~ Majonez z chirimoyi ~

Chirimoya zainspirowała mnie już od pierwszego kęsa. Jest idealna. Ma idealną teksturę, idealny smak, idealny kolor… W sumie to aż szkoda mi było dodawać do niej coś jeszcze (zwłaszcza, że przywiozłam z Hiszpanii tylko trzy sztuki). Jednak ciekawość zwyciężyła i tak oto powstał… Majonez.

Składniki:

~ ćwiartka niezbyt dojrzałej chirimoyi (niezbyt dojrzała chirimoya jest dość twarda, a jej skórka nie jest brązowa)

~ łyżka oliwy z oliwek

                                                                              ~ szczypta soli

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mielimy blenderem na krem. Smacznego!

~ Sałatka Hiszpańska ~


Czuję pewne podekscytowanie, bo to pierwszy post mój post zrealizowany za granicą. Ha! Mój blog robi się coraz bardziej światowy 😉 Pomysł na sałatkę pojawił się, gdy skosztowałam przepysznych daktyli bezglutenowych (pisałam o nich tutaj). Ponadto w ręce wpadła mi rúcula (prześlicznie się nazywa rukola po hiszpańsku, prawda?). Znalezienie w Mercadonie cudnych filecików anchois w oliwie z oliwek było kwestią czasu. Całość komponuje się idealnie: wyrazistość anchois zostaje złagodzona słodyczą daktyli. Mniam!

 

Składniki:

~ dwie spore garści rukoli (ok. 150 gramów)

~ sześć filecików anchois

~ pięć sporych daktyli

~ opcjonalnie troszkę soku z cytryny

Przygotowanie:

Daktyle i anchois kroimy i układamy na umytej i wysuszonej rukoli. Całość można polać oliwą, w której znajdowały się anchois, lub skropić cytryną. Smacznego!

~ Czekoladowe Pralinki i Krem Czekoladowy ~

Paleo jest cudowne. Wyzwala we mnie pokłady kreatywności. Dziś ofiarą moich działań padły daktyle, które przywiozłam z Hiszpanii. Mój tata szczerze stwierdził, że to najlepszy krem, jaki w życiu jadł. Pan Jaskiniowy ocenił pralinki na 11/10. Lepszych rekomendacji chyba im nie trzeba.

 

Składniki (na ok. 15 pralinek, zależnie od rozmiaru foremek):

~ 10 miękkich suszonych daktyli

~ duża łyżka oleju kokosowego

~ dwie czubate łyżeczki karobu lub kakao (przypominam, że na AIP kakao nie jemy)

~ sześć łyżek mleka kokosowego lub trzy spore łyżeczki chirimoyi.

~ odrobina wody

Przygotowanie:

Daktyle zalewamy wodą i gotujemy do miękkości. Przecedzamy, mielimy blenderem. Dodajemy pozostałe składniki i voila, krem czekoladowy gotowy. Aby wyszły nam z niego pralinki, trzeba go po prostu zamrozić. Uwaga: jeśli dodacie chirimoyi, pralinki będą bardziej miękkie. Jeśli użyjecie mleka, będą twardsze. Wybór należy do Was 🙂 Smacznego!

~ Mleko z chirimoyi ~

Gdy tylko po raz pierwszy rozkroiłam chirimoyę i jej posmakowałam, w mojej głowie od razu nastąpiła eksplozja pomysłów. Poczułam, że oto mam przed sobą coś cudownego i wszechstronnego. Pomyślałam, że idealnie będzie na początek zrobić… mleko.

 

Składniki:

~ ćwiartka chirimoyi (więcej przeczytacie na jej temat w artykule o moim pobycie w Hiszpanii)

~ pół szklanki wody kokosowej i jedna czwarta szklanki wody lub ćwierć szklanki mleka kokosowego (bądź jakiegokolwiek innego)

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mielimy razem blenderem. Gotowe mleko jest słodkie i ma konsystencję pianki. Przepyszne! Próbowałam też zrobić je na samej wodzie, mi smakowało, Panu Jaskiniowemu nie, stwierdził, że za bardzo wodniste. Kwestia smaku 😉

Smacznego!

