~ Hashimoto i błędy endokrynologów: ciąg dalszy ~

Dziś nadszedł czas na zakończenie artykułu o błędach popełnianych przez endokrynologów. Temat ten wzbudza wiele kontrowersji: wielu z nas obwinia lekarzy za nietrafną diagnozę, złe leczenie czy brak zainteresowania i empatii. Ja sama rok temu dosłownie kipiałam ze złości, myśląc o tym, jak wiele cierpienia przysporzyła mi niewiedza tak zwanych „specjalistów”. Dziś staram patrzeć na tę kwestię obiektywniej. Każdy człowiek popełnia przecież pomyłki, tyle że błąd lekarza boli znacznie bardziej, gdyż, niestety, wywiera bezpośredni wpływ na nasze zdrowie i życie. Dlatego też zamiast „zmiatać” pomyłki specjalistów pod dywan, trzeba o nich mówić, i to jak najwięcej. Być może w dobie Internetu i technologii lekarze będą się uczyć na błędach swoich kolegów?… Bo przecież krytyka niepomyślnej działalności doktorskiej ma na celu tylko jedno: dobro pacjenta.

[Źródło obrazka]

Ostatni artykuł zakończył się kwestią syntetycznej lewotyroksyny oraz normami laboratoryjnymi, które powszechnie obowiązują, a jednak nie zawsze pokazują prawdę. Dziś nadszedł czas na zajęcie się dietą oraz schorzeniami współwystępującymi z Hashimoto. Ponadto postanowiłam kontynuować numerację z poprzedniego artykułu: a nuż kogoś najdzie ochota na zebranie wszystkich błędów w jedną, przerażająco długą listę?

Najczęstsze błędy endokrynologów, ginekologów i niekiedy innych „logów” – ciąg dalszy:

9. Nieinformowanie pacjentów o dobroczynnych skutkach zmiany diety

Pamiętam, że kiedy przy pierwszej wizycie zapytałam moją obecną endokrynolog czy dieta ma znaczenie w leczeniu Hashimoto, odpowiedziała z całym przekonaniem: „Absolutnie nie”. Oczywiście jej uwierzyłam, i to nawet z pewną dozą ulgi: Ufff, mogę żyć jak dotąd, nie muszę nic zmieniać, nadal będę jadła batoniki bez wyrzutów sumienia 😀 Pani doktor stwierdziła jedynie, że w sumie to mogłaby mi zalecić ograniczenie stresów, ale przecież w dzisiejszych czasach to i tak nie możliwe… Więc nawet nie ma o czym mówić.

Jakiś czas później odwiedziłam jednego z najsłynniejszych profesorów w Łodzi. On również stwierdził, że dieta nie ma znaczenia. Jedynym zaleceniem było unikanie zimnych napojów, lodów oraz jodu. I tyle.

Rok temu poczułam, że czas zacząć pracować nad swoim zdrowiem, zwłaszcza że Hashimoto dało mi dość mocno w kość. Przeglądałam coraz to nowe strony, przecierając szeroko oczy ze zdumienia. Czyżby dieta jednak miała znaczenie w tej chorobie? Okazało się, że tak. Zaczęłam jeść inaczej: zdecydowałam się na dietę paleo (i protokół autoimmunologiczny). Dziś moje wyniki znacznie się poprawiły (a nawet są najlepsze w całej historii mojej diagnostyki!), zaś przeciwciała mam tak niskie jak nigdy (zawsze było to ok. 700-800, dziś jest 360). Cud?

Nie ma się co oszukiwać: zamydlono nam oczy, a my posłusznie na to pozwoliliśmy. Praktycznie każda reklama leków wmawia nam, że na większość schorzeń istnieje magiczne lekarstwo w postaci malutkich tabletek: zażyjesz i po chwili jesteś zdrów jak ryba! Czy w jakimkolwiek spocie wspomina się o zmianie trybu życia? Zachęca do zdrowszego odżywiania się? Niestety, Kochani: telewizja serwuje nam w tej kwestii odmóżdżającą papkę, chcąc nas usilnie przekonać, że można najeść się ciast, wziąć tabletkę na wątrobę i wszystko będzie jak w bajce. I większość z nas w to uwierzyła. Lekarze chyba także.

Dieta ma ogromne znaczenie, nie tylko w przypadku Hashimoto, a każdej choroby. Jesteśmy tym, co zjemy, a nawet – tym, co wchłoniemy. Dlatego bardzo dziwi mnie, że wielu lekarzy zdaje się o tym nie wiedzieć, ba, że na informację o diecie reagują wręcz oburzeniem. Jak wspomina Kasia:

Przerobiłem wielu endokrynologów i żaden nie wspomniał o wpływie diety na Hashimoto. Po tym jak odkryłam waszą grupę, zaczęłam pytać i usłyszałam tylko, że dieta nie ma wpływu na tę chorobę i to są jakieś bzdury…

Czasem do oburzenia lekarza dochodzi jego niewiedza. Tak wybuchowej mieszanki doświadczyła na sobie Ilona:

Od mojego endokrynologa dowiedziałam się, że nie dostanę skierowania na krzywą cukrową, bo jak się ma insuliooporność to objawem jest otyłość. Ja nie jestem. Każdy lekarz na moją wzmiankę o diecie patrzył jak na kosmitę 😉 Ja nawet z nimi nie dyskutuję. Proszę o receptę i sobie idę.

Innym razem lekarze na wzmiankę o diecie reagują ze stoickim spokojem. Endokrynolog Natalii stwierdził, że:

‚Dieta tylko jeśli chce pani schudnąć, a tak to nie trzeba’.

Basia natomiast miała kontakt z kilkoma endokrynologami. Ich „mądrości” brzmiały następująco:

Hashi nie daje objawów; dieta nie jest potrzebna; tyje się od słodyczy, a nie od tarczycy; przecież pani jest nadal szczupła (co z tego że ważę 5 kilo więcej); dziś wszyscy mają chorą tarczycę, tylko niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą; kto pani w ogóle zdiagnozował to Hashimoto… I wiele, wiele innych.

Innym lekarzom z kolei coś „dzwoni”, ale nie wiedzą, w którym kościele. Posłuchajcie opowieści Emili:

Ja gdy zakomunikowałam endo, że odstawiłam gluten usłyszałam, iż od tej francuskiej diety na świecie już się odchodzi – najwyraźniej pomyliła z Montignac’iem. Poza tym standard, badanie tylko TSH, suplementy też nie, bo to przecież sztuczności. Złe samopoczucie i częste przeziębienia nie mają nic wspólnego z Hashimoto. Wizyta to 4 minuty – wypisanie recepty i „proszę pokazać łokcie”.

Wiadomym jest, że lekarz lekarzowi nierówny i że posiadanie tytułu „lek.med” nie czyni nikogo fachowcem w swojej dziedzinie. Czasem jednak wizyta u specjalisty nasuwa na myśl dziecięcy wierszyk: „Siała baba mak, nie wiedziała jak, a dziad wiedział, nie powiedział, a to było tak”. Może czas stworzyć wersję tej rymowanki dla dorosłych?… Kamila na tarczycę chorowała, ulgi nie znajdowała; jak pomóc lekarz wiedział, nie powiedział, a to było tak:

Moja ostatnia lekarka prowadziła mnie przez prawie 3 lata, widziała jak rośnie guz i tylko wypisywała Euthyrox. Kiedy dowiedziałam się o diecie bezglutenowej i o nią zapytałam, to się okazało, że lekarka wie, iż jest skuteczna w niektórych przypadkach, ale jej NIE PROPONUJE PACJENTOM BO JEST UCIĄŻLIWA I LEPIEJ WYCIĄĆ TARCZYCĘ W WIEKU 23 LAT I MIEĆ Z GŁOWY….

Smutne to, ale prawdziwe. Kiedyś natrafiłam na wypowiedź pewnego amerykańskiego lekarza, który stwierdził (cytat z mojej prawie niezawodnej pamięci): „Nie zalecam moim pacjentom diety, bo wiem, że łatwiej jest człowiekowi rzucić alkoholizm niż zmienić nawyki żywieniowe”. Czyżby taki pogląd był powszechny wśród polskich medyków?…

Drodzy lekarze, apeluję: dajcie pacjentowi możliwość wyboru. Poinformujcie go o potencjalnych korzyściach diety i niech chory sam zadecyduje, co z tą wiedzą zrobić. Muszę jednak zaznaczyć, że sama rekomendacja diety bezglutenowej to za mało – należy wiedzieć, jak poprawnie ją stosować. Wbrew pozorom zastąpienie pszenicy gotowym chlebem bezglutenowym naszpikowanym konserwantami może przynieść więcej szkód niż korzyści. Za jakiś czas rozwinę tę kwestię w osobnym artykule 🙂

.

10. Nieodpowiednie podejście do pacjenta

Ten punkt jest najbardziej uniwersalny ze wszystkich i zdecydowanie może się odnosić do całego personelu medycznego i do lekarzy wszystkich specjalności.

Już parę lat temu dostrzegłam jedno w największych niedociągnięć w edukacji lekarzy: nikłą wiedzę psychologiczną. Na studiach medycznych przyszli medycy uczą się psychologii przez jeden semestr (sprawdziłam – tak jest na Uniwersytecie Wrocławskim, a więc i pewnie na każdym innym w Polsce). Zapewne założenie jest takie, że lekarze nauczą się kontaktu z pacjentem w czasie swoich praktyk i z pewnością w wielu wypadkach to wystarczy. Lecz, niestety, nie zawsze.

Parę razy miałam w życiu do czynienia z medykami niemiłymi, a nawet grubiańskimi. Czasem „specjaliście” zdarzyło się urazić moje uczucia. Nie to jednak jest najgorsze, a przerażająca obojętność powszechnie spotykana wśród medyków. Wielu lekarzy, których odwiedziłam, praktycznie nawet na mnie nie spojrzało: zerknęli na wyniki, wypisali receptę i już, do widzenia za pół roku.

Doskonale rozumiem, że dwudziestu (a nawet trzydziestu czy czterdziestu) pacjentów dziennie skutecznie zabija w lekarzu resztki empatii. Człowiek wszak nie jest maszyną.

Wiem także, że lekarz jest tylko człowiekiem i miewa gorsze dni. Dlatego jednak w czasie studiów medycznych powinno kłaść się duży nacisk na szkolenie przyszłych lekarzy w zakresie panowania nad własnymi emocjami, presją i zmęczeniem (a do tego oczywiście zmienić system tak, by lekarz nie przyjmował więcej niż 15-20 pacjentów dziennie). Przy takiej prewencji grubiańskie zachowanie, jakiego doświadczyła Ania, pewnie by nie zaszło:

Kiedy ja powiedziałam, że się  źle czuje, że zapominam się ostatnio bardzo często i że mi to w pracy przeszkadza, lekarka odpowiedziała, że ona na bystrość umysłu nic nie poradzi. Poczułam się jak głupek kompletny.

Wielu lekarzy uznaje, że ich zadaniem nie jest zajmowanie się psychiką pacjenta, bo dlatego istnieje psychiatria, czyli zupełnie inna specjalizacja (zupełnie jakby człowiek był zbiorem zupełnie nie połączonych ze sobą układów). Zgadzam się oczywiście, że czasem warto dmuchać na zimne i że wizyta u psychiatry może być wskazana, niekiedy jednak następuje pewna nadinterpretacja, jak miało o miejsce w przypadku Olgi:

Cierpię na częste bóle głowy i wymioty. Lekarz skierował mnie na konsultację do psychiatry, a ten zadał mi jedno pytanie: „czy jak zwymiotuję to odczuwam ulgę, czy czuję się lepiej?”. Odpowiedziałam, że tak. No bo to logiczne, że jak coś mi zalega w układzie pokarmowym i nie mogę przetrawić, a w końcu po męczarniach zwymiotuję – no to czuję ulgę. Diagnoza lekarza brzmiała: bulimia!

Hashimoto jest jednostką na tyle niewdzięczną, że może przybierać wiele twarzy. Wielu chorych musi borykać się z problemami z pamięcią i koncentracją, zaburzeniami trawiennymi, bólami stawów… A do tego często z brakiem zrozumienia ze strony lekarza. Na szczęście w dobie Internetu medycy muszą starać się coraz bardziej i wydaje mi się, że dziś grubiaństwo lekarzy jest stosunkowo rzadkie. A przynajmniej chcę w to wierzyć.

.

11. Brak holistycznego spojrzenia

Hashimoto jest „niezwykłą” chorobą: niekiedy praktycznie nie niesie ze sobą żadnych objawów, innym razem zaś atakuje tak mocno, że pacjent ledwo trzyma się na nogach. Ja sama poznałam co najmniej dwie twarze tego podłego japończyka (całe szczęście, że nie pięćdziesiąt!). Przez większość życia czułam się całkiem nieźle i nie postrzegałam siebie jako osoby chorej. Zdarzyły mi się jednak także rzuty choroby, które przypominały spadanie w czarną studnię bez dna.

