~ Pieczone gruszki z rozmarynem ~

Dziś będzie pochwała prostoty. Raz dlatego, że brakuje mi czasu, a dwa – proste jest piękne (i praktyczne!). No bo załóżmy, że mamy gości. I że akurat brakuje nam czasu, by zrobić foie gras. W przypływie paniki chwyćmy więc za gruszkę. Goście będą wniebowzięci, gwarantuję.

Składniki (dla dwóch osób):

~ dwie średnie miękkie i dojrzałe gruszki

~ łyżka oleju kokosowego i łyżka miodu

~ łyżka rozmarynu

Przygotowanie:

Olej kokosowy i miód topimy razem na małym ogniu. Gruszki obieramy, kroimy na ćwiartki i wykrawamy gniazda nasienne. Następnie zanurzamy je w oleju wymieszanym z miodem. Układamy na papierze do pieczenia i posypujemy rozmarynem. Pieczemy 15-20 minut w temperaturze 150 stopni. Można serwować jako przystawkę albo jako dodatek do dania głównego. Choć w sumie jako deser też się nada 😉

~ Wapń na paleo. Najlepsze źródło: skorupki jaj! ~

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy natknęłam się na pomysł jedzenia skorupek jaj, podeszłam do niego z pewną dozą sceptycyzmu. Głównie dlatego, że przeczytałam o tym w jednej z książek Michała Tombaka, który do źródeł swoich zaleceń podchodzi dość liberalnie. Później jednak zaczęłam odczuwać brak wapnia (niejedzenie nabiału robi swoje) i potrzebowałam na gwałt czegoś, co mi ten pierwiastek dostarczy. Skorupka okazała się strzałem w dziesiątkę!

(Dzisiejszy wpis w dużej mierze powstał dzięki Anecie, od której dostałam tak miły komentarz, że aż zaprzestałam pisania pracy magisterskiej i wzięłam się za pisanie poniższego artykułu).

 

Gdy przechodzimy na dietę bezmleczną, MUSIMY zatroszczyć się o alternatywne źródło wapnia. Szczerze ostrzegam przed luzackim podejściem do tej sprawy: mnie wydawało się, że „skądś” ten wapń magicznie się w moim organizmie pojawi. I nie dajcie się zwieść badaniom krwi! Poziom wapnia zawsze musi być w niej stały, więc jeśli nie dostarczymy odpowiedniej ilości z pożywienia, nasz organizm zacznie pobierać ten minerał z kości i zębów (sama zaczęłam to czuć) i badania wyjdą w porządku, mimo że wapnia nam brakuje.

Gdzie więc szukać wapnia?

Alternatywnych źródeł wapnia niby jest sporo. Ale weźmy choćby migdały: musielibyśmy zjeść codziennie 90 migdałów by zaspokoić dzienne zapotrzebowanie [źródło]! To oczywiście nie jest wykonalne: raz, że okazałoby się to niezwykle drogie, a dwa – że migdały (a także inne pestki i nasiona) zawierają ogromne ilości kwasów Omega 6, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do zaogniania stanów zapalnych w organizmie. Innymi źródłami wapnia teoretycznie są sezam i mak. Niestety, nie możemy oprzeć na nich diety bezmlecznej. Dlaczego? Podobnie jak migdały zawierają niebotyczne ilości Omega 6; mak w 100 gramach zawiera prawie 28 300 mg Omega 6!

Zdecydowanie zdrowszymi źródłami wapnia są jarmuż, śledzie i (przede wszystkim) sardynki. Wszystkie z tych rzeczy jadam, ale raczej okazjonalnie: jarmuż jest dość drogi (muszę go w przyszłym roku zasadzić u siebie w ogródku), a ryb jeść za dużo nie mogę (w końcu jod i Hashimoto ponoć nie idą w parze).

Wapń wapniowi nierówny

Jakiś czas temu natknęłam się na baaardzo ciekawy artykuł ze strony paleoleap.com. Okazuje się, że zawartość wapnia w danym produkcie wcale nie jest najważniejsza! Liczy się to, ile wapnia nasz organizm jest w stanie przyswoić (nigdy nie będzie to 100%, gdyż istnieje wiele związków, które chelatują wapń, sprawiając, że staje się on dla naszych ciał niedostępny). I tak na przykład w szklance ugotowanego szpinaku znajduje się 245 miligramów wapnia, z czego nasz organizm jest w stanie przyswoić tylko 5%! Najlepiej przyswajalny jest wapń z rośliny „collard greens”, która oczywiście nie rośnie w Polsce i nawet nie ma polskiej nazwy ; / Dobrze wypadają też brokuły i jarmuż. Co ciekawe, wapń z mleka jest przyswajany w 32% (cały artykuł znajdziecie tutaj).

Jak skorupka octem przesiąknie, to wapnia dostarczy Ci!

Zniechęcona brakiem alternatyw dla wapnia, zaczęłam czytać o skorupce jajka. Eureka! Zostały przeprowadzone badania naukowe i okazało się, że zarówno u kobiet jak i u samic szczurów skorupka przyniosła znaczną ulgę w osteoporozie. Ponadto zawiera ona też inne pierwiastki, między innymi stront i fluor (link do badań). To mi wystarczyło i wprowadziłam skorupkę do diety. Później natknęłam się też na tekst Ajwen, który jeszcze bardziej mnie zachęcił : )

Jak przygotować skorupkę do spożycia?

1. Gdy rozbijamy jajko, skorupki dokładnie płuczemy, odkładamy do miski i wstawiamy do lodówki. Uwaga! Nie wkładajcie jednej skorupki w drugą, bo się zlepią na amen i później nie dacie rady ich rozdzielić!

2. Czekamy, aż uzbiera się odpowiednia ilość skorupek (u mnie wystarczą trzy dni). Rozbite skorupki przechowujemy w lodówce (ale nie przesadzajcie w magazynowaniem zapasów, myślę, że cztery dni to maks).

3. Wszystkie zalewamy wrzątkiem na dwie minuty (a nawet na krócej – minuta powinna wystarczyć).

4. Następnie najlepiej włożyć je do suszarki i posuszyć w niskiej temperaturze (55 stopni wystarczy). Można to także zrobić w piekarniku, lub zaczekać, by skorupki wyschły same.

5. Wysuszone skorupki mielimy młynkiem do kawy. Następnie bierzemy trzy łyżeczki, zalewamy sokiem z jednej cytryny i (opcjonalnie) łyżeczką octu jabłkowego i odstawiamy do lodówki na dwa-trzy dni (dzięki temu wapń stanie się dla nas łatwiej przyswajalny). Uwaga! Użyjcie do tego wysokiej szklanki, bo strasznie się ta mikstura pieni.

6. Ajwen sugeruje, żeby jeść 1 gram rano i 1 gram wieczorem, ale hashimotki rano wapnia nie mogą, bo wchodzi w reakcję z euthyroxem/letroxem. Ja więc zażywam wapń wieczorem. Łyżeczkę namoczonej wcześniej skorupki można rozpuścić w wodzie (raz próbowałam, ale strasznie opada na dno), albo po prostu położyć na końcu języka i połknąć (tak robię ja i jest to najmniej „bolesne”) ; ) Czy jednak należy taką skorupkę zażywać codziennie? Odpowiedź znajdziecie poniżej 🙂

Z mojego doświadczenia wynika, że wapń ze skorupek naprawdę działa: moja mama ma słabe kości (wiek robi swoje), ostatnio bolał ją łokieć, wzięła końską dawkę (dwie łyżeczki) i na następny dzień przeszło.

A zatem: kiedy wyłączacie z diety nabiał, nie zapominajcie o wapniu, ale też nie bądźcie wapniaki! (Wybaczcie mi ten suchar, musiałam)  ; )

Trzymajcie się zdrowo!

EDIT: Wielu z Was pyta, jaką ilość skorupek powinno się codziennie stosować. Niestety, nie sposób podać wartości uniwersalnej dla każdego. Wszystko zależy od tego, jak wiele wapnia spożywasz z innych źródeł – jeśli pijesz wodę mineralną, jesz sporo brokułów, migdałów, jarmużu czy sardynek (lub szprotek), codzienne zażywanie skorupki nie będzie potrzebne. Polecam jednak skonsultować się z lekarzem lub dietetykiem, by dobrał dla Ciebie idealną dawkę 🙂

Jak zawsze zapraszam Was do polubienia mnie na facebooku (specjalnie dla Was go założyłam, żebyście mieli co lubić) 😀

~ O co w ogóle chodzi z tym paleo? ~

Nie jestem zwolenniczką żadnych ideologii, religii czy filozofii. Moim zdaniem są one najzwyczajniej w świecie niebezpieczne, gdyż można je doprowadzić do ekstremum, wyprać ludziom mózgi tak, by stali się fanatycznymi krzewicielami danej myśli, gotowymi w jej imię nawet zabić. Choć, oczywiście, ideologie, religie czy filozofie mogą także nam służyć, o ile używamy ich z głową i nie przyjmujemy bezmyślnie tego, co dany autorytet powie. Podobnie ma się rzecz z dietą – nie chodzi o to, by nabożnie stosować to, co dany „guru” wymyślił. A już najlepiej widać to na przykładzie diety paleo.

(Źródło obrazka).

W teorii założenia paleo są proste: jako że nasz gatunek ewoluuje od setek tysięcy lat (szacuje się, że wyewoluowaliśmy ok. 2,5 mln lat temu z jakiegoś odłamu australopiteków), nie jesteśmy przystosowani do jedzenia, które pojawiło się w naszym menu stosunkowo niedawno. Celem paleo jest więc zbliżenie się do diety naszych przodków, rzekomo dla nas optymalnej.

Niby brzmi to logicznie, ale przecież wszyscy wiemy, że powrót do przeszłości jest niemożliwy. Po pierwsze dlatego, że nie istniała żadna wspólna dieta człowieka paleolitycznego – nasi przodkowie byli rozsiani po różnych zakątkach globu i spożywali różne pokarmy. Kolejna rzecz: nie mamy pewności, że ludzie paleolitu jedli w optymalny dla siebie sposób. Dziś dość dobrze wiemy, jakie jest zapotrzebowanie człowieka na pierwiastki i minerały. W zamierzchłych czasach jedliśmy to, co udało się upolować czy uzbierać, a że często mięsko nam uciekało, pewnie niejednokrotnie przymieraliśmy głodem. Szczerze wątpię, by człowiek paleolitu był okazem zdrowia.

Co więcej, dzisiejsze jedzenie jest zupełnie inne od tego, które niegdyś spożywaliśmy. Nie dość, że obecnie do dziczyzny dostęp mamy słaby (kiedyś wystarczyło wyjść za róg z dzidą), to na dodatek wiele gatunków roślin spożywanych kiedyś albo dziś wyginęło, albo przeszło liczne mutacje (nie wspominając już o powszechnie dziś stosowanych sztucznych nawozach i środkach ochrony roślin, które nie mają zupełnie nic wspólnego z epoką paleolitu).

Co z tego wszystkiego wynika? Że ludzie jaskiniowi nie jedli paleo. W ich menu na pewno nie gościły naleśniki z mąki kokosowej czy muffinki z migdałów. Ale czy ma to dla nas znaczenie?

W paleo chodzi o jakość. W zasadzie to nawet nie jest dieta, to po prostu mądry wybór tego, co zdrowe. Ponadto paleo to nie ogłupiający wymysł czyjegoś „widzimisię”. Dziś jesteśmy w stanie korzystać z setek badań naukowych by zyskać informację na temat optymalnej dla nas diety.

I dlatego zasady są proste: żadnych rzeczy przetworzonych, rafinowanych cukrów, rafinowanych olejów roślinnych i dodatków chemicznych. Zamiast tego warzywa i owoce, jaja od szczęśliwych kur, mięso (najlepiej z dobrego źródła, choć z tym jest akurat dość ciężko) i dobre tłuszcze. Czasem miód.

Paleo to zatem dążenie do równowagi i dostarczanie organizmowi wszystkiego, czego potrzebuje: węglowodanów, tłuszczów, białek, witamin, mikro i makroelementów. Nie istnieje oczywiście żadna złota proporcja mówiąca, jakie powinno być spożycie każdej z tych grup. I ponieważ każdy z nas jest inny, zachęcam do eksperymentowania na sobie i obserwowania co i w jakieś ilości sprawia, że czujemy się dobrze. Jedni będą bardzo dobrze funkcjonować na paleo ze zwiększonym spożyciem tłuszczu, zaś innym potrzeba będzie więcej węglowodanów. A jaki jest w ogóle cel tego wszystkiego? Bycie zdrowym i szczęśliwym! Jeśli brakuje Ci energii i czujesz się słabo to znaczy, że czegoś w Twojej diecie brakuje.

Z moich obserwacji wynika, że dziś ogromnej większości ludzi tego „czegoś” brakuje. Nasze ciała są potwornie zanieczyszczone i przeciążone. Sama ze zgrozą wspominam to, co kiedyś w siebie wpychałam. W Szwecji mówi  się: „jeśli jesz gówno, czujesz się jak gówno”. Nie dziwmy się zatem współczesnej epidemii nowotworów, chorób serca i innych. To są skutki naszych dietetycznych wyborów.

Dlatego od lipca zeszłego roku wybieram inaczej. Nie patrzę bezczynnie, jak Pan Hashimoto będzie mi stopniowo niszczył tarczycę. Pokażę mu, a co! I wiem, że nie jest to droga łatwa, ale dam radę. I Wy również dacie  : )

~ Platanki: Szybkie ciasteczka platanowe (bez cukru, oczywiście) ~

Jakie to szczęście, że nie żyjemy w epoce paleolitu! Człowiek jaskiniowy z całą pewnością nie miał dostępu ani do platanów, ani do piekarnika. Biedny! Gdy będziecie chrupać te pyszne i aromatyczne ciastka, wspomnijcie naszych dzielnych przodków i westchnijcie z ulgą. Może i kiedyś mieli lepsze mięso, ale my za to mamy ciastka!  : )

Zapraszam Was też do polubienia mnie na facebooku tutaj. Każde polubienie i każdy komentarz są dla mnie bardzo cenne : )

Składniki (na dwie blachy):

~ dwa żółte platany (najlepiej, jeśli będą jeszcze trochę twarde). Jeśli nie wiecie, czym są platany, pisałam o nich tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie i w nielicznych sklepach, rozpowszechnijmy je!

~ 1 i 1/4 szklanki mąki kokosowej

~ dwa żółtka

~ ćwierć łyżeczki sody oczyszczonej

~ cztery łyżki roztopionego oleju kokosowego

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mielimy blenderem na gładką masę. Jeśli jest ona zbyt rzadka, włóżcie ją na 20 minut do zamrażarki, bądź dodajcie jeszcze trochę mąki kokosowej. 

Ciasto możecie rozwałkować i wyciąć ciasteczka przy pomocy ulubionych foremek. Ja osobiście preferuję używanie wyciskarki do ciastek (używam takiej). Dzięki temu ciasteczka mają śliczne kształty i są jednolite (ach, ten kuchenny perfekcjonizm!).

Pieczemy ok. 15 minut w temperaturze 155 stopni.

Smacznego!  : )

               Ciasteczka będą idealne do popołudniowej herbaty (lub kawy, jeśli nie jesteście chorzy). Pamiętajcie tylko, nigdy nie pijemy bezpośrednio po jedzeniu, żeby nie rozpuścić soków trawiennych ; )

~ Ananasowe Żelki ~

Odkąd przeszłam na paleo, stosuję dwie podstawowe zasady: „im prościej, tym lepiej” i „im mniej cukru, tym lepiej”. Efektem połączenia tych dwóch myśli są galaretkowe żelki ananasowe. Dziecinnie proste w przygotowaniu, a jakie efektowne! Z czystym sumieniem mogę polecić je jako łakocie dla dzieci. Kupne żelki mają najczęściej potworny skład. Ja tam bym nimi swoich dzieci nie truła, tylko zakasała ręce do pracy!  : )

 

Składniki:

~ 400 gramów ananasa

~ sześć plastrów żelatyny (ja korzystam z takiej, jest bezglutenowa, wiem na pewno, bo pisałam do producenta)

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Ananasa kroimy, wrzucamy do rondla i mielimy blenderem. Gotujemy (inaczej galaretka się nie zsiądzie).

3. Gdy ananas się zagotuje, dodajemy żelatynę i mieszamy aż do jej rozpuszczenia.

4. Przekładamy do foremek (najlepiej o śmiesznych kształtach). Mocno schładzamy (wtedy żelki łatwo wyjdą z foremek) przez ok. 1,5 – 2 godziny. Smacznego! 🙂

~ Walentynkowa przystawka z buraków ~

Walentynki to oczywiście przede wszystkim słodkości. Czekoladki, pralinki, trufle… W tym towarzystwie burak jakoś niespecjalnie się kojarzy z romantyczną atmosferą. Na szczęście, paleo i z buraka zrobi słodziaka ; )

Pomysł na tę przystawkę był kwestią przypadku. W wakacje pokroiłam sobie buraka na cienkie plasterki. Przez przypadek trochę mi się poprzesuwał na talerzu… I wyszło serduszko. Niebywałe! A że burak sam w sobie zbyt atrakcyjny nie jest, umówiłam go na randkę z bardziej wykwintnymi składnikami. Do tego buraczana przystawka jest dziecinnie prosta w przygotowaniu! W sam raz, by zaskoczyć ukochaną osobę.

(Ja niestety już mojego Pana Jaskiniowego nie zaskoczę, bo regularnie odwiedza mojego bloga, ech).   ; )

I jak zawsze zapraszam Was na moją fejsową stronę tutaj. Nie uwierzycie, ale dopiero od niedawna mam tam konto! Matko, jak to uzależnia… W życiu bym nie pomyślała.

Składniki (dla dwóch osób):

~ dwa średnie ugotowane buraki o regularnym kształcie (najlepiej jak najbardziej okrągłe)

~ dwie spore garście rukoli

~ garść pestek dyni (lub orzechów piniowych) – osoby na protokole mogą w nich zrezygnować

~ olej z awokado (może też być oliwa z oliwek, ale olej z awokado ma ciekawszy smak)

Przygotowanie:

1. Pestki (lub orzechy) delikatnie podprażamy na rozgrzanej patelni.

2. Na dwóch talerzach układamy po garści rukoli i posypujemy pestkami (lub orzechami).

3. Burakom obcinamy końcówki tak, by pozostały dwa grube plastry (ok. 3 cm). Następnie kładziemy na desce lub talerzu i ostrym nożem kroimy buraczane plastry wzdłuż na paski i szerokości 2-3 mm (Uwaga! Trzeba to zrobić dokładnie). Paski wyglądają tak:

4. Otrzymane paski przesuwamy tak, by uzyskać kształt serca.

5. Buraczane serca przenosimy przy pomocy szpatułki na wcześniej przygotowane talerze z rukolą. Całość polewany olejem z awokado.

6. Smacznego! I niechaj Walentynki będą słodkie i paleo 🙂

I jeszcze inne ujęcie. Światło na zdjęciach niestety kiepskie (nienawidzę robić zdjęć zimą! Ani sprzętu nie mam dobrego, ani nie znam się na fotografii na tyle, by wiedzieć co uczynić z brakiem słońca).

 

 

 

~ Owocowe Ciasto Shrek (paleo i bez cukru) ~

Ostatnio miałam gości. I tak sobie pomyślałam, że warto zaprezentować im, co jada się na paleo  : ) Największym wyzwaniem były desery: chciałam zrobić ciasto bez cukru, tylko z owoców. I udało się! I to bez grama dodatkowego cukru czy substancji słodzącej! Jedyny cukier w tym cieście to ten naturalnie występujący w owocach. Taki deser można skonsumować bez wyrzutów sumienia : )

Zachęcam do obejrzenia wykładu Jerzego Zięby o cukrze i o jego szkodliwości (Pamiętajcie jednak, że cukry są nam niezbędne – ok. 100 gramów węglowodanów to mus. Problemem jest to, że dziś znacznie przekracza się to zapotrzebowanie i zamiast cukru z owoców spożywa się cukry rafinowane).

Zapraszam Was też do polubienia mnie na facebooku tutaj. Każde polubienie i każdy komentarz są dla mnie bardzo cenne : )

Składniki:

Na spody:

~ dwa żółte platany (o platanach pisałam tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie, rozpowszechnijmy je!)

~ 8 czubatych łyżek mąki kokosowej

~ pół łyżeczki sody oczyszczonej

~ dwa żółtka

~ trzy łyżki roztopionego oleju kokosowego

Nadzienie:

~ 600 gramów ananasa (już obranego i pokrojonego)

~ 4 duże banany (u mnie ważyły 700 gramów)

~ 4 łyżki soku z cytryny (dzięki temu banany nie sczernieją)

~ 10 + 1 plastrów żelatyny (ja korzystam z takiej, jest bezglutenowa, wiem na pewno, bo pisałam do producenta)

~ trzy kiwi

Przygotowanie:

Platany, mąkę kokosową, sodę, żółtka i olej kokosowy mielimy blenderem na gładką masę. Dzielimy ją na pół. Każdą z połów wylewamy na formę o średnicy 20 cm i pieczemy 20 minut w piekarniku nagrzanym do 160 stopni (z termoobiegiem).

Jedenaście plastrów żelatyny namaczamy w zimnej wodzie. Ananasa mielimy blenderem, wrzucamy do garnka i gotujemy ok. 5 minut (jeśli go nie ugotujemy, galaretka się nie zsiądzie). Banany i sok z cytryny również mielimy blenderem, dodajemy do ugotowanego ananasa i mieszamy. Odlewamy 150 mililitrów tak przygotowanej masy, a do pozostałej części dodajemy dziesięć plastrów żelatyny i mieszamy do całkowitego ich rozpuszczenia. Wylewamy do formy, w której wcześniej piekliśmy spody (powinna mieć ok. 5-6 cm. wysokości).

Kiwi kroimy na plasterki o grubości ok. 4 mm. Każdy z nich zsuwamy po ściance napełnionej kremem formy (w tej sposób plasterki się do niej przykleją). Staramy się umieszczać je w równej odległości. Uwaga! Plasterki kiwi powinny zostać całkowicie przykryte przez masę.

Formę wstawiamy do lodówki na 3-4 godziny.

Gdy masa stężeje, na paterze układamy jeden ze spodów, na niego wykładamy masę owocową (łatwo wyjdzie z foremki, jeśli ją trochę rozgrzejemy, choćby w kąpieli wodnej), na masę kładziemy kolejny spód. 150 ml odlanej wcześniej masy podgrzewamy i rozpuszczamy w nim ostatni plaster żelatyny. Rozsmarowujemy na cieście i dekorujemy pokrojonym na plasterki kiwi. Całość chłodzimy jeszcze przez godzinę. Smacznego! : )

Ciasto z lotu ptaka.

A tak wygląda po przekrojeniu.