~ Smaki Hiszpanii ~

We wrześniu udałam się na (bardzo) zasłużone wakacje. Oczywiście do Hiszpanii, bo gdzie indziej może się wybrać filolog hiszpański? Muszę przyznać, że wiązałam ogromne nadzieje z tym wyjazdem. I się nie zawiodłam! Relację z wyjazdu miałam oczywiście zdać znacznie wcześniej, ale pochłonęły mnie praca, remonty i gotowanie. Samo życie!

(Powyżej przepiękny park w Alicante)

Zaskoczona Panna Jaskiniowa

Pierwszego dnia pobytu obudziłam się w środku nocy. „Która to może być godzina?”, pomyślałam, martwiąc się, że pewnie znów obudziłam się o drugiej i nie uda mi się zasnąć ponownie. Spojrzałam na zegarek. Była siódma. Czyli godzina, o której normalnie budzę się w Polsce.

Tak: słońce wstaje na południu o 7.40 (we wrześniu!) i zachodzi ok. 20.30. Długość dnia idealna, tylko do tych późnych wschodów słońca musiałabym się pewnie długo przyzwyczajać.

Kolejna rzecz: Ceny. Bałam się, że mnie porażą, ale na szczęście było całkiem znośnie. Najważniejsze, że woda była całkiem tania – 19 centów za butelkę półlitrową.

Psia kultura

Warto o tym wspomnieć, bo to ciekawostka „krajoznawcza”. W Torrevieja, w której przebywałam, właściciele psów zupełnie nie poczuwali się do sprzątania po swoich pupilach. Dlatego w całym mieście porozwieszano nawet plakaty, które nawoływały „Zmieńmy ten obraz!” i pokazywały właścicieli psów ze świńskimi głowami. Nie wiem, czy akcja odniesie skutek, skoro sprzątanie po psach Hiszpanie mają bardzo ułatwione, a i tak tego nie robią: w chińskim bazarach można kupić śliczne woreczki na psie odchody (tak, wiem, że to oksymoron, ale naprawdę były śliczne: miały różne kolory i wzorki) za raptem 75 centów. A i tak w ciągu całego swojego pobytu widziałam tylko jedną panią, która sprzątała po swoim psie. Obrazek ten stanowi ciekawy kontrast z moim tegorocznym pobytem w Szwecji, w której jest idealnie czysto: spotkaliśmy tam w ciągu dziesięciu dni dwie psie kupy. Tak, dobrze czytacie: Dwie.

„Zbierz to, co zostawia po sobie twój pies”. Akcja dobra, tylko czy odniesie skutek?

 

Bazary

Chińskie bazary zalały hiszpańskie ulice, ku uciesze mojej i ku załamaniu Pana Jaskiniowego, który dzielnie znosił moje zakupowe szaleństwo. O dziwo, hiszpańskie sklepy z chińszczyzną zupełnie nie przypominają tych polskich: są z sześć razy większe, a i fajans tam jakiś ładniejszy. No i te ceny! Za śliczne foremki do zamrażania płaciłam 1-2,5 euro. Ach, gdybyście mnie zobaczyli w tym zakupowym szale! Wygrzebałam wszystkie najładniejsze przybory kuchenne w promieniu stu kilometrów 😉

Autobusy

Nie wiem, czy tak jest w każdej miejscowości turystycznej, ale w Torrevieja transport lokalny jest koszmarny. Nie ma dokładnego rozkładu autobusów, wiadomo tylko, że jeżdżą „od ósmej co pół godziny”. Często się spóźniają. I do tego są drogie: 1,35 euro kosztuje bilet na trasę – bez różnicy, czy przejedziesz jeden przystanek, czy dwadzieścia. O tym dowiedziałam się, gdy zrobiłam ogromne zakupy w Mercadonie i postanowiłam podjechać do mojego apartamentu autobusem, jeden przystanek. Przyjemność ta kosztowała mnie te nieszczęsne 1,35. Jakbym wiedziała, to bym tyle nie nakupiła 😉