W tym miejscu chciałabym podkreślić, że moje teksty piszę z perspektywy osoby znającej oba oblicza Hashimoto. Wiem, że część z Was praktycznie nie odczuwa symptomów tej choroby i z bezbrzeżnym zdumieniem czyta o całym wachlarzu możliwych skutków ubocznych. Życzę Wam z całego serca, obyście nigdy nie musiały i nie musieli poznawać tej brzydszej twarzy pana Hashimoto 🙂

Osoby, które zostały wcześnie zdiagnozowane, najczęściej nie wymagają specjalnego leczenia: Euthyrox lub Letrox + witamina D oraz dobra dieta w zupełności im wystarczą. Problem zaczyna się, gdy Hashimoto zostało odkryte po paru latach poszukiwań i zdążyło zasiać potężne spustoszenie w naszym ciele. Dla pacjenta jest to stan wysoce niekomfortowy, gdyż najczęściej jest on odsyłany od jednego specjalisty do drugiego oraz zasypywany dziesiątkami leków na najprzeróżniejsze schorzenia: problemy z sercem, podwyższony cholesterol, depresję, bóle stawów… Wbrew pozorom tak przewlekle chorzy pacjenci istnieją, a medycyna ma im przerażająco mało do zaoferowania. Posłuchajcie historii Magdy:

Już nie mam siły do tych lekarzy… :(( od jakiś 3-4 miesięcy mam zdiagnozowane Hashimoto (ale nie biorę na to żadnych leków, gdyż TSH mam poniżej 2 i Pan dr stwierdził że nie ma sensu dawać na to żadnych tabletek…). Do tego mam hiperprolaktynemię, zespół policystycznych jajników, insulinooporność, tężyczkę, boreliozę, problemy ze stawami i mięśniami (silne bóle i sztywność karku), ciągle tyję, jestem bardzo opuchnięta (zwłaszcza na brzuchu, twarzy i ramionach), jestem ciągle przemęczona , rozdrażniona, nerwowa, mam problemy z pamięcią i koncentracją, mam ogromne problemy ze skórą (bardzo przesuszona, alergiczna, często pojawiają mi sie czerwone wypieki i plamy na twarzy i szyi), wypadają mi włosy, mam problemy trawienne, bardzo złą przemianę materii i prawdopodobnie zakwaszenie organizmu, ciągle uderza mi gorąco do głowy, zalewają mnie poty, od roku bardzo często mdleję i tracę przytomność…..

:((( szukam lekarza który spojrzy na moje problemy całościowo i NAPRAWDĘ potrafi ogarnąć te wszystkie endokrynologiczne choroby i w końcu zlecić odpowiednie leczenie:(( Już mam dosyć chodzenia po lekarza którzy i tak rozkładają ręce bo nie wiedza jak mnie prawidłowo leczyć:(( Ostatnio od dłuższego czasu chodzę do dr X z Warszawy, ale i ten nie wie jak mi pomóc… jest coraz gorzej :(( już jestem załamana… mam malutkie dziecko…. i te problemy zdrowotne bardzo mi utrudniają życie :((


Gdy czytam takie historie, to naprawdę współczuję zarówno lekarzom, jak i pacjentom. Gdzie w ogóle zacząć leczenie, gdy tyle narządów choruje? Jak przynieść ulgę?… Wbrew pozorom takie przypadki nie należą do rzadkości. Ba, ja sama nawet żyłam przez wiele lat z osobą przewlekle chorą: moja mama przez ponad 20 lat odwiedzała specjalistów wszelkiej maści, aż w końcu okazało się, że cierpi na Hashimoto. Żaden z lekarzy nie powiązał z tym paskudnym japończykiem jej problemów z sercem, cholesterolem, trawieniem i stanami zapalnymi stawów. Co więcej, niekiedy medycy posuwają się nawet to negowania związku między Hashimoto a innymi schorzeniami, czego doświadczyła Matylda:

Hmmm… Ja usłyszałam od jednej pani prof. dr hab., że zaburzenia rytmu serca nie są od Hashimoto… A od drugiego bardzooo wziętego endo, żeby zbadać po raz dziesiąty serce, bo pewnie mam wodę w osierdziu i stąd arytmia:( Oczywiście nie mam nigdzie wody, za to arytmia jest wciąż zagadką 🙁

Pan Hashimoto często działa w naszym organizmie przez wiele lat i dlatego ma okazję, by zasiać prawdziwe spustoszenie. Doskonale wiadomo, że schorzenia powstałe w tym czasie nie znikną w jeden dzień po podaniu magicznej tabletki. Dlatego tak ważne jest, by endokrynolog miał całościową wizję stanu zdrowia pacjenta i interesował się także wynikami badań serca czy jelit. Tylko w ten sposób jest możliwe dobranie suplementacji i diety, które stopniowo będą stawiać chorego na nogi. Holistyczne spojrzenie na pacjenta jako na całość jest więc absolutnie niezbędne, i to nie tylko w przypadku Hashimoto. Czas skończyć z usilnym dzieleniem człowieka na mniejsze części: każdy z nas jest całością i działamy na zasadzie domino – gdy jedna kostka się przewróci, powoduje upadek kolejnych. W przypadku ludzi proces wygląda podobnie, aczkolwiek jest rozłożony w czasie (i to czasem nawet na długie lata): choroba jednego narządu wpływa na stan pozostałych organów i w ten sposób możemy dojść do momentu, kiedy wszystko się rozsypało… Jak do tej pory każdy ze specjalistów zajmował się analizą innej „kostki”, wyrywając ją niekiedy zupełnie z kontekstu całego organizmu. Czas to zmienić.

.

12. Zaniechanie kuracji

Przerażające są historie pacjentów, których lekarze nagle zdiagnozowali nadczynność, bazując na bardzo miernych podstawach i rozkazali odstawić syntetyczny hormon. Okazuje się, że my, chorzy na Hashimoto, musimy zachowywać stałą czujność i na bieżąco oceniać zasadność decyzji „specjalistów”, podobnie jak uczyniła to Joanna:

Byłam u endo: TSH na dolnej granicy normy, ale i hormony które zrobiłam we własnym zakresie również. Krzyk lekarza, że mam nadczynność polekową i nakaz odstawienia hormonów, czego oczywiście nie zrobiłam, przecież mam połowę tarczycy i szybko wykopałbym się w mega niedoczynność. Powiedziałam, że nie mam żadnego objawu nadczynności, a wręcz przeciwnie. Powiedział, że nie szkodzi. Inny endo szybko zwiększył mi dawkę.

Dlatego też tak ważne jest, by pacjent miał podstawową wiedzę z zakresu diagnostyki swojej choroby. Niestety, niekiedy zalecenia lekarza mogą okazać się dla nas szkodliwe. Bardzo boleśnie przekonała się o tym Natalia:

W styczniu brałam hormon Euthyrox. Potem moja głupia endo kazała mi odstawić, bo według niej moja tarczyca zaczęła normalnie pracować. Szkoda, że nie pamiętała, że mam Hashimoto. Po odstawieniu czułam się strasznie. I biegałam od lekarza do lekarza, by wreszcie ktoś mi powiedział, czy mam brać leki. Rodzinna mnie namawiała, ale ja chciałam to usłyszeć od specjalisty.

Dopiero MS [Monika Skuza] powiedziała mi, że hormony muszę brać, bo moja tarczyca ledwo zipie i stan zapalny ją bardzo osłabia, co powoduje objawy niedoczynności (senność, zmęczenie, brak chęci do wszystkiego).

Z tej też przyczyny ważne jest kontrolowanie FT3 i FT4 samemu. Niekiedy TSH może wskazywać na nadczynność, a FT3 i FT4 znajdują się w normie i obniżenie dawki leku może nie być potrzebne. Ponadto czasem lekarz usiłuje nam wmówić, że jesteśmy zdrowi. Przy Hashimoto są jednak znikome szanse na samoczynne ustąpienie choroby.

.

13. Leczenie jodem

Jod w leczeniu Hashimoto jest tematem niezwykle kontrowersyjnym. Niektórzy specjaliści twierdzą, że zażywanie jodu przy tej chorobie jest „dolewaniem oliwy do ognia”. Inni zaś utrzymują, że terapia jodem połączonym z selenem może być dla pacjenta korzystna.

Zapewne jest po prostu tak, że jednym pacjentom z Hashimoto jod służy, innym zaś absolutnie nie. Dlatego też niektóre Hashimotki donoszą, że czują się rewelacyjnie nad morzem, zaś inne cierpią tam istne katusze. I właśnie z tego powodu należy uważać na porady lekarzy (przynajmniej tak długo, jak długo nauka nie przyniesie nam odpowiedzi na pytanie, dla kogo jod jest korzystny, a dla kogo zakazany). Jak opowiada Julita:

Po diagnozie, że mam Hashimoto i niedoczyność, zapytałam: To co teraz? Czy jakieś leki? Usłyszałam pd lekarza, że mieszkam na wyspie (UK) i tam jodu jest pod dostatkiem, więc nie muszę przyjmować żadnych leków.

 

Ostatnio pojawiają się także informacje o tym, że Hashimoto można wyleczyć jodem. Nie polecam jednak przeprowadzać takiej kuracji na własną rękę. My, pacjenci, na razie musimy czekać na informacje pewne i potwierdzone. I dlatego apeluję do naukowców i lekarzy: szukajcie i badajcie. Pacjenci z Hashimoto wciąż czekają na lek lepszy od syntetycznej tyroksyny.

(Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że z jodem sprawa ma się inaczej w trakcie ciąży – wtedy jest on jak najbardziej wskazany, pod nadzorem lekarza oczywiście).

.

Wnioski

Oczywistym jest, że gama błędów możliwych do popełnienia przez lekarza jest przeogromna. Jednak w przypadku Hashimoto największym problemem jest z całą pewnością zbyt późne rozpoznanie schorzenia. Dlatego apeluję: jeśli macie jakiekolwiek problemy hormonalne lub zdiagnozowany PCOS (zespół policystycznych jajników), koniecznie zbadajcie tarczycę! Na zachętę Ilona opowie Wam jeszcze swoją historię (kolejna opowieść z serii „ku przestrodze”):

Mnie „załatwiła” moja pierwsza pani ginekolog. Zaczęło się od tycia (16 kg w 2 mies.) i nagłego zatrzymania cyklu (wcześniej był regularny, tylko co 32 dni). Miałam już wcześniej objawy typu spadek koncentracji, bóle stawów i silne, nagłe stany depresyjne, ale nikt tego nie wiązał z tarczycą, tylko stawy „nie wiadomo z czym”, a resztę z „trudnym wiekiem”. Pani zrobiła mi USG i na podstawie powiększonych jajników (3,5 cm) stwierdziła PCOS. Jedyne badania, jakie zleciła, to pod tym kątem, czy mogę przyjmować tabletki anty i miałam je brać – jako leki. Brałam je przez 3 lata, po tym poleciła odstawić i zobaczyć, co będzie. I było – znów przytyłam 20 kg, jedząc normalnie (niewiele + starałam się zdrowo). Siadała mi coraz bardziej koncentracja, byłam coraz bardziej śpiąca mimo, że spałam coraz dłużej, miałam napady depresyjne (bardzo, bardzo niefajne). Nie było wiadomo, czemu – szukało się przyczyny w moim późnym chodzeniu spać, w wymyślaniu problemów, co raczej jest bzdurą w moim wypadku, w lenistwie… Wreszcie znów stanął mi cykl, poszłam do ginekologa, już w nowym mieście. Babka zbadała mnie i powiedziała, że ona tu PCOSa nie widzi. Na moje stwierdzenie, że poprzednia ginekolog stwierdziła je, bo jajniki miały 3,5 cm wielkości, pani dr odparła, że to jeszcze niekoniecznie musi być PCOS i wysłała mnie na pełne badania do szpitala. Wyszła hiperprolaktynemia z podejrzeniem guza przysadki i niedoczynność tarczycy. PCOSa raczej nie mam. Po udaniu się do endokrynologa i usg tarczycy stwierdzono Hashimoto. Powiedziano, że przy tym schorzeniu znika tarczyca itp., ale np. o diecie itd. ani słowa, nowy endokrynolog też niewiele mówi. Tak jak kilka osób wcześniej, znacznie więcej dowiedziałam się tu od Was niż od lekarzy – chociaż druga pani ginekolog uratowała mi chyba życie i dała szansę na normalność, bo nie wiem, co byłoby dalej…

Czasem jednak nawet poprawne rozpoznanie choroby Hashimoto nie chroni nas przed błędami lekarza. Niestety, często na jednej pomyłce się nie kończy i endokrynolog prezentuje nam cały wachlarz swojej niewiedzy. Specjaliści, do których udała się Maja, prześcigali się w niedorzecznościach dotyczących Hashimoto:

Dobieranie leków na podstawie samego TSH to już chyba klasyk, u mnie w sumie podobnie, do tego doszedł tekst ‚TSG 2,6 jest w porządku, skoro pani nie planuje zajścia w ciążę, dawkę zostawimy’ – co z tego, że czułam się jak wrak człowieka, a do tego wieczne mdłości i kręcenie w głowie, podobno ‚od pogody’, oraz ‚trójglicerydy są od otyłości na brzuchu’. I hit od rodzinnego : ‚Hashimoto nie jest chorobą dziedziczną, fakt że pani mama ma hashi wcale nie znaczy, że pani też ma’ mimo że miałam wszystkie objawy niedoczynności. Przebadałam się na własną rękę i wyszło niestety na moje.

