Ostrożnie z syntetyczną witaminą D!

Życie w Polsce pociąga za sobą niedobory witaminy D i dlatego ostatnio coraz więcej reklam zachęca nas do suplementacji. Zanim jednak pobiegniecie do apteki, zapoznajcie się z moimi doświadczeniami.

Po pierwsze: badania!

Zachęcam Was do wykonania prostego badania – oznaczenia metabolitu 25 OH. Jego koszt to ok. czterdzieści złotych (przynajmniej w Łodzi). Niestety, lekarz pierwszego kontaktu nie może go zlecić.

Teoretycznie możemy założyć, że niemal każdy Polak cierpi na niedobory witaminy D. Mimo to oznaczenie jej poziomu jest konieczne – dzięki temu dowiemy się, jak znaczny jest nasz niedobór i jaką dawkę suplementu powinniśmy przyjąć. Profilaktycznie zaleca się 1000 jednostek, jednak dla części osób taka dawka może być kroplą (albo małym promyczkiem słońca) w morzu potrzeb.

Oczywiście najzdrowiej czerpać witaminę D ze słońca, ale taką opcję mamy tylko latem… Pamiętajcie też, że nie należy przesadnie stosować kremów z filtrami, bo wtedy narażamy się na niedobory witaminy D!

Objawy niedoboru

Istnieje kilka „grup ryzyka”, które są szczególnie narażone na niedobory witaminy D. Są to przede wszystkim osoby cierpiące na:

choroby autoimmunologiczne – przytoczę tu jedno z badań, pokazujące, że pacjenci ze stwardnieniem rozsianym mają zdecydowanie niższy poziom witaminy D niż osoby zdrowe [źródło]

cukrzycę i choroby serca oraz naczyń krwionośnych – oczywiście obszar ten wymaga dalszych badań [źródło]

raka – związek między witaminą D a rakiem jest wciąż badany, jednak dotychczasowe wyniki pokazały, że wyższy poziom witaminy D był np. związany z mniejszym ryzykiem raka prostaty [źródło]

osteoporozę [źródło]

Działanie

Witamina D ma dobroczynny wpływ na funkcjonowanie układu immunologicznego [źródło]. Ponadto oczywiście od jej poziomu zależy zdrowie kości i zębów oraz serca i układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe, receptory witaminy D znajdują się we wszystkich komórkach, a więc tak naprawdę nie do końca jest poznany jej wpływ na nasz organizm [źródło].

Pamiętaj, wszystko z umiarem! Witaminy to nie cukierki! Gdy już suplementujesz witaminę D, badaj jej poziom co jakiś czas. Może być konieczne obniżenie lub zwiększenie dawki.

Suplementacja

W moim wypadku poziom witaminy D po wakacjach wyniósł 12, a norma to 30 (chociaż część lekarzy twierdzi, że optymalny poziom wynosi ok. 50, zwłaszcza w przypadku osób chorych). Dlatego zażywałam najpierw 1000 jednostek, a potem 2000. Następnie naczytałam się na temat znaczenia witaminy D w chorobach autoimmunologicznych i sięgnęłam po 4000 jednostek. I to był mój błąd: powinnam była się zbadać, a dopiero potem rozważyć taką suplementację.

Po jakimś czasie zaczęło boleć mnie serce. Powiązałam ten niepokojący objaw z niedoczynnością tarczycy. Na szczęście lekarka uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może obciążyć serce! Odstawiłam więc tabletki. Ból minął.

Witamina D a magnez

Miałam niezwykłe szczęście, bo jedna z internetowych znajomych uświadomiła mnie, że nadmiar witaminy D może powodować niedobór magnezu!

Witaminy to nie cukierki. Dlatego konieczne jest zachowanie zdrowego rozsądku. O ile nie otrzymamy wyraźnego zalecenia lekarza – nie przyjmujmy suplementów w niebotycznych ilościach. Powiązania między minerałami i witaminami wciąż są badane. Wiemy jednak, że witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Jeśli mielibyście ochotę poczytać więcej na ten temat, zapraszam [tutaj] i [tutaj], a po polsku [tutaj].

Nie ma się co oszukiwać: suplementacja nie jest niewinną igraszką. Duże dawki jednej witaminy mogą pociągnąć za sobą konieczność przyjmowania innych preparatów… Uważajmy, by nie skończyć z garścią tabletek do codziennego zażywania!

Suplementuj się z głową!

Musimy pamiętać, że w pożywieniu witaminy i minerały współwystępują i działają synergicznie. Suplementy, owszem, zawierają powyższe substancje, jednak w postaci wyizolowanej. Nie wiemy jeszcze do końca, jak nasze organizmy je przyjmą w takiej formie i jak dane związki współdziałają lub się wykluczają. Co prawda prowadzonych jest coraz więcej badań na ten temat, jednak ocean naszej niewiedzy wciąż przeraża swoją objętością.

Co więc robić? Używać suplementów, ale z głową! Jestem zdania, że mądra suplementacja może nam pomóc, zwłaszcza w przypadku chorób. Nigdy jednak nie działajmy na własną rękę! Lekarz czy dietetyk kliniczny udzieli nam fachowej porady. Do tego oczywiście regularne badania to podstawa. Zadbajmy też o różnorodność diety, ograniczmy cukier, odrzućmy tłuszcze trans i przetworzoną żywność, a będziemy tętnić zdrowiem i radością 🙂 

 

Trzymajcie się zdrowo! A mój Facebook znajdziecie [tutaj].