Mercadona i Consum

Hiszpanię, podobnie jak Polskę, zalała fala obcych hipermarketów, choć oczywiście nie w tak koszmarnej ilości. Jest więc Lidl i Aldi, a także Carrefour (Hiszpanie wymawiają to tak, jak się pisze: „carrefur”). My jednak zakupy robiliśmy w dwóch sieciach hiszpańskich: Consumie i Mercadonie. Można w nich znaleźć było dosłownie wszystko. Dla mnie jednak największa rozkosz kryła się w przechadzaniu się w alejkach i chłonięciu hiszpańskich nazw: odkryłam, że mnóstwo wiem, ale wciąż muszę się jeszcze wiele nauczyć. W obu sklepach zaskoczyło mnie jedno: moda na jedzenie bezglutenowe.

Sin gluten (bez glutenu)

W Hiszpanii ewidentnie coś jest na rzeczy. Ogromna ilość produktów jest oznaczona jako „sin gluten” (wolne od glutenu). Można więc kupić chleby, ciasta, ciasteczka, dżemiki, cukiereczki… Szkoda tylko, że ogromna większość żywności bezglutenowej, którą oglądałam, zawierała masę konserwantów. Barwniki, koncentraty, zagęszczacze… Nie wiem, jak Hiszpanie do tego podchodzą, ale znak „bez glutenu” to za mało, by coś było zdrowe. Choć muszę przyznać, że z jednego z produktów „sin gluten” udało mi się skorzystać: były to absolutnie boskie suszone daktyle, delikatne i miękkie, tak dobre, jak żadne, jakie jadłam do tej pory… W Hiszpanii były dostępne w każdej Mercadonie. W Polsce, niestety, wszystkie daktyle „mogą zawierać śladowe ilości glutenu”.

Przepyszne daktyle bez glutenu. Nabyte w Mercadonie (1,15 euro).

 

Ciekawy jest zwłaszcza przykład sklepu z cukierkami Fini, który odkryliśmy w Alicante. Sklep jest bajeczny: wygląda jak z bajki, znajdziecie tam tyle smakołyków, że głowa Was rozboli… Kupiłam nawet trochę łakoci Panu Jaskiniowemu w prezencie (tak, sama nie mogłam ich spróbować, więc mój luby posłużył mi jako tester). Miałam jednak przy tym wyrzuty sumienia, bo mimo że łakocie są bezglutenowe, są zrobione praktycznie wyłącznie z cukru i różnych barwników. No ale wyglądają tak ślicznie, że trudno się im oprzeć 😉

 

Sklep ze słodyczami Fini [źródło].

Nowe smaki

Wyjazd do Hiszpanii zaplanowałam już marcu, czyli jeszcze przed rozpoczęciem diety. Pamiętam, jak byłam wtedy podekscytowana perspektywą spróbowania rozmaitych tapas… Niestety, na dłuższy czas „tradycyjne” smaki są mi zakazane. Stwierdziłam jednak, że mogę poszaleć z rzeczami, które wolno mi jeść. Najpierw kupiłam zatem szparagi w słoiczku – były bardzo mdłe, więc kupiłam jeszcze szparagi surowe (w Hiszpanii kosztują 1,5 euro, w Almie 25 złotych) i ugotowałam – były lepsze, ale ewidentnie wymagały jakiegoś dodatku. A że kuchnia nasza zbyt dobrze wyposażona nie była, żadnego ciekawego dodatku przyrządzić nie mogłam. Ponadto jedliśmy omułki (pyyyycha! Pan Jaskiniowy jednak nie był do końca przekonany), kupiłam też sobie morszczuka (całkiem dobry). Pan Jaskiniowy znalazł za to gotowy sos Ailloli, który pochłaniał dosłownie ze wszystkim. Sos jednak zawierał jajka, więc ja posmakowałam tylko jego zapachu.