W tym miejscu chciałabym jeszcze zaznaczyć, że bardzo często błędy oraz niedbałość lekarza skutecznie zniechęcają pacjenta do terapii. Chory, który stracił cierpliwość, może próbować leczyć się sam, jak miało to miejsce w przypadku Patrycji:

Ja gdy pierwszy raz poszłam do endo, zrobił usg, zapytał się o te typowe objawy, miałam TSH 5,6 to powiedział, że dążymy do 2,5. Przepisał Letrox 50. Kazał mi tylko badać tsh, nic więcej. Gdy zapytałam o dietę, o ten gluten i nabiał, z uśmiechem na twarzy powiedział, że przy Hashimoto nie trzeba mieć żadnej specjalnej diety. Przy następnej wizycie miałam TSH 3,2, to podwyższył Letrox do 75. Kolejna wizyta (prywatnie) miała być za rok (?!), bo nie było już miejsc, więc poszłam do rodzinnego: miałam problem ze spaniem, nie mogłam spać w nocy, przez co w dzień byłam jak zombie, zero energii. Po przeczytaniu tutaj na grupie kilku postów stwierdziłam, że zbadam tsh, ft3, ft4 i anty-tpo. Poszłam po skierowanie i nie zauważyłam, ale rodzinny nie wypisał mi na ft4 (nie wiem czy specjalnie, czy co). W marcu miałam TSH 2,3. Nadal czułam się źle. Porozmawiałam z osobami z grupy wsparcia i jedna osoba poleciła mi zwiększyć dawkę do 100. Także biorę od marca 100 Letroxu. Nie wiem czy to placebo, czy też nie, ale czułam się lepiej. Jednak od jakiegoś czasu czuję się znowu bez sił, nie mogę zasnąć, spać w nocy, budzę się, nie mam rano apetytu, brak koncentracji, duże problemy z pamięcią (na początku było zapominanie słówek, teraz nie wiem co robiłam wczoraj, a w poprzednich dniach to w ogóle, zapominam o wielu rzeczach, muszę zapisywać). Tylko najgorsze jest to osłupienie… Czuję jakby szare komórki mi obumierały. Staję się głupsza… Jeszcze rok temu potrafiłam mieć na głowie 10 spraw i ze wszystkim dawałam radę. Teraz nie potrafię skupić się na jednej. Nie wiem czy to przez tę tarczycę, czy może przez moją podświadomość i problemy na głowie?

Lekarze często narzekają na pacjentów, że się nie słuchają, że nie biorą leków, że chcą być mądrzejsi od kogoś, kto ukończył studia medyczne… Historia Patrycji niechaj będzie ostrzeżeniem zarówno dla nas, chorych, jak i dla medyków. Człowiek jest bardzo złożoną istotą, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Błędy, które lekarz ewidentnie popełnia, a także obojętność mogą skutecznie zniechęcić do dalszych konsultacji u specjalisty. Zrozpaczony pacjent usiłując leczyć się sam może nieświadomie wyrządzić sobie okropną krzywdę*. A przecież w teorii stoimy po tej samej stronie: naszym pragnieniem jest odzyskanie zdrowia, zaś celem lekarza jest zdrowia nam przywrócenie. Dlaczego więc tak często się mijamy, obrzucając się wzajemnie wyrzutami i darząc się niechęcią?…

Żeby jednak nie kończyć tego artykułu myślą pesymistyczną, przypomnę, że przecież istnieją także lekarze wspaniali, dysponujący ogromną wiedzą, cierpliwością i chęcią niesienia pomocy. W dobie Internetu łatwo promować takich specjalistów (Chociażby na forach czy stronach typu znanylekarz.pl). Wiem, że niektórzy z Was mają już serdecznie dosyć ciągłej walki ze „specjalistami”, których wiedza jest taka sama od kilkunastu lat i zupełnie nie rozwijana. Niekiedy jednak wystarczy mądry lekarz pierwszego kontaktu, byśmy zyskali poczucie pomocy i fachowej opieki. Warto też pamiętać, że nam, pacjentom, niemal zawsze brakuje fachowej wiedzy i czasem cudownymi suplementami możemy sobie bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Nawet nieumiejętnie wprowadzona nowa dieta czy zbyt intensywne ćwiczenia fizyczne są w stanie pogorszyć nasz stan. I dlatego apeluję: działajcie z głową i zachowujcie umiar we wszystkim. W przeciwnym razie będziecie odczuwać na sobie nie skutki błędów lekarza, a Waszych własnych. Boleć jednak będzie tak samo.

***

*Dlatego pamiętajcie, by leczenie zawsze konsultować ze specjalistą! Porady na grupie wsparcia są oczywiście bardzo cenne, ale o dawkowaniu leku decyduje lekarz. Jeśli dziewczyny z forum radzą zwiększenie dawki hormonu, zapytajcie najpierw o to Waszego endokrynologa, a w razie wątpliwości skonsultujcie się z innym specjalistą!

***

W kolejnym artykule pokażę, co my, pacjenci, możemy zrobić z tymi wszystkimi błędami lekarskimi. Gwarantuję, że będzie ciekawie 🙂 A jeśli by ktoś pytał, tutaj znajdziecie mnie na facebooku.

***

Dziękuję też jeszcze raz wszystkim, którzy opowiedzieli swoje historie na potrzeby tego artykułu. Mam nadzieję, że Wasze opowieści uratują komuś zdrowie, a może nawet życie 🙂

***

A już na sam koniec opowiem Wam mały żarcik, oczywiście z życia wzięty. Przychodzi Julka do lekarza, a ten mówi:
– Czy Pani się przeziębia?
– A właśnie panie doktorze, bardzo często i ciężko
– A to dobrze. To normalne przy hashi.

.

Trzymajcie się zdrowo!

~ Rok diety: „Pytania po obiedzie” do Panny Jaskiniowej ~

Wczoraj minął dokładnie rok odkąd zaczęła się moja przygoda ze zdrowym żywieniem. Nadszedł więc czas na pewne podsumowania. Chciałabym Wam pokazać, jak wygląda moja dieta dziś. Przy okazji pragnę dać kilka wskazówek dla tych, którzy chcieliby przejść na paleo lub zacząć protokół autoimmunologiczny, a czują się zagubieni w natłoku informacji. Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie jedna z czytelniczek, która zadała mi bardzo ważne i ciekawe pytania, za co bardzo jej dziękuję. Dziś postaram się na nie odpowiedzieć.

Dokładnie 22 czerwca 2014 roku zdecydowałam się na odstawienie glutenu, a tydzień później czule pożegnany został nabiał. Stopniowo zagłębiałam się w temat diety coraz bardziej, aż w końcu przeszłam na protokół autoimmunologiczny, na którym spędziłam około trzech miesięcy. Po tym czasie stopniowo zaczęłam wprowadzać do diety coraz to nowe produkty – czasem z powodzeniem, a czasem z huczną porażką. Ze spróbowaniem niektórych pokarmów czekałam zdecydowanie zbyt długo. Wprowadzenie innych było zaś falstartem. Sądzę jednak, że jak na kompletnego laika poradziłam sobie całkiem nieźle. A co najważniejsze – mimo drobnych dolegliwości mam się po roku diety bardzo dobrze, a nawet kwitnąco 🙂 Co prawda okazyjnie dolegają mi bóle stawów i kłucia serca spowodowane niedoczynnością tarczy, ale i tak odczuwam dużą poprawę. Dzięki paleo w końcu nie boli mnie tarczyca! 😀

Niektórych z Was ciekawi pewnie, jak dziś wygląda moje życie i moja dieta. Postaram się odpowiedzieć na najbardziej nurtujące pytania. Jeśli ciekawiłyby Was kwestie, których dziś nie poruszyłam, dajcie mi znać w komentarzach. Jeśli zajdzie potrzeba, opracuję kolejny odcinek „Pytań do obiedzie do Panny Jaskiniowej” 🙂

.

1.  Czy prowadzisz nadal protokół AIP, czy stosujesz tylko dietę paleo?

Obecnie „stosuję” dietę paleo, której najbliżej jest chyba do zaleceń Paula Jamineta. Podstawą diety są oczywiście warzywa, mięso, owoce i tłuszcze. Ryb jem stosunkowo mało, gdyż mam co do nich sporo wątpliwości… Z rzeczy wykluczonych na protokole jem jajka (z przewagą żółtek, po białkach czuję się gorzej), biały ryż, a czasem rośliny strączkowe (długo moczone w wodzie i ugotowane w szybkowarze) i kiełki (jeśli chce mi się je przygotować; niestety przez pisanie pracy magisterkiej bardzo się zaniedbałam w uprawie). Ponadto niedawno spróbowałam włączyć do diety warzywa psiankowate. Po papryce absolutnie nic mi nie jest i dlatego żałuję, że nie spróbowałam jej wcześniej. Po pomidorach chyba pojawił się lekki ból tarczycy, więc na razie roślinki te tkwią w fazie testów. Podobnie ma się rzecz z ziemniakami – dzień po ich zjedzeniu strasznie kichałam. Jednak tego dnia zjadłam też drożdże, więc nie wiem, kto był winowajcą 😉 Orzechów praktycznie nie jem, bo nie czuję się po nich zbyt dobrze. Wyjątkiem są orzechy brazylijskie.

.

2. Jaką dietę byś mi radziła przy Hashimoto/niedoczynności tarczycy/innych schorzeniach?

Kochani moi, ja radzić nie mogę 😉 Zachęcam Was do odwiedzania dietetyków, którzy posiadają ogromną wiedzę i chętnie Wam pomogą. Jak dotąd udało mi się trafić na kilku dietetyków klinicznych zainteresowanych paleo (kolejność alfabetyczna), aczkolwiek sama nigdy z ich usług nie korzystałam, więc nie mogę Wam gwarantować stuprocentowej satysfakcji:

 

1. Pani Agnieszka Ciechońska z Łodzi (dietoterapueta): www.lavita.org.pl/dietoterapeutycznej-%E2%86%90

2. Pani Małgorzata Desmond z Warszawy: www.cmgamma.pl/personel/mgr-malgorzata-desmond

3. Pani Urszula Forenc z Instytutu Zdrowego Żywienia (Wrocław): www.instytutzdrowegozywienia.blogspot.com

4. Panie Paulina Ihnatowicz i Emilia Ptak-Kasica z MedFood w Bydgoszczy: www.medfood.com.pl

5. Pani Justyna Salomonowicz-Gustaw z Warszawy: www.salamonowicz.com

6. Pani Monika Skuza z Tłustego Życia (choć nie jest dietetykiem, zaleca sprawną suplementację): www.tlustezycie.pl

7. Pani Iwona Wierzbicka z Opola: www.ajwen.pl

Jeśli znacie innych fachowców zajmujących się tematem paleo, zdradźcie ich nazwiska w komentarzach, a ja listę zmodyfikuję. Im więcej, tym lepiej!

A tymczasem przejdę do następnego punktu.

 .

3. Czyś Ty powariowała? Ja się pytam na poważnie, a Ty mnie odsyłasz do dietetyka?! Nieładnie, Panno Jaskiniowa, nieładnie 😉

Wiem, Moi Drodzy, że taka odpowiedź Was rozczarowała. Im dłużej czytam jednak o różnych dietach, tym wyraźniej dostrzegam, że dieta musi być dobrana indywidualnie (zwłaszcza w przypadku osób chorych).

Jeśli jednak jesteś zdeterminowani i pragniecie zacząć dietę natychmiast, mam dla Was kilka wskazówek:

1. Zacznijcie od odstawienia glutenu i nabiału, produktów przetworzonych, rafinowanego cukru i rafinowanych olejów. Po miesiącu (a czasem nawet i szybciej) powinny być już widoczne pozytywne objawy tej zmiany.

2. Jeśli taka dieta nie przyniesie Wam ulgi, spróbujcie Protokołu Autoimmunologicznego. Więcej o nim tutaj, tutaj i tutaj.

3. Zadbajcie o jakoś produktów i ich wartość odżywczą. Obserwujcie też swoje reakcje po danym produkcie. Jak? Ano, u mnie przykładowo wrażliwość na dany pokarm objawia się wzdęciami, gazami, cieknięciem z nosa, a nawet bólem tarczycy.

.

4. Kiedy powinnam przejść na dietę i w jaki sposób?

Na pewno nie zaczynaj od poniedziałku 😉 W moim wypadku decyzja o zmianie diety była spontaniczna – w piątek lub w sobotę zdecydowałam „coś” zmienić, a pożegnałam się z glutenem w niedzielę. Gościłam wtedy u Pana Jaskiniowego i pamiętam, że praktycznie nie miał mnie czym poczęstować… Ale dzielnie zniosłam cały dzień. Najadłam się wtedy ziemniakami, bo nie wiedziałam, że psiankowatych też nie wolno 😉

Przed rozpoczęciem diety (a raczej: nowego stylu życia) warto jednak odpowiednio się przygotować. Przede wszystkim trzeba oddać bliskim/znajomym produkty, których na pewno nie zamierzamy jeść przez jakiś czas, np. czekoladę, kakao, ciasteczka, a także zapas ketchupu na pół roku, który zrobiliśmy niedawno, bo akurat była promocja w Tesko… Warto pożegnać się z tym wszystkim, co potencjalnie może nas kusić. Ja osobiście nie miałam problemu z ciągotami do „tradycyjnego” jedzenia, ale wiem, że w życiu bywa różnie… Ponadto musimy zaplanować gotowanie i menu na najbliższe parę dni. W internecie jest pełno przepisów, więc z tym nie będzie problemu. Mają to być dania proste i pożywne – np.  gotowane i surowe warzywa, mięso, surowe owoce… Uwaga, po przejściu na dietę zaczniecie produkować mnóstwo obierek, zwłaszcza z marchewki 😉 Na szczęście z punktu widzenia ekologii jest to bardzo dobra zmiana (więcej o na ten temat tutaj).

