~ Placki leśne ze śmietaną imbirową (AIP) ~

Jakiś czas temu musiałam przygotować sobie szybkie jedzenie na wyjazd na studia (studiuję zaocznie). Zmieliłam to, co miałam pod ręką – topinambura, platana i cebulę. Zapiekłam. Spróbowałam – wyszło jak placki ziemniaczane. Spróbował Jaskiniowy Tata – stwierdził to samo. Czyli mam nowy przepis na bloga! Paleo-placki bez mąki! 😀

Przepis ten odnalazł jednak swój ciąg dalszy. Na Wielkanoc dostałam od mojej Jaskiniowej Siostry prześliczną deseczkę (w tym miejscu pozwolę sobie na duży ukłon w stronę Jaskiniowego Szwagra, który zdecydowanie przyczynił się do wyboru tegoż przepięknego drobiazgu). Obiecałam wykorzystać ją do sesji zdjęciowej możliwie jak najprędzej. Od razu przyszły mi do głowy placki. Spojrzałam raz jeszcze na deseczkę i – eureka! – przecież do placków mogę dodać grzyby! Niezbadane są ścieżki przypływu natchnienia!

(Uwaga! Jeśli na protokole musicie ograniczyć węglowodany, przepis ten raczej nie jest dla Was) 🙁

Składniki (dla dwóch-trzech osób, zależnie od ich apetytu, wagi i wieku):

Na placki:

~ 200 gramów topinamburu

~ 2 spore zielone platany (ok. 300 gramów)

(Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je! Proszę Was też o intensywny mailing).

~ 250 gramów cebuli

~ 15 gramów suszonych grzybów (użyłam borowików)

~ szklanka wrzątku

~ łyżka octu jabłkowego

~ pół łyżeczki sody

~ pół łyżeczki soli

~ pół łyżeczki pieprzu (nie dla osób na AIP i z nietolerancjami) lub pół łyżeczki czosnku w proszku

~ dwie łyżki tłuszczu + tłuszcz do smażenia (najlepiej masło klarowane, nadadzą się też smalec lub bezwonny olej kokosowy)

~ szczypiorek do dekoracji

Na śmietanę:

~ puszka mleka kokosowego (Uwaga! Śmietana, która podchodzi pod wieczko puszki musi być idealnie gęsta! Ja użyłam mleka z Rossmanna)

~ łyżeczka świeżo startego imbiru

Przygotowanie:

Śmietana imbirowa:

Puszkę otwieramy i wybieramy z niej całe twarde mleko kokosowe (to płynne na dole zostawiamy i dodajemy np. do koktajlu). Musi być NAPRAWDĘ twarde – jeśli da się je dziobać łyżką, jest w porządku. Wkładamy do miski i mielimy blenderem ok. 3-4 minuty. W tym czasie zaczną się robić grudki – to znaczy, że śmietana oddziela się od mleka. Mielimy jeszcze ok. minutę i całość przecedzamy przez sitko (mleko ma spłynąć do miski, a na sitku zostaje śmietana).

Śmietanę przekładamy do miski, dodajemy łyżeczkę świeżo mielonego imbiru (można więcej, dla mnie taka ilość była optymalna) i znów mielimy blenderem.

Tak ma wyglądać mleko kokosowe. Musi być GĘSTE!

Placki:

1. Grzyby zalewamy wrzątkiem i odstawiamy do napęcznienia. Uwaga! Wody później nie wylewamy, jeszcze się nam przyda 😉

2. Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy na dowolnym tłuszczu aż do przyrumienienia. Gdy cebula trochę przestygnie, dodajemy dwie łyżki dowolnego tłuszczu.

2. Topinambury dokładnie czyścimy pod bieżącą wodą (najlepiej użyć do tego szczoteczki – ja swoją nabyłam w sklepie z chińszczyzną za całe 3 złote!). Zgrubienia i fragmenty, których nie dało się domyć, odcinamy. Pół topinambura ścieramy na tarce o dużych oczkach, a pozostałą część – na tarce o oczkach małych.

3. Platana obieramy. 200 gramów mielimy blenderem, a pozostałe 100 ścieramy na tarce o dużych oczkach.

4. Grzyby drobno kroimy. 

5. W misce mieszamy razem zmielone platany wraz z platanem startym oraz topinamburem. Dodajemy grzyby, cebulę, ocet jabłkowy, 3 łyżki wody w której moczyły się grzyby, sodę oczyszczoną oraz przyprawy. Mieszamy i smażymy placuszki. Serwujemy ze śmietaną i szczypiorkiem.

 

Uwaga! Na potrzeby zdjęcia wystudziłam placki. Na takich prosto z patelni śmietana się roztopi, oczywiście, więc by zachować efekt warto dać im moment, żeby nieco wystygły.

A jeśli chcielibyście mnie polubić (chociaż wiem, że i tak mnie lubicie), zapraszam tutaj.

Topinambur – przed i po umyciu.

 

~ Ciasta na paleo: O węglowodanach, deserach i kulturze ~

Dziś poruszę temat bardzo, moim zdaniem, ciekawy: Czy ciasta i inne desery są paleo?

(A gdyby naszła Was ochota na lajknięcie mnie, zapraszam tutaj).

Ostatnio pojawia się coraz więcej głosów mówiących, że paleo przestało być paleo. A to wszystko przez słodycze! No bo jak tak można: z jednej strony chce się żyć jak ludzie pierwotni, a z drugiej wcinać ciasta?! Wszak człowiek jaskiniowy po zjedzeniu mamuta nie raczył się „Mamucim Mleczkiem”. A może jednak?…

Paleo-konserwatyści z oburzeniem obserwują nagły wysyp przepisów na paleo-desery. Pojawiają się liczne głosy krytyki, które osoby z grupy neo-paleo dzielnie odpierają. Po czyjej stronie leży racja w tym sporze?

Paleo niejedno ma imię

Dieta paleolityczna ma wiele twarzy. Istnieje raw-paleo, które jest jej najbardziej ekstremalną formą. Pomimo iż zwolennicy tego podejścia mają wiele racji twierdząc, że od zawsze jedliśmy mięso surowe i takie jest najzdrowsze, to z całą pewnością dieta ta będzie rozwiązaniem tylko dla nielicznej garstki ludzi. Osobiście zgadzam się z argumentami przytaczanymi przez osoby spod znaku raw, ale ich zaleceń nie jestem w stanie wprowadzić ich w życie (przynajmniej na razie): od dziecka powtarzane mi było, że mięsa surowego jeść absolutnie nie wolno, bo przecież może być pełne pasożytów… I tak niechęć pozostała. Ale jeśli ktoś dałby mi mięso przebadane i bezpieczne, chętnie bym spróbowała 😉

Dla osób, które nie chcą być raw, pozostaje „normalne” paleo, choć i to ma wiele wersji: paleo-wegetariańskie, paleo włączające nabiał, paleo potępiające nabiał, paleo potępiające rośliny strączkowe czy paleo potępiające paleo w wersji strączkowej… Jednym słowem – jest w czym wybierać, choć wybór zależy najczęściej od stanu naszego zdrowia i od nietolerancji pokarmowych, na które cierpimy. A gdy już jednak uda się nam dobrać optymalny dla siebie rodzaj diety, pozostaje kwestia niezwykle istotna: ilość spożywanych węglowodanów oraz najsłodsza ich forma – desery.