Ponadto postanowiłam poszaleć z owocami egzotycznymi – kupiłam papayę i mango. Były okropne, a już zwłaszcza papaya. Brrr! Panu Jaskiniowemu za to mango bardzo smakowało. Zawsze wiedziałam, że jest dziwny. 😉

W Hiszpanii pokochałam też aguacate, czyli awokado. Co ciekawe, było tam strasznie drogie: ok. 2,5-3,5 euro za kilo. Jednak warto było tyle zapłacić za idealną delikatną teksturę i cudny miąższ rozpływający się w ustach… Teraz, z powrotem w Polsce, pałaszuję awokado z podobnym zacięciem.

Udało mi się także skosztować Jamón Serrano – Szynki Górskiej, najlepszej, jakiej w życiu jadłam… W smaku jest nieco orzechowa, delikatna, rozpływająca się w ustach… Niestety, zostało mi po niej tylko zdjęcie. 🙁

Jamón Serrano: szynka górska. Niebiańska!

 

Moja chirimoya

Kiedy przechadzałam się pewnego dnia po dziele owocowo-warzywnym, wzrok mój przykuł dziwny zielony owoc. „Chirimoya”, przeczytałam. „Raz kozie śmierć!”, pomyślałam, pakując owoc do koszyka. W apartamencie rozkroiłam go – zaskoczył mnie swoim kolorem (idealna biel) i sporymi, czarnymi pestkami. Okazało się jednak, że jest przepyszny… Delikatny, a tuż pod skórką chropowaty jak gruszka. Od razu w mojej głowie pojawiły się liczne pomysły, co z chirimoi można zrobić. Szkoda tylko, że w Polsce jej nie ma. A niesłusznie, bo Mark Twain stwierdził, że to „najlepszy owoc świata” i chyba miał rację, bo dojrzała chirimoya smakuje jak truskawki ze śmietaną. Raz w Mercadonie pan w kolejce przede mną kupował ich siedem. Takie dobre są!

Moje chirimoye przywiezione z Hiszpanii.

O, a ta chimoya wygląda jak serce. Chirimoye kochają Olę, a Ola kocha chirimoye! 😀

 

Platany

Nieco się bałam, jak uda mi się utrzymać dietę w Hiszpanii, ale szybko się uspokoiłam myślą, że na pewno kupię gdzieś sobie platany. Pierwszy dzień: w Mercadonie nie ma, w warzywniaku nie ma (sprzedawca powiedział mi, że kiedyś zamawiał, ale nikt ich nie kupował). Straciłam już większość nadziei, ale weszłam do Consumu i… Są! Są! Hurra! Szybko kupiłam pięć sztuk (po 2,25 za kilo). Przerabialiśmy je z Panem Jaskiniowym na chipsy, smażąc na patelni (choć to było bardzo uciążliwe, kuchenka działała koszmarnie) i zabieraliśmy na wycieczki. Później przywieźli też platany do Mercadony, więc szybko weszły do codziennego menu.

Miejsca, które mnie zachwyciły

Południe Hiszpanii jest regionem obfitującym w miejsca warte zwiedzenia. Osobiście z całego wyjazdu najbardziej zapamiętam prześliczny mały park w Alicante, ulicę pełną bajecznych grzybów (też w Alicante) i Park Aromatyczny w Torrevieja, w którym rosły zioła: tymianek, bazylia, rozmaryn… Krzaczki były dość spore i przepiękne pachniały.

Jeszcze raz cudny park w Alicante.

 

Alicante: Bajkowa ulica pełna grzybków.

 

Park Aromatyczny w Torrevieja.

 

Zioła w Parku Aromatycznym (rosły w klombach).

