~ Jadalne liście ~

Nie lubię marnować jedzenia. Wydaje mi się to bardzo niemoralne: wyrzucać pożywienie, gdy tymczasem tyle osób na świecie umiera z głodu… Całe życie byłam dumna ze swojej szlachetnej postawy i sądziłam, że wspięłam się na szczyty żywieniowej logistyki: zawsze starałam się nie kupować ponad miarę i praktycznie nigdy jedzenie nie lądowało w koszu. Jak bardzo się myliłam! Uświadomiła mi to ostatnio… Pani Kalarepa.

Kalarepa cieszy się pięknymi liśćmi, które zawsze wyrzucałam. A przecież natura jest nieskończenie mądra: skoro korzeń lub bulwa są jadalne, liście także powinny nadawać się do zjedzenia. Wydaje się to oczywiste, a jednak tylu z nas codziennie i bezrefleksyjnie pozbywa się liści. Koniec z tym! Bo niby dlaczego mielibyśmy jeść liście sałaty czy kapusty, a kalarepy to już nie? Że niby są gorsze? Brzydsze? Mniej wartościowe? Nie, Moi Drodzy: Liście są wspaniałym źródłem witamin, minerałów i chlorofilu. Pokochajmy je!

Czy to w ogóle jest jadalne?

Poniżej znajdziecie zestawienie wartości odżywczych liści, które najczęściej lądują w polskich śmietnikach. Wszystkie dane tyczą się liści surowych. Ponadto w moim spisie nie uwzględniam substancji przeciwodżywczych, mogących zmniejszyć wchłanianie danych witamin i minerałów. Warto więc pamiętać, że nigdy nie przyswoimy w stu procentach tego, co dana roślina zawiera.

(Ponadto muszę też dodać, że mówienie o witaminie A w kontekście warzyw to pewne nadużycie, gdyż zawierają one beta-karoten, ale dla ułatwienia przyjmuję w artykule nomenklaturę używaną przez Amerykanów).

1. Liście brokułu

Zapewne nie wiedzieliście, że brokuł ma liście, i to niezwykle duże! Są one bogate w witaminę A (100 gramów liści zaspokoi 320% Waszego dziennego zapotrzebowania) i witaminę C (93 mg/100 g). Ponadto zawierają całkiem sporo kwasu foliowego (71 mcg/100 g) oraz niewielkie ilości minerałów: wapnia, żelaza, magnezu, potasu, cynku, selenu. Są też dobrym źródłem białka [źródło].

By zakupić brokuł z liśćmi musicie udać się na targ lub rynek i zakupić go bezpośrednio od rolnika. Sklepowe okazy zawsze są już listowia pozbawione. A szkoda!

2. Liście kalafiora

Zawierają 88 mg witaminy C w 100 gramach, a to tego są dobrym źródłem witaminy K, B6 i kwasu foliowego [źródło]. Ponadto zostało przeprowadzone badanie, które sugeruje „spożycie koncentratu z liści kalafiora w celu polepszenia ubogiej diety” [źródło]. Liście kalafiora dostarczą nam wielu cennych aminokwasów (poza cystyną i metioniną).

[Źródło zdjęcia]

3. Liście kalarepy

Bogate w karoteny, witaminę A, witaminę K, minerały oraz witaminy z grupy B [źródło]. A do tego są naprawdę smaczne!

4. Liście rzodkiewki

Nie udało mi się znaleźć dokładnych badań (apeluję więc: naukowcy, do dzieła!), jednak natknęłam się na informację na temat zawartości wapnia, żelaza, magnezu i kwasu foliowego, a także witamin A, C i K [źródło].

[Źródło obrazka]

5. Liście buraka

Zawierają niebotyczną ilość witaminy K – aż 400 mcg/100 g, czyli 500% naszego dziennego zapotrzebowania! Pytam – gdzie się podziewają te wszystkie liście? Dlaczego do sklepów trafiają tylko bulwy?! Poza witaminą K liść buraka dostarczy nam witamin A i C, ryboflawiny (witamina B2) oraz cennych minerałów: żelaza, magnezu, wapnia, potasu i miedzi [źródło].

6. Liście marchewki

Są jak najbardziej jadalne! Zawierają sześć razy tyle witaminy C co sama marchewka. Ponadto są świetnym źródłem potasu i wapnia oraz witaminy K, której w marchewce nie uświadczycie [źródło]. Uwaga! Niektóre osoby mogą wykazywać reakcję alergiczną po zjedzeniu liści marchewki (ze względu na obecność furanokumaryn).

[Źródło obrazka]

7. Liście winogron

Czy wiedzieliście, że liście winogron zawierają w 100 gramach dwa razy tyle witaminy A co marchewka? Pokrywają 550% dziennego zapotrzebowania! Ponadto zawierają ogromne ilości witaminy K oraz mają całkiem przyzwoitą zawartość B2, B3, B6 i B9 (kwas foliowy). Ponadto 100 gramów liści zaspokoi 36% naszego dziennego zapotrzebowania na wapń, 24 % na magnez, 21% na miedź i 15% na żelazo [źródło].

[Źródło obrazka]

8. Liście selera

Są niezwykle dobrym źródłem wapnia – w 100 gramach znajdziecie go aż 325 miligramów! Ponadto zawierają witaminę E i jod, chociaż w umiarkowanych ilościach [źródło]. 

9. Liście dyni

Tak, dobrze czytacie, liście dyni też są jadalne! Nie są one co prawda tak wartościowe jak pozycje dotychczas przeze mnie wymienione, niemniej jednak 100 gramów liści dostarczą nam witamin A i C oraz B6. Ponadto liście dyni są niezłym źródłem żelaza, magnezu, fosforu i potasu [źródło]. Niezwykłe jest to, że w innych częściach świata są one zupełnie naturalnym pokarmem – w Korei robi się z nich zupę, zaś w Afryce smaży się je np. z cebulą. Zerknijcie na komentarze pod [tym] artykułem.

[Źródło obrazka]

10. Liście rzepy

Podobnie jak liście buraka są doskonałym źródłem witaminy K. Ponadto zawiera dużo witaminy A oraz sporo witaminy C oraz kwasu foliowego. Liście rzepy dostarczą nam także przyzwoitych ilości wapnia i miedzi [źródło].

11. Liście pomidorów

Ten punkt kieruję zwłaszcza do osób uprawiających własną działkę, gdyż w sklepie liści pomidorów na pewno nie uświadczycie. Okazuje się jednak, że są one jak najbardziej jadalne (choć najlepiej wybierać listki jak najmłodsze)! Nie były co prawda badane ich wartości odżywcze, ale jestem pewna, że zawierają kilka ważnych dla nas witamin.Więcej na temat liści pomidora przeczytacie [tutaj].

[Źródło obrazka]

12. Liście mniszka lekarskiego (mlecza)

Co prawda mniszek nie stanowi części naszego codziennego menu, jednak czas to zmienić! Liście tej rośliny są fenomenalnym źródłem witaminy K – 100 gramów pokryje nasze zapotrzebowanie w 973%! Czyli wystarczy zjeść 13 gramów liści by zagwarantowali sobie potrzebną nam ilość tej witaminy! Ponadto liście mniszka zapewnią nam sporo witaminy A oraz pewne ilości witamin C i E, a ponadto wapń, żelazo i potas [źródło].

Czy to już koniec?

Oczywiście, że nie! Zachęcam Was do dalszych poszukiwań i eksperymentów. Powyższa lista jest dość reprezentatywna dla naszej strefy klimatycznej, jednak jadalnych liści jest znacznie, znacznie więcej! Jeśli temat Was zaciekawił, zachęcam do przestudiowania niezwykle kompletnej listy stworzonej przez Wikipedię [tutaj]. Warto jeszcze wspomnieć, że zupełnie jadalne są liście takich roślin jak:

  • Ogórecznik lekarski
  • Rzepak
  • Gorczyca czarna
  • Rośliny z rodziny komosowatych, np. komosa czerwonawa
  • Fenkuł włoski

Poradnik początkującego liściożercy

Skoro już wiemy, jak cenne i zdrowe są liście, powinniśmy jak najszybciej włączyć je do naszej diety! Jak to zrobić?

  • Starajcie się wybierać liście młode i stosunkowo małe. Starsze okazy zawierają więcej substancji toksycznych, które mają ustrzec roślinę przed szkodnikami.
  • Kupujcie warzywa na targu lub bezpośrednio u rolnika. Dzięki temu macie większą szansę na znalezienie bulw czy korzeni z liśćmi. Zawsze możecie też poprosić o ich nieobcinanie. Idealnie byłoby oczywiście znaleźć rolnika, który nie stosuje inwazyjnych środków ochrony roślin.
  • Spróbujcie uprawiać niektóre rośliny we własnym domu lub na balkonie! Dzięki temu będziecie mieli gwarancję świeżości listków. Ponadto z pewnością nie będą zanieczyszczone ani pryskane żadnymi chemicznymi substancjami.
  • Liście można gotować, smażyć, piec, a nawet jeść na surowo (chociaż w przypadku dyni i pomidora zalecam gotowanie – listki mają meszek, który na surowo będzie nieapetyczny). Warto dodawać je do każdego posiłku. Ograniczeniem jest jedynie nasza wyobraźnia. Już wkrótce zaprezentuję Wam pomysły na liściowe dania 🙂

Podsumowanie

Teoretycznie mówi się, że na świecie panuje głód. Guzik prawda! Po prostu my, którzy dumnie zwiemy się człowiekiem rozumnym – homo sapiens,  nie potrafimy odpowiednio zarządzać jedzeniem. Codziennie setki tysięcy ton liści są marnowane. Tym samym wyrzucamy na śmietnik setki tysięcy ton witamin i minerałów, a później idziemy do apteki, bo nam tychże witamin i minerałów brakuje… Gdzie tu logika? Dlatego zachęcam: Zostań pandą. Jedz liście.

Trzymajcie się zdrowo!

A jeśli nie chcecie przegapić moich artykułów, polubcie Jaskiniową Kuchnię na Facebooku [tutaj].

zosta-pand-jedz

~ Drożdżowe racuchy platanowe – bez glutenu, bez laktozy ~

Stęskniłam się za smakiem drożdży. Kiedyś wypieki drożdżowe były podstawą mojej diety – codziennie obowiązkowo chleb i bułeczki, a do tego czasem ciasto czy pampuchy. Ale czy drożdże w ogóle są paleo? Poszukałam, poszperałam i… Zdaniem Sary Ballantyne są one w najgorszym razie neutralne [źródło]. Jupi! Zanim jednak przystąpiłam do pracy, postanowiłam znaleźć więcej informacji. Niestety, okazało się, że dla osób z chorobami autoimmunologicznymi drożdże mogą być potencjalnym alergenem [źródło]. W ramach testowania nowych pokarmów postanowiłam jednak zaryzykować. I tym sposobem otrzymałam przepyszne racuszki! O matko, jak ja tęskniłam za tym drożdżowym smakiem…

P.S. Niedawno przebadałam się na nietolerancje pokarmowe. Drożdży niestety nie toleruję i obawiam się, że to może być problem wielu osób wrażliwych na gluten… Dlatego zachęcam do badań i samoobserwacji 🙂

Składniki (na 18 sztuk):

~ jeden duży żółty platan

~ dwa jajka

~ trzy czubate łyżki mąki (użyłam ryżowej, kasztanowa też się nada)

~ pół szklanki wody lub rzadkiego mleka kokosowego

~ łyżeczka drożdży suszonych (ok. 4 gramów)*

~ opcjonalnie czubata łyżeczka cynamonu

~ masło klarowane lub olej kokosowy do smażenia

* Apel do osób na diecie: Upewnijcie się, że drożdże są bezglutenowe!

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mielimy blenderem na gładką masę. Wylewamy ją na dobrze rozgrzany tłuszcz i smażymy na złoto. Serwujemy ze świeżymy owocami sezonowymi. Smacznego!

~ Uważaj! W tych produktach może kryć się gluten! ~

Dieta bezglutenowa staje się coraz bardziej popularna. Należy jednak pamiętać, że dla przeważającej grupy osób ją stosujących taki styl żywienia to nie przejściowa moda, a po prostu konieczność – zwłaszcza w przypadku celiakii czy innych chorób autoimmunologicznych (chociaż w tym przypadku badania dopiero zaczęły być prowadzone). Jeśli zdecydowałeś się na porzucenie glutenu z pobudek czysto ideologicznych, śladowe ilości tych białek roślinnych Ci nie zaszkodzą. Osoby chore muszą jednak przykładać ogromną wagę do tego, by w ich posiłkach nie znalazła się ani krztyna glutenu. Nawet śladowe ilości mogą się przyczyniać do rozszczelniania i uszkodzeń jelit. I dlatego właśnie przygotowałam dla początkujących bezglutenowców listę produktów, na które szczególnie należy uważać.

Czytaj etykiety!

Każdy zakup powinniśmy rozpocząć od dokładnej lektury składu produktu. Gluten występuje nie tylko w pszenicy, lecz także w życie i jęczmieniu oraz we wszystkich pochodnych tych zbóż – kaszach (chociażby w pozornie niewinnej kaszy mannie czy kuskusie), słodzie, occie słodowym, otrębach czy mąkach. Ponadto gluten może kryć się dekstrynie, maltodekstrynie, maltozie czy skrobi modyfikowanej – zależnie od tego, z jakiego zboża zostały uzyskane te substancje. Pamiętajcie też, że także owies jest obecnie bardzo mocno zanieczyszczony glutenem.

Na szczęście dziś większość firm zaznacza alergeny pogrubioną czcionką i podkreśleniem. Niekiedy jednak producent opisuje swój produkt dość enigmatycznie i początkujący bezglutenowiec może zupełnie nieumyślnie narazić się na kontakt ze szkodliwą dla siebie substancją.

Zanim zaczniemy naszą podróż po pokarmach najeżonych glutenowymi pułapkami chciałabym zaznaczyć, że niektóre osoby mogą cierpieć na nietolerancję pszenicy, a nie glutenu. Dlatego też inne zboża glutenowe (np. żyto) nie wywołują w nich objawów chorobowych. By jednak się przekonać o tym, czy cierpimy na nietolerancję właśnie tej frakcji białek, czy tylko pszenicy, należy wykonać odpowiednie badania. Ponadto chciałabym jeszcze zaznaczyć, że poniższe zalecenia powinny stosować przede wszystkim osoby cierpiące na celiakię. Kwestia szkodliwości glutenu przy innych chorobach autoimmunologicznych wciąż jest badana, jednak wiele wskazuje na to, iż ma on duże znaczenie dla rozwoju takich schorzeń jak Hashimoto czy reumatoidalne zapalenie stawów. Mimo to nie polecam działać na ślepo: najlepiej wykonać badania w kierunku celiakii i nietolerancji glutenu, gdyż jest to najbardziej wiarygodna ocena stanu naszego zdrowia*. Wiem jednak, że nie wszystkich na takie testy stać. W takim wypadku zastosujcie dietę eliminacyjną – na co najmniej miesiąc wyeliminujcie gluten z Waszej diety (ale w 100%, inaczej eksperyment się nie uda), a później spróbujcie go wprowadzić i obserwujcie swoje reakcje. Bóle brzucha, wzdęcia, biegunka, zamęczenie, bóle głowy, wysypka, kichanie czy bóle stawów mogą być objawami nietolerancji. Po takim eksperymencie warto podzielić się lekarzem z naszymi spostrzeżeniami i być może ten zaleci nam dalsze badania.

* Uwaga! Pamiętajcie, że testy także mogą być zawodne [źródło] i w niektórych wypadkach tylko dieta eliminacyjna pozwala stwierdzić obecność nietolerancji.

Gluten, gluten wszędzie

Niestety, taka jest smutna prawda. Zanim przeszłam na dietę bezglutenową i paleo, nie sądziłam, że życie osoby chorej może być tak problematyczne. Nagle musisz wykluczyć ok. 80% tego, co jadłeś do tej pory. Produkty, które dotąd były podstawą naszej diety, muszą wylądować w koszu na śmieci. Są to przede wszystkim:

1. Pieczywo, bułki i wszystkie produkty mączne (np. makarony). Jedynie przekreślony kłos daje nam gwarancję, że dany produkt jest wolny od glutenu*. Najczęściej jednak bezglutenowe pieczywo jest nafaszerowane konserwantami, więc jeśli już jeść chleb – to najlepiej ten pieczony w domu. A jeszcze lepiej przejść na dietę paleo i w ogóle nie przejmować się bezglutenowością naszego chleba 🙂

*Pamiętajcie jednak, że znak przekreślonego kłosa nie oznacza całkowitego braku glutenu w danym produkcie. Mogą kryć się w nim bardzo, ale to bardzo śladowe ilości (do 20 ppm – 20 części na milion), które zostały uznane za bezpieczne dla osób chorujących na celiakię [źródło]. Mimo to podobno dla niektórych osób nawet takie ilości mogą być szkodliwe, ale to wymaga dalszych badań.

2. Płatki muesli, płatki kukurydziane i wielozbożowe. Ostatnio co prawda Nestle wypuściło na rynek Corn Flakes bezglutenowe… Jest to jednak produkt wysoce przetworzony i nie powinien znaleźć się z zdrowej diecie.

3. Wszystkie zupy czy sosy w proszku, a także kostki rosołowe (chyba że producent oznaczył swój produkt jako bezglutenowy).

4. Przyprawy – na terenie zakładów produkcyjnych używana jest mąka i gluten unosi się w powietrzu; ponadto maszyny mogą być nim zanieczyszczone. Należy uważać na gotowe mieszanki typu vegeta. Na chwilę obecną jedyną znalezioną przeze mnie firmą przyprawową, która oznacza niektóre swoje produkty jako nie zawierające glutenu, są Dary Natury.

W przypadku przypraw należy zachować szczególną ostrożność. Większość z nich zawiera śladowe ilości glutenu [źródło zdjęcia].

5. Jogurty (zwłaszcza z aromatami i z dodatkiem zbóż). Jogurty naturalne, sery, mleko i śmietana powinny być bezpieczne, jednak w razie wątpliwości polecam skontaktować się z producentem. Dokładnie badajcie jednak skład serów pleśniowych, serów z przyprawami i serków topionych. Ponadto otrzymałam od czytelniczki informację, że ser, który kupiła zrobiony został na bazie… Piwa! Uważajcie na takie pułapki. Nie jest łatwe życie bezglutenowca, oj nie jest…

6. Batoniki, czekolada, pralinki, ciasteczka, chrupki, chipsy, krakersy, budynie – jeśli producent nie oznaczył swoich wyrobów jako bezglutenowe. Jak dotąd bezpiecznymi słodyczami dla bezglutenowców były wybrane produkty marki Goplana i według zapewnień producenta wciąż powinno tak być (na ten temat więcej pisze [tutaj] Bezglutenowa Mama).

7. Gotowe dania mrożone – pizze, zapiekanki, paluszki rybne w panierkach etc. Na szczęście nie wszystkie produkty mrożone są zanieczyszczone. Wg danych producentów mrożone frytki firm Aviko i McCain nie zawierają glutenu [źródło].

8. Musztarda, ketchup, majonez, chrzan – powinny być bezpieczne. Niekiedy jednak produkty te zawierają w składzie aromaty czy przyprawy, które mogą zawierać gluten. Ponadto mogą zawierać ocet, który nie był destylowany. Dlatego w razie wątpliwości najlepiej skonsultować się z producentem. Z moich poszukiwań wynika jednak, że produkty marki Heinz i ketchup firmy McDonald’s są bezpieczne [źródło].

9. Gotowe kiełbasy i produkty mięsne – przeważająca większość z nich jest zanieczyszczona glutenem. Nawet mięso mielone może zawierać dodatki glutenowe! Ponadto praktyczne wszystkie produkty wędzone są moczone w koncentracie dymu wędzarniczego. Ten zaś zawiera aromaty, w których może czaić się gluten… Najbezpieczniej jest więcej kupić kawałek mięsa i przygotować wędlinę w domu. A jeśli nie macie czasu, polecam poszukać firm oferujących produkty bezglutenowe, np. Konspol.

Nie dla bezglutenowca kiełbasa! [Źródło obrazka]

10. Kasze i mąki (pozornie) bezglutenowe – wg badań przeprowadzonych na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Osób z Celiakią i na Diecie Beglutenowej wiele mąk teoretycznie bezpiecznych (choćby kukurydziana, z cieciorki, gryczana) było zanieczyszczonych glutenem w stopniu znacznym (dokładny spis skażonych produktów znajdziecie tutaj). Ponadto w kaszach mogą zawieruszyć się obce ziarna – i to nawet jeśli producent oznacza swój produkt jako naturalnie bezglutenowy! Co więc robić? Albo przejść na dietę paleo, na której wyrzucamy wszystkie ziarna, albo kupować tylko produkty ze znakiem przekreślonego kłosa, albo dokładnie przebierać kasze tak jak to robi Bezglutenowa Mama [źródło]. Ja tam osobiście polecam jednak dietę paleo 😉

Wiem jednak, że dla niektórych z Was rezygnacja z kasz może być chwilowo awykonalna. Na szczęście takie firmy jak Kupiec robią wszystko co w ich mocy, by zminimalizować ryzyko skażenia własnych produktów glutenem. Mimo to należy pamiętać, że czasem pozornie bezglutenowe kasze czy mąki mogą być źródłem naszego złego samopoczucia. Absolutnie nie chcę Was tutaj straszyć, lecz jedynie uczulić. Czasem mamy pewność, że trzymamy się diety, a tymczasem skażenia kasz wywołują w nas objawy chorobowe. W takim przypadku warto wyeliminować je na jakiś czas z diety i zobaczyć, czy będzie różnica w naszym samopoczuciu.

11. Lody – jeśli zawierają dodatki w postaci wafelków na pewno zawierają gluten. Ponadto aromaty też mogą być dla nasz szkodliwe. Dlatego zawsze dokładnie należy czytać skład! [Tutaj] i [tutaj] znajdziecie oświadczenia Algidy na temat bezglutenowości ich produktów. Lody Grycan są z kolei całkowicie bezpieczne [źródło].

12. Piwo – zawiera słód jęczmienny, a więc i gluten. Zanieczyszczone glutenem mogą także być wódki kolorowe czy smakowe. Na szczęście wódki czyste zostały przebadane i są… czyste 😉 Bezpieczny do spożycia jest też cydr [źródło]. 

13. Gotowe sosy oraz sos sojowy – też mogą być niebezpieczne (zwłaszcza sos sojowy, gdyż zawiera pszenicę). Szukajcie bezglutenowych odpowiedników – na szczęście istnieją!

14. Suszone owoce – ze względu na zanieczyszczenie linii produkcyjnych glutenem. Dla mnie jest to istna katorga – czytam składy i wszędzie może być gluten! I ogarnia mnie rozpacz, że nawet wiórki kokosowe nie są bezpieczne. Uwaga! Także drogie produkty ekologiczne mają oznaczenia ostrzegające przed śladowymi ilościami glutenu. Słyszałam też, że owoce suszone i orzechy są posypywane mąką, by się nie zlepiały… Jednak nie wiem, czy to prawda, czy plotka.

Praktycznie wszystkie owoce suszone na polskim rynku mają na opakowaniu ostrzeżenie o śladowych ilościach glutenu [źródło obrazka].

15. Kiszonki i kwaszonki – producent może je wzbogacić octem słodowym lub przyprawami zawierającymi gluten.

16. Konserwy i produkty puszkowane – nawet pozornie bezpieczne szproty pomidorowe mogą zawierać gluten! [źródło].  Dlatego powtórzę: czytajmy etykiety!

17. Kawa – powinniśmy uważać na kawy rozpuszczalne, które mogą zawierać domieszki ziaren. Ostatnio pojawiła się jednak na rynku bezpieczna Inka Bezglutenowa (ale i tak osoby paleo z niej nie skorzystają, bo zawiera inne ziarna).

Uwaga! Nietolerancja glutenu często idzie w parze z nietolerancją laktozy czy kazeiny i dlatego wiele osób będzie zmuszonych uszczuplić powyższą listę o produkty mleczne czy zawierające białka mleka.

Gluten… w szmince?!

Jak do tej pory wymieniłam produkty niezbyt kontrowersyjne. Początkujący bezglutenowiec z pewnością poradzi sobie z wszystkimi potencjalnie na niego czyhającymi pułapkami. Istnieje jednak grupa artykułów, których w życiu byście nie zakwalifikowali jako glutenowe! Żeby jednak uniknąć możliwego kontaktu z tym białkiem roślinnym, uważajcie na:

1. Kosmetyki, a zwłaszcza szminki i pomadki – mogą zawierać ekstrakty ze zbóż, a więc i gluten. Szminkę niestety bardzo łatwo obliznąć i połknąć, więc jakieś ryzyko jest. Podobno też niektóre osoby cierpiące na celiakię źle reagują na kontakt skórny z glutenem znajdującym się np. w balsamach, to jednak wymaga dalszej weryfikacji. Niemniej jednak zawsze sprawdzajcie, czy na kosmetyku nie znajdują się pochodne tych nazw: Triticum vulgare (pszenica), Hordeum vulgare (jęczmień), Secale cereale (żyto), Triticale (pszenżyto), and Triticum spelta (orkisz). Pełen spis glutenowych dodatków używanych w produkcji kosmetyków znajdziecie tutaj.

Wiem, że brzmi to kosmicznie, ale nawet pomadka może mieć gluten. Też kiedyś śmiałam się z takich informacji, dziś jednak rozumiem, że dla niektórych osób gluten może być naprawdę problematyczny [źródło obrazka].

2. Pasta do zębów – podobnie jak szminka może zawierać gluten. Wg tego artykułu Aquafresh gwarantuje brak glutenu w swoich produktach, natomiast Colgate i Sensodyne nie mogą zagwarantować, że któryś ze składników używanych przy wyrobie past nie miał kontaktu z glutenem, zaznaczają jednak, że półprodukty przez nich używane są bezglutenowe (czyli ryzyko skażenia jest znikome).

3. Herbata (zwłaszcza aromatyzowana) – większość herbat nie zawiera glutenu i można je bezpiecznie pić. Problematyczne są jednak herbaty aromatyzowane, zwłaszcza sprzedawane na wagę. Dodawane do nich aromaty mogą zawierać gluten. Niestety sama się o tym przekonałam – po trzech miesiącach bezglutenowej diety zaparzyłam sobie pysznej herbatki… A później brzuch mi chciało rozsadzić. Wtedy zaczęłam szukać rozwiązania tego nietypowego incydentu… I wyszło szydło z worka. Nawet w herbacie może być gluten!

4. Aromaty do ciasta – podobnie jak w przypadku herbat, aromaty mogą zawierać gluten. Dlatego najlepiej napisać do producenta, czy jego produkt jest bezpieczny.

5. Drożdże – zależnie od tego, jak zostały wyhodowane i zapakowane. Więcej informacji na ten temat znajdziecie [tutaj]. Ponadto wg Dra. Oetkera jego drożdże instant są bezglutenowe [źródło].

6. Żelatyna – jeśli pakowano ją w jednej hali z produktami zawierającymi gluten, mogła zostać skażona. Dr. Oetker zapewnia o bezglutenowości swojego produktu [źródło]. Moim zdaniem jednak najbezpieczniejsza jest żelatyna w listkach, a nie w proszku.

7. Leki i suplementy – na szczęście coraz więcej firm decyduje się na używanie bezglutenowych wypełniaczy, jednak osoby chore wciąż muszą bardzo uważać i czytać składy, lub prosić o to farmaceutów. [Tutaj] znajdziecie spis leków bezpiecznych (chociaż na pewno wymaga on uzupełnienia, gdyż pochodzi sprzed 10 lat).

8. Opłatek – mimo że dla wielu święty, zawiera gluten i może wywołać nieprzyjemne konsekwencje! Dlatego w razie potrzeby porozmawiajcie z księdzem i poproście go o zakup bezglutenowego opłatka i wręczenia go Wam w czasie mszy.

9. Guma do życia – może zawierać skrobię. [Tutaj] znajdziecie zbadane gumy marki Orbit, które okazały się bezpieczne. Ponadto firma Wrigley twierdzi, że ich produkty są całkowicie bezglutenowe [źródło], jednak czytanie składu nikomu nie zaszkodzi 🙂

10. Ciastolina i masa Play-Doh – punkt ważny dla dzieci chorych na celiakię. Masa Play-Doh jest wytwarzana z mąki. W czasie zabawy dziecko nieświadomie może włączyć pełną glutenu rączkę do ust… Brzmi mało prawdopodobnie, ale lepiej minimalizować ryzyko.

11. Gotowe produkty oznakowane jako „smażone”, „w panierce”, „chrupkie”, „chrupiące” – nawet jeśli nie zawierają panierki, mogą być smażone na zanieczyszczonym uprzednio glutenem tłuszczu.

12. Koperty i znaczki – tak, dobrze czytacie. Klej znajdujący się na kopertach i znaczkach może zawierać gluten. Wystarczy polizać… i zrobi się nieprzyjemnie.

Koperty i gluten… Spodziewalibyście się tego? 😉 [Źródło obrazka]

To jeszcze nie koniec

Nawet jeśli jesteście pewni, że w spożywanym przez Was jedzeniu nie ma glutenu, musicie uważać na możliwe skażenia (zwłaszcza jeśli mieszkacie z osobami glutenowymi). O czym warto więc pamiętać? (poniższe informacje zostały zainspirowane [tym artykułem] i doświadczeniem własnym).

1. Deski do krojenia – w zarysowaniach może kryć się gluten. Dlatego najlepiej kupić sobie własne, czyste deski. Najlepiej też kupić nowe łyżki drewniane (jeśli takich używacie).

2. Tostery, opiekacze do chleba, gofrownice – najczęściej takich urządzeń nie da się dokładnie umyć, więc zawsze ryzyko skażenia jakieś jest.

3. Sitka (zwłaszcza te używane do przesiewania mąki).

4. Pojemniki i naczynia niewłaściwie umyte.

5. Gluten unoszący się w powietrzu – jeśli Wasi domownicy przygotowują jakiś glutenowy wypiek, drobinki mąki mogą osiąść na wszystkich powierzchniach, z których Wy później skorzystacie… Zalecam więc zachować szczególną ostrożność w takich przypadkach.

6. Bezglutenowa pizza – nawet jeśli dany lokal oferuje pizzę teoretycznie dla nas bezpieczną, w powietrzu może unosić się gluten i osiadać na naszym jedzeniu.

7. Imprezy rodzinne – to może być duże źródło stresu. Wyobraźmy sobie, że ktoś nożem pełnym okruchów chleba sięga po masło, po które następnie (zupełnie nieświadomie) sięgniemy my… Dlatego należy zachować stałą czujność. Niestety, nie jest to łatwe, a do tego bywa krępujące, ale taka jest cena zdrowych jelit.

8. Patelnie, garnki, blachy do pieczenia – muszą być dokładnie wymyte. Niektórzy kupują zupełnie nowe przyrządy do gotowania, jednak nie wszystkich na to stać.

9. Romantyczne chwile z ukochanym i ukochaną – jeśli Wasz luby (lub luba) zjedli przed chwilą pysznego pączka i naszło Was na czułości… Na pewno poza słodkim pocałunkiem otrzymacie drobinki glutenu. Co więc robić? Albo partner będzie musiał przejść na dietę bezglutenową, albo myć zęby po glutenowych posiłkach, albo tak komponować posiłki, by zawsze kończyć je warzywem lub owocem (marchewka doskonale czyści zęby). A gdyby kogoś ciekawiło, czy w spermie jest gluten, to odpowiedź brzmi NIE 😉

10. Nieświadomość bliskich – dla osoby zdrowej zachowywanie takiej ostrożności może być jakąś fanaberią. Dlatego poinstruujmy dokładnie naszych domowników. Niech zwrócą uwagę na to, czy przypadkiem nie pokroili nam arbuza nożem, którego przed chwilą użyli do przygotowania kanapek… Wiem z własnego doświadczenia, że na początku jest to trudne, jednak najczęściej rodzina chętnie współpracuje, gdyż zależy jej na stanie naszego zdrowia i dobrobycie naszych jelit 🙂

Pamiętajcie, że niewłaściwie umyte przybory kuchenne mogą być źródłem glutenu! [Źródło obrazka]

Ponadto na gluten należy uważać w restauracjach. Niestety, wyjście na miasto to dla bezglutenowca najczęściej katorga. Restauratorzy często nie rozumieją, że dla osoby chorej posiłek musi być przygotowany na czystej desce, świeżym tłuszczu, bez użycia przypraw znanych marek (bo wszystkie zawierają gluten). Dlatego też rok nie ośmieliłam się odwiedzić żadnej restauracji. Ostatnio jednak skusiłam się parę razy… I bywało różnie, czasem brzuch wzdął mi się jak balon, nie wiem, czy z przejedzenia, czy z obecności glutenu w potrawach 😉 Smutne to bardzo, że czasem my, bezglutenowcy (a zwłaszcza paleowcy), musimy czuć się jak wybryki natury – szkodzi nam coś, co znajduje się dosłownie wszędzie i jest podstawą diety przeważającej części społeczeństwa. Na szczęście nasza sytuacja stopniowo się poprawia i wielu restauratorów rozumie dziś nasze potrzeby.

Wiem, że na początku dieta bezglutenowa może się wydać trudna, a nawet niemożliwa do zrealizowania. Bo co tu jeść? Jak żyć?! Na szczęście natura dała nam prawdziwe bogactwo warzyw, owoców, mięsa i ryb, które są całkowicie wolne od glutenu. Bez mąki można nawet stworzyć pyszne wypieki – wystarczą platany i naleśniki czy ciasto powstaną w mig [więcej o platanach/plantanach przeczytacie tutaj]! Ponadto korzyści z porzucenia glutenu są nie do przecenienia – dzięki diecie bezglutenowej (i często bezmlecznej) wiele osób w końcu zaczyna normalnie trawić i przyswajać pokarm, a dolegliwości ze strony układu trawiennego stają się bardziej znośnie lub znikają całkowicie.

Pamiętajcie, że my, bezglutenowcy, musimy dbać o swoje prawa. Nie bójmy się pisać do producentów i żądać konkretnych odpowiedzi. Im więcej nas będzie, tym bardziej producenci żywności będą się troszczyć o nasze potrzeby. A w idealnym świecie przyszłości każdy bezpieczny dla nas produkt będzie oznaczony przekreślonym kłosem.

Trzymajcie się zdrowo!

A jeśli nie chcecie przegapić żadnego z moich artykułów, zapraszam na Jaskiniowego Facebooka [tutaj]!

~ Kupujesz gotowe ciasta? Czytaj etykiety! ~

Z przerażaniem obserwuję kolejki, które ustawiają się przed cukierniami. Bułeczki, pączki, gotowe ciasta… Łatwiej jest przecież kupić, niż zrobić. Ale czy zdrowiej?

Ostatnio odwiedził mnie wujek pracujący w piekarni. Opowiedział, że sanepid obecnie bardzo czepia się etykiet ich wyrobów. Jak dotąd stosowali rozwiązanie dla mnie dość kontrowersyjne (a nawet nieuczciwe): jako składniki wymienione były gotowe półprodukty (czyli na przykład: „masa toffi” czy „miód sztuczny”). Obecnie etykiety muszą zawierać dokładny wykaz, czyli składniki użyte w produkcji półproduktów także. Mój wujek wyglądał na bardzo oburzonego, bo „dla nich to znaczne utrudnienie”, a do tego „po co ludziom wiedzieć takie szczegóły”. Przywiózł mi także opakowanie po cieście konkurencyjnej firmy. Osobiście gotowego ciasta nie kupowałam parę lat i nie sądziłam, że może być aż tak źle. Zresztą sami przeczytajcie (zwróćcie uwagę zwłaszcza na przedostatnie zdanie podkreślone na czerwono):

.

.

W sumie jakikolwiek komentarz jest zbędny. Ciasto samo w sobie nie jest zdrowe (zwłaszcza jeśli nafaszerujemy je cukrem i glutenem), jednak taki wypiek gotowy jedzony regularnie… to gwarancja choroby w przyszłości. Dlatego zawsze kiedy kupujecie jakiś cukierniczy wyrób, zwróćcie uwagę na skład lub zapytajcie o niego sprzedawcę. Bo kto chciałby truć siebie i swoich bliskich?…

Dziś chciałabym Wam także zdradzić, jak wygląda wyrób ciast na masową skalę (mam nadzieję, że wujek piekarz mi to wybaczy). Dziś w branży piekarniczej można spotkać naprawdę ogromny wybór gotowych półproduktów: galaretek, kremów, polew… Czytałam ich etykiety. Praktycznie wszystkie takie produkty są oparte o syrop glukozowy lub glukozowo-fruktozowy. Do tego oczywiście dodaje się liczne konserwanty, utrwalacze i barwniki. Zamiast masła używa się margaryny. O prawdziwych jakach możecie zapomnieć, zamiast tego dostaniecie jajka w proszku (podobnie jak mleko, również będzie sproszkowane). Dla przykładu zrobiłam zdjęcia dwóch wiader, które dostałam z piekarni wujka. Pierwszy to skład farszu „kapusta z pieczarkami” (wybaczcie jakość, wiadro było dość stare):

.

.

Oczywiście znajdziemy w nim sorbinian potasu, bo jakże by inaczej? Ponadto mamy hydroksypropylofosforan diskrobiowy (E1442). „Jest on wytwarzany przez działanie na skrobię tlenkiem propylenu i kwasem fosforowym. Otrzymana skrobia modyfikowana jest bardziej stabilna w środowisku kwaśnym i zasadowym oraz bardziej odporna na działanie enzymów degradujących skrobię. Nadaje produktom lepszą barwę i połysk i zachowuje właściwości zagęszczające w cyklu zamrażanie-rozmrażanie. Skutki uboczne? Może spowolnić trawienie żywności w jelitach” [źródło informacji].

Mam też drugi produkt – termostabilne nadzienie z owoców tropikalnych. Oczywiście znów został wykorzystany sorbinian potasu. Reszta składników wygląda następująco:

.

.

Teoretycznie konserwanty spożyte w małych ilościach są bezpieczne. Na pewno nie były jednak prowadzone badania podłużne, by wykazać całkowitą nieszkodliwość tych substancji. Czy konserwanty jedzone regularnie przez 10 czy 20 lat są obojętne dla naszego zdrowia?… Nauka nie jest w stanie dostarczyć nam odpowiedzi na to pytanie. Warto też pamiętać, że dziś substancje konserwujące są obecne praktycznie w każdym produkcie, a ponadto w kosmetykach, z tego powodu nietrudno pewnie o przekroczenie zalecanego bezpiecznego spożycia. Dlatego wybierajmy prawdziwą żywność. Bez chemii.

Żeby jednak nie być zbyt krytyczną, muszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Dziś najważniejsza jest cena. Mój wujek ma rozeznanie na rynku i wie, że ogromna większość klientów chce kupować produkty jak najtańsze. Jakość praktycznie nie ma znaczenia. Produkt ma być słodki, ładny i tani. Dzięki konserwantom gotowy wyrób długo zachowuje świeżość, a koszty produkcji obniżają się. Do tego śliczne chemiczne kolorki przykuwają wzrok. Klient nasz pan.

Na szczęście część piekarni wychodzi na przeciw potrzebom świadomych konsumentów i znacząco ogranicza użycie środków konserwujących. Takie produkty są oczywiście droższe i ich cena często odstrasza biedniejszych klientów… Warto jednak pamiętać, że droższe nie zawsze znaczy lepsze. Niekiedy znane marki używają zupełnie tych samych konserwantów co firmy podrzędne. Dlatego jedyną skuteczną metodą oceny wartości danego produktu jest czytanie składu.

W smutnych czasach przyszło nam żyć. Nawet w kwestii ciast to pieniądz ma największe znaczenie, a nie zdrowie i życie ludzkie. Jakież to paradoksalne: dziś klient wyda mniej na ciasto czy chleb, zaś później będzie słono płacić za lekarstwa…

Jedyne, co możemy zrobić, to uświadamiać i zachęcać do mądrych wyborów żywieniowych. Dlatego proszę Was o przesyłanie tego artykułu do nieprzekonanych. Świadomość to jedyna skuteczna broń przed chorobami.

Trzymajcie się zdrowo!

 

~ Jak pozbyć się ciągot do słodyczy i mąki? ~

Współczesna dieta przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina oparta jest o dwa potężne filary: cukier i mąkę (głównie pszenną). Praktycznie każdy nasz posiłek zawiera jeden z tych składników. Co więcej, jeśli produkt zawiera mąkę, jednocześnie zawiera i cukier (bo wszak oba pokarmy to węglowodany, tylko o różnej budowie). Na szczęście ostatnio coraz więcej mówi się na temat szkodliwości tych produktów dla naszego zdrowia i dlatego tak wielu ludzi decyduje odrzucić te filary „tradycyjnej” diety. Często jednak ich próby kończą się niepowodzeniem i okazuje się, że zerwanie ze słodkim nałogiem wcale nie jest takie proste…

[Źródło zdjęcia]

Heroina, morfina, amfetamina i… cukier.

Obecność cukru i mąki w diecie jest dla nas tak naturalna, że doniesienia o ich szkodliwości często wzbudzają niezwykłe oburzenie. No bo jak coś tak pysznego może być niezdrowe?!

Trzeba jednak pamiętać, że istnieją cukry zdrowe i niezdrowe, a niektóre mąki są lesze od innych. Najbardziej szkodliwymi elementami współczesnej diety są zdecydowanie cukier rafinowany oraz słodziki (np. syrop gluzkozowo-fruktozowy), a także rafinowana mąka pszenna, przede wszystkim ze względu na gluten. A czym on w ogóle jest? Zbiorem białek roślinnych występujących głównie w pszenicy. Czy może być szkodliwy? Dla coraz większej liczby osób – tak. Czy dla wszystkich? Tego jeszcze nie wiadomo.

The New England Journal of Medicine stworzył listę 55 chorób, które mogą być powiązane z glutenem. Są to między innymi: osteoporoza, migreny, zespół jelita drażliwego, anemia, rak, zmęczenie, praktycznie wszystkie choroby autoimmunologiczne – Hashimoto, stwardnienie rozsiane, reumatoidalne zapalenie stawów [źródło]. Ponadto gluten łączy się z takimi schorzeniami neurologicznymi jak niepokój, depresja, schizofrenia, demencja, epilepsja czy neuropatia.

Liczba osób chorych na celiakię rośnie lawinowo – 50 lat temu chorowała na nią jedna osoba na 650, dziś – jedna na 120 [źródło]. Coraz więcej osób wykazuje też objawy nietolerancji glutenu (chociażby problemy trawienne: gazy, wzdęcia). Nauka nie odpowiedziała jeszcze na pytanie, czy w przypadku osób zdrowych wieloletnie spożywanie glutenu jest bezpieczne i nie wywołuje skutków ubocznych – wszystkie dotychczasowe badania opierają się o dość krótki przedział czasu. Moim zdaniem jednak prewencyjne ograniczenie spożycia tego białka nikomu nie wyjdzie na złe. Wszak istnieje wiele innych ziaren znacznie bogatszych w wartości odżywcze.

Wiem, wiem, dla wielu z Was ograniczenie produktów pszennych może okazać się awykonalne. Przyczyna tego jest prosta: peptydy znajdujące się w glutenie reagują z receptorami opioidowymi w mózgu, podobnie jak narkotyki z grupy opiatów (heroina, morfina). Takie samo działanie wykazuje kazeina w mleku. Te receptory wpływają na część mózgu odpowiedzialną za uzależnienie od jedzenia, a ponadto za takie stany jak „mgła” mózgowa, migreny, bóle głowy, senność, chroniczne zmęczenie, zachowania agresywne, humorzastość, niepokój, depresję i wysoką odporność na ból. Istnieje ogromna ilość badań pokazująca, że dieta pozbawiona glutenu i nabiału może pomóc osobom z ADHD, niepokojem, zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi, schizofrenią czy autyzmem [źródło].

Tak, Kochani, gluten to narkotyk. Co prawda bardzo słaby, ale jednak uzależnia. A co z cukrem?

Kiedy jemy słodkości, wydzielają się potężne ilości dopaminy. Im częściej spożywamy takie posiłki, tym większe ryzyko zmniejszenia się wrażliwości receptorów dopaminowych. Dlatego będziemy mieli coraz większą ochotę na słodkie i będziemy musieli jeść coraz więcej cukru, by spowodować pobudzenie ośrodka nagrody [źródło]. Przypomina Wam to coś? Przecież dokładnie tak samo działają narkotyki takie jak kokaina czy metamfetamina! Należy też wspomnieć o badaniach na szczurach, na które cukier działał równie uzależniająco co narkotyki takie jak kokaina [więcej tutaj i tutaj]. Warto też pamiętać, że współczesna dieta jest wręcz przeładowana rafinowanym cukrem i fruktozą (z syropu kukurydzianego) i spożywamy ich zdecydowanie za dużo. Polecam posłuchać co mówi na ten temat pan Jerzy Zięba [tutaj].

Chcesz zerwać z nałogiem? To wbrew pozorom wcale nie jest trudne. Zawsze możesz zrobić sobie też okres próbny diety – powiedzmy przez 30 dni. Jeśli po tym czasie nie poczujesz różnicy, to będę zdziwiona 😉

Uwaga! Poniższe wskazówki mogą pomóc Ci nie tylko w walce z cukrem czy mąką, ale też z innymi niezdrowymi ciągotami. Chciałabym też zaznaczyć, że cukier rozumiany jako węglowodany absolutnie nie jest zły – to jedno z naszych paliw, jednak należy go czerpać z mądrych źródeł. Szklanka Coli zawierająca sześć łyżeczek cukru na pewno nim nie jest.

Wskazówki praktyczne

Wiem, że dla niektórych perspektywa zmiany diety jest przerażająca. Niestety, Moi Drodzy, jeśli tak zalecił nam lekarz i jesteśmy poważnie chorzy, nie ma zmiłuj – musimy zacząć zdrowo się odżywiać. W moim przypadku wcale nie okazało się to trudne. Hashimoto mocno dało mi w kość i czułam się tak źle, że chwyciłam się ostatniej deski ratunku. Zupełnie bezproblemowo odrzucałam z diety kolejne pokarmy, które potencjalnie były dla mnie szkodliwe. I dlatego pierwsza zasada brzmi:

1. Jeśli jesteś w fatalnym stanie, zaakceptujesz wszystko, co może ci pomóc

Dziś obserwuje się prawdziwą epidemię chorób przewlekłych. Wielu z Was próbowało pewnie ulżyć sobie magicznymi tabletkami, które nie pomogły. Czułeś się coraz gorzej i gorzej…  Aż w końcu usłyszałeś o diecie, która może Cię uzdrowić. Musiałbyś być kompletnym głupcem, by nie spróbować, czyż nie? Kto nie chciałby poczuć się lepiej?

Uwaga! W tym punkcie tkwi pewna pułapka. Niektórzy wracają do starych nawyków żywieniowych, gdy tylko poczują się lepiej. Na szczęście objawy naszego schorzenia też szybko wrócą i siłą rzeczy będziemy musieli ponownie zastosować się do zdrowej diety. Żeby więc uniknąć nawrotu choroby, radzę nie rezygnować z warzywek i uczciwie trzymać się zdrowych zaleceń 🙂

2. Wyobraź sobie szkody, które cukier, mąka czy inny niezdrowy pokarm wyrządzają w Twoim organizmie

Dla mnie ta wskazówka była bardzo cenna. Swego czasu przeczytałam naprawdę wiele na temat wpływu glutenu na choroby autoimmunologiczne oraz na Hashimoto, na które choruję. W skrócie wygląda to tak, że gluten przyczynia się do rozszczelnienia jelit i powstawania przeciwciał, które niszczą mi tarczycę. A zatem: jedzenie glutenu = niszczenie sobie tarczycy. Musiałabym być naprawdę mało inteligentna, by na to pozwolić.

Co jednak począć z cukrem?… Rzecz jest bardzo prosta: wyobraźcie sobie mechanizm insulinooporności. Po wielu latach słodkiej diety macie to schorzenie prawie jak w banku, a od insulinooporności tylko krok do cukrzycy… Pomyślcie tylko: Wasze komórki nie chcą cukru, mają już dość, a Wy wciąż go dokładacie. Komórki krzyczą rozpaczliwe „NIEEEE”, a tu cukru przybywa… Insulina krzyczy „wpuście tę cholerną glukozę!”, komórki blokują się coraz bardziej, a w krwiobiegu jest coraz więcej cukru… Wyobraźcie sobie ten potężny krzyk, który roznosi się po Waszym ciele. Nie chcecie chyba do tego dopuścić, czyż nie?

3. Zaplanuj strategię

Masz dwie możliwości – albo skończysz z nałogiem od razu, albo będziesz stopniowo ograniczał niezdrowe produkty. W każdym wypadku musisz mądrze zaplanować nowy styl odżywiania, kupić dużo warzyw, znaleźć ciekawe i proste przepisy. Ja na dietę paleo przechodziłam stopniowo (zaczęłam od usunięcia glutenu, później nabiału i wszystkich ziaren) i myślę, że tak jest łatwiej. Wiem jednak, że istnieją osoby ambitne, które wolą dokonać ostrego cięcia. Sami znacie się na tyle dobrze, że powinniście wiedzieć, co okaże się dla Was najlepsze.

4. Zrób czystki w domu

Wyrzuć* wszystko, czego nie chcesz już nie będziesz jeść. Tak na wszelki wypadek.

* Co prawda jestem ogromną przeciwniczką wyrzucania jedzenia, jednak w przypadku cukru i mąki mam spore wątpliwości. To przecież niszcząca zdrowie trucizna… Oddając więc komuś te produkty, przyczyniamy się do pogorszenia jego stanu zdrowia. Dlatego chyba lepiej jednak je spalić, spopielić i wyrzucić, by nikogo nie kusiło 😉

5. Przeżyj pierwszy tydzień. Potem będzie już z górki

Najgorsze są pierwsze dni po odstawieniu glutenu czy cukru. Podobnie jak wszyscy narkomani przeżywamy wtedy objawy odstawienia. Będzie nas ciągnąć do zakazanych produktów, możemy stać się nerwowi (a nawet agresywni), wpadać w panikę, krzyczeć na bliskich… Ponadto może nas boleć głowa i zapewne będziemy czuć się bardzo zmęczeni.

W pierwszych dniach walki z nałogiem spróbujcie znaleźć sobie jakieś pochłaniające czas zajęcie (próba napisania epopei na miarę Trylogii będzie w sam raz). A jeśli czujecie, że to za mało, stwórzcie system nagród – za każdy dzień bez mąki czy cukru będzie Wam przysługiwać zakup nowej bluzki, książki, wędki, ciepłych skarpetek czy czegokolwiek, o czym zawsze marzyliście.

6. Nie zamieniaj cukru na inny cukier czy słodzik

To był mój duży błąd. Potrafiłam kupić sobie słoik miodu i zjeść parę łyżek na raz. Albo owoce suszone… Istne szaleństwo. Wciąż, niestety, mi się to zdarza. Kupię sobie syrop klonowy by przygotować jakiś przepis na bloga, a potem zjem znacznie więcej niż powinnam… Jest na to jedna rada: nie kupować. Jak nie ma w domu, to nas nie kusi. Ponadto musimy odzwyczajać się od słodkiego smaku, a słodziki tylko utwierdzają nas w nałogu.

Warto też słuchać swojego ciała. Gdy czasem poszaleję z cukrem, czuję się następnego dnia jak kompletna dętka. I tym oto sposobem ochota na cukier odchodzi na jakiś czas 🙂

A jeśli ktoś z Was byłby ciekawy, dziś moje spożycie cukru wygląda tak: co parę dni jem jakiś przysmak z platanów [więcej o nich tutaj]. Bardzo słodkie ciasta z owoców suszonych robię tylko wtedy, gdy mam gości (czyli co jakieś 1,5-2 miesiące). Czasem zjem sporo miodu czy syropu klonowego (i z tym muszę walczyć). Ponadto spożywam sporo owoców, ale staram się, by były różnorodne (np. czereśnie, porzeczki, agrest, truskawki…). Czasem pozwolę sobie też na zbyt dużo bananów (jak nie ma akurat nic innego do jedzenia, albo jestem na mieście). Nigdy nie gotuję ani nie piekę owoców, no chyba że przygotowuję jakiś przepis. Szkoda mi zabijać cennych witamin.

7. Poinformuj przyjaciół i rodzinę

Pierwsze kilka dni po odstawieniu cukru i mąki są najgorsze i najpełniejsze pokus. Dlatego lepiej poinformować zawczasu przyjaciół i bliskich o naszym postanowieniu i poprosić, by nie zapraszali nas na pizzę, ciasta czy lody. Zamiast tego chętnie pójdziemy z nimi na sałatkę czy kawałek mięsa.

8. Zamiast słodyczy i ciast jedz owoce

Cukier to zawsze cukier i dlatego z owocami też nie można przesadzać. Pamiętajcie jednak, że poza cukrem owoce zawierają też dużo witamin, minerałów i błonnika. Dlatego brzoskwinia czy maliny to zdecydowanie lepszy wybór od ciasteczka czy muffinki.

Uwaga! Pamiętaj, że sok z owoców to nie to samo co owoc! Sok w większości składa się z cukru, zaś to, co dobre (np. błonnik) pozostaje w miąższu. Nie zapominaj też, że prawie wszystkie gotowe soki są pasteryzowane, czyli pozbawione wielu cennych witamin.

9. Odkryj bogactwo świata mąk!

Odstawienie mąki pszennej jest cudownym doświadczeniem. Nagle odkrywasz,  że istnieje co najmniej 30 różnych rodzajów mąk! Ryżowa, gryczana, jaglana, teff, bananowa, z amarantusa… Eksperymentuj. Przygotowanie potraw z tych „oryginalnych” mąk z pewnością okaże się dla Ciebie ciekawą przygodą.

(A z czasem możesz nawet zupełnie zarzucić ziarna i przejść na dietę paleo. Wtedy masz do dyspozycji mąkę kokosową, żołędziową, z topinamburów, z kasztanów jadalnych… Uwaga! Mąki te jada się od święta, absolutnie nie są one podstawą diety. Zamiast tego jadamy warzywa, owoce, mięso, ryby i tłuszcze).

10. Znajdź motywację

Jeśli rzucasz cukier lub mąkę, musisz to robić dla siebie. Jeśli pragniesz zaimponować w ten sposób dziewczynie, lub spełnić prośbę męża/żony… Zapomnij. I tak wrócisz do poprzednich nawyków żywieniowych.

Czasem jednak rodzina czy przyjaciele mogą nas wspierać w postanowieniu, co będzie motywować do działania. Wyobraź sobie, że ostawienie mąki czy cukru może wydłużyć Twoje życie o cenny czas, który spędzisz z bliskimi lub przyjaciółmi. Lepszej motywacji chyba nie trzeba.

11. Nie działaj w pojedynkę

Zdecydowanie łatwiej pokonać jakąś trudność, gdy ktoś jest obok nas. Może Twój partner lub przyjaciel także pragnie zerwać z nałogiem? Kontrolujcie się wzajemnie, dzielcie doświadczeniami. Tak będzie łatwiej!

12.Pozwól sobie na cheat meal (posiłek niezgodny z dietą)

Czasem dobrze jest pozwolić sobie na jeden oszukańczy posiłek. Dla niektórych będzie to wielka ulga. Najlepiej ustalić limit na jeden czy maksymalnie dwa cheat meal w tygodniu. Nie ma wymówek. Dwa i kropka. Zjadłeś, miałeś radochę, a teraz wracaj do zdrowej diety. Z czasem potrzeba takiego oszukańczego posiłku będzie malała, jednak te dwa razy w tygodniu nie powinny nam zaszkodzić. Najważniejsze to zachowywać umiar 🙂 A jeśli by Was ciekawiło, jak powinna wyglądać zdrowa dieta, zapraszam [tutaj].

Uwaga! Jeśli musiałeś odrzucić gluten czy cukier z powodów zdrowotnych, często nawet jeden posiłek niezgodny z zasadami diety może zrujnować cały efekt naszych starań! Cheat meal zawsze musi być zgodny z zaleceniami lekarza czy dietetyka. Na szczęście większość pacjentów zapewne będzie mogła sobie pozwolić na okazjonalną porcję deseru z owoców suszonych czy ciasta z kokosa.

 13. Użyj hipnozy

Jeśli powyższe wskazówki okażą się niewystarczające, warto sięgnąć po hipnozę. Jak to działa? Wprowadzamy się w stan głębokiej relaksacji (w Internecie znajdziecie mnóstwo nagrań pomagających osiągnąć odprężenie, można też takie nagranie przygotować samodzielnie). Następnie powtarzamy sobie choćby takie zdanie: Mój organizm pragnie jeść warzywa i owoce. Odżywiam się zdrowo. Dbam o swoje ciało. Czuję się wspaniale. Słodycze zawsze są dla mnie obojętne. Oczywiście można doprowadzić to do ekstremum i zaprogramować się tak, byśmy po każdym pączku, ciastku czy batoniku mieli mdłości. Takie ćwiczenie musimy powtarzać codziennie, najlepiej o tej samej porze i w tym samym miejscu.

Pewnie część z was właśnie popukało się w czoła. Na szczęście, moi drodzy, hipnoza to nie żadne bzdury a fakty. Mamy moc wpływania na naszą podświadomość i tworzenia mechanizmów, które będą kierować naszym zachowaniem. I zostało to udowodnione naukowo! Przedstawię Wam przykład dość ekstremalny, ale bardzo ciekawy: W dwóch badaniach z lat siedemdziesiątych zajęto się wpływem hipnozy na powiększenie piersi. Ochotniczki codziennie wprowadzały się w stan medytacji. Eureka! To działa! Ich miseczki powiększyły się przeciętnie o dwa rozmiary [źródło]. Skoro więc możemy wpłynąć na wzrost piersi, tym bardziej jest możliwa zmiana naszych preferencji smakowych. Najważniejsze to być wytrwałym.

Ta metoda doskonale sprawdzi się też w przypadku palaczy.

 .