Nie takie węgle straszne jak je malują

Powszechnie przyjęło się przekonanie, że paleo to dieta niskowęglowodanowa. Po części jest to prawdą: kiedy wyłączamy z naszej diety wszystkie ziarna, spożycie cukrów drastycznie maleje. Co ciekawe, istnieją osoby, które ograniczają spożycie węglowodanów do zera i ponoć dobrze się z tym czują… I chociaż ketoza dla niektórych jest korzystna (choćby dla osób z autyzmem czy padaczką), ja jednak radzę nie próbować tego w domu 😉

Kwestia ilości spożywanych węglowodanów wzbudza wiele kontrowersji, aczkolwiek ogólna zasada głosi, że nie powinno się schodzić poniżej 100 gramów dziennie: w przeciwnym nasz organizm wchodzi w tryb awaryjny. Ważne jest to zwłaszcza w przypadku osób chorych (nie tylko na Hashimoto), które stosują protokół autoimmunologiczny: zbyt niskie spożycie cukrów negatywnie wpływa na gospodarkę hormonalną. Jeśli chcielibyście obliczyć, jakie jest Wasze spożycie węgli, polecam tę stronę.

A jakie są źródła węglowodanów na paleo? Na protokole to: bataty, topinambury, platany (które cierpliwie reklamuję na łamach tegoż bloga), karob, maranta trzcinowata, owoce, owoce suszone (baaardzo okazyjnie!). Na zwykłym paleo to:  bataty, topinambury, platany, maniok, przeróżne mąki (np. kasztanowa, żołędziowa czy bananowa), karob, owoce (np. banany) oraz owoce suszone (choć te radzi się raczej jeść sporadycznie ze względu na wysoką zawartość fruktozy, której wpływ na organizm ludzki wciąż jeszcze jest badany). Składniki te aż proszą się o przyrządzenie z nich deseru, czyż nie? 😉

Impossible is Nothing: Paleo-ciasto

W ten oto sposób dochodzimy do kwestii kluczowej: ciast. Codziennie publikowane są coraz to nowe pomysły na przygotowanie swoich ulubionych deserów w wersji paleo. Łakocie te naprawdę robią wrażenie: okazuje się, że bez ziaren można przyrządzić praktycznie wszystko. Tutaj jednak rodzą się wątpliwości: zmieniliśmy dietę, bo chcieliśmy uciec od (rafinowanego) cukru. Czy przypadkiem znów nie wpadamy w tę samą słodką pułapkę?… Czy nie oddalamy się za bardzo od zdrowej diety człowieka pierwotnego, który przecież ciast nie jadł?…

Nie, oczywiście. Trzeba tylko wiedzieć, co i jak.

Mnie samą osobiście krew zalewa, gdy widzę ciasta przygotowywane na bazie mąk orzechowych (z mąką migdałową na czele). Orzechów nie wolno piec, a przynajmniej robić się to powinno jak najrzadziej! Są one naszpikowane kwasami Omega-6, które utleniają się pod wpływem wysokiej temperatury i stają się dla nas w ten sposób szkodliwe (obiecuję rozwinąć temat, gdy tylko uporam się z pracą magisterską). Ciasta z pieczonymi orzechami (oraz ze wszystkim, z czego można uzyskać olej, np. sezam, mak, dynia, słonecznik) powinno się jeść bardzo okazjonalnie. BARDZO.

Desery przygotowane na bazie owoców czy kokosa są jak najbardziej akceptowalne i często bardzo zdrowe, tyle że, oczywiście, w ilościach rozsądnych. Zwłaszcza na protokole autoimmunologicznym powinno się uważać na liczbę spożywanych łakoci – choćby przy insulinooporności.

Chcę jednak zaznaczyć wyraźnie, że ciasto nie jest naturalnym i codziennym produktem na paleo. Ma być to okazjonalny przysmak, a nie nasza codzienność. Sama osobiście ciasta i desery robię i jem tylko wtedy, gdy przychodzą goście. Na co dzień jem mięso, tłuszcz (ostatnio dużo kokosowego), gotowane warzywa i surowe owoce.

Twory kultury: muzyka, literatura i… ciasta

Istnieje jeszcze jeden argument, który przemawia za obecnością ciast w diecie paleo. Otóż są one nieodłączną częścią kultury, w której się urodziliśmy i wychowaliśmy.

Jestem pewna, że każdy z nas z nostalgią wspomina przepyszną szarlotkę babci, wuzetki przynoszone przez ciocię czy pachnące makowce pieczone z okazji Bożego Narodzenia. Wytwory mączne są elementem naszej tradycji i często wiążemy z nimi najlepsze wspomnienia. Nie ma się co oszukiwać: tęsknimy. I pewnie nie jest to nawet tęsknota za samym smakiem, a bardziej za chwilami spędzonymi z bliskimi przy kawie i cieście.

Desery paleo to chęć powrotu do tamtych chwil. Jest jednak coś jeszcze: kiedy odmawiamy cioci czy babci ciasta z powodu diety, możemy czuć się niekomfortowo. Bo nagle przestaliśmy brać udział w jakże ważnej części życia społecznego: odmawiamy jedzenia, co może często zostać źle zinterpretowane i niezrozumiane.

Ciasto z platana czy muffinki z mąki kasztanowej są tutaj idealnym kompromisem: znów jesteśmy w stanie tworzyć słodkie wspomnienia przy rodzinnym stole. A i babcia będzie szczęśliwa, że jemy deser, więc przestanie się zamartwiać o nasz los i biadolić 😉

Na zakończenie dodam jeszcze rzecz najistotniejszą: przecież nie jesteśmy robotami. Zwłaszcza osoby na protokole autoimmunologicznym mogą borykać się z licznymi kryzysami (sama to przechodziłam): muszą odrzucić praktycznie wszystko, co jadły do tej pory. Drobna przyjemność jest konieczna dla dobrobytu naszej psychiki. Jeśli zaś psychika nasza ma się źle, motywacja do prowadzenia diety spada drastycznie, co może nawet skutkować zarzuceniem jej. Nie ma się też co oszukiwać – w końcu słodycze są wszędzie wokół: w telewizji śliczne panie pałaszują czekoladki, na bilboardach oblizują usteczka po słodkiej chwili zapomnienia… Więc lepiej już zrobić sobie ten mały deser z wiórek kokosowych, niż zawalić całą dietę, czyż nie? Zainteresowanych odsyłam też do postu Ajwen na temat cheat day.

Pamiętajcie jednak, że desery nie powinny stać się chlebem powszednim i – jak ze wszystkim w życiu – należy zachować umiar.

A na koniec przygotowałam dla Was spis, z czego można przygotowywać paleo-desery:

Na „zwykłym” paleo:

  • wszystkie owoce
  • wszelkie pochodne kokosa (wiórki, mąka, mleko, masło, olej)
  • żelatyna i agar-agar
  • owoce suszone
  • substancje naturalne do słodzenia (najlepsze są miód i syrop klonowy, czasem można też wykorzystać cukier muscovado czy melasę)
  • mąki: kasztanowa, żołędziowa, bananowa, platanowa, z tapioki, z maranty trzcinowatej… 
  • orzechy oraz mąki orzechowe (w wersji surowej, a pieczone tylko od święta)
  • jajka
  • dynia, bataty, maniok i inne warzywa skrobiowe
  • produkty mleczne, jeśli nie macie nietolerancji (w tym masło i masło klarowane)
  • kakao (okazjonalnie, w końcu to kwas fitowy)
  • pestki (dynia, słonecznik, siemię lniane, sezam, mak… Chociaż w ilościach rozsądnych, oczywiście)

Na protokole autoimmunologicznym:

  • wszelkie pochodne kokosa (wiórki, mąka, mleko, masło, olej)
  • żelatyna i agar-agar (nie znalazłam informacji, żeby agar-agar był zabroniony na AIP) 
  • owoce (w ograniczonych ilościach, zależnie od stanu zdrowia i nietolerancji FODMAPS)
  • owoce suszone, miód i syrop klonowy, melasa (bardzo okazjonalnie, dwa-trzy razy w miesiącu będzie ok)
  • dynia, bataty,  i inne warzywa skrobiowe (mp. marchewka) – w ilości zależnej od stanu Waszego zdrowia
  • maranta trzcinowata – jako skrobia
  • masło klarowane (ale to dopiero po jakimś miesiącu AIP – niby nie powinno mieć kazeiny, ale kto wie, więc ja nie ryzykowałam i jem je dopiero teraz, po ośmiu miesiącach. Żałuję, że nie wprowadziłam go wcześniej, czuję się po nim świetnie! Ale lęk przed kazeiną był jednak silniejszy…)

(Ważna uwaga: jeśli cierpicie na insulinooporność, cukrzycę czy inne zaburzenia, skonsultujcie Wasze zapotrzebowanie na węglowodany z lekarzem lub dietetykiem! Skonsultujcie także owoce i warzywa, które wolno Wam jeść oraz ich ilość).

A jeśli w liście coś pominęłam, dajcie mi znać w komentarzu 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

(PS. Mam już 39 stron pracy magisterskiej! 😀 Zabrałam się do tego dzielnie i z werwą. Powiem Wam jednak, że ciągłe pisanie po hiszpańsku bardzo utrudnia mi produkcję literacką w języku polskim; co chwila plączą mi się zwroty typu: cabe subrayar que… es necesario recalcar que… Brrr!).

~ Panna Cotta (bez laktozy i rafinowanego cukru). Także na AIP! ~

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy w życiu spróbowałam panna cotty. Było to w Poznaniu, nieco ponad rok temu. Co ciekawe, deser bardziej niż mi zasmakował Panu Jaskiniowemu… Dlatego też zaczęłam często mu go przyrządzać: okazał się niezwykle prosty w przygotowaniu, a jaki pyszny! Po przejściu na paleo panna cotta stała się oczywiście łakociem zakazanym. Ostatnio jednak troszkę pokombinowałam… I wyszło coś wspaniałego, i to bez laktozy i kazeiny! Pewnie powinnam wymyślić dla mego dzieła jakąś autorską i oryginalną nazwę, ale tego nie zrobię. Powiedzmy, że my, osoby na paleo oraz cierpiące na Hashimoto, też możemy jeść panna cottę! I to taką, którą Pan Jaskiniowy ocenił na „pisiont na pisiont” (Ach, ten nieustanny wpływ „Pięćdziesięciu twarzy Greya”!) 😀

A jeśli mielibyście ochotę dać mi lajka i tym sposobem być na bieżąco z moimi przepisami, możecie uczynić to tutaj.

(W nawiasie powiem Wam jeszcze, że dzielnie piszę pracę magisterską! Mam już 32 strony, więc jestem za połową i idzie mi coraz lepiej. Niestety, z pracą związane jest milczenie na blogu… Ale gdy się już obronię, obiecuję pisać regularnie!)

Składniki (dla czterech osób lub dla dwóch głodomorów):

~ 150 gramów wiórek kokosowych (można je zrobić także w domu! Instrukcja tutaj)

~ sześć suszonych moreli, drobno pokrojonych (najlepiej niesiarkowanych)

~ 300 mililitrów wody kokosowej (do kupienia np. w puszcze lub w butelce w Almie)

~ 4,5 listka żelatyny (ja używam takiej)

~ opcjonalnie ziarenka z połowy laski wanilii (dla osób zdrowych i nie na protokole)

~ truskawki do dekoracji (użyłam mrożonych)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Wiórki kokosowe mielimy blenderem na gładki krem (szczegółowy opis tej czynności znajdziecie tutaj). Następnie dodajemy morele i mielimy do uzyskania gładkiej konsystencji. Wlewamy 200 mililitrów wody kokosowej i ponownie mielimy blenderem.

3. W garnku podgrzewamy 100 mililitrów wody kokosowej, w której rozpuszczamy żelatynę. Następnie dodajemy wcześniej przygotowaną masę kokosową i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do ostygnięcia.

4. Masę przekładamy do jak najładniejszych foremek sylikonowych i wstawiamy do zamrażarki (u mnie zamroziły się po opływie godziny). Ważne jest, żeby deser zastygł prawie na kamień – wtedy ładnie wyjdzie z foremki i nic się nie uszkodzi. Smacznego! 🙂

 

Konsystencja deseru, jak widać, to idealna pianka. Mniam! 😀

~ Mazurek z masą „kajmakową” (bez glutenu, bez jaj, bez laktozy) ~

Jeśli ktoś z Was nie upiekł jeszcze mazurka, niechaj się nie smuci i nie traci nadziei! Zrobienie mazurka z platana to rzecz dziecinnie łatwa. I uda się nawet bez jajek!

Chciałabym Wam życzyć również radosnych i zdrowych świąt. I szybkiego nadejścia wiosny, przede wszystkim.

Składniki (na mazurek o wymiarach 20×30 cm):

Ciasto:

~ 320 gramów obranego zielonego platana, czyli dwie małe sztuki (Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je! Proszę Was też o intensywny mailing).

~ 60 gramów mąki żołędziowej

~ 30 gramów mąki kokosowej

~ 50 gramów oleju kokosowego

~ 2 plastry żelatyny

~ łyżeczka sody oczyszczonej

Masa „kajmakowa”:

~ 250 gramów suszonych daktyli

~ pięć łyżek oleju kokosowego

~ trzy łyżki gęstego mleka kokosowego

Do ozdoby:

~ owoce (awokado, melon, mango, winogrona) lub dowolne owoce suszone (np. migdały)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Olej kokosowy topimy w garnuszku i rozpuszczamy w nim żelatynę.

3. Platana mielimy blenderem (jeśli nie dysponujecie mocnym sprzętem, platana warto najpierw zetrzeć na tarce), dodajemy do niego obie mąki, olej kokosowy z żelatyną i sodę. Ciasto zagniatamy rękami.

4. Ciasto wykładamy na papier do pieczenia i rozwałkowujemy na grubość 1,5-2 cm, formując dowolny kształt (Uwaga! Ciasto będzie się średnio lepić, więc warto zwilżyć ręce i je wygładzić). Część ciasta można zostawić, aby uformować z niego podwyższony brzeg. Pieczemy ok. 25 minut w nagrzanym piekarniku w temperaturze 165 stopni (bez termoobiegu). Po tym czasie mazurek smarujemy wodą i zostawiamy go w gorącym piekarniku, żeby wystygł.

5. Aby przygotować masę kajmakową, topimy w garnuszku olej kokosowy. Następnie dodajemy mleko kokosowe, mieszamy, dosypujemy daktyli i mielimy blenderem. Blender musimy być mocny, więc jeśli takiego nie macie, możecie zalać wcześniej daktyle wrzątkiem, żeby zmiękły. Gotowy „kajmak” wkładamy do lodówki, żeby nieco stwardniał.

6. Mazurek dekorujemy masą kajmakową i dowolnie ozdabiamy. Pisankę ozdobiłam kulkami z owoców wyciętymi przy pomocy łyżki do melonów  : )

UWAGI:

1. Mazurek jest absolutnie niesłodki i takie było moje założenie: masa kajmakowa jest bardzo słodka i razem smaki komponują się wyśmienicie. Jeśli jednak pragniecie, możecie dodać do ciasta np. łyżkę miodu lub kilka daktyli.

2. Przeważnie do ciast używa się platanów żółtych. W tym przepisie wykorzystałam platany zielone – raz, bo są niesłodkie, a dwa – bo dzięki nim mazurek jest twardy.

3. Mazurek zrobiłam w dwóch wersjach – z jajkami i bez. W smaku praktycznie się nie różniły. Jeśli pragniecie dodać jaj zamiast żelatyny, zwiększcie ilość mąki.

3. Mazurek najlepiej smakuje następnego dnia, wtedy staje się miększy. Jeśli upieczecie go dziś, jutro śmiało możecie go serwować gościom.