Ulecz ducha, ulecz ciało!

Kiedy choroba Hashimoto zaczęła dawać mi się we znaki, postanowiłam zrobić wszystko, co w mojej mocy, by uleczyć niedomagające ciało. Byłam przekonana, że to właśnie w nim tkwi rozwiązanie i wystarczy naprawić tarczycę, nadnercza oraz dostarczyć mu odpowiednich składników odżywczych, a wszystko będzie dobrze. Zapomniałam jednak o jednym. O psychice.

Od zawsze fascynowały mnie zagadnienia z dziedziny psychologii oraz duchowości. Na początku studiów czytałam na ten temat naprawdę dużo. Pragnęłam zrozumieć nie tylko motywy swojego zachowania, ale też pobudki innych. Przez moje ręce przewinęły się między innymi książki Osho, Anthony’ego de Mello, Neale’a Walscha, Louise Hay… Dzięki tym pozycjom urosła we mnie wiara, że we Wszechświecie istnieje porządek i ład. W pewnym momencie zaprzestałam jednak czytania lektur o tej tematyce: zajęłam się pracą licencjacką oraz magisterską, zaś później podjęłam pracę, która wiązała się z dużym stresem… Wkrótce potem zaczęłam chorować. Straciłam wiarę i motywację, a moja psychika podupadła.

Dieta i suplementy – to nie wszystko!

Kiedy przeżywałam rzut Hashimoto, skupiłam się na leczeniu ciała. Zbadałam się gruntownie, martwiąc się każdym złym wynikiem. Następnie wyrzuciłam z diety wszystko, co potencjalnie mogło mi zaszkodzić, a więc nie tylko gluten i nabiał, ale też pozostałe ziarna, jajka, orzechy, strączki… Na początku obsesyjnie szukałam informacji na temat szkodliwości spożywanych przeze mnie pokarmów. Później, na szczęście, przyjęłam trochę zdrowsze podejście – w przeciwnym razie chyba w ogóle przestałabym jeść, bo wszystko potencjalnie może niszczyć mi tarczycę! Do tego zdecydowałam się na kilka suplementów (np. witaminę D). Było trochę lepiej, ale nie rewelacyjnie. Eksperymentowałam z dietą, ale czegoś wciąż mi brakowało.

Takie podejście to największa pułapka, w jaką łatwo wpaść, gdy staramy się stanąć na nogi. Możemy godzinami czytać o dietach, o mutacjach genetycznych, o tym, jak witaminy i pierwiastki wzajemnie się uzupełniają (lub sobie przeszkadzają)… Ale na dłuższą metę to nas nie uleczy, a sprawi, że będziemy budować przed sobą kolejne przeszkody w dojściu do zdrowia. Musimy pamiętać, że myśl tworzy rzeczywistość. Nadmiar informacji wzbudza w nas ciągły lęk, który niszczy ciało.

Myśl tworzy rzeczywistość

Czy zastanawiało Was kiedyś, dlaczego jedną jednostkę chorobową można przeżywać na tak wiele sposobów? Doskonałym tego przykładem jest choroba Hashimoto: wielu pacjentów praktycznie nie ma żadnych jej objawów, zaś inni cierpią niemiłosiernie z powodu depresji, chorób jelit, bólu stawów… Jak to możliwe? Dlaczego niektórzy muszą stosować specjalne diety, wykluczyć nabiał, gluten i inne pokarmy, zaś inni czują się wspaniale? A co, jeśli odpowiedzą jest… Myśl?

Czyżby podejście do choroby miało większe znaczenie niż sama choroba?…

Wiem, że kiedy nas boli i jest nam smutno, trudno skupić się na czymś, co nie tyczyłoby się zdrowia. Jednak ciągłe myślenie o chorobie jedynie nas w niej utwierdza! Wyobraź sobie, że godzinami przekazujesz swojemu ciału myśl „jestem chora, źle się czuję, świat jest straszny”… Nietrudno przewidzieć, jaka będzie reakcja: stres i jeszcze gorsze samopoczucie! I, o zgrozo, rzeczywiście będziesz chora, zaczniesz się źle czuć, a świat stanie się straszny!

Bóle z przeszłości – bóle w teraźniejszości

Ostatnio natknęłam się na informację, że nasza podświadomość najpełniej kształtuje się do czwartego roku życia. Co to oznacza? Ano to, że na nasze życie wpływają zdarzenia i przeżycia, których nawet nie pamiętamy!

Zakładam, że większość z nas miała trudne dzieciństwo. A jakby tego było mało, części przeżytych trudności nawet nie jesteśmy świadomi! Kiedy dorośniemy, nieprzepracowane lęki i problemy z dzieciństwa mogą wywierać na nas tak silny wpływ, że pojawi się choroba. To bardzo prosty mechanizm: jeśli w dzieciństwie czułeś się niekochany, niedoceniany i źle traktowany, przez kolejne lata będą ciągnąć się za Tobą problemy spowodowane niskim poczuciem własnej wartości oraz brakiem motywacji do działania. Do tego rodzice mogli przekazać ci niechęć, a nawet pogardę do własnego ciała. Taka mieszanka emocji i przeżyć praktycznie gwarantuje chorobę.

Mimo to nawet niełatwe dzieciństwo nie zamyka Ci drogi do zdrowia. Zawsze jest nadzieja! Gdy już zachorowaliśmy, należy wyjść poza chorobę i znaleźć jej możliwe źródła.

Szukaj pozytywów

Na początku bardzo trudno wyjść z pułapki zamartwiania się. To naprawdę wstrętny nałóg! Na szczęście istnieje mnóstwo technik, które pomogą nam przezwyciężyć marazm. Zdaniem Dale’a Carnegie 90% naszego życia składa się z rzeczy dobrych, a tylko 10% ze złych! Dlatego zachęcam Cię, byś na kartce wypisał obiektywnie pozytywy i negatywy, których w życiu doświadczasz. Może się okazać, że dobro jednak przeważa!

Zobaczenie jasnych stron życia to pierwszy krok w wygraniu z chorobą. Później będzie już tylko lepiej.

Zamiast się zamartwiać – działaj!

To, jak będziemy się czuli, zależy przede wszystkim od nas. Lekarz, owszem, może zapisać tabletki, jednak ich działanie można znacznie wzmocnić wiarą i optymizmem! Leczenie farmakologiczne, dieta oraz suplementy muszą zostać połączone z uzdrawianiem naszej psychiki. Co zatem robić?

1. Rozważ psychoterapię

Dobrze poprowadzona psychoterapia może pomóc nam w uporaniu się z demonami przeszłości. Wsparcie specjalisty znacznie przyspieszy proces dochodzenia do zdrowia.

2. Czytaj, czytaj, czytaj…

Na rynku znajdziemy mnóstwo publikacji, dzięki którym możemy zrozumieć motywy naszego postępowania i stawić czoło trudniej przeszłości. Zamiast patrzeć na wieczorny dziennik pełen krwi i przemocy, sięgnij po książkę przywracającą nadzieję i emanującą optymizmem! Poniżej podaję kilka pozycji, które niezwykle mi pomogły. Oczywiście nie mogę zagwarantować, że przemówią także do Ciebie – jednak warto dać im szansę. Przypominam też, że trzy z poniżej wymienionych książek możecie wygrać w organizowanym przeze mnie konkursie „Szczęśliwi mimo choroby” [szczegóły przeczytacie tutaj].

1. Louise Hay: „Możesz odmienić swoje życie

2. Dale Carnegie: „Jak przestać się martwić i zacząć żyć

3. Susan Forward: „Toksyczni rodzice”

4. Anthony de Mello: „Śpiew ptaka”; „Modlitwa Żaby”, „Przebudzenie”

5. Bernie S. Siegel: „Miłość, medycyna i cuda

6. Eckhart Tolle: „Potęga teraźniejszości”

 

3. Wykorzystaj Youtube i inne źródła

Dzięki Internetowi możemy dzielić się ideami szybciej i skuteczniej niż kiedykolwiek w historii. Youtube umożliwia poznanie setek fascynujących i motywujących historii. Mogę polecić Wam kilka ciekawych nagrań – ale oczywiście zachęcam do dalszych poszukiwań. Jeśli znacie inne wideo godne uwagi – podzielcie się nimi w komentarzach 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=0UZ02pB3ZJM

https://www.youtube.com/watch?v=NGH_0-G_wQA

https://www.youtube.com/watch?v=3KvMqOgpUaw

https://www.youtube.com/watch?v=7VG5LPxWRG4

I jeszcze jedno wideo z TED-a. Są napisy po polsku. Coś wspaniałego! Kliknijcie [tutaj].

4. Poznawaj ludzi

Miej uszy i oczy szeroko otwarte! W każdej chwili możesz poznać niezwykłego człowieka, który może zmienić Twoje życie. Jak? Wystarczy uśmiech i serdeczne podejście!
Być może część z Was nie uwierzy, ale nawet prozaiczne sytuacje mogą wzbudzić w nas nadzieję i chęć do życia. Uwielbiam uśmiechać się do ekspedientów i sprzedawców – praktycznie zawsze odpowiadają mi tym samym! A ostatnio poznałam niezwykłą panią, która stworzyła śliczny sklep – trochę w nim rzeczy używanych, trochę nowych, a nawet trochę jej własnych dzieł. Okazało się, że wiele nas łączy, chociażby zainteresowanie szydełkowaniem i decoupagem! Ponad trzydzieści minut rozmowy bardzo pozytywnie nastroiło mnie na resztę dnia 🙂

Bądźmy otwarci na ludzi i uważnie ich słuchajmy. Kontakt z innym człowiekiem ma właściwości kojące!

5. Zastanów się, komu możesz pomóc

Czasem tak bardzo skupiamy się na własnym cierpieniu, że zapominamy o niedostatkach bliźniego. Może znasz kogoś, kto potrzebuje twojego wsparcia? Nie wahaj się! Pomagając innym, pomagamy sobie.

 

Co jakiś czas będę opisywać, jak uzdrowić poszczególne aspekty życia. Być może skorzystacie z moich doświadczeń 🙂 A tymczasem:

Trzymajcie się zdrowo!

 

P.S. Jeśli ktoś z Łodzi chciałby odwiedzić przemiły sklep, o którym wspomniałam, zerknijcie [tutaj]. Zas mój facebook znajduje się [tutaj].

 

Hashimoto: dobre, złe i brzydkie

Choroba Hashimoto jest przeważnie dość nieuciążliwym towarzyszem życia. Wystarczy zażywać syntetyczny hormon tarczycy i okresowo się badać… I już? Nie zawsze. Dla części pacjentów takie postępowanie będzie wystarczające, jednak, niestety, nie dla wszystkich. Kiedy Pan Hashimoto zaczyna prezentować swoje nieprzyjazne oblicze, nasze życie może stać się naprawdę nieprzyjemne…


Dwa obozy

Na forach internetowych poświęconych Hashimoto można zauważyć dwa przeciwstawne nurty: część chorych stosuje specjalne diety, suplementy i zabiegi, na co inni patrzą z dużą dozą podejrzliwości, myśląc „A po co to komu? Toż to przesada!”. Doskonale rozumiem obie strony „konfliktu”, gdyż sama miałam okazję poznać co najmniej dwie twarze pana Hashimoto.

Hashimoto dobre, czyli jedna tabletka rano i do przodu!

W wieku jedenastu lat zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy. Od tego czasu przyjmowałam syntetyczny hormon tarczycy – Euthyrox. Bardzo często zastanawiałam się, w jakim celu mam go stosować: przecież nic mi nie jest, czuję się zdrowo, mam energię. Gdyby ktoś powiedział mi wówczas, że powinnam stosować dietę bezglutenową i bezmleczną, wyśmiałabym go. Jak to tak, nie jeść składników absolutnie nieodzownych w polskim menu?! Niemożliwe! Przecież mam się znakomicie, więc po co mi dieta?
Nie jest to żaden sekret: kiedy czujemy się zdrowo, przeważnie nie widzimy potrzeby wprowadzania zmian. Warto jednak pamiętać, że lepiej zapobiegać, niż leczyć i zacząć działać, zanim mleko się rozleje.

Układając puzzle

Mimo postrzegania siebie jako osoby zdrowej, dokuczało mi kilka dolegliwości, które starałam się ignorować przez większość życia. Alergia? Kto jej nie ma! Zaburzenia miesiączkowania? Z czasem powinny minąć. Problemy trawienne – toż to norma w dwudziestym pierwszym wieku!
Przez większość życia brakowało mi wiedzy, by połączyć wszystkie te elementy w całość i powiązać je z chorobą autoimmunologiczną. Lekarze też oczywiście nie pomogli.
Prawie dwa lata temu zaczęłam poznawać brzydkie oblicze Hashimoto.

Stany depresyjne to jeden z klasyczniejszych objawów Hashimoto. Na szczęście zmiana diety, odpowiednio dobrana dawka leku, suplementy i psychoterapia mogą pomóc – i to bez antydepresantów!

Hashimoto brzydkie: Jedna tabletka rano to za mało!

Wszystko zaczęło się od chronicznego stresu. Nie dość, że zaczęłam pracować, to na dodatek mój kochany piesek został śmiertelnie potrącony przez samochód. Nie spałam normalnie, nie jadłam i płakałam prawie przez tydzień. Do tego doszedł jeszcze stres w pracy, który pociągnął za sobą trudności w życiu rodzinnym i uczuciowym. Co więcej, jadłam sporo słodyczy – na pocieszenie.

Pan Hashimoto doskonale czuje się w tak nerwowym środowisku i pokazuje wtedy, na co go stać. Wszystko staje się czarne, depresyjne i pozbawione nadziei. Przez cały czas byłam potwornie zmęczona i niewyspana – mimo że sypiałam ponad 8 godzin! Do tego doszły problemy z pamięcią i koncentracją, bóle serca i stawów oraz (oczywiście!) okropne zimno. Ponadto libido spadło praktycznie do zera. Czułam się jak zombie… Zaczęłam odwiedzać lekarzy, którzy nic niepokojącego w moich wynikach nie znaleźli. Zalecono mi tylko podnieść dawkę Euthyroxu – ale ile można? Mam ją podnosić w nieskończoność?

Wówczas zaczęłam czytać na temat diety w chorobach autoimmunologicznych oraz o działaniu mojego organizmu. Po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się, jak ogromne znaczenie ma witamina D! (A jej poziom wynosił u mnie po wakacjach całe… 12). Powoli zaczęłam wprowadzać zmiany dietetyczne, zwiększyłam też za wskazaniem lekarza dawkę leku i dziś okres depresji i smutku jest już wspomnieniem.

W poszukiwaniu złotego środka – czyli Hashimoto ani złe, ani brzydkie

Hashimoto może stać się dość przykrą i uciążliwą chorobą. Należy jednak pamiętać, że wszystko zależy od nas samych: jeśli nie będziemy pana Hashimoto drażnić, zamilknie i zacznie z nami współpracować. Jak to zrobić? Wystarczy trzymać się kilku zasad.

1. Jeśli znamy tylko przyjazne oblicze tej choroby, działajmy prewencyjnie! Nie można dopuścić do stworzenia warunków, w których pan Hashimoto pokaże, na co go stać. Dlatego dobra dieta, umiarkowany wysiłek fizyczny oraz minimalizacja stresów to absolutna konieczność. Z doświadczenia wiem, że każde ciało w końcu powie „dość” śmieciowemu jedzeniu i życiu w pośpiechu. Warto robić wszystko, by do takiego stanu przeciążenia nie doprowadzić.

2. Nie szukajmy objawów na siłę i nie róbmy z siebie bardziej chorych, niż w rzeczywistości jesteśmy. Nawet zdrowi ludzie czasem niedomagają. Należy oczywiście się kontrolować i badać, jednak nieustanne myślenie o chorobie może wywoływać przeróżne jej symptomy! Ciągłe zamartwianie się skutkuje stresem, ten zaś pogarsza nasz stan. Uspokójmy się i odetchnijmy. Bardzo może nam w tym pomóc chociażby [ta książka]. Polecam też w każdej sytuacji szukać pozytywów. Nawet mimo choroby można żyć szczęśliwie! Więcej na ten temat przeczytacie w [tym artykule].

3. Kiedy pan Hashimoto daje nam popalić, trzeba działać! Zbadajmy się wtedy gruntownie, poszukajmy pomocy u lekarzy i dietetyków, zmieńmy sposób odżywiania. Warto też przebadać się na nietolerancje pokarmowe, a nawet przebadać się pod kątem celiakii. Nie ma się co oszukiwać – Hashimoto to choroba układu immunologicznego, a że jego 80% kryje się w jelitach, właśnie od nich musimy zacząć leczenie. Wśród chorych najpowszechniejsze są oczywiście nietolerancje glutenu i mleka (kazeiny i laktozy). W moim wypadku doszły jeszcze: żyto, kukurydza, soja, drożdże, fasola i syrop fruktozowy.

4. Dbajmy o swoją psychikę. Choroby autoimmunologiczne mogą wiązać się z niechęcią do samego siebie, skłonnościami do depresji i zamartwiania się. Warto rozważyć psychoterapię, albo chociaż zacząć od kilku pozytywnych książek, takich jak chociażby wspomniana powyżej pozycja „Jak przestać się martwić i zacząć żyć” Dale’a Carnegie. Wiem z własnego doświadczenia, że przy odrobinie silnej woli możemy pozbyć się stresu i zmartwień!

5. Róbmy to, co przynosi nam szczęście. Nie można jednocześnie być szczęśliwym i martwić się chorobą. Rozwijajmy swoje pasje, a pan Hashimoto będzie siedział cicho.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/b4/Decoupage_Florentine_style_box.jpeg

Poświęcenie czasu swojej pasji pozwala nam żyć dłużej i zdrowiej. Jeśli uwielbiasz ozdabiać pudełka metodą decoupage’u – rób to! Kochasz zwierzęta? Działaj jako wolontariusz w schronisku! Lubisz pisać – załóż bloga! Życie pozbawione pasji jest przykre, bardzo przykre.

Wszyscy mamy ten sam cel

Na szczęście każdy z nas jest człowiekiem w pełni wolnym. Dlatego nigdy nie mówię innym „Musisz to zrobić, bo jak nie, to…”. Najważniejsze to informować – ale nie zmuszać. Warto pokazywać, że istnieją metody mogące poprawić nasz stan, chociażby dieta czy niektóre suplementy, a nuż komuś taka wiedza się przyda. Pamiętajmy jednak, że to, co pomogło jednej osobie, niekoniecznie musi się sprawdzić innych. Człowiek to złożona maszyna i nie istnieje złota metoda, która pomoże wszystkim. 

Pamiętajmy, że każdy z nas ma ten sam cel: żyć w spokoju i szczęściu. Niestety, nie ma jednej, uniwersalnej drogi, która pozwala ten błogostan osiągnąć. My, pacjenci, powinniśmy się wspierać oraz dzielić wiedzą i doświadczeniami. Dyskutujmy, ale jednocześnie szanujmy wybory innych. Krytykowanie i ubliżanie donikąd nas nie zaprowadzi.

Trzymajcie się zdrowo!

Na mój Facebook traficie [tutaj].

P.S. Przypominam o moim motywującym konkursie „Szczęśliwi mimo choroby”. Opiszcie, w jaki sposób radzicie sobie z Waszym schorzeniem i co pomaga Wam w trudnych chwilach. Mam nadzieję, że Wasze opowieści zainspirują innych pacjentów i podniosą ich na duchu 🙂 Regulamin i szczegóły znajdziecie [tutaj].

Dodatek: czy jedna tabletka rano rzeczywiście wystarcza?

Lekiem najpowszechniej stosowanym w niedoczynności tarczycy jest Euthyrox. Zawiera on syntetyczny hormon tarczycy – T4 (lewotyroksynę). Tak samo działa Letrox – tyle że nie zawiera on laktozy, a zatem działa lepiej w przypadku osób cierpiących na nietolerancję.

Należy jednak pamiętać, że poza tyroksyną (T4) nasza tarczyca produkuje także w mniejszej ilości inny hormon – T3 (trójjodotyroninę). Większość T3 powstaje w procesie konwersji z T4. Niestety, u niektórych osób konwersja nie zachodzi sprawnie i dlatego mimo zażywania Euthyroxu czy Letroxu utrzymują się u nas objawy niedoczynności. Z tej przyczyny tak ważne jest oznaczanie zarówno TSH, jak i ft3 i tf4.
Na rynku istnieją leki zawierające oba hormony – T3 i T4, jednak badania naukowe pokazują, że ich stosowanie nie przynosi znaczących korzyści. (Mały edit: są oczywiście osoby, którym syntetyczne T3 pomaga, więc zawsze można te opcję przetestować).

Ogromną nadzieją dla chorych jest naturalny hormon, otrzymywany z tarczyc świńskich. Co prawda na razie niewielu lekarzy decyduje się na jego stosowanie, jednak mam ogromną nadzieję, że „świnka” stanie się powszechna.

Konkurs: Szczęśliwi mimo choroby!

Wczoraj stała się rzecz niezwykle dla mnie miła: Mój facebookowy fanpage osiągnął 3000 polubień! Dziękuję Wam za tak pozytywny odzew mojej twórczości i za wszystkie ciepłe słowa! Zawsze marzyłam, by coś innym od siebie dać, by jakoś móc pomagać… I moje marzenie się spełnia! 🙂 Z okazji tego radosnego wydarzenia wymyśliłam dla Was konkurs.

Skąd pomysł?

Jestem zdania, że dzięki chorobom możemy dokonać w sobie wielu zmian na lepsze. Mnie samej „przygoda” z Hashimoto bardzo pomogło: zmieniłam dietę oraz tryb życia, a do tego zyskałam mnóstwo optymizmu oraz chęci niesienia pomocy. Jestem też wdzięczna losowi, że przypadło mi w udziale akurat to schorzenie, a nie (odpukać!) coś poważniejszego… Poprzez konkurs chciałabym pokazać, że życie z chorobą wcale nie musi być trudne, a kiedy życie daje nam cytryny – możemy zrobić z nich lemoniadę 🙂

Zasady:

1. Stwórz opowieść nie dłuższą niż 450 słów o tym, jak radzisz sobie na co dzień z chorobą i o rzeczach, które pomagają lub pomogły Ci stawić czoła przeciwnościom losu.

2. Prześlij ją na adres panna.jaskiniowa@gmail.com do 22.11.2015. Temat wiadomości: KONKURS. Proszę o załączanie plików word lub pdf.

3. W jury zasiądę ja oraz Pan Jaskiniowy. Obrady będą trwały do 12.12.2015, zaś ogłoszenie wyników nastąpi 14.12.2015. Uwaga! Jeśli konkurs spotka się z dużym zainteresowaniem z Waszej strony, zastrzegam sobie prawo do przedłużenia czasu jego trwania.

4. Najciekawsze prace zostaną opublikowane na blogu Jaskiniowa Kuchnia. Udział w konkursie oznacza więc automatyczną zgodę na wykorzystanie Waszej opowieści. Historie będą publikowane anonimowo, chyba że autor wyrazi inne życzenie.

Nagrody:

W konkursie przewidziałam trzy wyróżnienia książkowe. Przyznam Wam, że wybór nagród był niezwykle prosty: zdecydowałam się na książki, które odmieniły moje życie i pomogły mi zaakceptować chorobę oraz przestać się martwić błahostkami. Chciałabym zaznaczyć, że każda z nich jest dla mnie tak samo cenna, więc ich przypisanie poszczególnym miejscom w konkursie jest zupełnie przypadkowe.

1. Pierwsze miejsce: Możesz odmienić swoje życie (autor: Louise Hay).

2. Drugie miejsce: Jak przestać się martwić i zacząć żyć (autor: Dale Carnegie).

3. Trzecie miejsce: Miłość, medycyna i cuda (autor: Bernie S Siegel).

Zwycięzcy zostaną powiadomieni o nagrodach drogą mailową i będą proszeni o przekazanie mi swojego adresu. Nagród będą mogli się spodziewać w przeciągu dwóch tygodni. Uwaga! Wysyłki dokonuję tylko na terenie Polski.

Pamiętajcie, że każda osoba, która weźmie udział w konkursie, już jest zwycięzcą: miała siłę stawić czoła chorobie i wygrywa każdego dnia! Choroba nie musi być tragedią, a może stać się szansą. Chciałabym, żeby Wasze opowieści zmotywowały innych i przywróciły im nadzieję. W życiu wiele zależy od nas i od naszego podejścia, a szczęście można w każdej sekundzie.

 

Trzymajcie się zdrowo i zapraszam na mój fanpage [tutaj]!

Poradnik: jak ugościć bezglutenowca?

Ostatnio przyjaciółka zrobiła mi niezwykłą niespodziankę: porwała mnie i zawiozła do dawno niewidzianej koleżanki. Razem przygotowały paleo wieczór, wykorzystując moje przepisy! Aż zaniemówiłam z wrażenia! Dziewczyny spisały się na medal i przygotowały dania z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa: zero glutenu, zero mleka. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna… A przy okazji ich niespodzianka zainspirowała mnie do stworzenia poniższego poradnika dla gospodarzy 🙂

Bez glutenu – bez paniki!

Bezglutenowy gość może przyprawić nas o zimne poty… Co ugotować? Jak przyrządzić dania, by bliska nam osoba nie ucierpiała? Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie musicie porywać się z motyką na słońce. Jeśli czujesz, że zadanie Cię przerośnie, nie podejmuj się go. Osoby na diecie nie wymagają cudów! Mięso, warzywa i owoce w zupełności nam wystarczą. Ja osobiście niemal zawsze odwiedzam rodzinę i znajomych przygotowana, zabierając własne jedzenie, lub gotując coś z nimi wspólnie na miejscu. Nie jest to oznaka braku szacunku czy zaufania: dzięki takiej organizacji czuję się bezpiecznie, zaś bliskie mi osoby nie muszą zaprzątać sobie głowy bezglutenowymi daniami.

Bezglutenowe dania mogą być pyszne i łatwe w przygotowaniu!

Kilka porad dla chętnych

Znajdą się pewnie wśród Was tacy, którzy należycie będą chcieli powitać gościa solą i chlebem… Bezglutenowym, oczywiście. Na szczęście wizyta osoby na diecie nie musi stać się dla Was utrapieniem. Wystarczy, że będziecie trzymać się kilku zasad:

1. Gluten znajduje się w pszenicy, życie i jęczmieniu. Dlatego należy dokładnie czytać składy produktów – dzięki temu zyskujemy całkowitą pewność, że nasz gość nie ucierpi. Uważajcie też na takie składniki jak choćby „słód jęczmienny”. Piwo także zawiera gluten!

2. Uważajcie na produkty zawierające ostrzeżenie „może zawierać śladowe ilości glutenu” (np. w przyprawach, kaszach, czy ryżu). Teoretycznie ryzyko skażenia jest bardzo małe, ale ja wolę unikać takich wyrobów. Wiem jednak, że część osób na diecie nie martwi się tymi ostrzeżeniami… Najlepiej więc, jeśli wykonacie telefon do Waszego gościa i zapytacie, jakie produkty i firmy poleca. Kolejną opcją jest także odwiedzenie sklepu ze zdrową żywnością, gdzie bardzo łatwo znajdziecie produkty oznaczone przekreślonym kłosem.

3. Na szczęście istnieje cała gama produktów naturalnie bezglutenowych, których bezpiecznie możecie użyć: wszystkie warzywa i owoce, mięso (ale nie gotowe wyroby, takie jak kiełbasy i pasztety), surowe, wędzone i mrożone ryby (bez panierki), oleje, jajka…

4. Nietolerancje pokarmowe często chodzą parami. Zapytajcie więc Waszego gościa, czy przypadkiem nie wykluczył z diety innych produktów, np. nabiału, kukurydzy, soi, strączków… A może przeszedł na dietę paleo i w ogóle nie je ziaren? Żeby ułatwić Wam zadanie, przygotowałam formularz, dzięki któremu łatwiej Wam będzie przygotować bezpieczny posiłek 🙂

5. Praktycznie w każdym markecie możecie znaleźć dział z produktami bezglutenowymi, np. firm Bezgluten, Glutenex, Balviten czy Schär. Uwaga! Najczęściej zawierają one jednak mleko, kukurydzę i soję i nie nadają się dla osób takich jak ja, które są wyjątkowo nietolerancyjne. Dlatego zanim się na nie skusicie, wypytajcie dokładnie Waszego gościa o jego preferencje dietetyczne 🙂

6. Bardzo ważny jest sam proces przygotowania potraw. Umyjcie bardzo dokładnie blaty i deskę do krojenia, a jeśli jest stara i pełna zadrapań – lepiej nabyć nową. Słyszałam legendy o glutenie czającym się w szczelinach plastiku i drewna 😉 Zadbajcie też, by nigdzie wokół nie znalazła się mąka pszenna ani okruszki chleba czy ciasta. Wszystkie naczynia, garnki i patelnie muszą być idealnie czyste. Jeśli na stole zagoszczą potrawy glutenowe i bezglutenowe, poproście innych gości, by dania „dietetyczne” nakładali czystymi sztućcami. Dla osoby chorej nawet kilka okruszków chleba może okazać się bardzo problematyczne.

Możecie się pewnie zastanawiać, czy te środki bezpieczeństwa są potrzebne… W przypadku osoby chorej (przede wszystkim na choroby autoimmunologiczne, w tym celiakię) – tak. Powołam się na przykład z własnego doświadczenia: raz nieopatrznie zjadłam u rodziny kawałek mięsa – i cierpiałam później niemiłosiernie. Nie dość, że bolały mnie brzuch i jelita, to na dodatek ból wędrował do płuc… Mięso zawierało niewielkie ilości glutenu w postaci przyprawy. Niestety, dla niektórych osób nawet takie drobinki są niebezpieczne i dlatego tak ważne jest poprawne przygotowanie potraw.

Szukajcie tego znaku. Oznacza on, że produkt jest bezglutenowy.

Teoria a praktyka

Jeśli odpowiednio się przygotujecie, dietetyczne gotowanie okaże się dla Was bezglutenową bułką z klarowanym masłem. Podam przykład z życia wzięty: moja siostra przygotowała dla gości kurczaka w jogurcie z przyprawami, zaś moją porcję zanurzyła w mleku kokosowym. Da się? Da się! A jakby tego było mało, w Internecie znajdziecie ogromną ilość przepisów bezglutenowych, najczęściej bardzo prostych do wykonania.

Moi ulubieńcy

Osobiście mam przetestowanych kilka produktów, które są łatwo dostępne na polskim rynku i nie zawierają ani glutenu, ani mleka. Ryż firmy Risana nie zawiera ostrzeżeń o zawartości glutenu – przetestowałam i wszystko było w porządku (odpukać!). Niestety, jeśli idzie o kaszę jaglaną i gryczaną, całkowicie bezpieczne są jedynie produkty, które możemy zamówić w sklepach internetowych (bądź poszukać ich w sklepie ze zdrową żywnością), np. marek Bioharmonie lub Denver.

