~ Ciasto jabłkowo-platanowe (bez cukru!) ~

Ciasto to zrobiłam jeszcze przed detoksem cukrowym, tak na pożegnanie. Żeby jednak zagłuszyć wyrzuty sumienia, nie dodałam do niego żadnych substancji słodzących. I, o dziwo, wyszło pysznie i słodko!

Składniki (na formę o średnicy 20 cm):

~ trzy żółte platany i jeden platan zielony (o platanach pisałam tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie, rozpowszechnijmy je!)

~ pięć żółtek

~ cztery plastry żelatyny

~ trzy łyżki oleju kokosowego i dwie łyżki smalcu + tłuszcz do wysmarowania formy

~ jedna łyżeczka sody oczyszczonej

~ 100 gramów nerkowców

~ jedno jabłko-gigant (lub dwa małe)

~ dwie łyżeczki cynamonu

Przygotowanie:

1. Żelatynę namaczamy w zimnej wodzie.

2. Platany dokładnie mielimy blenderem, dodajemy do nich nerkowce, sodę i żółtka i ponownie mielimy.

3. W rondelku roztapiamy olej kokosowy ze smalcem. Do tłuszczu dodajemy wcześniej namoczoną żelatynę i mieszamy do rozpuszczenia. Tak przygotowany tłuszcz wlewamy do gotowej masy platanowej i dokładnie mieszamy.

4. Formę o średnicy 20 cm smarujemy tłuszczem i wylewamy na nią ciasto.

5. Jabłko obieramy ze skórki, kroimy na plasterki i układamy na cieście. Całość posypujemy cynamonem.

6. Pieczemy ok. 35-40 minut w temperaturze 160 stopni (z termoobiegiem). Smacznego!   : )

Ciasto w całej swej ciastowej okazałości.

Ciasto po przekrojeniu.

~ Paleo (AIP): Od czego zacząć? ~

Wiem, że decyzja nie jest prosta. Wiem, że można mieć wiele wątpliwości. Ale czy warto? Zdecydowanie!

Gdy zimą i wiosną zeszłego roku poczułam się fatalnie (ciągła chęć snu, depresja, zmęczenie, osłabienie pamięci…), zaczęłam szukać lekarstwa. Najpierw odwiedziłam endokrynologów, ale ci nic mądrego nie powiedzieli. Najlepszy (ponoć) profesor w moim mieście stwierdził, że tak już jest, przeciwciał nie da się zbić i to choroba do końca życia. W tym momencie pomyślałam sobie „Nie zgadzam się!” i zaczęłam własne poszukiwania. (Historię mojej choroby opisywałam tutaj).

Bardzo szybko natknęłam się na informację o szkodliwości glutenu. A zatem glutenie: baj-baj! (Było to dokładnie 22.06.2014). Następnie przeczytałam o mleku. Żegnaj, biały trucicielu! A gdy trafiłam na stronę www.thepaleomom.com, w końcu dostałam kompletną listę tego, co może mi szkodzić (co jest wykluczone na AIP opisałam w poprzednim poście). Całość poszukiwań zajęła mi ponad miesiąc.

Trudne początki:

Gdy odstawiłam gluten, pomyślałam sobie, że to już, tylko tyle i będę wracać do zdrowia. Na początku poczułam się lepiej, ale później samopoczucie znów poszło do dołu. W międzyczasie natknęłam się na informację o paleo i z najwyższym przerażeniem powiedziałam: „Nie ma mowy! Żadnych ziaren?! To szaleństwo!”. Wkrótce jednak natrafiłam na bloga dra Clarka, który mówił o reakcji krzyżowej: mimo, że nie jemy glutenu, nasz układ odpornościowy na niektóre produkty (choćby na drożdże czy na mleko) reaguje jak gdyby to był gluten. Co więcej, te badania poazują, że reakcja krzyżowa zachodzi też z: owsem, kukurydzą, prosem (kasza jaglana!) i ryżem. Z kolei na podstawie badań Cyrexu, Sarah Ballantyne wymienia 24 potencjalne reaktory krzyżowe (wiadomo, że reakcja krzyżowa nie zajdzie u każdego chorego. Dlatego warto odstawić wszystkie te produkty na jakiś czas, później po kolei je włączać i obserwować swoje reakcje. Istnieją też testy nietolerancji pokarmowych, ale te są niestety bardzo drogie): Wszystkie ziarna (quinoa też), sezam, czekolada, ziemniaki, kawa. 

Byłam zdeterminowana. Czułam się źle. Zdecydowałam się więc na „próbną” wersję diety, ot tak, po prostu żeby zobaczyć, jak to będzie.

Próba trwa do dziś i jest mi z tym dobrze. Wciąż lekko modyfikuję swoją dietę, dodając do niej coraz lepsze i pełniejsze wartości odżywczych produkty i eliminując inne. I czuję, że jestem na dobrej drodze do zdrowia.

Chciałabym dać Wam kilka praktycznych wskazówek. Może z nich skorzystacie? Warto też, żebyście pamiętali, że to Wasza decyzja i Wasze ciało: moje porady dla jednych mogą okazać się przydatne, a dla innych nie. No ale jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził : )

(Pamiętajcie, żeby BARDZO dbać o siebie na protokole, dbać o różnorodność i nie pozbawić się przypadkiem cennych minerałów i pierwiastków!).

Wskazówki praktyczne:

  • Stopniowo wykluczamy szkodliwe produkty z diety:

Są oczywiście osoby, które przeszły na paleo w jeden dzień, ale moim zdaniem to trudne. Ja najpierw wykluczyłam pszenicę, żyto i owies. Jadłam tylko kasze, stopniowo zmniejszając ich spożycie. Zajęło mi to ok. 3 tygodni. W międzyczasie jadłam coraz więcej warzyw, ryb i mięsa. Dzięki takiemu stopniowaniu nasz organizm łatwiej przystosuje się do jedzenia zdecydowanie mniejszej ilości węglowodanów. Zbyt szybkie przejście na protokół może być dla nas szokiem.

  • Przestawcie swój sposób myślenia:

Wiem, że wielu z Was nie wyobraża sobie życia bez chleba czy makaronu. Wierzcie mi, da się! Chleb naprawdę nie jest nam potrzebny. Mimo to, wiele osób zadaje pytanie: „A co można zrobić zamiast chleba?”. Nic! Po co Ci w ogóle ten chleb, do diabła ciężkiego?!

  • Nie patrzcie na kalorie, patrzcie na jakość!

Na paleo można jeść do woli. Tu jednak nie liczy się ilość, a jakość. Zaopatrujcie się w podroby, ryby, ogromne ilości warzyw (nie z marketu! Najlepiej kupować je na targu lub rynku), tłuszcz (przede wszystkich zwierzęcy; z roślinnych polecam olej kokosowy, olej z awokado, oliwę z oliwek w niewielkich ilościach) i owoce. Jedzcie tyle, ile potrzebujecie. Zdradzę Wam, że po pewnym czasie zaczyna się jeść mniej, niż przed dietą. Jedzenie ziaren to zapychanie się: a my przecież wcale nie potrzebujemy tak dużo jedzenia (człowiek jaskiniowy jak upolował czy uzbierał, to miał. Ale myślę, że pewnie często zdarzało mu się też głodować). Muszę jednak jeszcze zaznaczyć, że czasem trzeba spojrzeć na kalorie – by przypilnować, czy nie jemy ich za mało.

  • Polubcie tłuszcz:

Brzuchy, boczki, golonki i inne takie. Smalec też jest świetny (choć, oczywiście, musi pochodzić z ekologicznej świnki… Jest też niezły do smażenia, choć nie tak dobry jak masło klarowane, z którym na początku na protokole lepiej nie ryzykować). Absolutnie nie wchodzą w grę tłuszcze rafinowane, dobre są tylko zimnotłoczone, extra virgin (np. olej kokosowy, olej z awokado, oliwa z oliwek). I nie bójcie się jeść tłustych rzeczy (choć też bez przesady), ja na początku zrobiłam ten błąd, że jadłam za mało węglowodanów i tłuszczów, i schudłam do 50,5 kilo (przed dietą ważyłam 56-57). Teraz odzyskałam równowagę i ważę ok. 54   : )

  • Nie przesadźcie z owocami:

W pewnym momencie zaczęłam jeść mnóstwo owoców, żeby przytyć. Pewien sukces odniosłam, ale niestety poczułam się bardzo źle, znów zmęczona i osłabiona. Sarah Ballantyne zaleca do 20 gramów fruktozy dziennie (czyli jakieś 2-3 owoce). Tutaj znajdziecie świetną tabelkę z ilością fruktozy w poszczególnych owocach. Choć są też inne głosy, że do 40 gramów fruktozy również jest bezpieczne. Najlepiej więc eksperymentujcie i sami oceńcie, po ilu owocach czujecie się dobrze  : ) Ale też absolutnie z owoców nie rezygnujcie! Kombinujcie, ile i jakich owoców Wam trzeba, każdy jest inny i nie istnieje idealna proporcja dla wszystkich.

  • Owoce jemy przed posiłkiem (a już najlepiej to jeść je bez towarzystwa):

Gdzieś przeczytałam, że jeśli na obiad zjemy mięso, a na deser owoce, owoce będą nam 4 godziny fermentować z brzuchu (bo tyle trwa czas trawienia białka). A że większość hashimotków ma problemy z jelitami i układem trawiennym, nie potrzebujemy dodatkowych rewelacji ; )

  • Wyrzućcie wszystko, co ma sztuczne dodatki:

Żywność przetworzona i naszpikowana chemią to zła żywność. A przecież chcemy wrócić do zdrowia, nie?

  • Dbajcie o różnorodność:

Im więcej kolorów na talerzu, tym lepiej! Trzeba pamiętać, że każde warzywo czy owoc dostarcza innych wartości odżywczych czy witamin. Warto też wspomnieć, że wiele osób mówi: co to za nudna dieta, tylko warzywa i mięso! A Wam, moi drodzy, jakoś ten codzienny chleb się nie przejadł?

  • Wapń:

Kiedy nie jemy nabiału, absolutnie niezbędne jest alternatywne źródło wapnia! Wspaniale działa chociażby skorupka wapnia.

  • Suplementacja:

Najlepiej suplementować się jak najbardziej naturalnie: jak witamina C – to z grejpfruta. Selen – z orzechów brazylijskich (na początku protokołu trzeba jednak orzechy wykluczyć). Do tego tran oraz pyłek pszczeli lub pierzga (masa witamin!). Choć, niestety, nie zawsze się tak da i często trzeba się poradzić lekarza, czego może nam brakować i co warto uzupełnić. Większości z nas jest niezbędna np. witamina D oraz witamina K2.

  • Zadbajcie o probiotyki:

Najlepiej jest oczywiście jeść produkty sfermentowane i kiszonki, gdyż te zawierają dużo cennych bakterii. Niestety kiszonki zawierają także drożdże saccharomyces cerevisiae, które mogą wywoływać reakcję krzyżową z glutenem (tutaj znajdują się badania, które to pokazują). Jeśli więc po kiszonkach czujecie się źle, pozostają probiotyki w tabletkach (tylko uwaga na skład, by przypadkiem nie było tak glutenu!).

  • Śladowe ilości glutenu:

Z tego, co wyczytałam, wynika, że nawet śladowa ilość glutenu wywołuje reakcję układu immunologicznego. I cała dieta na nic! Wiem, że to trudne, bo prawie wszystko zawiera dziś te zdradzieckie śladowe ilości. Tutaj już musicie zadecydować sami, czy chcecie ryzykować. Ja parę razy użyłam przypraw dużych i znanych firm, bo ponoć przy wyrywkowych badaniach nie było w nich glutenu. (Na szczęście teraz odkryłam przyprawy bezglutenowe Dary Natury!). W żelatynie gluten już był, więc specjalnie zamówiłam taką bezglutenową. Niektórzy mogą powiedzieć, że to paranoja. Nie, to nie paranoja: okazuje się, że gen odpowiedzialny za celiakię występuję też u wielu ludzi z Hashimoto. A więc nawet śladowa ilość glutenu może doprowadzić do uszkodzeń jelit.

Uwaga! To tyczy się także leków (niestety, większość z nich zawiera skrobię kukurydzianą, potencjalnie dla nas szkodliwą!).

  • Kolagen:

Praktycznie cali jesteśmy zbudowani z kolagenu i praktycznie wszystkim go brakuje, i dlatego naprawdę ważne jest uzupełnienie tych braków. Jeść trzeba go codziennie, choćby w formie świńskich nóżek, choć na AIP i na diecie GASP zaleca się przede wszystkim rosół gotowany na kościach (co najmniej 24 godziny). Do tego suplementujemy jeszcze witaminę C (dzięki niej kolagen się wiąże). Ja w ramach testów zakupiłam kwas L-askorbinowy, choć staram się spożywać jak najwięcej owoców i warzyw bogatych w tę cenną witaminę.

  • Cel: wyleczyć jelita, wyleczyć układ odpornościowy:

Pisałam już kiedyś, jaki jest mechanizm powstawania chorób autoimmunologicznych. Celem całej diety jest wzmocnienie układu odpornościowego, bo to on jest chory, a nie tarczyca. Tarczyca jest tylko ofiarą.

  • Produkty fermentowane

Bardzo ważną częścią procesu regeneracji jelit jest wzbogacenie diety o produkty fermentowane (np. kapusta kiszona czy ogórki kiszone), które dostarczą nam pożytecznych bakterii. Uwaga!  Niektóre osoby mogą jednak źle reagować na kiszonki (możliwa jest reakcja krzyżowa z drożdżami się z nich znajdującymi). W takim wypadku przyjmujcie probiotyki z innych źródeł (np. te z apteki, ale uważajcie na ich skład).

  • Zadbajcie o zakwaszenie żołądka:

Żołądek ma być kwaśny. Jeśli nie jest, procesy trawienne przebiegają nieprawidłowo. Dobrą metodą jest na przykład picie szklanki wody z łyżeczką octu jabłkowego 15 minut przed posiłkiem.

  • Przygotowywać jedzenie na zapas i do pracy:

Niestety, na paleo w żadnej restauracji sobie nie pojesz. Bo kto zagwarantuje ci, że w Twoim posiłku nie ma nawet grama ziaren? Dlatego też posiłki przygotowujemy w domu i zabieramy do pracy. Nie jest to wcale skomplikowane: wystarczy ugotować brokuły, kalafior, dynię czy marchewkę, do tego kawał mięcha i już. Gotowanie może zabierać Wam więcej czasu niż do tej pory, dlatego warto poprosić kogoś o pomoc. Mąż czy żona z pewnością chętnie obiorą dla Was marchewkę 🙂 Warto też zaopatrzyć się w robot kuchenny, który znacznie ułatwi nam pracę.

  • Myślcie pozytywnie:

Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu. Ja miałam kryzys tylko raz, niemal wtedy płakałam z rozpaczy: „Boże, ja nic nie mogę jeść!”. Na szczęście szybko odkryłam, jeść mogę dużo i to takie rzeczy, które mnie leczą : ) A do tego mogę gotować znacznie ciekawiej, niż kiedyś!

I w ten oto sposób narodził się mój blog 🙂

 

Decyzja pewnie nie będzie dla Was łatwa. Dlatego warto sobie zrobić „okres próbny” przez miesiąc, powiedzmy. Jeśli będzie Wam na diecie źle, zawsze możecie wrócić do poprzedniego stylu żywienia. Ale powiem Wam z własnego doświadczenia, że jeśli czujecie się strasznie, wytrwacie. Człowiek zrobi wszystko, żeby odzyskać zdrowie. A kiedy widzi pierwsze efekty, jest zmotywowany jeszcze bardziej : )

Trzymajcie się ciepło!

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂

(Nie jestem lekarzem i wpis ten nie ma charakteru porady lekarskiej. Ja tu tylko gotuję).

~ Choroby autoimmunologiczne a paleo: co jeść, by poczuć się lepiej (na podstawie historii własnej). ~

W jednym z październikowych postów opisałam związek między chorobami autoimmunologicznymi a nieszczelnością jelit. Dziś rozwinę nieco temat i opowiem Wam o diecie paleo, protokole autoimmunologicznym i o produktach wskazanych i zakazanych. Uwaga: nie jestem lekarzem, więc informacje zawarte nie mają charakteru porady. Każdy jest odpowiedzialny za własne zdrowie i za to, co z nim robi.

Nieszczelność jelit:

Oto krótkie streszczenie dla tych, którzy nie czytali poprzedniego wpisu: Zła dieta, stres, niedobory snu, przerost „złych” bakterii w jelitach oraz czynniki genetyczne sprawiają, że układ immunologiczny zaczyna „wariować”. W wyniku tego atakuje sam siebie, a że 80% naszej odporności znajduje się w jelitach, stają się one pierwszą ofiarą. Powłoka jelit ulega rozszczelnieniu i zostaje zakłócona bariera jelito-krew. Nieszczelne jelita stanowią zaś otwartą furtkę dla rozwoju choroby autoimmunologicznej. To, jakie schorzenie się rozwinie jest uwarunkowane przede wszystkim genetycznie. Dlatego u jednych pojawi się na przykład Hashimoto (jak u mnie), a u innych reumatoidalne zapalenie stawów. Niestety, należy pamiętać, że choroby autoimmunologiczne często lubią chodzić parami i pojawienie się jednej może być tylko początkiem… Warto też wspomnieć, że chorób autoimmunologicznych istnieje ok. 150, z czego najważniejsze to (cytat za Wikipedią):

  • choroby układowe tkanki łącznej: toczeń rumieniowaty układowy, twardzina, układowe zapalenia naczyń, reumatoidalne zapalenie stawów, reaktywne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa,łuszczycowe zapalenie stawów;
  • nieswoiste zapalenia jelit: wrzodziejące zapalenie jelita grubego, choroba Leśniowskiego-Crohna;
  • choroby tarczycy: zapalenie tarczycy Hashimoto, choroba Gravesa-Basedowa;
  • choroby neurologiczne: miastenia, stwardnienie rozsiane, ostre rozsiane zapalenie mózgu i rdzenia;
  • choroby skóry: bielactwo nabyte (podejrzewane), łuszczyca, łysienie plackowate;
  • niedokrwistość Addisona-Biermera;
  • łuszczycowe zapalenie stawów.

Co ciekawe, Sarah Ballantyne (amerykańska lekarka i autorka strony thepaleomom.com, z której czerpię wiedzę) uznaje także za choroby autoimmunologiczne:

  • alergię atopową
  • raka (!)
  • cukrzycę typu I
  • zespół niespokojnych nóg
  • schizofrenię
  • narkolepsję
  • zespół chronicznego zmęczenia

Ponadto Sarah wymienia też najczęstsze objawy, które występują u osób dotkniętych chorobami autoimmunologicznymi:

  • ekstremalne zmęczenie;
  • bóle i słabość mięśni;
  • powiększenie węzłów chłonnych
  • wrażliwość na infekcje
  • problemy ze snem
  • niewytłumaczalne wahania wagi
  • niemożność utraty wagi
  • problemy trawienne
  • niepokój i depresja
  • częste bóle głowy
  • problemy z pamięcią
  • alergie
  • wysypki
  • zmiany ciśnienia krwi (zazwyczaj za niskie ciśnienie)
  • niski poziom cukru we krwi
  • problemy z tarczycą
  • zespół napięcia przedmiesiączkowego

Nieszczelne jelita, gluten i Hashimoto i AIP:

W swoich tekstach skupię się na  Hashimoto, jako że właśnie z tym schorzeniem się zmagam.

Hashimoto to niezbyt przyjemna jednostka chorobowa. W moim przypadku objawiała się potwornym zmęczeniem, depresją, niemożnością zrobienia czegokolwiek i ciągłą potrzebą snu. Na szczęście czarne dni są już za mną.

Co jednak przyczynia się do powstania tej choroby? Kiedy nasz układ immunologiczny zaatakuje sam siebie, powodując rozszczelnienie jelit, na scenę wchodzi gluten. Ale czym on w ogóle jest? Ostatnio bardzo o nim głośno, ale poza wymienieniem nazwy, wiele osób nie potrafi powiedzieć o nim nic.

Gluten to zbiór różnych frakcji białek, a mówiąc bardziej fachowo, lektyn. Lektyny są białkami występującymi u roślin, których zadaniem jest wiązanie węglowodanów. Nie wszystkie są oczywiście złe (gdyby tak było, każda roślina byłaby dla nas szkodliwa), niektóre jednak mogą wywołać reakcję układu immunologicznego. Właśnie taką „złą” lektyną może dla niektórych być to, co powszechnie nazywa się glutenem.

Protokół autoimmunologiczny (z angielskiego AIP – The Autoimmune Protocol) zakłada wykluczenie wszystkich potencjalnie szkodliwych pokarmów, żeby nasz układ odpornościowy mógł „odetchnąć”. Dlatego wyrzucić z jadłospisu powinno się wszystkie potencjalnie drażniące substancje. Trochę ich jest, ale łatwo przywyknąć.

Co zaleca się na początku wykluczyć? (Są to zalecenia Sary, które znajdziecie tutaj).

  1. Wszystkie ziarna (nie tylko glutenowe, także ryże, kasze, soję, amarantus oraz przyprawy w ziarnach, np. pieprz): wszystkie zawierają białka o podobnej budowie i stąd też może zachodzić reakcja krzyżowa – mimo, że (w teorii) nie jemy glutenu, nasz organizm wciąż produkuje przeciwciała.
  2. Orzechy.
  3. Nasiona i pestki (dyni, słonecznika, sezamu; także kakao i kawę).
  4. Rośliny z gatunku psiankowatych (ziemniaki, paprykę, pomidory, bakłażany): sama odczułam na sobie, jak bardzo układ odpornościowy może zareagować na pomidory. Raz nieopatrznie się ich najadłam, a następnego dnia… Dosłownie zdychałam.
  5. Mleko i przetwory mleczne.
  6. Jajka (zwłaszcza białka mogą wywoływać reakcję immunologiczną. Po miesiącu można spróbować wprowadzić same żółtka).
  7. Alkohol (niszczy wyściółkę jelit; choć w niewielkich ilościach może być u ludzi zdrowych korzystny).
  8. Wszelkie sztuczne dodatki, jak i również sztuczne słodziki (także stewię).
  9. Drożdże.
  10. Tapiokę (i tak nie jadłam, więc nie tęsknię).

Co zatem powinno się jeść?

  1. Warzywa (gotowane, przede wszystkim na parze, i surowe, najlepiej bardzo różnorodne). To właśnie one powinny dominować w diecie. Powinniśmy postawić też na różnorodność.
  2. Mięso i tłuszcze zwierzęce (osobiście uwielbiam smalec. Jest przepyszny! Masło klarowane także jest boskie. Uwaga! Starajcie się jednak, by mięso i tłuszcz pochodziły z dobrych źródeł i możliwie nie z produkcji przemysłowej!).
  3. Ryby (przede wszystkim morskie). [Chociaż absolutnie odradzam łososia hodowlanego! Tutaj znajdziecie odpowiedź dlaczego].
  4. Owoce (ale w ilości nie przekraczającej 20 gram fruktozy dziennie, czyli jakieś 2-3 porcje, choć inne źródła mówią także o 40 gramach… Najlepiej poeksperymentować i zobaczyć, po jakiej ilości owoców czujecie się dobrze).
  5. Tłuszcze roślinne, koniecznie nierafinowane – oliwę z oliwek, olej kokosowy, olej z awokado (w mojej diecie przeważają tłuszcze nasycone – masło klarowane, olej kokosowy. Ostatnio jednak zwiększyłam spożycie oliwy. Parę razy w tygodniu jem też awokado).
  6. Suplementy – zależnie od indywidualnych potrzeb i od wyników badań oraz zaleceń lekarza. Najlepiej oczywiście dostarczać sobie witamin i pierwiastków ze źródeł naturalnych. Co można zażywać?: Tran (najlepiej fermentowany), sproszkowaną skorupkę jajka jako źródło wapia (tutaj pokazuję, jak ją robię), magnez (kupujemy np. cytrynian magnezu czy chlorek magnezu sześciowodny i rozpuszczamy w wodzie), witaminę C (kupiłam ostatnio kwas L-askorbinowy w ramach próby, zobaczę, jak na mnie podziała, choć najlepsza jest oczywiście witamina C z warzyw i owoców), rosół gotowany na kościach, zimne nóżki, albo żelatynę (koniecznie bezglutenową, ja używam tej) – w ten sposób dostarczamy sobie jakże cenny kolagen. Uwaga! Do kwestii suplementacji należy podejść rozsądnie. Polecam konsultację z lekarzem! Niekiedy możemy chcieć dobrze, a tymczasem nadgorliwością sobie zaszkodzimy.
  7. Węglowodany! Koniecznie zadbajcie o źródło węglowodanów (np. platany, topinambur, banany, bataty…). Ogólna zasada głosi, że nie powinno schodzić się poniżej 100 gramów cukrów dziennie. To jest jednak kwestia indywidualna, gdyż przy niektórych schorzeniach zaleca się ograniczenie węglowodanów. Dlatego najlepiej skonsultujcie się z lekarzem lub dietetykiem.

UWAGA! Jeśli mamy chorobę autoimmunologiczną, nawet śladowe ilości glutenu mogą być szkodliwe. Dlatego też trzeba odstawić wszystkie przyprawy, które zawierają informację o obecności śladowych ilości glutenu. Opcjonalnie można używać tylko tych nie w proszku (np. liść laurowy) i dokładnie je płukać. Ja tak robię i na razie działa (choć to wciąż pewne ryzyko, ale jednak małe).  Robię edit, bo znalazłam przyprawy bezglutenowe firmy Dary Natury! 😀

Na protokole powinno być się co najmniej miesiąc (ale nie można też przesadzać – trzy miesiące to maksimum, choć niekiedy lekarz bądź dietetyk może protokół przedłużyć, zależnie od stanu zdrowia chorego), a następnie, pojedynczo (ponoć najlepiej co cztery dni), próbować wprowadzać niektóre pokarmy (np. orzechy) i obserwować reakcję. Chciałabym jednak zaznaczyć, że już na protokole należy się bacznie obserwować, bo może okazać się, że źle reagujemy na warzywa z grupy FODMAPS (np. cebulę). Ogólnie protokół to ciągłe obserwowanie siebie i swoich reakcji  : )

Z mojego doświadczenia mogę Wam powiedzieć, że protokół wcale nie jest straszny. Wręcz przeciwnie: dodaje energii i nadziei. Ponadto dzięki protokołowi (i ogólnie diecie paleo) zniknęły u mnie lub znacznie zelżały:

  • alergia (wcześniej codziennie kichałam i smarkałam, teraz już nie);
  • kłucie w sercu (teraz zdarza się znacznie rzadziej);
  • problemy trawienne (napompowany brzuch; prykanie; zatwardzenia);
  • zmiany skórne: pryszcze pojawiają się rzadko, a „gęsia skórka”, którą miałam na pośladkach, prawie zniknęła;
  • brzydki oddech rano;
  • bóle w kolanach;
  • bóle stawów (bolały mnie zwłaszcza palce, teraz jest duuuużo lepiej);
  • ból tarczycy (przed dietą bolała mnie codziennie);
  • okropny smutek (popularnie znany jako depresja, choć nie jest to określenie poprawne);
  • stres (no, może nie całkowicie, wiadomo; ale denerwuję się zdecydowanie mniej).

Jak już niejednokrotnie zaznaczałam, nie jestem dietetykiem ani lekarzem, a zatem powyższy wpis możecie traktować jako możliwą opcję poprawienia swojego stanu zdrowia. Każdy jest odpowiedzialny za własne zdrowie i wszelkie działania podejmuje na własną odpowiedzialność. Ja zdecydowałam się na protokół bo wiedziałam, że doktorzy i profesorowie nie są mi już w stanie pomóc. Takie czasy nadeszły, że musimy być lekarzami dla samych siebie. Na szczęście jest coraz więcej dietetyków, którzy zajmują się protokołem i zalecam korzystanie z ich usług. Ich kompletną listę znajdziecie [tutaj].

Trzymajcie się zdrowo!

~ Piżmowe frytki ~

Dynia piżmowa sprawdza się w każdej odsłonie. Pisałam już [tutaj], w jakie minerały i witaminy jest bogata. Nic, tylko jeść! Dziś przedstawiam Wam frytki. Są słodziutkie, i to bez cukru! W sam raz na niewinny deser.

Chciałabym też pisać więcej, ale, niestety, praca magisterska sama się nie napisze (oj, wstrętny to wrzód na tyłku jest!), a do tego pracować też trzeba. Na szczęście praca sprawia mi wiele frajdy i jedynym problemem jest obecnie praca magisterska, wrrr.

I zapraszam do polubienia Jaskiniowej Kuchni na fejsbooku!

Składniki:

~ średnia dynia piżmowa

~ sześć-siedem łyżek oleju kokosowego

Przygotowanie:

Dynię kroimy w paseczki długie na ok. 2 cm. Olej kokosowy roztapiamy w sporym garnku, wrzucamy do niego pokrojoną dynię i dokładnie mieszamy. Następnie wykładamy „frytki” na papier do pieczenia i pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 20 minut (z termoobiegiem). Frytki warto serwować z sosem z dowolnych owoców, choćby mrożonych. Smacznego! 🙂

Uwaga: frytki nie są chrupiące, lecz miękkie. Pewnie przy dłuższym pieczeniu i większej ilości tłuszczu stałyby się twardsze, ale dyni piżmowej wolę nadmiernie nie męczyć wysoką temperaturą 😉

~ Piżmowa mini pizza (paleo) ~

Uwielbiam dynię piżmową. Jest przepyszna, delikatna, zdrowa i, co najważniejsze, można ją wykorzystywać. Kulinarnie. Na wiele sposobów. I to jak najczęściej. Dziś przedstawiam Wam mini pizze, proste w wykonaniu i bajeczne w smaku. Zanim jednak podam na nie przepis, kilka informacji o bohaterce dnia.

Dynia piżmowa (Cucurbita moschata) pochodzi z Ameryki Środkowej. Jej owoce przypominają kształtem gruszkę i osiągają do 20 kg. Co ciekawe, posiada ona więcej wartości odżywczych i minerałów niż zwykła dynia. Jest wspaniałym źródłem błonnika, witaminy C, manganu, magnezu i potasu. Zawiera też sporo witamin A i E. Niestety, część z tych wartości odżywczych ginie w czasie gotowania lub pieczenia. Dyni spożywać na surowo nie wolno (sama się o tym przekonałam – jak to człowiek jaskiniowy, wszystkiego muszę spróbować. Czasem ciekawość niestety prowadzi do biegunki).

Dynia piżmowa posiada liczne walory kulinarne. Osobiście uwielbiam ją nie tylko ze względu na smak, ale też na jej ekonomiczność: ma bardzo mało pestek. Poniżej dwie tabelki porównujące wartości odżywcze dyni piżmowej oraz zwykłej dyni. (Źródło: Wikipedia).

A oto dumna i piękna dynia.

Składniki (dla dwóch osób):

~ średnia dynia piżmowa o przekroju 8-10 cm

~ 150 gramów ugotowanego jarmużu

~ słoik czarnych oliwek

~ duża puszka tuńczyka (w sosie własnym. W oleju jest zły, bo to olej rafinowany niskiej jakości)

~ duża cebula

~ oliwa z oliwek

~ duży ząbek czosnku (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Dynię piżmową kroimy w plastry o grubości ok. 1,5 cm (nie jest to łatwe, bo twardy ten piżmak jest!). Następnie powstałe plastry obieramy ze skórki, smarujemy z obu stron oliwą i układamy na papierze do pieczenia. Można delikatnie oprószyć je solą i pieprzem. Pieczemy ok. 20-25 minut w temperaturze 150 stopni.

Gdy plastry dyni będą dochodzić (uwielbiam to słowo!), zajmujemy się dodatkami. Ugotowany jarmuż mielimy blenderem z trzema łyżkami oliwy i (opcjonalnie) zmiażdżonym ząbkiem czosnku. Cebulę kroimy, tuńczyka i oliwki odcedzamy z zalewy.

Gdy dynia się upiecze, każdy plaster smarujemy pastą z jarmużu i układamy na nim cebulę, oliwki i tuńczyka. Podpiekamy 5 minut. Następnie konsumujemy z apetytem.

Uwaga! Upieczona dynia jest miękka, więc tę pizzę należy jeść nożem i widelcem. Smacznego! 🙂

~ Paleo Pancakes (pomarańczowo-czekoladowe): bez mąki, jajek, mleka i cukru ~

Powoli zbliżam się do Detosku Odcukrzającego. Nareszcie! Ale zanim to nastąpi, korzystam z okazji i przerabiam platany, które dostałam od wujka z Holandii. Przywiózł mi aż dziesięć kilo! I dlatego wpis dedykuję wujkowi Jackowi, dzięki któremu mogę swobodnie oddawać się radości tworzenia. A z platanów tworzy się wybitnie prosto. W sumie czego by się nie zrobiło, zawsze się uda 😉

 

Paleo Pancakes udały się wręcz wybitnie. Są delikatne i miękkie w środku, a do tego cudnie pachną i smakują. Połączenie pomarańczy i czekolady zawsze mnie zachwycało, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, by przetestować je w naleśnikach.

 

Składniki:

~ 4 duże żółte platany (o platanach pisałam tutaj; proszę Was też o wsparcie mojej akcji na fb, pytanie o platany w sklepach i uświadamianie znajomych o istnieniu tego cudu. Na razie platany są dostępne tylko w Selgrosie, rozpowszechnijmy je!)

~ sok wyciśnięty z czterech średnich pomarańczy

~ jedna czubata łyżka dowolnej skrobi (ja używam maranty trzcinowatej, bo jedna z niewielu skrobi, która nie wywołuje reakcji krzyżowej z glutenem)

~ czubata łyżeczka skórki pomarańczowej

~ 4 łyżki karobu (bądź kakao, jeśli nie cierpicie na chorobę autoimmunologiczną)

~ 4 plastry żelatyny (ja używam takiej, jest bezglutenowa, wiem na pewno, bo pisałam do producenta)

~ 5 łyżek oleju kokosowego + olej do smażenia

Przygotowanie:

Żelatynę przygotowujemy zgodnie z instrukcją (moją trzeba namoczyć w zimnej wodzie). Platany mielimy blenderem na gładko, dodając skrobię i karob. Olej kokosowy roztapiamy, dodajemy do niego skórkę pomarańczową i delikatnie podsmażamy. Następnie do oleju dodajemy sok pomarańczowy, podgrzewamy do ok. 70-80 stopni. Do płynu dodajemy żelatynę i dokładnie ją rozpuszczamy. Tak przygotowany sok wlewamy do zmielonych platanów i dokładnie miksujemy. Masa powinna mieć konsystencję musu.

Naleśniki smażymy na oleju kokosowym. Smacznego!

 

A to platany przywiezione przez wujka z Holandii.

~ Noworoczna Tarta Cytrynowa: bez mąki, jajek, cukru i mleka ~

Tarta cytrynowa ma dla mnie znaczenie szczególne. Cztery i pół roku temu tym ciastem wkradłam się w serce Pana Jaskiniowego. I to na stałe. Przez te cztery lata tarta się zmieniła: przestała być glutenowa i, co ciekawe, dzięki temu smakuje jeszcze lepiej.

Tartę upiekłam na Nowy Rok. Bo wkrótce zaczynam Detoks Odcukrzający, więc trzeba jeść cukier, póki można… I chciałam też zrobić przyjemność moim bliskim. Pan Jaskiniowy był zachwycony.

 

A tak swoją drogą, Pan Jaskiniowy to niezłe ziółko jest. Od czasu, gdy zaczął studiować psychologię, coraz trudniej mi z nim wytrzymać. Rzadko kiedy udaje mi się zachować kamienną twarz. Ostatnio powiedział mi na przykład: „Wzbudzasz we mnie empatyczne pobudzenie”. Po tym padłam. I, co najlepsze, Pan Jaskiniowy nie przestaje mnie zaskakiwać 😉

A z okazji Nowego Roku chciałabym życzyć Wam samych pyszności i zdrowia!

 

Składniki (na metalową formę do tarty o przekroju 24 cm i o bokach 4 cm):

Ciasto:

~ 220 gramów suszonych daktyli

~ 170 gramów wiórek kokosowych

Farsz:

~ 250 gramów migdałów lub wiórek kokosowych (jak zrobić wiórki samemu pokazałam tutaj). Jeśli wybierzecie wiórki, musicie mieć naprawdę mocny blender by je zmielić, bo inaczej będą chrzęścić w zębach 😉

~ skórka obrana z trzech cytryn

~ puszka mleka kokosowego, czyli 400 ml (wiem, że puszkowane rzeczy są złe; zamiast tego możecie wykorzystać 300 ml mleka kokosowego z tego przepisu i zmielić dodatkowo 70 gram wiórek kokosowych)

~ 70 ml soku z cytryny

~ 80 ml wody

~ trzy łyżki miodu i łyżka melasy (dzięki niej tarta zyskuje lekko karmelową barwę)

~ żelatyna (ja wykorzystałam 8 listków takiej, jest bezglutenowa, wiem na pewno, bo pisałam do producenta)

Przygotowanie:

1. Kilka godzin przed rozpoczęciem pracy migdały zalewamy wrzątkiem, obieramy ze skórki i moczymy w letniej wodzie.

2. Aby przygotować ciasto, daktyle i wiórki kokosowe mielimy blenderem aż do uzyskania gładkiej konsystencji. Powstałym ciastem wylepiamy formę. Spód nakłuwamy widelcem. Uwaga! W czasie wylepiania z ciasta wydzieli się tłuszcz, jednak nie musimy go usuwać. Tartę wstawiamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy ok. 12-15 minut w temperaturze 150 stopni (z termoobiegiem). Powinna delikatnie zbrązowieć.

3. Gdy ciasto będzie się studzić, zaczynamy robić farsz. Najpierw zajmujemy się żelatyną, którą przygotowujemy zgodnie z instrukcją producenta. Moją należy zalać zimną wodą. 

4. W rondelku rozgrzewamy melasę, dodajemy skórkę z cytryny i 80 ml wody. Gotujemy ok. minuty.

5. Sok z cytryny mieszamy z mlekiem kokosowym. Wiórki kokosowe lub namoczone wcześniej migdały mielimy na krem i dodajemy do soku wymieszanego z mlekiem. Dokładnie mieszamy.

6. 1/3 powstałej masy wlewamy do rondelka, w którym znajduje się zagotowana skórka. Podgrzewamy do 80-90 stopni. Dodajemy żelatynę i dokładnie mieszamy. Następnie powoli i ciągle mieszając dodajemy resztę płynnej masy oraz dwie łyżki miodu. Całość wylewamy na wcześniej upieczony i przestudzony spód.

6. Tartę chłodzimy w lodówce bądź zamrażarce. Ja używam tej drugiej opcji (trwa to ok. 1-1,5 h). Uwaga! Gdy wyjmiecie tartę z zamrażarki, bardzo trudno będzie ją oderwać od dna. Dlatego polecam rozgrzać w piekarniku blachę do pieczenia, wyjąć ją i następnie położyć na niej tartę. Dzięki temu spód się nagrzeje i ciasto łatwo odejdzie od formy.

7. Rozkoszujemy się niebiańską słodyczą tarty. Smacznego! 🙂