 

Podsumowanie

Wyjazd był bajeczny. Czułam się świetnie, będąc w kraju, którego język znam wyśmienicie i jestem w stanie porozumieć się z każdym i wszędzie. Ponadto porozmawiałam trochę z ludźmi, opaliłam się, wykąpałam w morzu i w basenie. Zwiedziłam Alicante i Murcję, pooddychałam gorącym powietrzem i wchłonęłam masę witaminy D. I jestem wdzięczna Wszechświatowi za ten wyjazd, bo wiele mnie nauczył i wiele mi pokazał.

Powrót

Nie podobna oczywiście było wrócić nie zabierając ze sobą niczego. Wzięłam masę ulotek, kupiłam trochę książek (w Alicante był boski antykwiariato-second-hand) i oczywiście nabyłam też masę platanów. Pan Jaskiniowy strasznie na mnie psioczył, gdy zobaczył kosmiczną ilość rzeczy, którą planuję zabrać (a mieliśmy tylko bagaż podręczny). Ale zmieściło mi się wszystko: ponad 3,5 kilo platanów, trzy chirimoye, sześć książek, dwie książki kucharskie, masa ulotek i gazet. Mam zatem cudne wieści:

SĄ PLATANY! Będą więc nowe przepisy.

Hip, hip, hurra!

A tymczasem, trzymajcie się zdrowo i platanowo!

Platany! A zatem mam z czego gotować! 🙂

~ Nieszczelność jelit a choroby autoimmunologiczne ~

Dziś nie zaprezentuję Wam żadnych przysmaków. Opowiem za to nieco o tym, jak wygląda moja choroba, skąd się bierze i jak się uleczyć.

Chorobę tarczycy zdiagnozowano u mnie ok. 10 roku życia. Od tej pory cały czas zażywam lewotyroksynę w tabletkach. Dawka leku była stopniowo przez lekarzy podnoszona, czasem nawet bez badań. Jedna z lekarek oceniała stan mojej tarczycy na podstawie badania wykonywanego… dłońmi. Pomacała i już wszystko wiedziała. Taka zdolna.

Kiedy patrzę na swoje życie z perspektywy 23 lat, które szczęśliwie przeżyłam, nagle tracę wiarę. Zawsze wydawało mi się, że jestem osobą optymistyczną, stawiającą czoła wszystkim przeciwnościom losu. Dziś dostrzegam, że trafiały mi się w życiu okresy głębokiego smutku (czy „depresji”, jak to się zwykło dziś mówić), najdłuższy z nich przeżyłam przed maturą, trwał około 4 miesiące. Nic mnie wtedy nie cieszyło, wszystko wydawało się czarne. Nie miałam żadnych nadziei na przyszłość, nic. Podobny smutek dopadł mnie w tym roku. W lutym zaczęłam czuć się wstrętnie, świat stał się miejscem nieprzyjaznym i przerażającym, czułam się beznadziejnie z samą sobą. Wydawało mi się, że nic mi nie wychodzi, że do niczego się nie nadaję. I wtedy zaczęłam szukać pomocy.

Udałam się do (ponoć dobrej) endokrynolog, ta podwyższyła mi dawkę leku i wysłała na tomografię nadnerczy (miałam okropne przygody związane z tym badaniem). Niby wszystko okazało się w porządku, ale wyniki hormonów nadnerczowych odbiegały dalece od normy. W tym czasie naczytałam się sporo na temat zmęczenia nadnerczy (adrenal fatigue) i stwierdziłam u siebie dosłownie każdy objaw tego schorzenia. Dlatego też badanie mnie rozczarowało, wierzyłam, że znajdę w nim przyczynę mojego fatalnego samopoczucia, dostanę na to jakieś tabletki i już.