Kolejna rzecz: kiedy już podejmiecie decyzję o zmianie stylu życia, warto zająć się tym w okresie w miarę spokojnym, w którym nie przygniatają Was obowiązki w pracy. Nie zalecam jednak także zbytniej zwłoki, bo czasem co się odwlecze, to uciecze. Zmiany możecie także wprowadzać powoli, chociażby stopniowo zwiększając spożycie warzyw, nawet niegotowanych. Wierzcie mi, że surowa marchewka to idealna przekąska, a do tego banalnie prosta w przygotowaniu 🙂

I jeszcze jedno: na dietę najlepiej przejść latem, kiedy obfitują świeże owoce i warzywa. Dzięki temu będzie nam łatwiej przygotować posiłki i przystosować się do nowego stylu życia.

.

5. Ile optymalnie powinien trwać AIP?

Powszechnie przyjęło się mówić, że co najmniej miesiąc i nie dłużej niż trzy miesiące. Każdy przypadek jest jednak inny i niekiedy zaleca się przedłużenie tak restrykcyjnej diety. O tym jednak musi zadecydować już lekarz/dietetyk.

.

6. Czy po skończeniu diety AIP mogę wrócić do jedzenia psiankowatych (np. pomidorów i papryki)?

To zależy. Na pewno musisz spróbować. Jeśli po psiankowatych nie pojawi się żadna reakcja, jedz je śmiało, bo to kopalnia witamin i minerałów 🙂 Jeśli jednak poczujesz się gorzej, Twoje ciało ewidentnie daje Ci znak, że psiankowate nie są dla Ciebie.

Z mojego doświadczenia wynika też, że czasem możemy tolerować jedne psiankowate, a innych nie – mnie choćby po papryce nic nie jest, ale pomidorom raczej nie ufam.

.

7. Czy na AIP można stosować błonnik witalny (babka płesznik, babka jajowata)?

Nie, gdyż to nasiona. Błonnik to w ogóle temat bardzo ciekawy, jednak moim zdaniem zupełnie wystarcza nam ten, który znajdziemy w warzywach i owocach. Ponadto kokos (a zwłaszcza mąka kokosowa), którego na protokole spożywa się dość dużo, zawiera ogrom błonnika i dlatego nie ma potrzeby dodatkowej suplementacji. A i portfelowi będzie lżej bez kolejnego wydatku 🙂

.

8. Czy na takiej diecie nadal mogę jeść suszone owoce (jem tylko te ekologiczne)?

Suszone owoce na protokole AIP są traktowane jako deser – czasem można, byle nie często. Oczywiście wszystko zależy od Waszej reakcji: suszone owoce zawierają mnóstwo fruktozy i dlatego niektórzy mogą czuć się po nich źle. Jeśli jednak nie zauważyłaś żadnych przykrych reakcji – jedz śmiało i na zdrowie! (Choć w ilościach rozsądnych, oczywiście, i najlepiej te niesiarkowane).

.

9. Co z cykorią i karobem, czy są dozwolone w paleo i AIP?

Na protokole cykoria jest dozwolona, karob także. Czytałam jednak ostatnio, że Monika Skuza (MS) radzi na początku odstawić karob… Takie zalecenia zależą na pewno od stanu zdrowia chorego. I dlatego właśnie warto skonsultować się z dietetykiem osobiście, by fachowo zdecydował, co nam wolno, a czego nie. Mnie osobiście po karobie nic nie jest, ale jest to moje osobiste doświadczenie. Niektóre osoby źle czują się na karobie, gdyż zawiera on sporo węglowodanów… O jego wprowadzeniu do diety musicie zatem zadecydować sami.

Uwaga! Jeśli już włączacie karob do diety, zadbajcie koniecznie, by nie zawierał „śladowych ilości glutenu”.

.

10. Czy bataty mogę jeść zamiast zwykłych ziemniaków?

Tak, gdyż bataty nie należą do rodziny psiankowatych. Radzę jednak ostrożność: bataty przychodzą do nas z bardzo daleka i dlatego na pewno traktowane są mocnymi konserwantami. Słyszałam, że niektórzy po batatach czują się źle i nie wiem, czy jest to spowodowane skrobią w nich zawartą, czy tymi konserwantami. Dlatego każdy z Was musi zbadać sam, czy Wasz organizm bataty polubi.

.

11. Czym zastąpić chleb i węglowodany typu kasze, ryż, makaron, ziemniaki?

Na protokole autoimmunologicznym jest kilka opcji. Przede wszystkim poleca się spożywanie warzyw skrobiowych – batatów, topinamburu, platanów. Także owoce są dobrym źródłem węglowodanów, a już zwłaszcza banany. Uwaga! Warzywa takie jak marchewka także zawierają cukry, jednak wg Paula Jamineta są one pochłaniane głównie przez bakterie jelitowe, a dla nas pozostają marne ochłapy 😉

Wiem, Kochani, że wybór jest niewielki, produkty te są słabo dostępne, a do tego drogie. Co więc można zrobić? Przez pierwszy miesiąc możecie spróbować trzymać ścisłe AIP, konsumując warzywa powyżej wymienione oraz owoce. Po tym czasie spróbujcie podbijać spożycie węglowodanów mąkami: kasztanową, żołędziową, bananową, platanową, z tapioki, z maranty trzcinowatej… Wiem, że mąki te także są dość drogie, ale przecież nie będziemy z nich piec chleba! Czasem wystarczy parę łyżek by pokryć dzienne zapotrzebowanie na węglowodany 🙂

Kolejną opcją jest wprowadzenie ryżu. Teoretycznie niektórzy mogą reagować na niego jak na gluten, jednak bez specjalistycznych badań nigdy nie przewidzimy, czy należymy do tej akurat grupy. Ja wprowadziłam ryż do diety ok. miesiąca temu. Czuję się po nim znakomicie – wystarcza mała porcja, i to nawet nie codziennie, by dorzucić węgli do naszego pieca 🙂 Uprzedzę kolejne pytania: jem tylko biały ryż. Łuska ziarna brązowego może nie służyć naszym jelitom.

Po protokole możecie spróbować wprowadzić ziemniaki. Co do wprowadzania kasz i ziaren, będzie to już Wasza decyzja. Po AIP albo pozostaniecie na paleo, albo możecie stopniowo wracać do „zwykłej” diety bezglutenowej, bacznie jednak obserwując Wasze reakcje po każdym typie ziaren czy kaszy.

.

12. Jak radzisz sobie z wyżywieniem podczas długich podróży np. pociągiem, autobusem czy samochodem?

Zawsze przygotowuję sobie wyżywienie na drogę. Najczęściej są to po prostu gotowane na parze warzywa z mięsem, surowa marchewka i seler, a także „zastrzyk węglowodanowy”, czyli np. placuszki z platanów i marchewki. W podróży wyśmienicie sprawdzają się także banany. Ostatnio jadłam też sporo wiórek kokosowych. Chyba aż za dużo 😉

Oczywiście na początku możecie czuć się nieswojo, gdy jadąc pociągiem czy autobusem wyciągacie termos z mięchem i marchewką zamiast kanapki z szynką, a ludzie wokół zaczynają Wam się ciekawie przyglądać… Ja jednak czerpię z takich doświadczeń radość, gdyż:

 1. W ten sposób propaguję zdrową dietę i pokazuję, że można jeść inaczej.

2. Jest to oznaka mojej wytrwałości. Nie znajduję sobie wymówek, by zjeść kanapkę z szynką; trzymam się diety w każdych okolicznościach i jestem z tego dumna.

3. Daje mi to możliwość nawiązania ciekawych znajomości. Kiedy ktoś mnie zagadnie, bardzo chętnie opowiadam o swojej diecie i o tym, że dzięki niej zdrowieję. Raz nawet w taki sposób zaczęłam rozmowę z panią również cierpiącą na Hashimoto! Ucięłyśmy sobie przemiłą, ponad dwugodzinną pogawędkę 🙂

.

13. Jak żywisz się Paleo podczas wyjazdów wakacyjnych, weekendowych, czy także wycieczek (również tych zorganizowanych)?

To zależy. Jeśli odwiedzam rodzinę bądź znajomych, ostrzegam ich zawczasu, co będzie mi potrzebne i korzystam z uprzejmości gospodarzy, by coś sobie szybko upichcić w ich kuchni.

Z wyjazdami wakacyjnymi niby jest trudniej… Ale na szczęście tylko w teorii. W zeszłym roku odwiedziłam Hiszpanię. Wynajęłam apartament z małą kuchnią i tam przygotowywałam sobie jedzenie. Na szczęście w Hiszpanii nie brakuje platanów, więc kupowałam ich sporo, kroiłam na plasterki i piekłam lub smażyłam. Do tego prawie codziennie nabywałam awokado, a także świeże owoce i warzywa. Skusiłam się także na owoce morza. Tak po prawdzie to jadłam w Hiszpanii jak panisko, mimo że ani razu nie odwiedziłam restauracji 😉 Do tej pory mam w głowie przepiękny obrazek: molo, szumiące błękitne morze i ja: wygodnie usadowiona na ławce i pożerająca platany. Coś wspaniałego.

Wiem jednak, że nie zawsze można wynająć apartament: czasem musimy udać się do hotelu narzuconego nam przez pracodawcę. W takich wypadkach warto uprzednio skontaktować się z danym obiektem i uprzedzić ich o naszej diecie. Możecie też poszukać odpowiednich restauracji w okolicy i skontaktować się z nimi mailowo. Na szczęście Europa idzie do przodu i dziś bardzo dba się o klienta, a także uwzględnia jego problemy zdrowotne.

A co do wycieczek zorganizowanych – zupełnie z nich nie korzystam. Od kilku lat swoje wyjazdy organizuję sama. Tak jest najciekawiej 🙂

.

Mam nadzieję, że Wasza ciekawość została choć trochę zaspokojona 🙂 Gdybyście mieli więcej pytań, dajcie mi znać w komentarzach. Staram się odpowiadać każdemu, ale czasem trochę mi to zajmuje – niekiedy nie mam czasu, a niekiedy zwyczajnie ochoty. Z zasady staram się nigdy do niczego nie zmuszać, a robić to, co w danym momencie przychodzi mi z łatwością. Każde zadanie wymaga odpowiedniego nastroju i dlatego, jeśli mam taką możliwość, wolę poczekać z jego realizacją aż morale mi się poprawią i będę mogła oddać się temu obowiązkowi z pełną siłą i werwą 🙂 Choć oczywiście nie zawsze tak się da, czego ostatnio doświadczyłam przy pisaniu pracy magisterskiej, brrr!

Pozdrawiam Was ciepło i mocno wszystkich ściskam!

Wasza PaleOla

~ Uważaj na to, co mówi ci lekarz! O Hashimoto i endokrynologach ~

W ostatnim artykule podzieliłam się z Wami moimi doświadczeniami z chorobą Hashimoto. Chciałam pokazać, że schorzenie to często jest bagatelizowane i mylnie diagnozowane. Ponadto większości pacjentów doskwierają objawy pozornie zupełnie niezwiązane z tarczycą – kołatanie serca, depresję, problemy trawienne… Nieliczni są „szczęśliwcy”, którym do uzyskania dobrego samopoczucia wystarczy lewotyroksyna pod postacią Euthyroxu czy Letroxu.

Niemal codziennie zaglądam na facebookową Grupę Wsparcia Hashimoto i nie mogę się nadziwić: jak to jest możliwe, że u jednych Hashimoto sieje istne spustoszenie, zaś inni przechodzą chorobę praktycznie bezobjawowo? Gdzie tu sprawiedliwość?! Ano, jak wiadomo sprawiedliwości nie ma, a nasz stan zdrowia nie zależy jedynie od choroby, na którą cierpimy. Ważny jest styl życia, dieta, geny, czas wykrycia choroby… A przede wszystkim ważny jest kierujący nami lekarz. Dlatego też dzisiejszy artykuł postanowiłam poświęcić endokrynologom, z którymi miałam w życiu do czynienia oraz lekarzom, z którymi borykały się członkinie Grupy Wsparcia Hashimoto. Z góry dziękuję wszystkim osobom, które postanowiły się podzielić swoimi historiami na potrzeby tego artykułu i dla dobra innych chorych. Publikuję je tutaj oczywiście anonimowo, a imiona zmieniłam 🙂

Uwaga! Artykuł ten postanowiłam podzielić na dwie części. Wiem, że bardzo długie elaboraty źle się czyta i dlatego nie chcę Was zniechęcać niekończącym się blokiem tekstu 😉 Dziś zajmę się przede wszystkim diagnozowaniem Hashimoto oraz leczeniem lewotyroksyną. Następna część artykułu będzie poświęcona diecie, schorzeniom współwystępującym z Hashimoto, a także dobrym lekarzom. Chciałabym zaznaczyć w tym miejscu, że celem tego artykułu nie jest obrażanie lekarzy jako całej grupy, a jedynie wytknięcie błędów poszczególnych jednostek. Niestety, istnieją lekarze, którzy zamiast pomagać bardziej szkodzą. Dlatego też przywołuję poniższe historie „ku przestrodze”, aby kolejne osoby nie musiały cierpieć przez nieumiejętnie kierowane leczenie. Inspiracją do napisania tego artykułu były moje codzienne wizyty na Grupie Wsparcia Hashimoto. Niekiedy pojawiają się tam historie, od których włos jeży się na głowie i postanowiłam pokazać je osobom z poza forum… Ponadto chciałam rozwinąć niektóre wątki, które w poprzednim tekście zostały ledwo muśnięte.

