~ Skończyłam studia! Moje refleksje i przemyślenia ~

Postanowiłam tchnąć w mojego bloga pewien powiem świeżości i dlatego dziś nie będzie ani przepisu, ani artykułu o zdrowiu. Będzie zaś trochę o mnie. W poniedziałek zakończyłam moją edukację (a przynajmniej pewien jej etap) i z tego powodu chciałabym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na ten temat oraz wpływem, jaki studia wywarły na moje zdrowie i życie. Ponadto przedstawię Wam kilka refleksji dotyczących polskiego systemu edukacji.

Liceum Już Nie Ogólnokształcące

Teoretycznie po sześciu latach nauki w szkole podstawowej oraz po trzech klasach gimnazjum młody człowiek powinien potrafić określić swoje zainteresowania i dalszy kierunek kształcenia. Na tym założeniu bazują wszystkie najnowsze reformy edukacji, coraz bardziej zawężające zakres materiału, który uczeń ma opanować.

To, niestety, nie działa i wiem z doświadczenia, że wszystkie te zmiany opierają się na błędnych przesłankach. Młody człowiek w wieku lat 16 w większości wypadków nie jest w stanie podjąć decyzji, która będzie rzutowała na całą jego przyszłość. Ponadto system rozszerzeń jest zupełnie chybiony, gdyż bardzo ogranicza możliwość powrotu do punktu wyjścia i dokonania innego wyboru.

Pamiętam, że bardzo trudno było mi wybrać idealne liceum, w końcu jednak zdecydowałam się na profil dwujęzyczny z wiodącym językiem niemieckim. Zarówno w liceum, jak i gimnazjum wszystkie przedmioty szły mi bardzo dobrze (a już zwłaszcza język polski i języki obce) i dlatego zupełnie nie wiedziałam, jaki kierunek studiów wybiorę w przyszłości. Wszystko mnie ciekawiło, wszystko było fascynujące (z wyjątkiem fizyki, oczywiście), co znacznie utrudniało podjęcie decyzji.

Dopiero w ostatniej klasie, po ogromnych rozterkach, postanowiłam studiować filologię hiszpańską. Wtedy też odkryłam, że jednak muszę zdawać na maturze język angielski, a historia z kolei nie jest mi już potrzebna. Co ciekawe, nie byłam wyjątkiem.

Niewielu moich rówieśników już od początku liceum wiedziało, jaką drogę obierze w życiu. Chyba połowa z nas podjęła decyzję w ostatniej chwili i nagle okazało się, że konieczne jest zdawanie na maturze geografii, matematyki czy chemii… Mimo korepetycji kilku osobom nie udało opanować się materiału na rozszerzenie w rok i, niestety, ich plany spaliły na panewce.

Zupełnie inaczej system edukacji wyglądał za czasów mojej o siedem lat starszej siostry. Nie było rozszerzeń, liceum trwało cztery lata i rzeczywiście zasługiwało na miano „ogólnokształcącego”, zaś na studia zdawało się egzaminy. Taki model sprawdzał się wyśmienicie, na co dowodem jest chociażby moja licealna polonistka, która ukończyła klasę biologiczno-chemiczną i bez problemu dostała się na filologię polską.

Współczesny system rozszerzeń wyrasta także z wymagań uczniów, nieustannie narzekających: „Po co mam się uczyć matematyki, skoro idę na filmoznawstwo?”. Ano, złotka moje młode, dlatego, że wybraliście liceum ogólnokształcące, które ma Wam dać ogólną wiedzę o otaczającym nas świecie.

Niestety, mimo tych wszystkich ulepszeń, wiedza, którą uczeń wynosi z liceum, z każdą kolejną reformą jest coraz mniejsza. Moja siostra, porównując swoje podręczniki z moimi, często łapała się za głowę: „I to niby jest na rozszerzenie?! Za moich czasów przerabialiśmy to w pierwszej klasie!”.

W obecnym systemie coś ewidentnie nie działa, skoro dziś, po pięciu latach od ukończenia liceum, nie pamiętam praktycznie nic z fizyki, chemii, matematyki… I odnoszę wrażenie, że nie jest to tylko mój problem.

Studia, ach studia…

W dzisiejszych czasach studiowanie stało się naturalną kontynuacją liceum. Ma to oczywiście wpływ na sposób funkcjonowania uniwersytetów, które przestały być placówkami stricte naukowymi. Obecnie od szkół wyższych wymaga się przede wszystkim przygotowania studenta do realiów rynku pracy.

Studia wybierałam z wyraźnym przeświadczeniem, że po ich ukończeniu będę wiedziała absolutnie wszystko, ba, stanę się wręcz Alfą i Omegą hiszpańskości. Na całe szczęście dziś, po pięciu długich latach, dostrzegam infantylność swoich ówczesnych przekonań. Dwie uczelnie wyższe, na które uczęszczałam, skutecznie wyleczyły mnie z perfekcjonizmu.

