~ Kupujesz gotowe ciasta? Czytaj etykiety! ~

Z przerażaniem obserwuję kolejki, które ustawiają się przed cukierniami. Bułeczki, pączki, gotowe ciasta… Łatwiej jest przecież kupić, niż zrobić. Ale czy zdrowiej?

Ostatnio odwiedził mnie wujek pracujący w piekarni. Opowiedział, że sanepid obecnie bardzo czepia się etykiet ich wyrobów. Jak dotąd stosowali rozwiązanie dla mnie dość kontrowersyjne (a nawet nieuczciwe): jako składniki wymienione były gotowe półprodukty (czyli na przykład: „masa toffi” czy „miód sztuczny”). Obecnie etykiety muszą zawierać dokładny wykaz, czyli składniki użyte w produkcji półproduktów także. Mój wujek wyglądał na bardzo oburzonego, bo „dla nich to znaczne utrudnienie”, a do tego „po co ludziom wiedzieć takie szczegóły”. Przywiózł mi także opakowanie po cieście konkurencyjnej firmy. Osobiście gotowego ciasta nie kupowałam parę lat i nie sądziłam, że może być aż tak źle. Zresztą sami przeczytajcie (zwróćcie uwagę zwłaszcza na przedostatnie zdanie podkreślone na czerwono):

.

.

W sumie jakikolwiek komentarz jest zbędny. Ciasto samo w sobie nie jest zdrowe (zwłaszcza jeśli nafaszerujemy je cukrem i glutenem), jednak taki wypiek gotowy jedzony regularnie… to gwarancja choroby w przyszłości. Dlatego zawsze kiedy kupujecie jakiś cukierniczy wyrób, zwróćcie uwagę na skład lub zapytajcie o niego sprzedawcę. Bo kto chciałby truć siebie i swoich bliskich?…

Dziś chciałabym Wam także zdradzić, jak wygląda wyrób ciast na masową skalę (mam nadzieję, że wujek piekarz mi to wybaczy). Dziś w branży piekarniczej można spotkać naprawdę ogromny wybór gotowych półproduktów: galaretek, kremów, polew… Czytałam ich etykiety. Praktycznie wszystkie takie produkty są oparte o syrop glukozowy lub glukozowo-fruktozowy. Do tego oczywiście dodaje się liczne konserwanty, utrwalacze i barwniki. Zamiast masła używa się margaryny. O prawdziwych jakach możecie zapomnieć, zamiast tego dostaniecie jajka w proszku (podobnie jak mleko, również będzie sproszkowane). Dla przykładu zrobiłam zdjęcia dwóch wiader, które dostałam z piekarni wujka. Pierwszy to skład farszu „kapusta z pieczarkami” (wybaczcie jakość, wiadro było dość stare):

.

.

Oczywiście znajdziemy w nim sorbinian potasu, bo jakże by inaczej? Ponadto mamy hydroksypropylofosforan diskrobiowy (E1442). „Jest on wytwarzany przez działanie na skrobię tlenkiem propylenu i kwasem fosforowym. Otrzymana skrobia modyfikowana jest bardziej stabilna w środowisku kwaśnym i zasadowym oraz bardziej odporna na działanie enzymów degradujących skrobię. Nadaje produktom lepszą barwę i połysk i zachowuje właściwości zagęszczające w cyklu zamrażanie-rozmrażanie. Skutki uboczne? Może spowolnić trawienie żywności w jelitach” [źródło informacji].

Mam też drugi produkt – termostabilne nadzienie z owoców tropikalnych. Oczywiście znów został wykorzystany sorbinian potasu. Reszta składników wygląda następująco:

.

.

Teoretycznie konserwanty spożyte w małych ilościach są bezpieczne. Na pewno nie były jednak prowadzone badania podłużne, by wykazać całkowitą nieszkodliwość tych substancji. Czy konserwanty jedzone regularnie przez 10 czy 20 lat są obojętne dla naszego zdrowia?… Nauka nie jest w stanie dostarczyć nam odpowiedzi na to pytanie. Warto też pamiętać, że dziś substancje konserwujące są obecne praktycznie w każdym produkcie, a ponadto w kosmetykach, z tego powodu nietrudno pewnie o przekroczenie zalecanego bezpiecznego spożycia. Dlatego wybierajmy prawdziwą żywność. Bez chemii.

Żeby jednak nie być zbyt krytyczną, muszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Dziś najważniejsza jest cena. Mój wujek ma rozeznanie na rynku i wie, że ogromna większość klientów chce kupować produkty jak najtańsze. Jakość praktycznie nie ma znaczenia. Produkt ma być słodki, ładny i tani. Dzięki konserwantom gotowy wyrób długo zachowuje świeżość, a koszty produkcji obniżają się. Do tego śliczne chemiczne kolorki przykuwają wzrok. Klient nasz pan.

Na szczęście część piekarni wychodzi na przeciw potrzebom świadomych konsumentów i znacząco ogranicza użycie środków konserwujących. Takie produkty są oczywiście droższe i ich cena często odstrasza biedniejszych klientów… Warto jednak pamiętać, że droższe nie zawsze znaczy lepsze. Niekiedy znane marki używają zupełnie tych samych konserwantów co firmy podrzędne. Dlatego jedyną skuteczną metodą oceny wartości danego produktu jest czytanie składu.

W smutnych czasach przyszło nam żyć. Nawet w kwestii ciast to pieniądz ma największe znaczenie, a nie zdrowie i życie ludzkie. Jakież to paradoksalne: dziś klient wyda mniej na ciasto czy chleb, zaś później będzie słono płacić za lekarstwa…

Jedyne, co możemy zrobić, to uświadamiać i zachęcać do mądrych wyborów żywieniowych. Dlatego proszę Was o przesyłanie tego artykułu do nieprzekonanych. Świadomość to jedyna skuteczna broń przed chorobami.

Trzymajcie się zdrowo!

 

4 odpowiedzi do “~ Kupujesz gotowe ciasta? Czytaj etykiety! ~”

  1. Świetny art! Ja bym jeszcze napisała o pewnej zasadzie, takim „pewniaku”: jeśli masz do wyboru produkt X tani, marki „bez marki” i produkt X droższy marki „Super hiper znana i reklamowana na całym świecie marka” to ZAWSZE produkt bez marki będzie lepszy jakościowo (mimo że tańszy). To taka zasada – gówno trzeba dobrze zareklamować i ładnie opakować, bo inaczej nie kupią…
    Kiedyś chciałam kupić ciasteczka typu Petite Beurre na sernik typu „chatka” dla mojego mężczyzny. Na półce były te ciasteczka firmy „Carreour” (czyli bezmarkowe) i pod spodem, 3x (trzy razy!!!!) droższe firmy LU (znacie tą firmę?:) – i do tego napis: „LU – PRAWDZIWE petite beurre”. Zaintrygowana „a nuż LU robi z prawdziwym masłem! (bo dziś o masło w ciasteczkach raczej trudno) – czytam skład obu wersji: i o dziwo – ta droższa, „frimowa” LU nie tylko nie ma masła ale jeszcze jest naszpikowana toną syfu, około 2 razy więcej konserwantów i barwników, i jeszcze syrop glu-frukt. zamiast cukru (marki Carrefour miały przynajmniej prawdziwy cukier i coś co się nazywało 20-procentowe masło – co to za wytwór nie szukam nawet :D).

    Jakości w produktach dziś nie uraczysz.
    Im bardziej znane, tym gorsze
    (choć ładniej opakowane i droższe).

    😉

    1. Dziękuję Ci, dopisałam jeszcze jedno zdanko 🙂 Ja dziś byłam na zakupach i się przeraziłam. Przeglądałam ogromne regały konserw rybnych… I wszędzie były jakieś świństwa! Jak widzę takie rzeczy, to mam ochotę wyjść na ulicę i strajkować…

  2. My co roku wyjeżdżamy na zlot motocyklowy pod namioty, cieszę się, że trwa tylko 4 dni, bo jestem wstanie zabrać całe jedzenie przygotowane w domu. Skład gotowych puszek czy słoików jest porażający.
    Ja również robię jedzenie na „zapas”, czyli np. bigos czy mielonkę w słoikach i pasteryzuję, wytrzymują tak nawet 6 miesięcy bez żadnych konserwantów czy sztucznych słodzików….. Przeraża mnie to co się dzieje w branży żywnościowej. Dokąd zmierza ten świat? Po co nam wojny, sami się wytrujemy.
    Pozdrawiam:)))

    1. Święte słowa. Jedyny sposób, by to zmienić, to nie kupować i uświadamiać innych! Klient nasz pan, jeśli nie będziemy chcieli jeść trucizny, będzie ona musiała zniknąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *