jeść te rośliny na surowo, choć w umiarkowanych ilościach. 

10. Ryby morskie – jod budzi wiele kontrowersji w przypadku Hashimoto. Dotychczasowe badania pokazują, że dla części chorych rzeczywiście może być szkodliwy, jednak u innych może przynieść poprawę stanu zdrowia. Czyli znów najważniejsza jest obserwacja – ja na przykład po rybach morskich czuję się bardzo dobrze, co oczywiście nie oznacza, że i dla Ciebie będą one korzystne.

11. Oleje roślinneJednym z największych problemów współczesnej diety jest zaburzony stosunek kwasów tłuszczowych Omega-3 do Omega-6 powinien wynosić od 1:1 do 1:4, a tymczasem u większości osób oscyluje wokół 1:16! Kwasy tłuszczowe Omega-6 występują przede wszystkim w ziarnach, pestkach i orzechach (w oliwie z oliwek znajdziemy ich stosunkowo mało), zaś Omega-3 – w rybach morskich, tranie oraz w tłuszczu zwierząt karmionych trawą (także w jajkach kur nie karmionych paszą). A teraz niech każdy z was uczciwie policzy, ile dziennie spożywa produktów z pierwszej, a ile z drugiej grupy.

Nadmierne spożycie kwasów tłuszczowych Omega-6 sprzyja powstawaniu wielu chorób, w tym: układu sercowo-naczyniowego, raka i chorób autoimmunologicznych, gdyż wykazują działanie prozapalne. Czyli – zdecydowanie więcej Omega-3 w diecie, a mniej Omega-6.

12. Pestki i orzechy – z umiarem, gdyż zawierają duże ilości kwasów Omega-6. Starajmy się też jeść je na surowo; optymalnie byłoby też uprzednio je namoczyć, żeby zneutralizować kwas fitynowy.

W pułapce Internetu

Często dostaję od Was wiadomości pełne bezradności: „To mam jeść te ziemniaki czy nie? Bo strona X mówi jedno, a strona Z coś innego”; „Czy powinnam wyeliminować wszystkie zboża? Jak sądzisz?”; „Mam Hashimoto, czy muszę przestać jeść gluten?”. Na takie wiadomości odpowiadam zawsze podobnie: „Nie wiem. Być może musisz, ale to zależy…”. Każdy z nas jest inny. W Internecie nie znajdziesz porady dostosowanej do Twoich potrzeb i Twojego stanu zdrowia, a jedynie pewne ogólne wytyczne. I właśnie dlatego istnieją lekarze i dietetycy* – to właśnie oni są w stanie stworzyć zalecenia uszyte na miarę Twoich potrzeb.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

* Pamiętajmy oczywiście, że specjalista specjaliście nierówny i czasem musimy wykazać się ogromną cierpliwości, zanim trafimy na dobrego lekarza.

 

A w wolnej chwili zapraszam Was na jaskiniowego Facebooka.

***

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę  🙂

 

Uzdrów swoje relacje i zapomnij o fochach!

Męczą cię ciągłe fochy i ciche dni? Masz dość domyślania się potrzeb swojej drugiej połówki, szefa czy przyjaciółki? Nie martw się, nie jesteś sam. Powyższe zachowania mogą świadczyć o tak zwanej biernej agresji. Czy da się jej jakoś zaradzić? Oczywiście, chociaż wymaga to czasu i wspólnej pracy. Bierna agresja nigdy nie jest problemem tylko jednej ze stron. Do tanga zawsze trzeba dwojga.

Jutro Walentynki, piękny dzień pełen romantycznych uniesień i obopólnych zachwytów… A już pojutrze… powrót do normalności? Niekoniecznie. Jeśli w twoim związku i w relacjach rodzinnych czy zawodowych zdarzają się zgrzyty i fochy, polecam zainteresować się tematem biernej agresji. Jej przyczyn należy szukać przede wszystkim w dzieciństwie, gdy rodzice karzą swoje dziecko za wyrażanie uczuć [źródło]. Co więcej, kobiety częściej niż mężczyźni zachowują się w taki sposób. Bierna agresja może także być związana z chorobami autoimmunologicznymi – powoduje potężny stres, który pogarsza stan chorego i zaostrza objawy choroby.

Osoby biernie agresywne łatwo się obrażają, często są sarkastyczne, potrafią skutecznie obrzydzić cudzą radość i często mówią „tak” gdy myślą „nie” [źródło]. Oczywiście kontakt z nimi może wzbudzać w nas ciągłe poczucie winy. Niekiedy też mamy ochotę w jakiś sposób wpłynąć na ich postępowanie i je zmodyfikować. Najczęściej okazuje się jednak, że to niemożliwe.

Niektórzy ludzie są tak zawzięcie biernie agresywni, że mimo twoich największych starań, wsparcia światowej klasy specjalistów od psychologii i rozwoju osobistego oraz szwadronu uczynnych wróżek, nie zmienisz ich zachowania. Trudno, w takiej sytuacji bierz nogi za pas i pozwól im taplać się w swojej głęboko skrywanej złości z ludźmi, którzy mają na to ochotę. Na szczęście zazwyczaj da się to jakoś naprawić. Niestety, oznacza to konieczność stawienia czoła smutnemu odkryciu, że przeważnie robisz coś, co umożliwia drugiej osobie traktowanie cię właśnie w ten sposób. Ba, czasem nieświadomie nagradzasz takie zachowania. Dziś dowiesz się jak, jakie są tego skutki i jak temu zaradzić.

1. Słuchanie narzekań

Kiedy cierpliwie słuchasz o tym jaką paskudną, rzucającą skarpetki gdzie popadnie fleją jest chłopak Twojej przyjaciółki, możesz myśleć, że okazujesz jej w ten sposób emocjonalne wsparcie, ale tak naprawdę dajesz z siebie robić emocjonalny tampon. Chłoniesz jej napięcie, co zmniejsza szansę, że przyjaciółka zgłosi partnerowi problem. Po co, skoro już się komuś wygadała i złość minęła? Za jakiś czas facet znowu rzuci gdzieś skarpetki, bo pewnie nawet nie wie, że złości to jego dziewczynę. Przyjaciółka znowu przyleci na ploty, ponarzeka i problem zostanie zignorowany po raz kolejny, a Twoja opinia o jej lubym zmaleje jeszcze bardziej. W pewnym momencie napięcie wzrośnie na tyle, że zwierzanie się przestanie wystarczać i para zafunduje sobie karczemną awanturę.

Gdy do mądrej matki przybiega żalić się na męża jej córka, mądra matka odsyła ją do niego, kwitując rzecz słowami „to sprawa między wami”. Bądź jak ta mądra matka. Pozwól ludziom załatwiać ich sprawy między sobą. Inaczej nie załatwią ich wcale.

 

2. Sprzątanie ich bałaganu

Chciałabyś żeby Twój mąż wyniósł śmieci. Prosisz raz i nic. Prosisz drugi raz i wciąż nic. Prosisz trzeci raz i znowu nic, a śmieci zaczynają wychodzić same. Mąż zawsze ma wymówkę. Raz zapomniał, drugi raz był zmęczony, trzeci raz źle zrozumiał polecenie. Wkurzasz się i grozisz, że zostawisz te śmieci i w domu będzie śmierdzieć, dopóki on ich nie wyniesie. Po jakimś czasie jednak smród zaczyna ci doskwierać, bierzesz te parszywe śmieci i wynosisz je sama. Właśnie uległaś biernej agresji i wysłałaś komunikat „pozłoszczę się, pozłoszczę, a potem i tak zrobię to za ciebie”. Nagrodziłaś biernie agresywne zachowanie, zwiększając szansę na jego powtórzenie.

Kiedy alkoholik zaśnie na trawniku przed domem, najgorsze co można zrobić, to zabrać go do domu, do wygodnego łóżeczka. Ludziom trzeba dać odczuć konsekwencje ich zachowania, jeśli chcemy je zmienić. Następnym razem twoja groźba musi mieć pokrycie w rzeczywistości.

3. Wiara w dobre intencje

Przy rodzinnym posiłku rodzice chwalą córkę za wybitne postępy w nauce. Jej młodszy brat reaguje słowami:

– Ha ha, kujon, nigdy nie znajdziesz chłopaka!

Rodzinka wybucha śmiechem, tylko siostrze jest jakoś smutno. Matka strofuje ją:

– No weź nie histeryzuj, Bartuś chciał tylko pożartować, tak naprawdę jest dumny z Twoich ocen!

 

Ludzie zawsze deklarują posiadanie dobrych intencji. Taki Al Capone, na przykład, uważał że daje uciskanemu narodowi pożądane dobro, które wredny rząd złośliwie społeczeństwu odebrał. Hitler zapewne uważał się za zbawcę Europy. Bartuś zaś chciał tylko rozweselić rodzinę. Warto przestać nabierać się na altruistyczne motywy działania innych, zwłaszcza gdy te działania przynoszą komuś krzywdę. Spróbuj przetrzeć różowe okulary i dostrzec bliższe prawdzie źródła ludzkich zachowań: ochronę poczucia wartości oraz maksymalizację zysków przy minimalizacji wysiłku.

Kiedy Twój podwładny po raz drugi spóźnia się z terminem wypełnienia raportu kwartalnego i po raz drugi zapewnia cię, że starał się jak mógł i postara się dotrzymać następnego terminu, możesz mu jeszcze uwierzyć, ale po którymś razie taryfa ulgowa musi się skończyć. Ile szans dasz komuś, zanim w końcu wściekłość zburzy Twoją wiarę w dobre intencje i zaczniesz oceniać ludzi wedle rezultatów ich działań?

 

Spokojnie, one chcą się tylko pobawić

4. Unikanie konfliktu

Konflikty są nieuniknione, wynikają bowiem ze sprzeczności interesów i dążeń. Zachowanie ciągłej ich zgodności między dwoma ludźmi w ciągu życia jest statystycznie niemożliwe. Nie będą wam się zawsze podobać te same koszule, nie będziecie chcieli oglądać dokładnie tych samych filmów, nie będziecie mieli ochoty tak samo często odwiedzać swoich rodziców. Konflikt rodzi napięcie, nie dziwne więc, że chce się go czasem uniknąć. Jeśli twój związek jest sielankowy, w ogóle się nie kłócicie i we wszystkim zgadzacie… Czas zacząć się bać! Napięcie nieujawnione cichutko narasta pod powierzchnią pozorów, manifestując się na wiele wymyślnych sposobów. Tylko czekać na kąśliwe uwagi, sarkazm, złośliwości, zapominanie o zobowiązaniach itd.

Dwa magiczne pytania ułatwią wydobycie konfliktu na światło dzienne:

„Co jest nie tak?”

„Czego oczekujesz?”

Zadawaj je odważnie i często. Ujawnienie problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania.

 

Gdy ktoś jest biernie agresywny wobec ciebie, czujesz się okropnie. Nie wiesz o co tak naprawdę chodzi, bo foch wziął się „znikąd”. Nie możesz ufać swoim odczuciom, bo może on naprawdę tylko żartował. Nie możesz nic załatwić, bo ciągle jest ci stawiany opór, ale tak podstępnie, że nie potrafisz tego wychwycić. Gdy ty jesteś biernie agresywny, sam nie wiesz o co ci chodzi, bo nie masz dostępu do swoich emocji. Czujesz się osamotniony, bo nikt cię nie rozumie. Nie możesz żadnej sprawy doprowadzić do końca, bo oznaczałoby to spełnienie czyichś oczekiwań, a na to jesteś uczulony. W sumie nie wiadomo kto ma bardziej przerąbane. To i tak jeszcze nic. Wyobraź sobie zetknięcie dwójki biernie agresywnych ludzi. Gorzej, wyobraź sobie ich związek. Zobacz tę niemożliwie złożoną sieć frustracji i niespełnionych oczekiwań, przez którą okresowo przetaczają się siejące zniszczenie huragany niewypowiedzianych emocji. Dla Państwa FOCH! powrót do domu oznacza powrót na pole bitwy, o której nie wiedzą, że się rozgrywa. To wieczna walka o kontrolę i nieustający taniec wokół  min, które sami kładą sobie pod nogi, a których uparcie nie chcą dostrzegać. Czy z tym w ogóle można coś zrobić, wyłączając natychmiastowe rozstanie? Ano, można i nie chodzi tu tylko o długotrwałą, intensywną terapią par, którą gorąco polecam. Każdemu może zdarzyć się problem zbyt trudny do rozwiązania i warto wtedy skorzystać z pomocy wykwalifikowanego specjalisty. Kiedy jednak oboje dostrzegacie problem i jesteście zdeterminowani, by poprawić jakość swego związku, możecie wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko nie spodziewajcie się natychmiastowej poprawy. Nauka nowych sposobów funkcjonowania to proces. Proces, który uczyni z was lepszych partnerów.