Studia pierwszego stopnia wspominam bardzo pozytywnie. Większość prowadzących dysponowała ogromną wiedzą, którą potrafiła przekazać w sposób ciekawy i inspirujący. Jedynie niewielka część wykładowców niegodnie reprezentowała ideały szkolnictwa wyższego: niekiedy popełniali rażące błędy, a ich zajęcia były słabo przygotowane. Trzy czy cztery lata temu bardzo denerwowała mnie taka postawa. Dziś jestem bardziej wyrozumiała.

Pierwsze trzy lata na uczelni wyższej upłynęły mi dość szybko i bez nadmiernych emocji. Stres zaczął się w wakacje: na studia drugiego stopnia zgłosiło się stosunkowo mało osób i nie było wiadomo, czy kierunek w ogóle zostanie otwarty. Całe wakacje nieustannie śledziłam rozwój sytuacji, dzwoniłam, odwiedzałam dziekanat. Nic nam nie obiecywano, ale słyszałam, że kierunek „raczej” powinien zostać uruchomiony. Mimo to na wszelki wypadek zarejestrowałam się na studia zaoczne w Innym Mieście (chcę zachować anonimowość uniwersytetów).

Ostateczna decyzja dotycząca filologii hiszpańskiej została podjęta 26 września. Tak, Moi Drodzy, dobrze czytacie: cztery dni przed rozpoczęciem roku akademickiego. Tego też dnia udałam się do Innego Miasta (wyruszyłam już o 5:30), gdyż był to ostatni dzień rejestracji dokumentów. Od dziesiątej czekałam pod pokojem rekrutacyjnym, zaś moi rodzice dzwonili do uniwersytetu w moim mieście rodzinnym, by poznać decyzję rektora. O jedenastej dowiedziałam się, że kierunek jednak nie zostanie uruchomiony. I tak zaczęły się moje studia zaoczne w Innym Mieście.

Na początku zmianę przyjęłam z ogromną dozą ulgi – mogłam spędzać więcej czasu w domu, zaczęłam udzielać korepetycji… Do tego postanowiłam zacząć kolejne studia dzienne w moim rodzinnym mieście. Zgłosiłam się do dziekana z prośbą o przyjęcie mnie na drugi kierunek w ramach rekompensaty za nieuruchomienie mojej filologii hiszpańskiej. Dziekan nie wyraził zgody, i to nawet widząc łzy mojej rozpaczy. Stwierdził, że już jest po rekrutacji i że zaprasza za rok. Na odchodne pocieszył mnie, że na pewno wyjdzie mi to na dobre. I rzeczywiście wyszło, mimo że w tamtym momencie czułam jedynie rozpacz i wściekłość.

Tym oto sposobem spokojnie studiowałam sobie tylko zaocznie (i na całe szczęście!). W styczniu postanowiłam szukać pracy i znalazłam ją w szkole językowej. Wtedy też zaczął się rzut mojej choroby – wzięłam na siebie zbyt dużo obowiązków, początki w pracy bardzo mnie stresowały, wyjazdy do Innego Miasta były dość uciążliwe, a do tego odżywiałam się niezbyt zdrowo… I tak zaczął się okres bardzo trudny i depresyjny, który jednak bardzo mnie rozwinął i pchnął moje życie na zupełnie nowe, niespodziewane tory.

Pisałam Wam już kiedyś [tutaj], że ten rzut zainspirował mnie do szukania innych metod radzenia sobie z moją chorobą, odkrycia diety paleo i prowadzenia bloga. I dlatego dziś dziękuję Wszechświatowi, że studia w moim rodzinnym mieście nie zostały uruchomione. Dzięki temu odkryłam nową pasję, dietetykę, a także nową drogę w życiu – pomoc wszystkim cierpiącym na Hashimoto. Te przykre doświadczenia pozwoliły mi poznać gorsze oblicze wrednego japończyka i zrozumieć, jak uciążliwe może być to schorzenie. Zaczęłam też pracować, co naprawdę cenię, gdyż nasza szkoła językowa jest miejscem absolutnie wyjątkowym, szefowe są przesympatyczne, pełne szacunku i wsparcia, zaś atmosfera tego miejsca sprawia, że czuję się prawie jak w domu…

Niekiedy złe chwile z czasem nabierają sensu. Ścieżki życia są niepojęte.

Koniec studiów – podsumowanie

Doskonale wiadomo, że na studiach zaocznych zakres omawianego materiału jest mniejszy niż na studiach dziennych. Czy to źle? Niekoniecznie.