4. To jest mój debiutancki przepis z mąki żołędziowej. Ma specyficzny smak, nieco przypomina mąkę razową… Ale smakuje mi wybitnie  : )

Mazurek w wersji bez jajecznej – kolorowa pisanka  : )

Mazurek po przekrojeniu.

~ Babka Wielkanocna: platanowo-waniliowa (bez mleka, bez mąki) ~

Jest! Udało się! Upiekłam babkę o bardzo tradycyjnym smaku, tyle że ze składników bardzo nietradycyjnych. Jest przepyszna, chyba nawet lepsza od glutenowej… Platan nadał jej delikatności i miękkości. Jest wilgotna i rozpływa się w ustach. Szkoda, że muszę zostawić ją dla gości  ; )

Składniki:

~ 620 gramów obranych żółtych platanów, czyli jakieś 3-4 sztuki (Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je! Proszę Was też o intensywny mailing).

~ 120 gramów mąki kokosowej

~ czubata łyżeczka sody oczyszczonej

~ łyżeczka bezglutenowego aromatu waniliowego

~ ziarenka z połowy laski wanilii

~ 70 gramów oleju kokosowego

~ 30 gramów smalcu (jeśli jesteście wege, zastąpcie go olejem kokosowym)

~ cztery jajka

~ płaska łyżka mąki z tapioki

~ dwie łyżki miodu

Przygotowanie:

1. Rozbijamy jajka i oddzielamy białka od żółtek. Z białej ubijamy sztywną pianę (będzie idealna jeśli dodacie pół łyżeczki sody).

2. Smalec i olej kokosowy topimy w rondelku.

3. Platany mielimy blenderem na gładką masę. Następnie dodajemy mąkę kokosową, wanilię, miód, mąkę z tapioki, żółtka, roztopiony olej kokosowy oraz sodę oczyszczoną i ponownie mielimy blenderem. Na sam koniec dodajemy pianę z białej i całość mieszamy łyżką aż do połączenia składników.

4. Przekładamy do dobrze wysmarowanej tłuszczem formy (forma koniecznie musi mieć tzw. „komin”!) i pieczemy w nagrzanym piekarniku ok. 35 minut w temperaturze 170 stopni, z termoobiegiem. Po tym czasie sprawdzamy drewnianym patyczkiem, czy babka się upiekła – w razie potrzeby wstawiamy jeszcze na parę minut do piekarnika.

Życzę smacznego! (A że będzie smaczne, to wiem na pewno ; )

P.S. Sadzę, że część platanów w przepisie można zastąpić bananami, ale za eksperymenty nie biorę odpowiedzialności 😉

Babka po przekrojeniu. Bez mąki, bez cukru, bez laktozy. Da się? Da się!

~ Krem kokosowy z jajami przepiórczymi ~

Uwielbiam swój umysł. Serio. Już przed dietą tworzył niebywałe pomysły, a na paleo… Rozkwita. Niczym żonkile. Na Wielkanoc.

O Wielkanocy właśnie będzie dziś mowa. Zbliża się wielkimi krokami i pewnie niektórzy z Was nie mają jeszcze zaplanowanego menu… Spieszę z pomocą. Pomysł na krem przepiórczy pojawił się w mojej głowie dokładnie w Walentynki. Wtedy to postanowiłam zaszaleć i po raz pierwszy w życiu kupiłam jaja przepiórcze. Zachwycił mnie ich rozmiar. W smaku okazały się delikatniejsze od jaj kurzych. A jakby tak połączyć je z kokosem?…

Aby pomysł zrealizować, musiałam czekać do Wielkanocy. Wczoraj kupiłam składniki, dziś deser przyrządziłam… I jest! Udało się! Paleo-wielkanoc uratowana! 😀 (Do stylizacji zdjęcia użyłam kwiatów, które dostałam od Pana Jaskiniowego – przepiękne, czyż nie?)

(A tak w nawiasie dodam jeszcze, że bardzo zasmuciła mnie wiadomość o śmierci Roberta Leszczyńskiego, którego pamiętam z czasów młodości, kiedy to z zapartym tchem oglądałam „Idola”. Miał tylko 48 lat. Czyżby znów zawiniły zła dieta i stres?…).

A jeśli podoba się Wam to, co robię na tyle, że chcielibyście mnie polubić, możecie to zrobić tutaj. 

Składniki (na foremkę o pojemności 200 ml):

~ 90 gramów wiórek kokosowych (lub np. migdałów – zajrzyjcie do UWAG na dole strony)

~ 60 ml mleka kokosowego (rzadkiego)

~ 110 ml wody kokosowej (można ją kupić w puszcze lub w butelce w almie)

~ trzy jajka przepiórcze

~ dwa plastry żelatyny (ja używam takiej)

~ dwie łyżeczki syropu klonowego lub łyżeczka miodu

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie. Następnie w 90 ml podgrzanej wody kokosowej rozpuszczamy plastrze żelatyny. Odrobinę tej mikstury wylewamy na spód foremki (warstwa powinna mieć ok. 3 mm). Następnie wkładamy do zamrażarki i czekamy, aż się zsiądzie (ok. 15 minut). Wyjmujemy i robimy palcem delikatne wgłębienia:

2. Jajka przepiórcze sparzamy wrzątkiem (na wszelki wypadek). Następnie baaardzo ostrożnie oddzielamy żółtka od białek. Powtarzam: bardzo ostrożnie. Zółtka układamy na wgłębieniach w żelatynie i wstawiamy na 30 minut do lodówki, żeby stwardniały.

3. Po tym czasie na żółtka wylewamy kolejną partię wody kokosowej z żelatyną (woda ma przykryć żółtka do połowy) i ponownie mrozimy. Gdy żelatyna zastygnie, znów wylewamy wodę kokosową (tym razem ma przykryć żółtka w całości).

4. Gdy woda kokosowa będzie zastygać w lodówce, możemy zająć się tworzeniem kremu kokosowego. Wiórki mielimy blenderem na krem. Następnie dodajemy do nich 60 ml mleka kokosowego i syrop klonowy. W osobnym garnku podgrzewamy 20 ml wody kokosowej i rozpuszczamy w niej plaster żelatyny. Studzimy i dokładnie mieszamy ze zmielonymi wiórkami.

5. Foremkę wyjmujemy z zamrażarki i układamy na niej krem kokosowy. Wyrównujemy i wstawiamy do lodówki (absolutnie nie do zamrażarki!) czekając, aż krem się zsiądzie.

6. Gotowy krem wyjmujemy z foremki. W tym celu najlepiej podgrzać odrobinę foremkę na gazie (ale naprawdę odrobinę, żeby żelatyna kompletnie się nie rozpuściła). Smacznego! : )

UWAGI:

1. Ten deser bardzo łatwo można przystosować dla osób na AIP: wystarczy zamiast żółtek wykroić małe krążki np. z mango (przed ułożeniem ich na żelatynie trzeba je zamrozić – nie wiem, czy mango nie działa na żelatynę tak, jak ananas).

2. Zachęcam do eksperymentów: część wiórek kokosowych można zastąpić np. migdałami (tylko nie przesadzajcie, bo to w końcu masa Omega-6!) albo orzechami makadamia. Opcja polecana zwłaszcza dla tych, którzy nie przepadają za kokosem.

3. Deser jest słodki, więc jeśli odstawiliście cukier, bądź spożywacie go mało, polecam jeść z umiarem ; )

4. Przepis można dostosować do dowolnej formy – wystarczy zmierzyć, ile mililitrów ma Wasza forma i odpowiednio pomnożyć składniki).

(Cała kwintesencja deseru – po przekrojeniu żółtko malowniczo się rozpływa, dając nam delikatny sos).