Najczęstsze błędy endokrynologów, ginekologów i niekiedy innych „logów”:

1. Zbyt późna diagnoza

Istnieje ogromna ilość osób, które cierpią na Hashimoto od długich lat nawet o tym nie wiedząc. Najczęściej wystarcza proste badanie TSH, by stwierdzić, że z tarczycą dzieje się coś złego. Dlatego tym dziwniejsze jest, że istnieją lekarze odmawiający pacjentom skierowania. Jak mówi Kasia:

Moja ginekolog odpowiadając na moje pretensje, że niepotrzebnie przez kilkanaście lat truła mnie HTZ [hormonalna terapia zastępcza], bo moje problemy wynikały z Hashimoto, stwierdziła: „No wie pani, hormony tarczycy bada się tylko w ciąży, to jest ważne dla dzidziusia, ale tak to nie ma potrzeby”.

Nie wiem, z czego może wynikać takie zachowanie lekarza. Z niewiedzy, oszczędności, czy może chęci zwiększenia sprzedaży tabletek antykoncepcyjnych firmy, z którą podpisał umowę?… Jaki by nie był tego powód, dziś chorzy często są zdani na samych siebie. Co więcej, czasem nawet lekarze nie przejmują się stanem tarczycy kobiet ciężarnych:

U mnie zdiagnozowano hashi w marcu tegoż roku… od kiedy mam – nie wiem, jak czytam objawy to całe wieki pewnie. 3 lata temu urodziłam drugie dziecko – synka. Był wsześniaczkiem, podobnie jak córka. Ciąża cały czas na podtrzymaniu, skurcze nie wiadomo czemu. Ginekolog nie widziała nic złego, badań na tarczycę pomimo renomy pani doktor nie miałam – w 6 miesiącu zrobiłam sama TSH, wyszło 5,7 – na co lekarka stwierdziła, że w ciąży TSH szaleje i żeby się nie przejmować. Mówiłam, że u mnie w rodzinie były i niedoczynności, i nadczynności, ale że byłam strasznie szczupła i nie mogłam przybrać na wadze – ginekolog powiedziała, że tylko niedoczynność jest groźna, a ja na nią nie wyglądam, więc nie ma obaw….

Wygląda na to, że to chorzy sami powinni się diagnozować, ale nawet jeśli znajdą już potencjalną przyczynę swoich dolegliwości, lekarz niekoniecznie musi uznać ją za prawdziwą… Często jednak droga do uzyskania diagnozy jest usłana cierniami. Tak Ewa opisuje trzynastoletnią walkę o rozpoznanie choroby:

Moja historia jest taka, że przez 13 lat próbowałam się dowiedzieć dlaczego nagle tak źle się czuję, dlaczego nie mogę się skoncentrować, dlaczego nie pamiętam o czym przed chwilą z kimś rozmawiałam i jak ma na imię ta osoba, która przed chwilą mi się przedstawiała, dlaczego nie mogę napisać kolokwium, skoro tak dużo się uczyłam i jeszcze dziś rano wszystko pamiętałam, dlaczego tyję bez powodu… tego „dlaczego” jest dużo, dużo więcej. Lekarze robili mi badania i twierdzili, że jestem zdrowa. Kazali się lepiej odżywiać i więcej ćwiczyć a ja przecież to robiłam, a i tak z dnia na dzień było coraz gorzej. Lekarze nie wierzyli mi, no bo jak można być zmęczonym śpiąć 14 godzin i jak można tyć będąc na dobrej diecie i ćwicząc kilka razy w tygodniu, po kilka godzin. Teraz wiem, gdzie po popełniali błędy. Po pierwsze robili zbyt mało szczegółowe badania. Samo TSH nie wystarczy, trzeba zrobić TSH, FT3 i FT4 oraz USG. Sprawa numer dwa to trzeba umieć je dobrze zdiagnozować. To, że wyniki są w normie to nie znaczy, że są dobre. Norma jest dla całej populacji, a ja przecież nią nie jestem. Jestem kobietą po 30stce i nie można mnie porównywać z noworodkiem płci męskiej czy 70 letnim panem. Podejrzewałam Hashimoto od ponad roku, a akurat chciałam zajść w ciążę. Wiedziałam, że choroby tarczycy mogą źle wpływać na przebieg ciąży, więc poszłam się zbadać. Lekarz zlecił całą „trójkę tarczycową” i USG. Dowiedziałam się, że wyniki są w normie, więc nie mam sieć czym martwić. W ciąży bardzo źle się czułam. Oczywiście nie było wiadomo dlaczego. Leżałam kilka razy w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Dziecko urodziło się przedwcześnie z oceną 5. Po ciąży bardzo źle się czułam. Nie miałam siły zajmować się synkiem. To zmotywowało mnie do kolejnych prób dowiedzenia się, co mi jest. Tak trafiłam na wiele artykułów o Hashimoto. Czytałam o suplementacji i diecie. Zaczęłam od suplementacji i poczułam różnicę. Później, na jednym z moich ulubionych blogów, ruszyła inicjatywa aby rozpocząć dietę. Tak postanowiłam odstawić gluten, nabiał, kawę i cukier. Poczułam się jeszcze lepiej, i to mnie utwierdziło w przekonaniu, że to Hashimoto. Postanowiłam nie prosić się już lekarzy, tylko wziąć zdrowie w moje ręce. Poczytałam jakie badania trzeba zrobić i je zrobiłam. O dziwo „trójca” ok. To pewnie dlatego lepiej się poczułam, ale przeciwciała wskazują na Hashimoto. Poprosiłam o diagnozę wyników sprzed ciąży. Okazało się, że owszem wyniki były w normie, ale wskazywały na niedoczynność tarczycy. USG nie wykazywało guzków ani niczego złego. Podane były wymiary tarczycy. Teraz wiem, że należy je przeliczyć na mililitry. Okazuje się, że już wtedy moja tarczyca miała 8ml czyli była bardzo mała. Powinnam wtedy brać hormony. Może gdybym je brała moja ciąża przebiegłaby bez problemów, a moje dziecko urodziłoby się zdrowe. Jeśli będzie taka potrzeba to ja jestem wstanie opowiedzieć swoją historię gdzie tylko będzie trzeba.

2. Nieinformowanie pacjenta o jego chorobie oraz stosowanym leczeniu

Niedoczynność tarczycy zdiagnozowano u mnie ok. 11 roku życia. Wtedy też zapisano mi Euthyrox w dawce (bodajże) 25.

Pamiętam, że bardzo nie lubiłam wizyt u endokrynologa dziecięcego. Zawsze była okropnie długa kolejka i trzeba było tyle czekać… Ponadto nie czułam się chora i zastanawiałam się, po co mi to w ogóle? Nie wiedziałam, czym jest ani do czego służy tarczyca. Powiedziano mi, że mam „niedoczynność”, co brzmiało dla mnie okropnie mądrze i niezrozumiale. Kazano mi brak tabletki, których łykać wcale nie chciałam.

Kiedy byłam mała, rodzice pilnowali mnie, bym Eythyrox zażywała. Z czasem jednak zaczynałam „kombinować” na własną rękę i z premedytacją nie brałam leku. Dlaczego? Tabletki zawsze źle mi się kojarzyły. W wieku 7 lat zapadłam na zapalenie opon mózgowych o ostrym przebiegu i (podobno) ledwo z niego wyszłam. Po dwóch tygodniach spędzonych w szpitalu rodzice przywieźli mnie do domu i tak się zaczęło… Co tydzień byłam chora, co tydzień zapisywano mi leki (głównie antybiotyki), które nie pomagały, a nawet pogarszały mój stan. Wtedy chyba zaczęłam postrzegać tabletki jako coś złego, coś, co nie przynosi ulgi, czyli zwyczajnie nie działa.

Dziś, z perspektywy kilku lat wiem, że nie było to rozsądne, chociaż kiedyś miałam na ten temat zupełnie inne zdanie. Pamiętam, że raz nawet nie zażywałam hormonu przez trzy tygodnie, bo jakoś nie miał mi kto wypisać recepty. Po tym czasie dostałam w liceum ostrego ataku paniki, serce waliło mi jak młotem… Natychmiast wykonano mi TSH, które, o dziwo, było w normie – trochę ponad dwa. Wróciłam do przyjmowania leku, jednak z wyraźnym przeświadczeniem, że i nie jest mi on potrzebny, skoro i bez niego mam wyniki w normie.

Pewnie lek przyjmowałabym z większą regularnością, gdyby ktoś w ogóle wytłumaczył mi, na czym polega moja choroba i w jakim celu mam łykać te białe tabletki. Dzieci nie są głupie i gdybym usłyszała od endokrynologa, że „tarczyca to taki ważny narząd, dzięki któremu twoje serce sprawnie pracuje, masz energię, żeby biegać, a twoja główka pracuje jak po lizakach Chupa-Chups” i że „w twoim przypadku tarczyca się trochę spóźnia w wykonywaniem swoich zadań i dlatego potrzebne jej są te tableteczki, żeby zmotywować ją do pracy”, z pewnością widziałabym sens zaordynowanego leczenia. Dziecku należy wyjaśnić chorobę jak najbardziej obrazowo, by wiedziało, co się z nim dzieje. Utajenie informacji i niedoinformowanie sprawia, że młody człowiek może zbuntować się przeciw leczeniu, tak jak to miało miejsce w moim wypadku.

Niestety, wcale nie lepiej ma się rzecz w przypadku dorosłych. Kiedy przekroczyłam magiczny pułap lat 18, trafiłam tylko na jedną lekarkę, która powiedziała mi, po co mam zażywać Euthyrox. Dla innych specjalistów powiedzenie pacjentowi, że cierpi na niedoczynność tarczycy „załatwia” całą sprawę: tarczyca niedoczynna, czyli że nie pracuje, czyli że pacjent zrozumie. Nie daj Bóg, jakby jednego dnia miało się pojawić 20 pacjentów z niedoczynnością! Każdemu tłumaczyć, na czym polega jego choroba! Cóż za strata czasu!

Dlatego właśnie pan doktor Google pnie się na szczyty popularności. Pacjenci nie uzyskują od lekarzy wystarczającej ilości informacji na temat swojej choroby i są zmuszeni szukać na własną rękę (natrafiając czasem przy okazji na informacje nieprawdziwe czy nawet szkodliwe). Zdaję sobie sprawę, że w realiach NFZ tłumaczenie pacjentowi zawiłości jego stanu zdrowia może wydać się marnotrawstwem czasu, jednak ma to ogromne znaczenie dla budowania zaufania wobec lekarza oraz kuracji przez niego zaleconej.

Apeluję zatem: Drodzy Doktorzy, nie musicie wdawać się z pacjentami w zawiłości anatomii czy biochemii; czasem wystarczy kilka prostych zdań, by chory dokładnie pojął, co mu dolega oraz chętniej podjął kurację.

3. Kierowanie leczeniem wyłącznie na podstawie wyników TSH

TSH (czyli tyreotropina) jest hormonem wytwarzanym przez przysadkę mózgową. Moduluje on proces wydzielania hormonów tarczycy (T3 i T4): jeśli jest ich zbyt mało, TSH rośnie i tym samym przysadka pobudza tarczycę do pracy. Jeśli zaś tarczyca jest nadaktywna, TSH maleje. Badanie TSH jest zatem pierwszym narzędziem do oceny pracy naszej tarczycy.

Mój przypadek jest dość specyficzny, gdyż nie przypominam sobie, bym przez pierwsze parę lat mojej choroby miała wykonywane jakiekolwiek badania (nawet TSH). Chodziłam do endokrynologa dziecięcego, który zawsze badał moją tarczycę rękami i na tej podstawie ordynował leki.

Pierwszy wynik TSH, jakim dysponuję, pochodzi z mojego pobytu w szpitalu w wieku 16 lat i wynosił wtedy 5.52 (zbadano mi wtedy także FT3 i FT4, oba na poziomie ok. 40%). Później przez wiele lat dawka leku była dobierana na wyłącznie na podstawie TSH. W punkcie 5 opiszę, dlaczego jest to błędem.

4. Akceptowanie normy laboratoryjnej jako… normy

W większości laboratoriów norma TSH wynosi 0,27-4,20. Przez ogromną większość życia byłam przekonana, że tak właśnie jest. Moje wyniki zawsze wynosiły ok. 3,5. Lekarka twierdziła, że moja tarczyca jest „ustabilizowana”. Tja.

Niestety prawda jest taka, że TSH powinno wynosić ok. 1. Na szczęście coraz więcej lekarzy o tym mówi, i to nawet w telewizji (np. pani dr Agnieszka Kurczuk-Powolny, o której wspominałam już w poprzednim artykule).

5. Niechęć do kierowania na inne badania

Nie wiem dlaczego nikt nigdy nie zalecił mi żadnych innych badań poza TSH. Gdybym wiedziała, co powinnam zbadać, chętnie zapłaciłabym z własnej kieszeni… Niestety, w wieku 11 nie interesowałam się medycyną. Nawet siedem lat później temat ten był mi dość obcy. Dopiero na pierwszym roku studiów profesor, do którego udałam się na prywatną wizytę, zalecił mi wykonanie anty-TPO i anty-TG. Anty-TPO wyniosło ponad 800 i zaczęłam wtedy czytać na temat Hashimoto. Uznałam jednak, że ta choroba mnie nie dotyczy, zwłaszcza, że żaden z lekarzy nie wyglądał na przejętego moim wynikiem i dalej kazał mi przyjmować Euthyrox, czyli zupełnie nic się nie zmieniło (dawkę leku dalej modyfikowano mi na podstawie wyników TSH, oczywiście).

Co powinno się zbadać? Koniecznie całą trójcę, czyli TSH, FT3 i FT4. Jak już pisałam w poprzednim artykule, TSH często ulega wahaniom. Tym razem powołam się na przypadek mojej mamy: robiła badanie w jednym laboratorium (wynik 1,01), a trzy dni później w innym – wynik ponad 3 (przy tych samych normach). FT3 i FT4 dają nam wiarygodną informację, a przede wszystkim pokazują, czy nasz organizm przetwarza Euthyrox czy Letrox (które to leki zawierają syntetyczne T4) na aktywną formę hormonu, czyli T3. Uwaga! Badania FT4 i FT3 najlepiej przeliczyć na procenty przy pomocy kalkulatora takiego jak ten. W przypadku Hashimotek i Hashimotków zaleca się, by wyniki procentowe oby wskaźników były do siebie zbliżone i wynosiły co najmniej 50% (a najlepiej ok. 70%).

Ponadto konieczne jest zbadanie witaminy D3 (badanie nazywa się 25-OH-D3). W moim przypadku pierwszy raz miałam je wykonane w wieku 22 lat (sic!), wyniosło 13 (norma od 30) i to tuż po wakacjach. Warto też zbadać ferrytynę, witaminę B12, a także (zwłaszcza w przypadku nadwagi) zrobić krzywą cukrową i insulinową.

Niekierowanie pacjentów na badania to dość powszechna praktyka. Z moich doświadczeń wynika jednak, że znacznie częściej zdarza się to w przypadku lekarzy z NFZ. Lekarze prywatni zdecydowanie chętniej zlecają szeroką gamę badań, a niekiedy nawet nakazują wykonanie ich w placówce, w której pracują, bo przecież „u nas jest najbardziej wiarygodnie”. Pozostawię taką praktykę bez komentarza i oddam tymczasem głos Justynie:

Moje endo trzy absolutnie nie chcą przepisywać innych badań poza TSH. Jedna mi przy moich usilnych naleganiach stwierdziła, że właśnie wróciła z konferencji i absolutnie nikt nie robi tych badań po zdiagnozowaniu. Ta sama endo obraziła się na mnie bo powiedziałam, że dieta może wspomóc leczenie. Na wszystkie przypadłości które zgłoszę przepisuje podwyższenie dawki lewotyroksyny. Na moje czteroletnie narzekania na zmęczenie, które mi żyć nie daje, zwiększenie dawki mimo że TSH minimalne. Inna po podniesieniu poziomu witaminy D stwierdziła, że moje zmęczenie to depresja i wysłała mnie do psychiatry ze wskazaniem zapisania antydepresantów. Depresji już nie mam z rok, co jej tłumaczyłem, a ona stwierdziła, że nic więcej poza depresja mi być nie może i kropka. Nie skorzystałam. Żadna ale to żadna endo nie widzi że Hashi to wpływ na całe ciało i z każdym objawem wysyła do neurologa, gastrologów itp. … Z tego też powodu że mnie tak przerzucali zdiagnozowanie Hashi trwało 5 czy 6 lat. Żadna z trzech endo nie słyszała o Novothyralu i nie ma zamiaru go użyć. Każda przepisuje na wstępie Euthyrox, mimo że mówię, iż mam alergię na laktozę.

6. „Nie ma różnicy między Letroxem i Euthyroxem”, czyli niechęć do zmiany leku

Istnieją lekarze uporczywie twierdzący, że nie ma różnicy między Letroxem a Euthyroxem. To oczywista bzdura. Zasadnicza różnica tkwi w składzie leku – Euthyrox zawiera laktozę, której wielu chorych na Hashimoto może nie tolerować i dlatego lek nie będzie dobrze wchłonięty.

Dlatego też czasem warto spróbować zmiany z Euthyroxu na Letrox (zwłaszcza, jeśli czujecie się źle). Uwaga! Niekiedy lekarz może stawiać opór, ale nalegajcie i bądźcie nieprzejednani 🙂

7. „Euthyrox w zupełności pani/panu wystarczy”: Niechęć do przepisywania innych leków

W poprzednim artykule pokazałam, że Hashimoto do choroba całego organizmu i bez holistycznego podejścia lekarza może nam być trudno poczuć się lepiej. Z Hashimoto często współwystępują inne jednostki chorobowe, które wymagają leczenia. Ba, pomijając już nawet te inne schorzenia, samo leczenie tarczycy pozostawia wiele do życzenia!

Wielu chorym nie pomaga przyjmowanie Letroxu/Euthyroxu. Leki te zawierają lewotyroksynę, która jest „syntetycznym analogiem naturalnej tyroksyny”. Wystarczy jednak szybka wizyta u cioci Wikipedii, by przeczytać, że tarczyca „wytwarza hormony trójjodotyroninę (T3), tyroksynę (T4) i kalcytoninę”. Zaraz, coś tu się nie zgadza. Przyjmujemy syntetyczne T4, a co z resztą hormonów produkowanych przez tarczycę?…

Z założenia to syntetyczne T4 ulega w naszym organizmie konwersji do T3. Niestety, często proces ten ulega zaburzeniom, do czego przyczynia się np. stres, zła praca wątroby czy jelit. Sama tego doświadczyłam: w jednym badaniu moje FT4 wynosiło 70%, zaś FT3 było poniżej normy, czyli procentowo wynosiło -5% i czułam się jak żywy trup…

I dlatego właśnie najwłaściwsze wydaje się zapisywanie naturalnego hormonu tarczycy, o którym już wspominałam w poprzednim wpisie, bądź leczenie syntetycznym T3 lub T3+T4, np. w postaci Novothyralu. Uwaga! U niektórych osób z Hashimoto naturalny hormon może zaostrzyć proces chorobowy. Według obserwacji Anity z Alpacasquare zdarza się to jednak rzadko.

8. Zbyt późne włączanie leczenia

Niekiedy natykam się na historię osób, którym lekarz odmawia włączenia leczenia, „bo TSH jest w normie”. „Normą” jednak, jak już wiemy, najczęściej nie powinniśmy się sugerować.

Jakie są zatem wskaźniki, że leczenie powinno zostać jednak włączone?

a) objawy niedoczynności tarczycy, czyli senność, zmęczenie, kołatanie serca

b) poziom TSH, który mieści się w „oficjalnej” normie, jednak wykracza ponad optymalną jedynkę (czyli na pewno TSH powyżej 2,7-3), a do tego konieczne jest badanie FT3 i FT4 – jeśli wyjdą w dolnej granicy normy leczenie może być niezbędne.

c) mała pojemność tarczycy (ocenia się na podstawie badania usg)

Wiem, że niektórzy podchodzą niechętnie do leczenia syntetycznym hormonem (też kiedyś to przechodziłam). W przypadku niedoczynności hormon ten jest jednak koniecznością, gdyż bez niego będzie coraz gorzej i gorzej… Idealnie byłoby oczywiście stosować naturalny hormon, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Uwaga! Jeśli jednak Wasz lekarz nie widzi potrzeby włączania leczenia, spróbujcie zasięgnąć opinii innego fachowca, choć oczywiście czasem możecie wpaść z deszczu pod rynnę, tak jak Dagmara:

Mi ręce opadły jak lekarz, do którego awaryjnie poszłam po receptę na kończący sie Euthyrox stwierdził, że mi jej nie wypisze, bo mam TSH 2.8, a więc w normie (i w ogóle przy takich wynikach nie bierze się leków).

 

Ciąg dalszy nastąpi (wkrótce) 🙂

P.S. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze do poprzedniego artykułu! Bardzo się cieszę, że mój tekst dotarł do tak szerokiej publiczności, dzięki czemu być może kolejni chorzy usłyszą diagnozę.  Niestety czasem nie jestem w stanie odpowiedzieć na komentarze natychmiast – mijający tydzień był dla mnie strasznie nerwowy, musiałam dokończyć formalności związane z obroną pracy magisterskiej, a do tego miałam napięty tydzień w pracy… Na szczęście wszystko co stresujące to za mną i teraz każda osoba może wkrótce oczekiwać odpowiedzi 🙂 Uwaga! Komentarze poniżej poziomu oczywiście nie są publikowane. Dostałam ostatnio swój pierwszy w życiu hejt. Pan Jaskiniowy stwierdził, że to oznaka popularności 🙂

A gdyby naszła Was ochota na zasubskrybowanie mnie na facebooku, zapraszam tutaj.

~ Targi Heling Diet w Poznaniu i moje warsztaty z platanem w roli głównej ~

Kochani, zarezerwujcie sobie w Waszych kalendarzach wolne 17-19 września! Wtedy bowiem odbędą się Targi Healing Diet, skierowane do osób chcących zdrowo się odżywiać i pokonywać nękające ich choroby. Będzie to bodaj pierwsze wydarzenie zajmujące się dietą paleo i chorobami autoimmunologicznymi na tak ogromną skalę… Nie może Cię tam zabraknąć!

Healing Diet to targi wystawowe połączone z warsztatami kulinarnymi, degustacją oraz konferencjami naukowymi. W trakcie targów odbędzie się również forum otwarte o tematyce prozdrowotnej. Zakres targów obejmuje medycynę naturalną, dietetykę kliniczną, żywność ekologiczną, naturalną suplementację, lecznicze rośliny oraz nietolerancje pokarmowe. Więcej informacji o targach znajdziecie na stronie: www.healingdiet.pl oraz na stronie targów na facebooku.

Bardzo miło mi również zakomunikować, że i ja pojawię się na targach – 19 września o godzinie 15. Poprowadzę dla Was warsztat kulinarny z platanami w roli głównej 🙂 Pokażę Wam, jak dziecinnie proste jest przygotowanie z nich potraw i jak w godzinę można przygotować pyszny platanowy obiad, którym zaskoczycie Waszych bliskich. Więcej informacji o warsztatach znajdziecie pod adresem www.healingdiet.pl/visitors/workshops Warsztaty są oczywiście bezpłatne, należy opłacić jedynie bilet przy wejściu na targi.

Poza mną na targach pojawią się filary polskiej paleo-blogosfery, czyli: Alpacasquare, Cookitlean, PaleoLifestyle, PaleoStrefa Moniki Piaseckiej. Jestem niezwykle podekscytowana, że tak doświadczeni i wspaniali prowadzący pojawią się w jednym miejscu! Będzie się działo!

Mam nadzieję, że dzięki tym targom uda się dotrzeć do osób chorych i cierpiących i przynieść im ukojenie. Sama jestem dowodem na to, że wprowadzenie pewnych zmian w życiu może pomóc nam w odzyskiwaniu zdrowia. I jestem pewna, że coraz więcej osób będzie zdrowiało dzięki dobrej diecie i zdrowemu podejściu do życia!

Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia na targach!

Hashimoto: przyczyny, objawy, leczenie

Ostatnio zarówno prasa, jak i telewizja wzięły na warsztat przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie tarczycy, czyli chorobę Hashimoto. I nie ma w tym nic dziwnego – liczba chorych rośnie niemal lawinowo: szacuje się, że na Hashimoto cierpi 4-5 kobiet na tysiąc (panowie chorują znacznie rzadziej) i że 80% przypadków niedoczynności ma podłoże autoimmunologiczne.

Osobiście cieszę się, że zainteresowanie Hashimoto wzrosło, gdyż informacje zaczerpnięte z prasy czy telewizji mogą pozwolić wielu osobom na szybszą diagnozę. Z drugiej jednak strony artykuły z kolorowych czasopism nie zawsze mówią całą prawdę. I dlatego właśnie postanowiłam napisać ten artykuł i pokazać, jak wygląda życie z Hashimoto z perspektywy osoby chorej oraz jakie mity narosły wokół tej choroby.

[Źródło obrazka]

O CZYM POWSZECHNIE SIĘ MÓWI

Czym jest Hashimoto?

To choroba autoimmunologiczna opisana przez Hakaru Hashimoto w 1912 roku. W wyniku tego schorzenia organizm produkuje przeciwciała, które atakują tarczycę prowadząc do stopniowego jej niszczenia i niedoczynności. Jest to zatem „problem” tarczycy.

Przyczyny

Oficjalnie nie są znane. Ważne są jednak czynniki środowiskowe (np. stres) oraz genetyczne.

Objawy

Tendencje do tycia; obrzmiała, okrągła twarz (przykładowe zdjęcia chorych znajdziecie tutaj); obfite miesiączki; zaburzenia miesiączkowania; drażliwość; depresja; bezsenność; osłabienie koncentracji i pamięci; kołatanie serca; zaburzenia rytmu serca; hipercholesterolemia (zwiększenie stężenia cholesterolu w osoczu) zmęczenie; senność w ciągu dnia; sucha skóra (np. na łokciach); zaparcia, słaba odporność; wypadanie włosów; wrażliwość na zimno… I inne. Uwaga! Różne objawy pojawiają się z różnym natężeniem. Każdy pacjent jest inny i każdy cierpi na swoją odmianę Hashimoto. Jeśli jednak zauważyliście u siebie część z powyższych objawów, zbadajcie się. A nuż tarczyca okaże się przyczyną Waszych dolegliwości?

Diagnoza

By stwierdzić chorobę Hashimoto niezbędne jest wykonanie badań: TSH, anty-TPO, anty-TG i USG tarczycy.

Leczenie

Dożywotnie przyjmowanie lewotyroksyny sodowej w formie tabletek (lek przyjmujemy na czczo, 30 minut przed śniadaniem). Badania kontrolne co 3-6 miesięcy i zwiększanie dawki leku w razie potrzeby.

Nie jest źle, prawda? Wystarczy jedna tabletka rano, badania kontrolne i nic nam nie jest. Taki obraz Hashimoto coraz częściej próbuje się nam wmówić: ostatnio chociażby w „Pytaniu na śniadanie” pojawiła pani dr Agnieszka Kurczuk-Powolny, która z radością w głosie oznajmiła, iż Hashimoto „jest jej ulubioną chorobą, niezwykle wdzięczną do leczenia”. Wystarczą trzy „tableteczki” dzienne, by być zdrowym i szczęśliwym: syntetyczny hormon tarczycy, witamina D, selen. I już!

Niestety, tak łatwo nie jest i kreowanie wizerunku Hashimoto jako choroby łatwej do leczenia to w wielu wypadkach mit. Z całym szacunkiem do pani doktor, ale w tym miejscu powiedziała głupotę, co natychmiast odczuje każdy pacjent cierpiący na Hashimoto. W dalszej części artykułu pokażę Wam, czemu te trzy „tableteczki” to w większości wypadków zdecydowanie za mało.

[Żeby jednak nie być zbyt krytyczną, muszę pochwalić panią doktor, że wspomniała o suplementacji i o tym, że TSH powinno wynosić ok. 1. Na krytykę zdecydowanie zasługują jednak dziennikarze, którzy przerywali wypowiedź pani Kurczuk-Powolny w sposób nachalny i niekulturalny. Chociaż i tak bywało jeszcze gorzej; w wywiadzie z okazji Dnia Dziecka pani Anna Popek odebrała komórkę na wizji, w czasie przeprowadzania wywiadu… Wykreślam poprzednie zdanie i zwracam pani Popek honor, gdyż okazuje się, że było to częścią akcji mającej zniechęcić do rozmawiania za kierownicą. Nieco dziwny pomysł, ale jeśli ma pomóc…].

O CZYM SIĘ NIE MÓWI

Czym jest Hashimoto?

Hashimoto to choroba autoimmunologiczna, w wyniku której organizm produkuje przeciwciała atakujące tarczycę. Niestety, przeciwciała te nie są na tyle inteligentne by atakować wyłącznie tarczycę. Wg dra Datisa Kharraziana przeciwciała mogą „przyklejać się” także do móżdżku i dawać sygnał do jego niszczenia.  Jak mówi: „Już od dziesięciu lat u swoich pacjentów sprawdzam przeciwciała przeciw móżdżkowi i okazuje się, że są one obecne w jednej trzeciej przypadków”.
Hashimoto nie jest zatem wyłącznie problemem tarczycy. Warto także zaznaczyć, że choroby autoimmunologiczne lubią chodzić parami i że organizm może produkować inne typy autoprzeciwciał skierowanych przeciw innym organom, tak jak np. w reumatoidalnym zapaleniu stawów.

Przyczyny

Nie istnieje jedna przyczyna Hashimoto, gdyż to schorzenie jest wypadkową wielu zmiennych. Najważniejszą z nich są zapewne czynniki genetyczne. Coraz częściej mówi się także o złej diecie, stresie, zakażeniach pasożytami, terapiach antybiotykami… Należy pamiętać, że Hashimoto nie jest chorobą tarczycy, a układu immunologicznego. A gdzie znajduje się 80% naszej odporności? Pewnie wielu z Was zdziwi odpowiedź: W jelitach!

Z moich obserwacji wynika, że wielu chorych na Hashimoto uskarża się także na problemy jelitowe: wzdęcia, gazy, zgagę… I nic dziwnego: istnieje wyraźny związek między chorobami autoimmunologicznymi a tzw. przeciekającym jelitem. U coraz większej ilości osób jelito rozszczelnia się, w wyniku czego do krwi dostają się cząsteczki, które absolutnie nie powinny się tam znaleźć, np. źle strawione białka… Więcej informacji o nieszczelności jelit znajdziecie w tym artykule. 

Wyraźnie widać zatem, że „Hashimoto to nie tylko problem tarczycy. To nie tylko problem jelita i nie tylko problem glutenu” (dr D. Kharrazian). To problem całego organizmu. Nie zapominajmy, że ta choroba może prowadzić do degeneracji mózgu. A bez sprawnego mózgu nie jesteśmy w stanie sprawnie funkcjonować, zwyczajnie przestajemy być sobą.

Objawy

Teoretycznie lista objawów jest wszystkim znana. Jest jednak różnica między ich przeczytaniem a ich doświadczaniem…

Osobiście leczę się na niedoczynność tarczycy od ok. 13 lat. Nie wiem, od jak dawna mam Hashimoto, bo badanie na przeciwciała kazano mi wykonać dopiero cztery lata temu. Przez cały ten czas doświadczałam najprzeróżniejszych objawów i dopiero teraz uświadamiam sobie, że wszystkie one miały związek z tarczycą.

Od zawsze byłam „zmarzluchem”. Codziennie śpię w skarpetkach, pod kołdrą i kocem (poza latem, oczywiście). Ponadto pamiętam, że już w dzieciństwie miałam przeraźliwie suchą skórę na łokciach. Czasem też zdarzało mi się kołatanie serca. Na problemy trawienne uskarżałam się odkąd tylko pamiętam.

Z powyższymi objawami „da się” żyć. Niestety, niekiedy Hashimoto przypuszcza wzmożony atak i wtedy robi się naprawdę nieciekawie… Wiem z doświadczenia, że rzuty choroby następują w momentach dużego stresu. Wtedy pojawiają się depresja, nerwowość, potworna senność w ciągu dnia… Nie da się tego opisać. Sypiasz po 8, 10 godzin, cudem zwlekasz się z łóżka, a i tak chciałbyś do niego natychmiast wrócić… Zupełnie nic cię nie cieszy, wszystko jest pozbawione sensu, wszystko jest zupełnie czarne, nawet twoi bliscy cię denerwują, najchętniej byłbyś tylko sam… Wiesz jednak, że musisz pracować, robisz to automatycznie, bez żadnej radości. W wolnych chwilach popłakujesz w kącie. Przed zaśnięciem popłakujesz w poduszkę. Zamykasz oczy by rano zacząć ten sam koszmar.

Osobiście przeżyłam w życiu dwa rzuty Hashimoto. Pierwszy miał miejsce przed maturą, gdy wzięłam na siebie zdecydowanie zbyt dużo obowiązków. Drugi zdarzył się ponad rok temu (pisałam już o tym kiedyś, zajrzyjcie tutaj) i to właśnie ten epizod popchnął mnie na ścieżkę paleo.

Z perspektywy czasu wiem, że w momentach zaostrzenia choroby należy natychmiast wykonać badania, gdyż może być potrzebne zwiększenie dawki hormonu. Wiem także, że czasem trzeba odpuścić i przestać udawać, że jest się robotem i że można wziąć na siebie milion obowiązków. I dlatego apeluję: dbajcie o swój czas wolny i odpoczywajcie. Unikajcie stresów. Sypiajcie dobrze. Ruszajcie się. A jeśli przeżywacie zaostrzenie choroby, proście bliskich o pomoc i zrozumienie. Zaangażujcie męża do gotowania, a dzieci do sprzątania.

Gdyby Hashimoto kończyło się na depresji! Niestety, tej chorobie często towarzyszą też zaburzenia pamięci i problemy z koncentracją (i nie ma w tym nic dziwnego, skoro ten podły japończyk może nam niszczyć mózg…). Najgorzej jest, gdy te objawy dopadają nas w pracy. Musisz sobie coś przypomnieć, a tu pustka… Na szczęście moja praca wymaga ode mnie ciągłego ćwiczenia mojej pamięci (pracuję jako nauczycielka w szkole językowej), więc pustka przytrafia mi się dość rzadko, albo i nawet tak rzadko jak każdej zdrowej osobie. Wiem jednak, że wielu chorych ma ogromne problemy z pamięcią, które niekiedy nawet utrudniają im normalne funkcjonowanie.

Stąd też mój apel do rodzin i pracodawców: jeśli macie kontakt z kimś, kto cierpi na Hashimoto, spróbujcie wykazać zrozumienie. Wiem, że tej choroby nie widać, bo przecież pozornie niczego osobie z Hashimoto nie brakuje, ale ona istnieje i potrafi siać spustoszenie w organizmie. A jeśli bliska Wam osoba/Wasz pracownik jest w zdecydowanie gorszej formie niż zazwyczaj, natychmiast każcie mu zbadać TSH, FT3 i FT4 i wyślijcie go do endokrynologa!

Jak łatwo zauważyć, objawy Hashimoto bywają naprawdę wstrętne. Pamiętajcie jednak, drogie Hashimotki i drodzy Hashimotowcy, by nie stać się ich ofiarą! Bardzo łatwo zrzucić każde zmęczenie czy nawet lenistwo na chorobę. To jednak tak nie działa! Każdy człowiek, nawet zupełnie zdrowy, miewa gorsze dni. O ile zmęczenie nie powtarza się codziennie przez miesiąc, nie macie się czym martwić, jest zupełnie ludzkie i dopadła Was jednodniowa chandra czy niemoc 😉 A na problemy z pamięcią nie ma lepszego lekarstwa jak ruszanie ciałem i ruszanie głową! Aktywność fizyczna pobudza nas mózg do pracy, a i jego samego trzeba ćwiczyć, by dobrze działał. Dlatego też ciągle powinniśmy uczyć się nowych rzeczy, czytać, rozwiązywać łamigłówki… Wykorzystujcie też drobne sytuacje w życiu codziennym, by ćwiczyć pamięć, np. spróbujcie zapamiętać numer telefonu, który dał Wam właśnie znajomy, lub nauczcie się kilku nowych angielskich, francuskich czy hiszpańskich słówek… Ponadto skupiajcie się na otaczającej Was rzeczywistości i próbujcie dostrzegać jak najwięcej szczegółów, chociażby gdy jedziecie autobusem, przyjrzyjcie się dokładnie innym pasażerom, zapamiętajcie jaki mają kolor oczu, jak są ubrani, co wiozą ze sobą… Po paru godzinach spróbujcie sobie przypomnieć te detale. Mózg wymaga ciągłej gimnastyki! I dlatego róbcie wszystko, co w Waszej mocy, by nie dać się chorobie i ćwiczcie go codziennie. Gwarantuję pozytywne efekty 🙂

Diagnoza

Niestety, dla wielu lekarzy diagnozowanie chorób tarczycy polega na okresowym wykonywaniu badania TSH. Nic bardziej mylnego!

By prawidłowo zdiagnozować Hashimoto należy wykonać pełny pakiet tarczycowy, czyli TSH, FT3, FT4, anty-TPO, anty-TG i usg tarczycy.

Jeśli w tych badaniach ukażą się nieprawidłowości, a przeciwciała przekraczają normę, diagnozuje się Hashimoto. (Uwaga! Istnieją też oczywiście przypadki niestandardowe, w których przeciwciała nie są jeszcze wytwarzane, ale obraz tarczycy na usg ukazuje już stan zapalny, bądź sytuacja odwrotna, kiedy wytwarzane są już przeciwciała, a obraz usg jest jeszcze „w normie”… Dlatego ważne jest zrobienie pełnego panelu badań). Uwaga! Niekiedy diagnozuje się Hashimoto, a tak naprawdę pacjent cierpi na chorobę Gravesa-Basedowa, która objawia się nadczynnością tarczycy… Dlatego w razie wątpliwości warto skonsultować się z kilkoma fachowcami, by otrzymać prawidłowe rozpoznanie.

Chciałabym jednak zaznaczyć, że diagnoza to dopiero początek drogi. U wielu chorych na Hashimoto występują niedobory witaminy D, B12, żelaza (koniecznie trzeba zbadać ferrytynę!), magnezu, selenu… Ponadto często występuje podwyższony poziom cholesterolu, a także insulinooporność czy nawet cukrzyca. (Przypomnijcie sobie teraz panią doktor z „Pytania na śniadanie” i jej cudowne trzy tableteczki. To trochę za mało na taką ilość obawów, czyż nie?).

W tym momencie pojawia się zasadniczy problem: NFZ w życiu nie wyśle nas na te wszystkie badania. Z wielkiej łaski przepisują nam TSH i anty-TPO (a od wielkiego dzwonu FT3 i FT4). Dlatego też jeśli już zdiagnozowano u Was Hashimoto, spróbujcie wystarać się o jak największą ilość badań, a resztę pokryjcie (niestety) z własnej kieszeni.

Uwaga, trójkę tarczycową (TSH, FT3, FT4) należy wykonywać przy każdej wizycie u endokrynologa! Wielu lekarzy powie Wam, że wystarcza samo TSH. To ogromny błąd, gdyż poziom TSH często się waha: robiłam kiedyś badanie TSH w odstępie jednego tygodnia. Najpierw wyszło 2,02, a po tygodniu 3,5! Ponadto musicie pamiętać, że normy laboratoryjnie są wyssane z palca. TSH powinno oscylować w granicy jedynki (taki wynik jest też optymalny dla osób starających się o dziecko).

Inne badania (np. witaminę D) należy wykonywać zależnie od potrzeb. Jeśli stwierdzono u nas niedobory i zaczęliśmy przyjmować suplementy, po pewnym czasie konieczne jest powtórzenie wyniku by zobaczyć, czy suplementacja jest dobrana prawidłowo i czy działa.

Leczenie

Powszechnie stosowanym lekiem jest lewotyroksyna sodowa. I już.

Niestety, ta jedna tabletka to najczęściej znacznie za mało, bo nie leczy ona przyczyn problemu, a jedynie skutek. Ba, nawet te trzy „tableteczki” polecane przez panią dr Kurczuk-Powolny to za mało, bo przecież Hashimoto to nie tylko problem tarczycy, a całego układu odpornościowego i czasem nawet mimo zażywania letroxu czy eutyroxu objawy postępują i choroba zaczyna atakować np. nadnercza czy mózg…

Leczenie pacjenta z Hashimoto zależy od wielu czynników, jednak najważniejszym z nich jest czas trwania choroby. Jeśli Hashimoto zostanie zdiagnozowane w początkach swojego istnienia, chory powinien być w całkiem niezłej kondycji. Uwaga! Pacjent wcześnie zdiagnozowany mógł jeszcze nie rozwinąć niedoczynności tarczycy i dlatego włączenie lewotyroksyny może nie być konieczne. O tym jednak decyduje lekarz na podstawie wyników. Jeśli jednak u pacjenta choroba była przez wiele lat nieleczona… Może być tragedia: tarczyca ledwie zipie, mózg pracuje źle, serce pobolewa, do tego często dochodzą problemy z nadnerczami…

W takim wypadku konieczny jest cały szereg badań. Poza lewotyroksyną lekarz powinien zaordynować odpowiednie suplementy i dietę. Niestety, endokrynolodzy z którymi miałam do czynienia nie zlecają ani badań, ani suplementacji, o diecie nie wspominając.

Ponadto wygląda na to, że wielu specjalistów nie wie o innych metodach leczenia poza lewotyroksyną sodową, bądź zwyczajnie boją się wprowadzać innych rozwiązań (nie wspominając już o lekarzach NFZ, którzy często mają związane ręce przez wszechobecne procedury). A przecież każdy pacjent jest inny i dla wielu z nas syntetyczne T4 to zdecydowanie za mało:

 

1. Istnieją pacjenci ze słabą konwersją T4 do T3. Takie osoby często doświadczają ulgi przy włączeniu do kuracji syntetycznej trójjodotyroniny (np. Thybon). Ponadto istnieje także możliwość leczenia Novothyralem (T4+T3). Chciałabym jednak zaznaczyć, że leczenie syntetycznym T3 wciąż wymaga dalszych badań i dlatego na początku warto spróbować poprawić konwersję naturalnymi metodami.

2. Za granicami naszego pięknego kraju (np. w Ameryce) istnieje możliwość kuracji naturalnym ekstraktem z tarczycy – NDT. Ekstrakt ten uzyskuje się z tarczycy świnek. Więcej o NDT możecie przeczytać we wspaniałym artykule Alpacasquare.

3. Istnieją także terapie eksperymentalne, np. LDN, czyli terapia naltreksonem w niskiej dawce. Jak działa taka terapnia? „Niska dawka naltreskonu blokuje przez kilka godzin receptory opioidowe, co prowadzi do nadprodukcji wewnętrznych opioidów – endorfin. Endorfiny produkowane są także przez komórki układu odpornościowego i modulują ich działanie” [źródło]. Terapia ta może przynieść ulgę także osobom cierpiącym np. na stwardnienie rozsiane, jednak jako że jest bardzo eksperymentalna, praktycznie nie istnieją lekarze, którzy zdecydowali się na jej wykorzystanie.

 

Dlatego jeśli już otrzymaliście diagnozę, spróbujcie znaleźć endokrynologa świadomego zaburzeń, które może nieść ze sobą Hashimoto oraz innych możliwości leczenia poza lewotyroksyną. Tak, wiem, że jest to trudne, ale możliwe. Ponadto pytajcie! Jeśli my, pacjenci, będziemy pogłębiać swoją wiedzę zmusimy lekarzy do tego samego!

A jeśli macie problem ze znalezieniem dobrego lekarza, polecam Wam przyłączenie się do Grupy Wsparcia Hashimoto na Facebooku. Znajdziecie na niej mnóstwo porad, a przede wszystkim listę rekomendowanych specjalistów.

Uwaga! Czasem ulgę może nam przynieść już znający się na rzeczy lekarz pierwszego kontaktu… Dlatego miejcie oczy otwarte, gdyż niekiedy pomoc możemy otrzymać w najbardziej nieoczekiwanym miejscu 🙂

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat chorób autoimmunologicznych i ich leczenia, zapraszam Was na Targi Healing Diet, na których poprowadzę dla Was warsztat kulinarny 🙂

 

W następnym artykule zajmę się szerzej tematem endokrynologów i przedstawię Wam historie osób cierpiących na Hashimoto. Chciałam zmieścić to wszystko w jednym tekście, ale się nie udało 😉

Artykuł o błędach popełnianych przez lekarzy znajdziecie tutaj.

 

Pamiętajcie, że w każdej chwili możecie polubić mojego bloga na facebooku, do czego nieustannie zapraszam 🙂

 

Trzymajcie się zdrowo!

~ Tarta rabarbarowa (bez glutenu, ziaren, laktozy, jajek, rafinowanego cukru) ~

Dziś miałam gości. A skoro byli goście, musiało być także i ciasto.

Ostatni raz piekłam coś słodkiego na Wielkanoc. I całe szczęście! W czasie przygotowywania ciasta nie jestem w stanie oprzeć się pokusie podjadania. Zła ja! Mam nadzieję, że Wy macie silniejszą wolę, bo podjadanie to wstrętny nawyk 😉

Dzisiejsza tarta jest próbą przełamania konwencji klasycznych wypieków z rabarbarem: tym razem nie towarzyszą mu truskawki, a… banan. W racji mojej choroby nie ma oczywiście glutenowego ciasta, a w zamian wykorzystałam ciasto z platanów (więcej o nich tutaj). W efekcie otrzymałam wypiek cudnie słodki z delikatnie kwaskową nutą. I oczywiście zjadłam go znacznie więcej, niż powinnam 😉

Składniki (na standardową formę do tarty 24 cm):

Na ciasto:

~ 200 gramów suszonych daktyli

~ 150 gramów wiórek kokosowych

~ jeden żółty i dość miękki platan (ważył 180 gramów po obraniu)

~ 1 czubata łyżka tapioki

~ woda

Na kruszonkę:

~ 60 gramów suszonych daktyli

~ 20 gramów bardzo drobnych wiórek kokosowych lub mąki kokosowej

~ 15 gramów oleju kokosowego i 10 gramów smalcu (może być też sam olej kokosowy)

~ 50 gramów mąki kasztanowej

Na nadzienie:

~ 700 gramów obranego rabarbaru

~ 2 banany (po obraniu ważyły 200 gramów)

~ 35 gramów rodzynek

Przygotowanie:

1. Ciasto:

200 gramów daktyli zalewany 1,5 szklanki wody i doprowadzamy na małym gazie do wrzenia. W międzyczasie w wysokim naczyniu mielimy blenderem wiórki na krem (instrukcja tutaj). Gdy daktyle zaczną się gotować, zestawiamy je z ognia, wyławiamy i odsączamy na sitku, zaś wodę, w której się gotowały, odstawiamy na bok. Następnie dodajemy daktyle i platana do kremu kokosowego i ponownie mielimy blenderem na gładko (uwaga! ciasto będzie bardzo gęste więc uważajcie, by nie spalić blendera!). Na koniec wsypujemy łyżkę mąki z tapioki i całość mieszamy łyżką. Tak przygotowane ciasto umieszczamy w zamrażarce na ok. 1-1,5 h, by zgęstniało (warto przemieszać je co 15 minut, by nie przywarło do ścianek naczynia).

2. Kruszonka:

Gdy spód ciasta będzie się chłodzić, przystępujemy do przygotowania kruszonki. 60 gramów daktyli gotujemy w tej samej wodzie, w której gotowaliśmy daktyle do ciasta. Gdy zaczną bulgotać, odsączamy je i rozcieramy łyżką na sitku (wodę z gotowania znów zachowujemy). Otrzymaną masę wykładamy do miski i mieszamy z olejem kokosowym i smalcem. Następnie dodajemy wiórki kokosowe i mąkę kasztanową i ugniatamyciasto  ręką aż do uzyskania miałkiej i grudkowatej konsystencji. Miskę z kruszonką wkładamy do lodówki.

3. Nadzienie:

Rabarbar obieramy i kroimy na kawałki o szerokości ok. 0,5 cm. Tak pokrojony rabarbar wrzucamy do wody, w której wcześniej gotowały się daktyle i dodajemy ok. 2-3 szklanki wody tak, by rabarbar został nią przykryty. Doprowadzamy do wrzenia i odcedzamy. Wodę zachowujemy – to doskonały kompot! Po tym zabiegu rabarbar będzie wyglądać tak:

Następnie obieramy banana i miażdżymy go widelcem tak, by zostały grudki:

Masy bananową i rabarbarową łączymy i dodajemy rodzynki.

4. Następnym krokiem będzie wyjęcie ciasta z zamrażarki i wylepienie nim formy do tarty. Jeśli chcielibyście ciasto wygładzić tak elegancko, jak ja to zrobiłam, zwilżcie ręce. Nakłujcie też spód widelcem, dzięki czemu ciasto się nie wybrzuszy w trakcie pieczenia. Tak przygotowaną formę wkładamy ponownie na 30 minut do zamrażarki:

5. Następnie formę wkładamy do średnio nagrzanego piekarnika i pieczemy 15 minut w temperaturze 160 stopni (z termoobiegiem):

6. Po tym czasie na ciasto wykładamy nadzienie bananowo-rabarbarowe i posypujemy je obficie kruszonką (wyjęłam nawet formę z pieca, żeby zrobić zdjęcie w dziennym świetle. Nienawidzę używać lampy błyskowej!).

7. Tak przygotowane ciasto pieczemy jeszcze 15-20 minut w temperaturze 150 stopni (z termoobiegiem) aż do zbrązowienia kruszonki. Serwujemy przestudzone. Smacznego!

UWAGA! Jeśli nie dysponujecie platanami, skorzystajcie z przepisu na kruchy spód do tej tarty.

 

Nie wiem, co bardziej smakuje mi w tej tarcie: chrupiąca kruszonka, słodki spód czy kwaskowe nadzienie… Mmm 🙂

P.S. Piękny materiał, który posłużył mi jako tło, nabyłam w sklepie Jazz&Silk. Polecam, wybór jest przeogromny!

~ Łososiowe roladki ~

Czy w paleo-kuchni potrzebny jest nóż do sera? No ba! Tyle że nie użyjemy go, oczywiście, do krojenia sera, ale… cukinii.

Co prawda sezon na cukinię jeszcze się tak naprawdę nie zaczął, ale nie wytrzymałam i nabyłam cukinię importowaną. Połączyłam ją z absolutnie nieziemskim wędzonym dzikim łososiem. Do tego ulubione przyprawy… I powstaje szybka i prosta przekąska. A jaka dobra!

Składniki (na ok. 10 sztuk):

~ 2 średnie cukinie (ok. 4 cm średnicy i 20-25 długości)*

~ 150 gramów wędzonego dzikiego łososia (o jego przewadze nad łososiem hodowlanym pisałam tutaj)

~ koperek (świeży lub suszony) bądź czubryca (użyłam jej z braku koperku i wyszło całkiem nieźle)

~ rafinowany olej kokosowy lub masło do smażenia

* Uwaga! Jeśli wolicie nie używać do roladek części cukinii bez pestek, zwiększcie ilość sztuk do trzech lub nawet czterech.

Przygotowanie:

1. Cukinię myjemy. Przy pomocy noża do sera wycinamy paski. Najlepiej zrobić do szybkim, zdecydowanym ruchem mocno przyciskając nóż do warzywa:

2. Tak przygotowane plastry posypujemy wybraną przyprawą i smażymy na rozgrzanym tłuszczu 15 sekund z każdej strony. Cukinia ma delikatnie zmięknąć, żeby dała się zawinąć w roladki:

(Wpadł mi też do głowy pomysł, że cukinię można przecież ugrilować! Potrwa to trochę dłużej, ale efekt powinien być jeszcze ciekawszy).

3. Gdy cukinia nieco przestygnie, wybieramy paski o podobnej szerokości i jednemu z nich odcinamy skórkę:

 

4. Na plastrze ze skórką układamy kawałki łososia w taki sposób, by trochę wystawały za dłuższą krawędź cukinii. Warto też nie układać łososia do samej krawędzi – roladki będzie nam łatwiej zwinąć:

5. Łososia przykrywamy plastrem cukinii pozbawionym skórki. Układamy dwa małe kawałeczki łososia przy brzegu krawędzi od której zaczniemy zwijanie roladek:

6. Roladki zwijamy. I gotowe! Ja na potrzeby zdjęcia obwiązałam je bawełnianym sznurkiem do wędzenia, ale i bez niego trzymały się całkiem nieźle. Smacznego 🙂

 

Chciałabym Was także zaprosić na moją facebookową stronę!  Jeśli najdzie Was ochota na polubienie mnie, będzie mi bardzo miło 🙂