Kiedy okazało się, że nadnercza są w porządku, udałam się do lekarza pierwszego kontaktu, by wykonać morfologię. O dziwo, wyszła w porządku. Jedynie TSH podwyższone, ale do tego już przywykłam. Zdecydowałam się więc odwiedzić (ponoć) najwybitniejszego w moim mieście profesora endokrynologa. W czasie siedmiominutowej (sic!) wizyty, za którą zapłaciłam 150 złotych, zrobił mi USG, stwierdził, że mam Hashimoto, że to dlatego tak fatalnie się czuję, podwyższył mi dawkę leku i tyle. Poza tym mam się badać co jakieś 3 miesiące, unikać jodu i morza.

Z gabinetu wyszłam z pewnym poczuciem ulgi. A więc mam chorobę, muszę tylko brać tabletki. Do końca życia. Codziennie. Choroba jest nieuleczalna. Ale to przecież tylko jedna tabletka dziennie, prawda?… W ogóle nie czułam, że większa dawka leku mi pomoże. A poza tym, jak długo jeszcze lekarze będą mi podnosić te dawki? Aż dojdę do 300 mikrogramów dziennie?

Wróciłam do domu i zaczęłam czytać. Szybko dowiedziałam się że Hashimoto to choroba, która postępuje, która może atakować inne narządy, a nawet mózg (a ujmując rzecz  ściślej: to przeciwciała, które się przy tej chorobie wytwarzają, mogą przepuścić zmasowany atak na narządy). Zrobiło mi się niewesoło. Czytałam więc dalej, czytałam godzinami. Szybko natrafiłam na przyczyny mojej choroby (co ciekawe, żaden z lekarzy nigdy nie powiedział mi nigdy o źródle choroby, twierdzili uparcie, że jest ono nieznane). Winne okazały się zła dieta i kiepski styl życia, które doprowadziły do osłabienia układu autoimmunologicznego i powstania nieszczelnych jelit (ang. leaking gut; increased intestinal permeability).

Nieszczelne jelita, czyli pierwsza ofiara szwankującego systemu odpornościowego.

(Swoją wiedzę na temat y zdrowotne i medyczne czerpię głównie ze stron amerykańskich, przede wszystkim ze strony thepaleomom.com. Jej autorką jest Sarah Ballantyne, lekarka dotknięta kilkoma chorobami autoimmunologicznymi, zbierająca wszystkie dostępne badania naukowe na temat cieknącego jelita i przybliżająca je osobom, którym brakuje wykształcenia medycznego, a które jednak pragną żyć zdrowo i szczęśliwie. Czyli takim osobom jak ja).

„Oficjalna” medycyna nie uznaje czegoś takiego jak nieszczelne jelita. Lekarze diagnozują dziesiątki dziwnych jednostek chorobowych, a o tej wolą milczeć. Łatwiej udawać, że choroby autoimmunologiczne i jelita nie są ze sobą w żaden sposób powiązane.

Ostatnio PaleoMama ustosunkowała się do najświeższych odkryć szwedzkich badaczy. Tutaj znajdziecie oryginalny artykuł, a jeśli nie czytacie po angielsku, zachęcam do zapoznania się z moim tłumaczeniem najistotniejszych jego fragmentów:

„Obecność nieszczelnych jelit stwierdza się w każdej chorobie autoimmunologicznej, w której była badana (wlicza się tutaj takie choroby jak: reumatoidalne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, wrzodziejące zapalenie jelita grubego, choroba Leśniowskiego-Crohna, celiakia, stwardnienie rozsiane, cukrzyca typu 1).

(…)

Wiele badań pokazało, że rozwój choroby autoimmunologicznej poprzedza pojawienie się cieknącego jelita. Jak to działa? Jako że 80% naszej odporności znajduje się w tkankach otaczających jelita, pojawienie się nieszczelności sprawia, że jelita zaczynają pracować na najwyższym biegu.  Kiedy doda się do tego niedostatki żywieniowe (brak składników odżywczych wspierających pracę układu odpornościowego), predyspozycje genetyczne oraz tworzenie się przeciwciał – powstaje choroba autoimmunologiczna.