W dużym skrócie – zacznijcie od ujawnienia problemu, podajcie pomysły jego rozwiązania, opiszcie podjęte działania, ich rezultaty, a na koniec nagródźcie się wzajemnie za uporanie się z nim. Wszystko zapisujcie, by mieć zawsze pod ręką możliwość przypomnienia sobie o wiążącej was umowie, a zarazem dowód pracy na rzecz dobra relacji. Proponuje taką formę zapisu:

 

 

Obszar rozwoju

Pomysły rozwiązań

Podjęte działania

Rezultaty

Nagrody

Czysty, pusty zlew nad ranem Wstawać 5 minut wcześniej, by mieć  czas na zmywanie

...

..

Zostawiać brudne naczynia w swoim pokoju

Wstałam 3 minuty wcześniej i zmyłam wszystko poza jednym kubkiem

. ..

Wstałam 5 minut wcześniej i pozmywałam wszystko 

.

Nie wstałam wcześniej, ale zabrałam brudne naczynia do pokoju

Spokój – można komfortowo korzystać ze zlewu

. ..

..Radość na widok pustego zlewu i pozmywanych naczyń  

.

Radość i wdzięczność, spokojny poranek w czystej kuchni 🙂

Wieczorny spacer po parku
Więcej komplementów Raz w tygodniu pochwalę twój wygląd

………….. ..

Raz w tygodniu pochwal mnie za coś, co zrobiłam 

Pochwaliłem twoją nowa fryzurę

…………… ..

Zauważyłem jak atrakcyjnie wyglądasz w dzisiejszej kreacji 

 

Doceniłem wysiłek jaki włożyłaś w przygotowanie mi kolacji

Poczułam że mogę cię czymś jeszcze zaskoczyć

/……...

Poczułam się atrakcyjniejsza w twoich oczach 

.

Ucieszyło mnie, gdy dostrzegłeś jak się dla ciebie postarałam

Spałaszowanie całego pudełka drogich bombonierek

 

1. Obszar rozwoju

Chodzi oczywiście o zgłaszany problem. Rozwiązywanie problemów rozwija. Nazwa „obszar rozwoju” zachęca do działania sto razy bardziej niż „problem”. Dziecko słyszące „masz problem z bazgraniem” będzie mniej zmotywowane niż dziecko, które usłyszy „możesz pisać dużo ładniej”. Przy okazji taki zapis wyznacza jasny cel, a człowiek bez celu błądzi.

Kolory oznaczają osobę zgłaszającą prob… szar rozwoju 🙂 Załóżmy że Bartek wybrał kolor pomarańczowy, a Basia niebieski. Możecie również ustalić wspólny kolor dla obszarów zgłaszanych wspólnie.

2. Pomysły rozwiązań

Cele możemy mieć wspólne, ale zazwyczaj sami chcemy wybrać drogę, którą do nich zmierzamy. Jesteśmy dużo bardziej przekonani do pomysłów, które wyjdą z naszej głowy, dlatego warto by Basia sama zaproponowała sposób, w jaki poradzi sobie z brudnymi naczyniami w zlewie. Jeśli to nie wypali, dopiero wtedy skorzysta z pomysłu Bartka.

3. Podjęte działania

Ręka do góry, jeśli usłyszałeś kiedyś „Ty nie wiesz jak ja się dla ciebie staram!”. Teraz w końcu się dowiesz. Bardzo miło zajrzeć w taką ewidencję starań i dostrzec konkretne działania, które twój partner podejmuje by było wam ze sobą lepiej. Możesz nawet dopisywać daty przy działaniach, jeśli kręcą cię takie formalności 😉

4. Rezultaty

Najprzyjemniejsza część tabelki. Spijanie śmietanki sukcesu. To miejsce, gdzie możesz pochwalić partnera i nagrodzić jego wysiłki, opisując radość, którą ci sprawił. Nawet jeśli zdarzy ci się zapomnieć pochwalić go osobiście, twój ukochany będzie miał pisemny dowód na to, że jego działania przyniosły efekty i ty je doceniasz.

5. Nagroda

Proces wspólnego rozwiązywania problemów ma wam wejść w krew. Ma się tak dobrze kojarzyć, żebyście zgłaszając kolejny problem czuli ekscytację na myśl o nagrodach, które czekają na końcu ścieżki. Dlatego tak ważne jest, byście ZAWSZE nagrodzili każdy, przeprowadzony od początku do końca, „obszar rozwoju”. Czy to będzie lampka białego wytrawnego pod gwiazdami, wspólne wyjście do kina, czy wzajemny masaż stóp, to już kwestia dogadania i indywidualnych preferencji.

 

Propozycja nagrody

 

Na początku może nie być łatwo. Zapewne zdarzą się potknięcia. Motywacja do pracy nad sobą będzie chwiejna. Pojawią się niejasności i konflikty. No i trudno, nie zawsze musi być idealnie. Przy odrobinie dobrej woli i determinacji wyjdziecie na prostą i zaskoczycie się wzajemnie tym, jak przyjemnie może wam być razem. Związki wymagają pracy, ale to praca, którą kochamy. Także tego… Do roboty!

Więcej na temat biernej agresji przeczytacie w artykułach: „Fochy, choroby autoimmunologiczne i bierna agresja” i „Koniec z fochami, czyli jak wyrażać swoje uczucia”.

Zapraszam również na Jaskiniowego Facebooka [tutaj].

Autorem trylogii o biernej agresji jest Pan Jaskiniowy, student i pasjonat psychologii. Ja tym razem posłużyłam tylko jako edytor 🙂 Jeśli macie pytania do poruszonego dziś zagadnienia lub jakiekolwiek uwagi – zachęcam do zostawienia komentarza  🙂

 

Walentynkowe domowe Bounty (bez glutenu, bez mleka)

Walentynki to idealna okazja, by zaskoczyć ukochaną osobę czymś pysznym. W zeszłym roku wyczarowałam piękną przystawkę z buraków. W tym roku również sięgnęłam po to wdzięczne warzywo, tylko pozornie niekojarzące się z miłością… I uzyskałam cudowne, różowe walentynkowe Bounty! Z przyjemnością dzielę się z Wami tym przepisem – na pewno zaskoczycie nim bliską osobę 🙂

Składniki (dla dwóch osób):

~ 300 gramów grubych wiórków kokosowych

~ 125 ml soku z buraków (użyłam soku jednodniowego)

~ 300 ml kremowego mleka kokosowego (z puszki lub z kartonika)

~ 4 listki żelatyny (np. takiej)

~ duża łyżka nierafinowanego oleju kokosowego

~ spora łyżka jasnego miodu, np. akacjowego

~ 150 gramów gorzkiej czekolady*

~ karob i mąka kokosowa (do posypania)

* Czekolada firmy Goplana oznaczona jest jako bezglutenowa. Co prawda może zawierać śladowe ilości mleka, jednak mnie nigdy po niej nic nie było. W sklepach ekologicznych można też dostać bezglutenową czekoladę bez cukru, słodzoną np. stewią.

Wykonanie:

1. 100 gramów wiórków kokosowych zalewamy sokiem z buraków i wkładamy na noc do lodówki.

2. Po upływie ok. 10 godzin wykładamy wiórki na blachę przykrytą papierem do pieczenia i suszymy przez ok. godzinę w piekarniku nagrzanym do 100 stopni (z termoobiegiem).

3. Buraczane wiórki mielimy małymi porcjami w młynku do kawy na gładki krem. Przekładamy zmielone buraczane wiórki do rondelka o pojemności co najmniej 0,5 litra. W młynku mielimy 50 gramów wiórków – tym razem białych. Przekładamy je do rondelka.

4. Dodajemy 300 ml mleka kokosowego i łyżkę oleju kokosowego. Całość mielimy blenderem ręcznym. Stawiamy na gazie i podgrzewamy na małym ogniu.

5. Listki żelatyny namaczamy w zimnej wodzie. Gdy zmiękną, dodajemy je do ciepłej masy kokosowej i mieszamy, aż żelatyna się rozpuści. Zdejmujemy z ognia.

6. Gdy masa osiągnie temperaturę pokojową, dodajemy miód oraz 150 gramów niezmielonych wiórków kokosowych. Całość dokładnie mieszamy i przekładamy do prostokątnej formy o wymiarach 25×12 cm wyłożonej folią aluminiową, lub do mniejszych foremek (np. w kształcie serca). Jeśli dysponujecie formą sylikonową, też będzie idealna. Wkładamy do zamrażarki na 1-1,5 godziny.