Bardzo polecam morskie ryby wędzone – do kupienia w każdym sklepie. Konserwy najczęściej zawierają gluten, więc znów polecam czytać składy. Na naszym rynku można także zakupić bezglutenowe wędliny i kiełbasy, chociażby marki Konspol.

Nawet przyprawy nie są problemem – firma Dary Natury oznacza swoje produkty jako bezglutenowe. Z kolei marka Kresto sprzedająca bakalie i owoce suszone nie ostrzega na opakowaniach o zawartości glutenu, więc teoretycznie również nie powinno go tam być. Dodatki takie jak musztarda czy ketchup także nietrudno znaleźć – ostatnio firma Roleski zaczęła oznaczać swoje produkty przekreślonym kłosem.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/31/Veggies.jpg

Na szczęście wszystkie warzywa i owoce są naturalnie bezglutenowe! Ufff…

Przykładowe menu

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że tradycyjny trzydaniowy polski obiad jest prawdziwą mieszanką wybuchową dla naszych jelit. Dlatego zawsze zalecam robić odstępy między posiłkami i starać się serwować dania jak najprostsze.

1. Zupy:

Praktycznie wszystkie tradycyjne polskie zupy nadadzą się dla osoby na diecie bezglutenowej (no, może z wyjątkiem żurku i barszczu białego). Musicie jednak pamiętać, by nie używać gotowych kostek rosołowych, Maggi, Vegety i innych gotowych mieszanek lub koncentratów. Zamiast tego wykorzystajcie np. lubczyk. Zup oczywiście nie serwujemy z makaronem, a z ryżem lub kaszą, bądź tylko z warzywami (dla osób na diecie paleo). Do zagęszczania nie używamy mąki pszennej, a np. ryżowej. Kilka pomysłów:

  • zupa krem z mlekiem kokosowym: marchwiowa, kalafiorowa, brokułowa…
  • pomidorówka z ryżem
  • barszcz czerwony
  • zupa grzybowa, szczawiowa, ogórkowa…
  • zupa „śmieciowa”: wrzucamy wszystkie warzywa, jakie mamy w kuchni i gotujemy
  • zupa z soczewicą, marchewką, papryką i pomidorami (soczewicę przed podaniem moczymy przez co najmniej dobę w wodzie z odrobiną soku z cytryny)
  • zupa krem z dyni [przepis]

2. Danie główne:

Oczywiście musimy zrezygnować ze wszystkich gotowych sosów „z papierka” i panierek. Na szczęście bardzo łatwo przyrządzić mięso duszone w warzywach, pieczone, grillowane, smażone… Do tego oczywiście dowolna sałatka lub surówka – najlepiej z oliwą z oliwek. Kilka propozycji:

  • kotlety w panierce z wiórek kokosowych (uwielbiam!)
  • mięso duszone z cebulą i papryką
  • kotlety mielone z kalafiorem
  • schab/kaczka/kurczak pieczone z ziołami
  • rolady schabowe, np. ze śliwkami
  • mięso grillowane
  • piżmowa mini pizza [przepis]
  • spaghetti bolognese w wersji paleo [przepis]

Spaghetti z cukinii to idealne danie nie tylko na diecie bezglutenowej, ale i na paleo oraz protokole autoimmunologicznym.

3. Desery:

Ciasta, naleśniki i gofry bez problemu można wykonać w wersji bezglutenowej, chociaż ostatniej pozycji nie polecam – o ile nie dysponujecie nowym sprzętem: gofrownicy nie da się idealnie umyć i zawsze czają się w niej glutenowe resztki. Na szczęście bezpieczne są wszelkie pianki i musy z mleka kokosowego. Warto też wykorzystać [platany]. Kilka propozycji:

  • naleśniki z mąki kasztanowej
  • frytki piżmowe [przepis]
  • placki z platanów [przepis]
  • ciasto z bananów
  • kremy z kaszy jaglanej
  • pianki kokosowe
  • owoce w każdej postaci: musy owocowe, koktajle, sałatki
  • tarta rabarbarowa [przepis]
  • Panna Cotta [przepis]
  • smażone platany [przepis]
  • pieczone gruszki z rozmarynem [przepis]
  • galaretki ananasowe [przepis]

Podsumowanie:

Jeszcze raz powtórzę najważniejsze zasady:

1. Wybieramy produkty pozbawione pszenicy, żyta i jęczmienia. Znak przekreślonego kłosa daje nam gwarancję bezpieczeństwa.

2. Deska do krojenia, blaty, garnki, patelnie i formy do pieczenia muszą być idealnie czyste.

3. Pamiętamy o innych możliwych nietolerancjach naszego gościa (np. na nabiał, jajka, drożdże).

Dzięki tym prostym zasadom wizyta przebiegnie koncertowo 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

P.S. Zapraszam Wam także na moją facebookową stronę [tutaj].

Dodatek: Formularz – gość na diecie

Zachęcam Was do pytania gości o ich potrzeby dietetyczne. Być może poniższy formularz ułatwi Wam sprawne przygotowanie wizyty (zapiszcie go jako obraz, a stanie się czytelniejszy):