Gratulacje! Tym oto sposobem uczyniłeś pierwszy krok do zdrowszego JA! Wiesz już, co może Ci pomóc w rezygnacji ze słodkiego lub mącznego nałogu. Nie czekaj, zacznij już dziś. Natura stworzyła dla nas prawdziwe bogactwo zdrowych i wartościowych pokarmów. Po co sięgać po produkty pozbawione witamin i minerałów? Po co się truć? Mamy jedno życie. Chyba lepiej spędzić je w doskonałej kondycji, czyż nie?

[Tutaj] znajdziecie Jaskiniowy Facebook.

P.S. Wiem, że większość z Was jest zdrowa i nie widzi potrzeby zmiany nawyków żywieniowych, lub nie chce sobie odmawiać przyjemności, „bo życie jest za krótkie”… Sama kiedyś nie chorowałam i myślałam zupełnie tak samo, dziś jednak wiem, jak ogromne znaczenie dla naszego zdrowia ma to, co spożywamy. Nie jest możliwe jedzenie ogromnych ilości cukru i pozostanie zdrowym. Choroba może pojawić się za pięć, dziesięć, czy dwadzieścia lat, ale na 95% przyjdzie, czy to w formie chorób układu sercowo-naczyniowego, czy to w formie insulinooporności, a nawet cukrzycy. Zawsze jest lepiej zapobiegać, niż leczyć. Spróbujcie ograniczyć szkodliwe produkty, a Wasze ciała będą Wam za to wdzięczne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

~ Lody bez laktozy i rafinowanego cukru: bananone i platanowe ~

https://dysk.onet.pl/api/manager/?thumbnail&link=u23i2&id=b1b085eab23df8e196f899117b125886&size=FW końcu nadeszły upały! Wszyscy wokół narzekają, natomiast ja, typowa Hashimotka, jestem przeszczęśliwa: jest ciepło, nogi mi nie marzną i mogę spać pod samym kocem! A jakby tego było mało wysokie temperatury to idealna okazja by zaskoczyć bliskich domowymi lodami! Pamiętajmy, że te sklepowe to najczęściej marne podróbki, które w życiu nie widziały śmietany i składają się głównie z cukru… I właśnie dlatego warto wykonać ten deser w domu, zwłaszcza że wysiłek przy ich tworzeniu jest praktycznie żaden i przy jednym nakładzie pracy otrzymamy dwa różne smaki 🙂 Takie lody zachwycą nie tylko dorosłych: są niezwykle zdrową alternatywą dla dzieci. 🙂

(A tak w nawiasie Pan Jaskiniowy stwierdził, że to moje lody są prawdziwe, zaś wszystkie sklepowe mogą się schować… W nagrodę dostał dokładkę!)

Składniki (dla czterech osób):

~ puszka mleka kokosowego (kremowego i bez konserwantów)

~ 3 żółtka*

~ 20 gramów oleju kokosowego

~ dwa banany (waga ok. 220 gramów)

~ jeden czarny duży platan* (ma ważyć ok. 215 gramów po obraniu); o platanach/plantanach więcej [tutaj]

~ dwie czubate łyżki karobu

~ dwie łyżki wody z kewry (lub parę kropli dowolnego aromatu, np. waniliowego)

~ łyżka miodu

* Jeśli nie możecie jeść jajek, pomińcie je i zwiększcie ilość oleju i bananów. Platany można oczywiście zastąpić bananami, jedyna różnica będzie w smaku.

Przygotowanie:

Mleko koksowe wlewamy do garnuszka, dodajemy żółtka i olej kokosowy, mieszamy i podgrzewamy aż masa delikatnie zgęstnieje (nie przestajemy mieszać!). W osobnej misce mielimy banany. Gdy mleko z żółtkami trochę przestygnie, wzbogacamy je miodem, a następnie połowę tej mikstury dolewamy do bananów i mielimy na gładko blenderem. W tym momencie możemy też dodać aromat (woda z kewry sprawdzi się wyśmienicie i nada lodom orzeźwiającą nutę). Czekamy aż masa osiągnie temperaturę pokojową i wkładamy do zamrażarki.
W osobnej misce mielimy platana i karob na gładką masę. Powoli dolewamy wcześniej przygotowane i przestudzone mleko kokosowe (ważne, by nie było gorące, wtedy platan by się ściął) i całość ponownie mielimy blenderem. Wkładamy do zamrażarki.

W tym momencie przepis się rozwidla: jeśli dysponujecie maszynką do lodów, postąpcie zgodnie z instrukcją producenta. Ja jakiś czas temu taki sprzęt nabyłam i bardzo się z niego cieszę. Lody są gładkie i dobrze wyrobione. Uwaga! Po wyrobieniu lodów w maszynce musimy jeszcze włożyć je do zamrażarki. Jeśli zaś nie dysponujecie maszynką, co 40 minut wyjmijcie lody z zamrażarki i przemielcie je blenderem. Po 4-7 godzinach (zależnie od mocy zamrażarki) będą gotowe.

Lody serwujemy ze świeżymi owocami. Smacznego!

A jakby ktoś był ciekawy, mój facebook znajduje się [tutaj].

~ Czy istnieje dieta idealna? Czy Twoja dieta taka jest? ~

Pierwsze skojarzenie ze słowem „dieta” to zdecydowanie „odchudzanie”. Niewielu z nas postrzega dietę jako zbiór wszystkich pokarmów, które spożywamy na co dzień. W tym sensie każdy jest na jakiejś diecie, choćby i składała się ona z ziemniaków, mąki i kasz. Rzadko kiedy zastanawiamy się, czy taki jadłospis w ogóle jest dla nas dobry. Ktoś kiedyś uznał, że skoro taki model żywienia się przyjął, musi zapewniać nam wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Mimo że przyjmujemy to za pewnik, warto zapytać się czy rzeczywiście taka dieta jest dla nas idealna?

Typowy jadłospis przeciętnego Polaka nie jest zbyt wyszukany: na śniadanie płatki z mlekiem lub kanapka (latem z pomidorem), następnie jakaś przekąska (najczęściej znów jest to kanapka spożyta w pracy lub  w szkole); obiad to zupa (coraz częściej z papierka), do tego ziemniaki, makaron lub kasza z kotletem i surówką. Na deser budyń, ciasto, ciasteczka, czekolada, opcjonalnie owoc. W ramach podwieczorku sięgamy po jogurt, a kolacja to znów kanapki.

Oczywiście przedstawiłam Wam bardzo uproszczony schemat, który, niestety, dla wielu jest codziennością. Współcześnie przyjęło się traktować jedzenie głównie jako źródło energii: jemy bo jesteśmy głodni. Mało kto z nas myśli o pokarmie jako o źródle minerałów i witamin, które są nam potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Jeśli źle odżywimy nasze komórki (a w konsekwencji nasze ciało), pojawi się choroba, która jest niczym innym jak zaburzeniem harmonii (homeostazy) organizmu. I dlatego teraz niech każdy z Was odpowie uczciwie na pytanie: Czy Twoja codzienna dieta dostarcza Ci niezbędnych witamin – A, B1, B2, B3, B5, B6, B9, B12, C, D, E, K, K2; minerałów – wapnia, cynku, jodu, selenu, miedzi, żelaza, magnezu oraz kwasów tłuszczowych Omega-3 i Omega-6 w odpowiednich proporcjach (najlepiej 1:3)? Jeśli nie potrafisz odpowiedzieć, dokładnie zanotuj swój tygodniowy (a jeszcze lepiej – dwutygodniowy) jadłospis, a następnie przy pomocy takiej strony jak [ta] lub [ta] oblicz, jakich substancji odżywczych i w jakiej proporcji dostarczyłeś swojemu organizmowi. Jeżeli nie masz ochoty (lub czasu) na tak szczegółowe dochodzenie, jest druga opcja: zanotuj swoje dwutygodniowe menu i zobacz, jak zróżnicowana jest Twoja dieta. Jeśli codziennie jadasz niemal to samo, istnieje ogromna szansa niedoborów. Uwaga! Należy pamiętać, że nawet jeśli nasze spożycie witamin i minerałów mieści się w normach rekomendowanych przez Instytut Żywności nigdy nie wchłoniemy i przyswoimy w stu procentach tego, co zjedliśmy. Wielu osobom brakuje dobrych bakterii, które pomagają strawić pokarm; ponadto w jedzeniu znajdują się związki przeciwodżywcze, takie jak choćby kwas fitowy, zmniejszający ilość przyswajanego magnezu, wapnia czy żelaza (artykuł na ten temat pojawi już wkrótce).

Jeśli jednak jesteś pewien, że Twoja dieta dostarcza Ci wszystkich substancji odżywczych, gratuluję! Jesz mądrze i istnieje ogromna szansa na to, że problemy zdrowotne Cię ominą i będziesz cieszył się długim życiem. A co w przypadku osób, które negatywnie odpowiedziały na moje pytanie?…

Twoja dieta ewidentnie wymaga zmiany. I dlatego zapraszam Cię w podróż po świecie diet idealnych.

Malinki. Jedzmy jak najwięcej!

.

Dieta idealna – ale która?

Z dobie Internetu każdy z nas ma dostęp do nieskończonej ilości informacji, zaś nowe idee i koncepcje rozpowszechniają się szybciej niż kiedykolwiek. Dzięki temu każdy z nas może zająć się poszukiwaniem Arki Przymierza, w której znajdziemy przepis na idealne żywienie. Wybór jest naprawdę szeroki.

Świat diet zaczyna się oczywiście od propozycji dla osób odchudzających się. Diety Atkinsa, Dukana, South Beach czy dieta The Skinny Bitch obiecują cudowną utratę kilogramów w bardzo krótkim czasie. Te plany żywieniowe zostały zaprojektowane w konkretnym celu i z całą pewnością nie są to diety mogące być stosowane przez całe życie (lub nawet przez dłuższy czas). Z tego powodu nie poświęcę im więcej uwagi. Nie odpowiem Wam także na pytanie czy działają – nigdy nie musiałam z nich korzystać.

Na szczęście istnieje też wiele diet, które możemy stosować na co dzień i które mają nas utrzymać w znakomitym zdrowiu. Najpopularniejsze z nich to:

1. Dieta paleo oparta o warzywa, mięso, ryby, owoce, tłuszcze.

2. Dieta Kwaśniewskiego oparta na tłuszczach.

3. Dieta witariańska 80:10:10.

4. Dieta oparta na grupie krwi.

5. Dieta wegetariańska.

6. Dieta wegańska.

I inne.

Pomidorki, jeszcze niedojrzałe. Niestety, mimo wszystkich walorów odżywczych, u niektórych mogą powodować alergię!

Pewnie zastanawiacie się, która z powyższych diet jest najlepsza i najzdrowsza. Oczywiście każdy „wyznawca” danego planu żywieniowego będzie uparcie twierdził, że to jego model jest najbardziej zrównoważony. Wiem z doświadczenia, że takie deklaracje powodują straszny mętlik i często nie wiemy już, czego powinniśmy się trzymać… Dlatego opracowałam kryteria diety idealnej (poza punktem pierwszym kolejność jest przypadkowa):

1. Ma dostarczać wszystkich potrzebnych witamin i minerałów

Jest to zdecydowanie najważniejszy punkt. Wiele diet wyklucza dziś całe grupy produktów (np. nabiał) i dlatego ważne jest, by zalecone zostały alternatywne źródła danych substancji odżywczych (choćby wapnia). Ponadto diety prezentują najczęściej ogólne wytyczne i to my sami musimy troszczyć się, by niczego nam nie zabrało. Nawet jeśli odrzucimy gluten lub wszystkie zboża bez problemu jesteśmy w stanie dostarczyć niezbędnych witamin i minerałów, chociażby zwiększając spożycie warzyw i owoców (zwłaszcza tych pierwszych). W tym punkcie powstaje jednak pewna mała sprzeczność: a co z dietami wegańskimi i wegetariańskimi, które nie dostarczą nam odpowiedniej ilości witamin B12 i D?… Czy to złe diety, skoro jesteśmy skazani na dodatkowe suplementy?

2. Czujesz się z nią dobrze pod względem etycznym

Miałam w życiu okresy, kiedy dosłownie brzydziłam się mięsa i bardzo mi nie smakowało. Dlatego w pełni rozumiem osoby, które nie chcą go jeść. Oczywiście brak białek zwierzęcych wymaga mądrego skomponowania planu żywieniowego i odpowiedniego łączenia białek roślinnych tak, by powstały aminokwasy egzogenne, bez których nie możemy żyć. Pokarmy pochodzenia zwierzęcego zapewniają nam także wiele związków, których nie możemy czerpać z roślin (choćby kolagen). Wiem jednak, że logika i wiedza są w tym wypadku bezsilne, bo mimo najlepszych nawet argumentów silna bariera psychiczna może spowodować, że dla niektórych każda próba zjedzenia mięsa zakończy się odruchem wymiotnym.

Czy istnieją przeciwwskazania do stosowania diety wegetariańskiej czy wegańskiej? Moim zdaniem tak. Jeśli cierpimy na chorobę autoimmunologiczną pokarm odzwierzęcy bardzo ułatwia proces leczenia (choćby słynny rosół na kościach jest tutaj niezbędny). Ponadto dla osób z bólami stawów nie ma lepszego remedium niż kolagen ze stawów zwierząt (podobne leczyć podobnym!). Dlatego też osoby chore powinny przemyśleć celowość diety wegetariańskiej, a najlepiej skonsultować się z tej kwestii z lekarzem. Jeśli zaś koniecznie chcemy nie jeść mięsa, proponuję zwykły wegetarianizm, gdyż weganizm będzie zdecydowanie zbyt restrykcyjny. A możemy przecież kupować jajka, masło czy miód z ekologicznych hodowli, w których troszczy się o zwierzęta, zaś ich dary będą formą podziękowania za ich karmienie i tworzenie im warunków do życia.

3. Jest przystosowana do Twojego stanu zdrowia

Każda choroba niesie ze sobą konieczność pewnych ograniczeń pokarmowych. W przypadku cukrzycy i chorób serca konieczne jest ograniczenie spożycia węglowodanów. Duże znaczenie mają także nasze nietolerancje pokarmowe, dziś coraz powszechniejsze. Co więcej, często łączą się one z alergiami wziewnymi: jeśli jesteś uczulony na pyłki zbóż, wykluczenie zbóż z diety powinno przynieść Ci ulgę. W moim przypadku dieta paleo znacznie zneutralizowała objawy alergii – w końcu przestałam kichać!

4. Dostarcza Ci odpowiedniej ilości kalorii

Kalorie same w sobie nie są złe. Złe natomiast może być źródło, z którego pochodzą. Jeśli czerpiesz energię z pszennego chleba przypominającego gąbkę, nie zdziw się, gdy odwiedzi Cię jakaś choroba. Taki pokarm co prawda daje Ci siłę do działania, jednak nie dostarcza Ci niezbędnych minerałów i witamin. Dlatego też możesz czuć się najedzony, zaś Twoje komórki będą przymierać głodem. Z tego powodu unikaj tzw. „pustych kalorii”, czyli produktów pozbawionych niezbędnych dla nas substancji odżywczych.

5. Sprawia Ci przyjemność i jednocześnie jest zdrowa

Jedzenie musi być przyjemne, a przynajmniej – nie może być przykre. Jeśli rozpocząłeś dietę opartą na produktach, których nie znosisz, szybko wrócisz do poprzednich nawyków. Co jednak zrobić, gdy przyjemność sprawia Ci jedzenie makaronu, pizzy, chleba i słodyczy?… Musisz sobie uświadomić, że są to pokarmy najbardziej uzależniające, które często pobudzają w naszym mózgu te same ośrodki co narkotyki. „Uzależniony od mąki” i „Klub Anonimowych Cukroholików (KAC)” brzmią zabawnie, czyż nie? Niestety, te pokarmy stanowią realny problem. Gdyby jeszcze były zdrowie! Ale nie – w przeważającej większości to wcześniej wspomniane „puste kalorie”. Co więc zrobić by zerwać z nałogiem?

Stopniowo włączaj do diety coraz więcej warzyw i owoców, a także ograniczaj spożycie cukru i białej mąki. Na szczęście rośliny są przepyszne i nawet dieta pozbawiona ziaren (taka jak paleo) dostarczy nam ogromnej przyjemności w trakcie jedzenia. A i od czasu do czasu możemy pozwolić sobie na deser wykonany bez rafinowanego cukru.

6. Opiera się o produkty lokalne

Owoce tropikalne, choć są przepyszne, musiały dotrzeć do nas z bardzo daleka. Dlatego nie zawierają już tak wielu witamin jak po zerwaniu z krzaka. Z tej przyczyny ważne jest opierać dietę o produkty jak najświeższe, a te egzotyczne traktować jako okazjonalną przekąskę. Oczywiście zimą jest to trudne, ale jeśli tylko możemy, korzystajmy z lokalnych darów natury! Moim zdaniem to właśnie na warzywach i owocach (a zwłaszcza na tych pierwszych) powinno opierać się nasze żywienie.

7. Została dostosowana do zmiany pór roku

Oczywistym jest, że latem nie będziemy żywić się tak samo jak zimą. Na szczęście Natura idealnie nas do tego przystosowała. Z tego powodu w porach ciepłych możemy czerpać większość energii ze świeżych warzyw i owoców, zaś zimą zwiększyć podaż tłuszczów i białka. Ważne jest także słuchać swojego ciała oraz instynktu – ja chociażby zimą miałam ogromną ciągotę to tłuszczu, teraz nieco mi ona osłabła.

8. Jest przystosowana do możliwości Twojego portfela

Wiadomo, że najzdrowsze są produkty organiczne. Jeśli jednak Cię na nie stać, nie miej wyrzutów sumienia! Staraj się jeść jak najzdrowiej możesz. Ponadto niekiedy możesz pozwolić sobie na pokarm bardziej „luksusowy”, choćby nierafinowany olej kokosowy (to też świetny pomysł na prezent). Oprzyj swoją dietę na warzywach i owocach, które na szczęście są tanie, a już zwłaszcza kupowane na targu bezpośrednio u rolnika.

9. Jest różnorodna

Jeśli codziennie jadasz ten sam chleb z serem i szynką z całą pewnością nie dostarczasz sobie odpowiedniej ilości witamin i minerałów. W diecie ważna jest różnorodność. Warto też stosować system rotacyjny (np. codziennie jedząc inną kaszę czy inne warzywa).

Orzechy włoskie. Mimo że są bardzo zdrowe, zalecam ostrożność, gdyż zawierają bardzo dużo prozapalnych kwasów Omega-6.

.

10. Jest wolna od konserwantów i sztucznych dodatków

Wiem, że ten punkt najtrudniej wprowadzić w życie. Pamiętajcie jednak, że jedzenie nafaszerowane chemią to prosta droga do choroby. I dlatego musimy robić wszystko, co w naszej mocy, by postawić się producentom żywności. Nie kupujmy produktów, których skład jest litanią różnych „E”*. Nasze ciało będzie nam za to wdzięczne.

* Pamiętajcie jednak, że nie wszystkie „E” są szkodliwe. Niektóre z tych związków są pochodzenia naturalnego!

Te kryteria powinny Wam ułatwić ocenę Waszej obecnej diety. Wiem jednak, że brakuje odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jaka powinna być proporcja białek, węglowodanów i cukrów? Przyznam Wam szczerze, że im więcej czytam na temat diet, tym lepiej rozumiem, że nie ma idealnej proporcji: są osoby, którym służy dieta o dużej przewadze węglowodanów (np. 80:10:10), inni z kolei zachwalają sobie dietę Kwaśniewskiego. Istnieją też osoby, które kompletnie odrzuciły węglowodany i żyją w stanie ketozy czując się świetnie (taką dietę poleca się zwłaszcza dla cierpiących na stwardnienia neurologiczne, w tym stwardnienie rozsiane). Każdy z nas jest inny. Niektórym będzie służyć dieta o wysokiej zawartości tłuszczu, zaś dla innych okaże się szkodliwa. Najważniejsze to słuchać reakcji swojego organizmu. Kiedy coś nam wyraźnie nie służy, nie zmuszajmy się do jedzenia za wszelką cenę, „bo to zdrowe”. Pamiętajcie:  Jeśli dieta dostarcza nam wszystkich potrzebnych witamin i minerałów, proporcje węglowodanów, białka i tłuszczu możemy ustalić metodą prób i błędów, by ocenić które paliwo jest w naszym wypadku najbardziej efektywne. A w razie wątpliwości polecam skonsultować się z dietetykiem.

Ponadto w przypadku diety bardzo ważne jest, co dzięki niej chcesz osiągnąć. Inaczej będzie wyglądać żywienie sportowca, inaczej osoby chorej czy statystycznego Kowalskiego. Słyszałam o biegaczach, którzy jedzą głównie banany i służy im to doskonale. Osoby chore z kolei często muszą wykluczyć wiele pokarmów, by poczuć się lepiej. Zwykły Jan Kowalski chce po prostu żyć i mieć energię. I z tej właśnie przyczyny nie istnieje dieta idealna dla wszystkich – każdy ma inne potrzeby, żyje w innym klimacie, cierpi na odmienne schorzenia.

Na szczęście jest jedna rzecz, co do której praktycznie wszystkie diety są zgodne – produkty niezdrowe, które natychmiast powinieneś usunąć ze swojego jadłospisu:

1. Rafinowany cukier i mąka (żegnajcie ciasteczka!)

2. Produkty wysoko przetworzone, paczkowane i pełne konserwantów

3. Tłuszcze trans (np. margaryna)

4. Uwodornione tłuszcze roślinne (smażenie na olejach roślinnych odpada!)

Czy Twoja dieta jest idealna? Mam nadzieję, że teraz jesteś już w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Pamiętaj, że jesteśmy tym co zjemy i dobre żywienie dziś zapewni Ci dobre zdrowie jutro. A jeśli jesteś już chory, zdrowa dieta może znacząco złagodzić objawy Twoje schorzenia, a nawet pozwolić Ci osiągnąć stan remisji. „Niech jedzenie będzie Twoim lekarstwem” (Hipokrates).

Trzymajcie się zdrowo!

Szczypiorek. Bardzo łatwo go uprawiać w doniczce na balkonie i codziennie dorzucać do sałatki. Pycha! 🙂

Jeśli nie mamy nietolerancji lub alergii, nabiał, jajka i pomidory dostarczą nam wielu składników odżywczych.

~ Skończyłam studia! Moje refleksje i przemyślenia ~

Postanowiłam tchnąć w mojego bloga pewien powiem świeżości i dlatego dziś nie będzie ani przepisu, ani artykułu o zdrowiu. Będzie zaś trochę o mnie. W poniedziałek zakończyłam moją edukację (a przynajmniej pewien jej etap) i z tego powodu chciałabym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na ten temat oraz wpływem, jaki studia wywarły na moje zdrowie i życie. Ponadto przedstawię Wam kilka refleksji dotyczących polskiego systemu edukacji.

Liceum Już Nie Ogólnokształcące

Teoretycznie po sześciu latach nauki w szkole podstawowej oraz po trzech klasach gimnazjum młody człowiek powinien potrafić określić swoje zainteresowania i dalszy kierunek kształcenia. Na tym założeniu bazują wszystkie najnowsze reformy edukacji, coraz bardziej zawężające zakres materiału, który uczeń ma opanować.

To, niestety, nie działa i wiem z doświadczenia, że wszystkie te zmiany opierają się na błędnych przesłankach. Młody człowiek w wieku lat 16 w większości wypadków nie jest w stanie podjąć decyzji, która będzie rzutowała na całą jego przyszłość. Ponadto system rozszerzeń jest zupełnie chybiony, gdyż bardzo ogranicza możliwość powrotu do punktu wyjścia i dokonania innego wyboru.

Pamiętam, że bardzo trudno było mi wybrać idealne liceum, w końcu jednak zdecydowałam się na profil dwujęzyczny z wiodącym językiem niemieckim. Zarówno w liceum, jak i gimnazjum wszystkie przedmioty szły mi bardzo dobrze (a już zwłaszcza język polski i języki obce) i dlatego zupełnie nie wiedziałam, jaki kierunek studiów wybiorę w przyszłości. Wszystko mnie ciekawiło, wszystko było fascynujące (z wyjątkiem fizyki, oczywiście), co znacznie utrudniało podjęcie decyzji.

Dopiero w ostatniej klasie, po ogromnych rozterkach, postanowiłam studiować filologię hiszpańską. Wtedy też odkryłam, że jednak muszę zdawać na maturze język angielski, a historia z kolei nie jest mi już potrzebna. Co ciekawe, nie byłam wyjątkiem.

Niewielu moich rówieśników już od początku liceum wiedziało, jaką drogę obierze w życiu. Chyba połowa z nas podjęła decyzję w ostatniej chwili i nagle okazało się, że konieczne jest zdawanie na maturze geografii, matematyki czy chemii… Mimo korepetycji kilku osobom nie udało opanować się materiału na rozszerzenie w rok i, niestety, ich plany spaliły na panewce.

Zupełnie inaczej system edukacji wyglądał za czasów mojej o siedem lat starszej siostry. Nie było rozszerzeń, liceum trwało cztery lata i rzeczywiście zasługiwało na miano „ogólnokształcącego”, zaś na studia zdawało się egzaminy. Taki model sprawdzał się wyśmienicie, na co dowodem jest chociażby moja licealna polonistka, która ukończyła klasę biologiczno-chemiczną i bez problemu dostała się na filologię polską.

Współczesny system rozszerzeń wyrasta także z wymagań uczniów, nieustannie narzekających: „Po co mam się uczyć matematyki, skoro idę na filmoznawstwo?”. Ano, złotka moje młode, dlatego, że wybraliście liceum ogólnokształcące, które ma Wam dać ogólną wiedzę o otaczającym nas świecie.

Niestety, mimo tych wszystkich ulepszeń, wiedza, którą uczeń wynosi z liceum, z każdą kolejną reformą jest coraz mniejsza. Moja siostra, porównując swoje podręczniki z moimi, często łapała się za głowę: „I to niby jest na rozszerzenie?! Za moich czasów przerabialiśmy to w pierwszej klasie!”.

W obecnym systemie coś ewidentnie nie działa, skoro dziś, po pięciu latach od ukończenia liceum, nie pamiętam praktycznie nic z fizyki, chemii, matematyki… I odnoszę wrażenie, że nie jest to tylko mój problem.

Studia, ach studia…

W dzisiejszych czasach studiowanie stało się naturalną kontynuacją liceum. Ma to oczywiście wpływ na sposób funkcjonowania uniwersytetów, które przestały być placówkami stricte naukowymi. Obecnie od szkół wyższych wymaga się przede wszystkim przygotowania studenta do realiów rynku pracy.

Studia wybierałam z wyraźnym przeświadczeniem, że po ich ukończeniu będę wiedziała absolutnie wszystko, ba, stanę się wręcz Alfą i Omegą hiszpańskości. Na całe szczęście dziś, po pięciu długich latach, dostrzegam infantylność swoich ówczesnych przekonań. Dwie uczelnie wyższe, na które uczęszczałam, skutecznie wyleczyły mnie z perfekcjonizmu.

Studia pierwszego stopnia wspominam bardzo pozytywnie. Większość prowadzących dysponowała ogromną wiedzą, którą potrafiła przekazać w sposób ciekawy i inspirujący. Jedynie niewielka część wykładowców niegodnie reprezentowała ideały szkolnictwa wyższego: niekiedy popełniali rażące błędy, a ich zajęcia były słabo przygotowane. Trzy czy cztery lata temu bardzo denerwowała mnie taka postawa. Dziś jestem bardziej wyrozumiała.

Pierwsze trzy lata na uczelni wyższej upłynęły mi dość szybko i bez nadmiernych emocji. Stres zaczął się w wakacje: na studia drugiego stopnia zgłosiło się stosunkowo mało osób i nie było wiadomo, czy kierunek w ogóle zostanie otwarty. Całe wakacje nieustannie śledziłam rozwój sytuacji, dzwoniłam, odwiedzałam dziekanat. Nic nam nie obiecywano, ale słyszałam, że kierunek „raczej” powinien zostać uruchomiony. Mimo to na wszelki wypadek zarejestrowałam się na studia zaoczne w Innym Mieście (chcę zachować anonimowość uniwersytetów).

Ostateczna decyzja dotycząca filologii hiszpańskiej została podjęta 26 września. Tak, Moi Drodzy, dobrze czytacie: cztery dni przed rozpoczęciem roku akademickiego. Tego też dnia udałam się do Innego Miasta (wyruszyłam już o 5:30), gdyż był to ostatni dzień rejestracji dokumentów. Od dziesiątej czekałam pod pokojem rekrutacyjnym, zaś moi rodzice dzwonili do uniwersytetu w moim mieście rodzinnym, by poznać decyzję rektora. O jedenastej dowiedziałam się, że kierunek jednak nie zostanie uruchomiony. I tak zaczęły się moje studia zaoczne w Innym Mieście.

Na początku zmianę przyjęłam z ogromną dozą ulgi – mogłam spędzać więcej czasu w domu, zaczęłam udzielać korepetycji… Do tego postanowiłam zacząć kolejne studia dzienne w moim rodzinnym mieście. Zgłosiłam się do dziekana z prośbą o przyjęcie mnie na drugi kierunek w ramach rekompensaty za nieuruchomienie mojej filologii hiszpańskiej. Dziekan nie wyraził zgody, i to nawet widząc łzy mojej rozpaczy. Stwierdził, że już jest po rekrutacji i że zaprasza za rok. Na odchodne pocieszył mnie, że na pewno wyjdzie mi to na dobre. I rzeczywiście wyszło, mimo że w tamtym momencie czułam jedynie rozpacz i wściekłość.

Tym oto sposobem spokojnie studiowałam sobie tylko zaocznie (i na całe szczęście!). W styczniu postanowiłam szukać pracy i znalazłam ją w szkole językowej. Wtedy też zaczął się rzut mojej choroby – wzięłam na siebie zbyt dużo obowiązków, początki w pracy bardzo mnie stresowały, wyjazdy do Innego Miasta były dość uciążliwe, a do tego odżywiałam się niezbyt zdrowo… I tak zaczął się okres bardzo trudny i depresyjny, który jednak bardzo mnie rozwinął i pchnął moje życie na zupełnie nowe, niespodziewane tory.

Pisałam Wam już kiedyś [tutaj], że ten rzut zainspirował mnie do szukania innych metod radzenia sobie z moją chorobą, odkrycia diety paleo i prowadzenia bloga. I dlatego dziś dziękuję Wszechświatowi, że studia w moim rodzinnym mieście nie zostały uruchomione. Dzięki temu odkryłam nową pasję, dietetykę, a także nową drogę w życiu – pomoc wszystkim cierpiącym na Hashimoto. Te przykre doświadczenia pozwoliły mi poznać gorsze oblicze wrednego japończyka i zrozumieć, jak uciążliwe może być to schorzenie. Zaczęłam też pracować, co naprawdę cenię, gdyż nasza szkoła językowa jest miejscem absolutnie wyjątkowym, szefowe są przesympatyczne, pełne szacunku i wsparcia, zaś atmosfera tego miejsca sprawia, że czuję się prawie jak w domu…

Niekiedy złe chwile z czasem nabierają sensu. Ścieżki życia są niepojęte.

Koniec studiów – podsumowanie

Doskonale wiadomo, że na studiach zaocznych zakres omawianego materiału jest mniejszy niż na studiach dziennych. Czy to źle? Niekoniecznie.

Wiem z doświadczenia, że wszystko zależy od studentów i ich chęci do pogłębiania swojej wiedzy. W moim rodzinnym mieście były osoby, które zupełnie nie przykładały się do pracy i praktycznie zawsze zdawały poprawki. Na studiach zaocznych większość osób miała tak wiele obowiązków związanych z pracą, że niewiele pozostawało im czasu na naukę. Rozumieli to też wykładowcy i dlatego zakres materiału nie był zbyt uciążliwy do opanowania (a mimo to często ponad połowa osób nie zdawała egzaminów). Ja osobiście najbardziej cenię zajęcia z wykładowcami najbardziej wymagającymi. Zwłaszcza wykłady z literatury prowadzone były na najwyższym poziomie i naprawdę dużo z nich wyniosłam.

Bardzo ważnym doświadczeniem było też dla mnie pisanie pracy magisterskiej. Miałam ogromne problemy z rozpoczęciem swojego dzieła i najbardziej zniechęcała mnie myśl, że praktycznie nikt tych sześćdziesięciu stron nie przeczyta… Mimo to pisałam cierpliwie i nigdy nie pozwoliłam sobie na bylejakość. Na szczęście moją pracę recenzował jeden z moich najulubieńszych wykładowców, oceniający surowo, ale i rzetelnie. Otrzymałam bardzo pozytywną opinię i dziś jestem z siebie autentycznie dumna.

Studia zaoczne pozwoliły mi dojrzeć i rozwinąć się, a także zupełnie zmienić mój wcześniejszy punkt widzenia. Zawsze byłam perfekcjonistką, zaś dziś wiem, że nie sposób jest nauczyć się wszystkiego, gdyż nasza wiedza jest tylko malutką kropelką w oceanie niewiedzy… Ponadto kontakt z doktorami i profesorami pozwolił mi zrozumieć, że nawet tytuł naukowy nie jest świadectwem wiedzy absolutnej. Poznałam profesorów, którzy otwarcie przyznawali się do wątpliwości, mimo ogromnej znajomości swojej dziedziny. Dlatego też wiem, że nie będę szła dalej ścieżką naukową (co w pewnym momencie planowałam), gdyż zawsze pozostanie mi niedosyt wiedzy, którego nigdy nie zaspokoję. Wolę pisać dla Was, dzielić się moimi doświadczeniami i tak długo, jak ktoś uzna moje artykuły i przepisy za przydatne, obiecuję je tworzyć 🙂

Na dzień dzisiejszy czuję ulgę. Nie muszę być perfekcyjna, bo nikt nie jest. Dzięki tej świadomości w pełni rozumiem lekarzy – skoro ja przez 5 lat edukacji poznałam ledwie marny wycinek literatury, językoznawstwa i kultury hiszpańskojęzycznej części naszego świata, nie mogę wymagać, by lekarz dysponował wiedzą absolutną na temat funkcjonowania naszego ciała, zwłaszcza że wciąż jest ono stosunkowo słabo poznane. Ponadto istnieje zasadnicza różnica między studentami tego samego kierunku: w moim wypadku zarówno studenci trójkowi, jak i piątkowi otrzymali tytuł magistra filologii hiszpańskiej. Dlatego czasem różnica między dwiema osobami noszącymi ten sam tytuł „lek. med” bywa tak rażąca: kiepski student najpewniej będzie kiepskim lekarzem.

Co więc możemy robić? Uczyć się i rozwijać przez całe życie, zachowując jednak pełną świadomość naszej niedoskonałości. Nikt z nas nie zdobędzie wiedzy absolutnej, ale nie zniechęcajmy się! Najważniejsze to nie spocząć na laurach. Stagnacja oznacza powolną śmierć. Ruch i działanie to życie. Żadna wiedza nie jest nam dana raz na zawsze i bez nauki jesteśmy skazani na zapomnienie.

Trzymajcie się zdrowo!