7. Gdy masa zgęstnieje, wyjmujemy ją z foremki i wykrawamy z serduszka lub kroimy na prostokąty (uzyskamy wtedy tradycyjne batoniki).

8. Czekoladę ścieramy lub siekamy na drobno i rozpuszczamy na małym ogniu w kąpieli wodnej. Przy pomocy szpatułki oblewamy nią batoniki i czekamy, aż zastygnie (przyspieszymy ten proces, gdy włożymy nasze Bounty do lodówki). By łatwiej było nam pokryć całość czekoladą, polecam nabić serduszka na patyczki do szaszłyków.

9. Jeśli z powodu nietolerancji nie możecie jeść czekolady, obtoczcie batoniki w karobie lub mące kokosowej (najlepiej na godzinę przed podaniem). Będą równie pyszne 🙂

10. Rozkoszujemy się smakiem domowego Bounty z bliską nam osobą 🙂

Uwagi:

1. Deser najlepiej smakuje schłodzony.

2. Miodu możecie dodać więcej lub mniej, zależnie od preferencji smakowych. Przed schłodzeniem koniecznie spróbujcie masę, żeby odpowiednio ją doprawić! Inne słodziki też się nadadzą.

3. Jeśli nie macie czasu namoczyć wiórek kokosowych, pomińcie kroki 1 i 2 i zmielcie białe wiórki. W kroku 3 do mleka kokosowego dodajcie po prostu trochę soku z buraków. Zwiększcie też ilość żelatyny i wiórków.

5. Jeśli pragniecie uzyskać jaśniejsze lub ciemniejsze nadzienie, dodajcie mniej (lub więcej) mleka kokosowego. Jeśli dodacie do więcej, zwiększcie ilość żelatyny i wiórek.

6. Jeśli na co dzień nie jadacie dużo kokosa, radzę zachować umiar. Wiórki zawierają dużo błonnika, który może podrażnić nieprzywykłe do niego jelita 😉

P.S. Jeśli przepis się podobał, zostaw lajka, a jak nie, też zostaw, co Ci szkodzi 🙂

Piękne serduszko w czekoladzie 🙂

Wersja karobowa.

Mniam!

Wersja w posypce z mąki kokosowej.

Bezglutenowe i bezmleczne mini-pączki

Stwierdziłam dziś, że mam dość bezczynnego patrzenia na zdjęcia pączków na Facebooku. I dlatego szybko zobaczyłam, co mam dostępnego w domu i zakasałam ręce do pracy. I udało się! Otrzymałam pyszne, kasztanowo-bananowe bezglutenowe mini-pączki! Bo jak szaleć, to szaleć 🙂

Składniki (na około 40 sztuk o przekroju 3cm):

~ 300 gramów ugotowanej „na sucho” kaszy jaglanej (czyli cała woda musi z niej wyparować)

~ 230 gramów średnio dojrzałych i obranych bananów

~ 4 żółtka i 4 białka

~ 60 gramów tapioki (użyłam zmielonych młynkiem do kawy perełek z tapioki, bo akurat nie miałam mąki)

~ 1/2 szklanki mąki kasztanowej + 1 czubata łyżka

~ 1/3 szklanki mąki kokosowej

~ dwie czubate łyżki zmielonego siemienia lnianego

~ 2 duże łyżki roztopionego masła klarowanego lub oleju kokosowego

~ 2 głębokie łyżeczki sody oczyszczonej (ale nie czubate)

~ opcjonalnie kilka kropli aromatu waniliowego

~ 600 gramów smalcu do smażenia (przed roztopieniem dodajemy do niego łyżkę octu)

~ ksylitol lub cukier puder do posypania

Przygotowanie:

Kaszę jaglaną, banany, żółtka jaj, masło klarowane (lub olej kokosowy), siemię lniane, mąkę kokosową, kasztanową i tapiokę oraz sodę mielimy na gładką masę. W osobnej misce ubijamy mikserem pianę z białek. Dodajemy do wcześniej zmiksowanego ciasta jaglano-bananowego i delikatnie mieszany łyżką. Ciasto smażymy aż zbrązowieje na bardzo dobrze rozgrzanym tłuszczu w garnku o grubym dnie. Najlepiej nakładać je metalową łyżką do lodów. Wyjmujemy, osuszamy i posypujemy startym na sypko ksylitolem lub cukrem pudrem. Smacznego!

Uwaga! Pączki są dość ciemne w środku, co widać na poniższym zdjęciu.