Skąd bierze się nieszczelność jelit? Przyczyny mogą być wszelakie: od infekcji i zachwiania się flory bakteryjnej jelit (przerost „złych” bakterii), poprzez nieodpowiednią dietę (alkohol, ziarna, alergie pokarmowe), leki, aż do nieodpowiedniego trybu życia (chroniczny stres, niedostatek snu, przepracowanie).  Czy jednak te czynniki powodują nieszczelność jelit w przypadku chorób autoimmunologicznych? Możliwe.

Co pokazały szwedzkie badania?

Badania polegały na wywołaniu u myszy zwierzęcego modelu stwardnienia rozsianego. Choroba pojawiła się u ok. 80% użytych w eksperymencie myszy i osiągnęła swój pełny „rozwój” po dwóch tygodniach.

Naukowcy zebrali myszy, które zaczęły chorować i po upływie tygodnia zbadali szczelność ich jelit. Okazało się, że nieszczelne jelita pojawiają się najpierw, choroba zaś rozwija się później. Naukowcy opisali dokładnie, jakie zniszczenia zachodzą w jelitach. Znaleźli w nich chociażby komórki, które są odpowiedzialne za niszczenie osłonki mielinowej w stwardnieniu rozsianym. Wygląda więc na to, że jelita są atakowane przez nieprawidłowo funkcjonujący układ odpornościowy.

Naukowcy poszli jednak o krok dalej by udowodnić, że to układ odpornościowy niszczy tkanki jelita. Pobrali komórki z jelita chorej myszy i wszczepili je w jelito myszy zdrowej. I co się okazało? Że u zdrowej myszy także pojawiła się nieszczelność jelit. A zatem to system odpornościowy jest winowajcą! Kiedy już „nauczy się” atakować komórki ciała, pierwszymi ofiarami są jelita.

Badania te inspirują do zadawania nowych pytań. Jeśli to nie przeciekające jelita są przyczyną powstawania przeciwciał, co nią jest?

Oczywiście liczy się tutaj czynnik genetyczny, choć trzeba zaznaczyć, że choroby autoimmunologiczne nie są dziedziczne. Ponadto istotny jest niedobór składników odżywczych w Standardowej Diecie Amerykańskiej (Standard American Diet – SAD), które są niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego. Innymi przyczynami mogą być zakłócenia flory jelitowej, niedostatek snu i chroniczny stres, które tłamszą i niszczą układ immunologiczny. Podejrzewam, że lista możliwych czynników wyzwalających chorobę autoimmunologiczną jest tak obszerna, że wybranie „głównego winowajcy” jest niemożliwe”.

Badania pod kątem nieszczelności jelit

Po przeczytaniu tego tekstu zapewne najdzie Was ochota na zbadanie stanu Waszych jelit. Niestety, diagnostyka pod tym kątem jest bardzo droga i słabo dostępna. Najbardziej wiarygodne badania oferuje amerykańskie laboratorium Cyrex. Można je wykonać poprzez CM Gamma [tutaj]. Ponadto możliwe jest też zbadanie poziomu zonuliny [tutaj].

Droga do uleczenia

Jeśli już cierpimy na chorobę autoimmunologiczną, nie ma się co smucić! Z pomocą przychodzi nam paleo i jego specjalna odmiana – protokół autoimmunologiczny (w skrócie: AIP). Celem diety (a raczej stylu życia, bo paleo to coś znacznie więcej niż dieta) jest wyeliminowanie wszystkich czynników, które niszczą układ odpornościowy i które podrażniają jelita. Dlatego zaleca się eliminację wszelkiej chemii i wzbogacenie diety o pełnowartościowe produkty, które wspomogą pracę układu odpornościowego. Z diety wyłączamy także produkty, które powodują przerost „złych” bakterii w jelicie. Ponadto konieczna jest zmiana trybu życia: co najmniej osiem godzin snu na dobę i ograniczenie stresu. Tak, wiem, że pomyślicie: „Ależ to niemożliwe!”. Ale uwierzcie mi, da się. W następnych artykułach będę Wam przybliżać, jak to zrobić.