Wiem z doświadczenia, że wszystko zależy od studentów i ich chęci do pogłębiania swojej wiedzy. W moim rodzinnym mieście były osoby, które zupełnie nie przykładały się do pracy i praktycznie zawsze zdawały poprawki. Na studiach zaocznych większość osób miała tak wiele obowiązków związanych z pracą, że niewiele pozostawało im czasu na naukę. Rozumieli to też wykładowcy i dlatego zakres materiału nie był zbyt uciążliwy do opanowania (a mimo to często ponad połowa osób nie zdawała egzaminów). Ja osobiście najbardziej cenię zajęcia z wykładowcami najbardziej wymagającymi. Zwłaszcza wykłady z literatury prowadzone były na najwyższym poziomie i naprawdę dużo z nich wyniosłam.

Bardzo ważnym doświadczeniem było też dla mnie pisanie pracy magisterskiej. Miałam ogromne problemy z rozpoczęciem swojego dzieła i najbardziej zniechęcała mnie myśl, że praktycznie nikt tych sześćdziesięciu stron nie przeczyta… Mimo to pisałam cierpliwie i nigdy nie pozwoliłam sobie na bylejakość. Na szczęście moją pracę recenzował jeden z moich najulubieńszych wykładowców, oceniający surowo, ale i rzetelnie. Otrzymałam bardzo pozytywną opinię i dziś jestem z siebie autentycznie dumna.

Studia zaoczne pozwoliły mi dojrzeć i rozwinąć się, a także zupełnie zmienić mój wcześniejszy punkt widzenia. Zawsze byłam perfekcjonistką, zaś dziś wiem, że nie sposób jest nauczyć się wszystkiego, gdyż nasza wiedza jest tylko malutką kropelką w oceanie niewiedzy… Ponadto kontakt z doktorami i profesorami pozwolił mi zrozumieć, że nawet tytuł naukowy nie jest świadectwem wiedzy absolutnej. Poznałam profesorów, którzy otwarcie przyznawali się do wątpliwości, mimo ogromnej znajomości swojej dziedziny. Dlatego też wiem, że nie będę szła dalej ścieżką naukową (co w pewnym momencie planowałam), gdyż zawsze pozostanie mi niedosyt wiedzy, którego nigdy nie zaspokoję. Wolę pisać dla Was, dzielić się moimi doświadczeniami i tak długo, jak ktoś uzna moje artykuły i przepisy za przydatne, obiecuję je tworzyć 🙂

Na dzień dzisiejszy czuję ulgę. Nie muszę być perfekcyjna, bo nikt nie jest. Dzięki tej świadomości w pełni rozumiem lekarzy – skoro ja przez 5 lat edukacji poznałam ledwie marny wycinek literatury, językoznawstwa i kultury hiszpańskojęzycznej części naszego świata, nie mogę wymagać, by lekarz dysponował wiedzą absolutną na temat funkcjonowania naszego ciała, zwłaszcza że wciąż jest ono stosunkowo słabo poznane. Ponadto istnieje zasadnicza różnica między studentami tego samego kierunku: w moim wypadku zarówno studenci trójkowi, jak i piątkowi otrzymali tytuł magistra filologii hiszpańskiej. Dlatego czasem różnica między dwiema osobami noszącymi ten sam tytuł „lek. med” bywa tak rażąca: kiepski student najpewniej będzie kiepskim lekarzem.

Co więc możemy robić? Uczyć się i rozwijać przez całe życie, zachowując jednak pełną świadomość naszej niedoskonałości. Nikt z nas nie zdobędzie wiedzy absolutnej, ale nie zniechęcajmy się! Najważniejsze to nie spocząć na laurach. Stagnacja oznacza powolną śmierć. Ruch i działanie to życie. Żadna wiedza nie jest nam dana raz na zawsze i bez nauki jesteśmy skazani na zapomnienie.

Trzymajcie się zdrowo!

20 odpowiedzi do “~ Skończyłam studia! Moje refleksje i przemyślenia ~”

  1. Serdecznie gratuluję ukończenia studiów 🙂 Przypomniałam sobie, jakie to było wspaniałe uczucie obronić pracę magisterska 🙂
    Przy okazji chciałam podziękować za ten blog, będę często zaglądać. Żałuję, że w 2009 roku nie znalazłam informacji o diecie w Hashimoto, może teraz nie miałabym tylu dodatkowych objawów…

    1. Dziękuję Ci 🙂 Rzeczywiście, uczucie jest cudne, jakby ogromny ciężar spadł mi z barek…

      Bardzo się cieszę, że moje teksty przypadły Ci do gustu 🙂 Ja też żałuję, że nic wcześniej o tym nie wiedziałam, ale lekarze milczeli jak zaklęci… No ale lepiej późno niż wcale 🙂

  2. Serdecznie gratuluję ukończenia studiów!
    Jeśli chodzi o niedoskonałość, to jest dużo racji w tym, co napisałaś. Nie zgadzam się natomiast z porównaniem Twojej (czy też mojej) niewiedzy do niewiedzy lekarzy. Myślę, że nie można porównywać tych dwóch zawodów: nauczyciela i lekarza. Lekarz decyduje o naszym zdrowiu i życiu, jego OBOWIĄZKIEM jest mieć wiedzę. Takich lekarzy „trójkowych” to mamy dzisiaj na pęczki; przykładów mogę poda przynajmniej kilka, kiedy swoją niewiedzę przykrywał bezradnym rozłożeniem rąk, stwierdzeniem „po co to pani?” albo przepisywaniem kolejnych leków w nadziei, że w końcu „trafi” . Bycie lekarzem to ogromna odpowiedzialność, dlatego uważam, że powinno wymagać się od nich dużo więcej.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. Serdecznie dziękuję 🙂 Oczywiście, że masz rację, od lekarza powinno się wymagać… Tyle że to nie jest takie proste. Medycyna jest dziedziną nieskończenie wielką. W polskich realiach lekarze pracują w dwóch, trzech czy nawet czterech przychodniach. Jak w tym znaleźć czas na edukację? Po części winni są więc lekarze, a po części system. W następnych artykułach będę zgłębiać ten temat.
      Nie chcę więc usprawiedliwiać doktorów, lecz wzbudzić w stosunku do nich nieco zrozumienia. Tata mojej koleżanki jest lekarzem i robił jej niewielką interwencję (chyba zakładał szwy, nie pamiętam dokładnie) i popełnił błąd. Na własnej córce! To daje do myślenia.

      Pozdrawiam Cię ciepło i dziękuję za odwiedziny 🙂

  3. Gratulację! Zmierzam w pani ślady i również pragnę ukończyć studia. Poruszyła Pani bardzo kontrowersyjny temat z lekarzami i ich wiedzą. Co jeśli mamy takiego lekarza trójkowego, który dodatkowo przez połowę studiów ściągał i oszukiwał na egzaminach? 😉

    1. W tym tkwi sedno problemu. Są lekarze wyśmienici i są lekarze fatalni. Szkoda tylko, że ci fatalni często sądzą, iż są wyśmienici…

  4. Myślałam, że tylko ja byłam tak niezdecydowaną osobą. Biorąc pod uwagę moich rówieśników którzy od początku wiedzieli czego chcą. Teraz jednak wiem, że droga, którą wybrałam jest dla mnie najlepsza i daje mi radość. Nie wiem czy to szczęście czy przypadek, ale jestem bardzo ciekawa czy tak samo potoczyła się droga moich znajomych ze szkoły średniej.

  5. Witaj, jestem zachwycona Twoim blogiem!
    Ja jestem wielką fanką medycy od x lat, chyba od zawsze:)
    Jednak na studia stricte medyczne nie chcę iść, ponieważ wiem,że nie dałabym rady. Lecz chciałabym wybrać coś związanego z człowiekiem, zdrowiem,higieną stąd też biorę pod uwagę pielęgniarstwo lub higienę pracy. Jednak co do uczelni mam pewien dylemat gdyż nie wiem na jaką się zdecydować. Moja koleżanka mówiła mi ostatnio coś o WSB , czy ktoś z Was coś o niej słyszał ?Pozdr.

  6. Witaj, jestem zachwycony Twoim blogiem.!
    Liczę, na Twoją pomoc bo widzę, że masz dużą wiedzę akurat na ten temat.
    Wybieram się w tym roku na studia zależy mi na tym aby studiować Zarządzanie, jednak tam gdzie chcę studiować czyli na WSB jest bardzo dużo różnych rodzajów zarządzania min zarządzanie jakością, firmą BHP itd. Co Twoim zdaniem będzie najlepsze i najbardziej przyszłościowe? Pozdrawiam Cię serdecznie i liczę na pomoc.

    1. Cześć, bardzo mi miło 🙂 Cóż, trudno raczej będzie mi pomóc, bo z z dziedzinie zarządzania nie mam doświadczenia… Moje doświadczenia pokazały mi jednak, że kluczowa na rynku pracy jest znajomość języka obcego – angielski to minimum, a drugi język obcy daje szanse na wyższe zarobki. A zatem którego kierunku byś nie wybrał, warto wzbogacić go systematyczną nauką jakiegoś języka 🙂
      Pozdrawiam!

  7. Świetne przemyślenia na temat skończenia studiów i wszystkie refleksje. Ja za niedługo będę bronić swojej pracy inżynierskiej i mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Powodzenia w dalszej pracy i pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *