~ Kokos: instrukcja obsługi ~

Dieta paleo (a przynajmniej bardziej drakońska wersja tej diety, którą obecnie stosuję, czyli protokół autoimmunologiczny – w skrócie AIP) jest szalenie prosta. Je się na niej:

– warzywa (ale nie wszystkie, zakazane są np. wszystkie z rodziny psiankowatych);

– ryby;

– mięso;

– owoce;

– tłuszcze.

Gdy opowiadam o tym znajomym, łapią się za głowę, stwierdzając szybko: „przecież ty nic nie możesz jeść!”. Przyznam się, że gdy pierwszy raz przeczytałam o paleo, pomyślałam zupełnie tak samo. No bo jak to tak bez mąki?! Dobra, niech będzie, że bez mąki, ale bez kasz?! Przecież ja tak kocham kaszę jaglaną, buuuu…

Na szczęście byłam na tyle chora i czułam się na tyle źle, że wszelkie opory we mnie zelżały i zrezygnowałam z 80% tego, co zwykłam jadać dotychczas. I wiecie co? Nie żałuję. Bo dzięki temu odkryłam bogactwo zdrowych i wartościowych produktów spożywczych. Pierwszym i bodaj najsmaczniejszym był kokos.

Kokos: z czym to się je

Jeśli idzie o palmę kokosową, botanicy wciąż jeszcze nie są do końca zgodni, do jakiej rodziny ją zakwalifikować. Ostatnio przeczytałam, że palma to w zasadzie nie palma, a trawa (sic!). Z kokosami biolodzy również mieli twardy orzech do zgryzienia, bo ni to owoc, ni to orzech. W końcu kokos został sklasyfikowany jako pestkowiec.

Przeczytałam dziesiątki słów na temat kokosa. Przeważają pozytywne opinie o jego wpływie na ludzki organizm. Wielu wręcz wygłasza peany na jego cześć. Jestem jednak osobą dociekliwą i dotarłam także do faktów często pomijanych: kokos, owszem, cudowny jest, ale z umiarem. Bielmo kokosa zawiera bowiem 70% tłuszczu i 14% cukru. Dla kokoś, kto nigdy nie jadł kokosa lub jadał go okazyjnie, zjedzenie większej ilości może zakończyć się silnym przeczyszczeniem (tak, tak, przyznaję się, sama raz trochę przesadziłam i dlatego ostrzegam).

Jeśli jednak spożywamy kokosa z umiarem, dostarczy on nam witamin z grupy B oraz witaminy C (choć, niestety, w dość niewielkich ilościach). Woda kokosowa zaś jest cennym źródłem przede wszystkim potasu. Wiele mówi się ostatnio o zbawiennym wpływie tego napoju na zdrowie, ale, niestety, prawda jest taka, że jedna szklanka wody kokosowej pokrywa nasze dzienne zapotrzebowanie na witaminę C tylko w 10%, na wapń w 6%, a na żelazo w 4%. A na dodatek taka szklanka wody kokosowej zawiera aż 6 gramów cukru. Codzienne spożywanie wody kokosowej nie jest zatem dobrym pomysłem (wbrew temu co twierdzą takie sławy jak choćby Gwyneth Paltrow).

Jak na razie brzmi to dość rozczarowująco, prawda? Największy skarb kokosa zostawiłam jednak na sam koniec: to kwas laurynowy, który ma silne właściwości antybakteryjne, antywirusowe i przeciwgrzybiczne. Wspomaga odporność organizmu, pomaga leczyć wszelkie zmiany skórne (opryszczki, trądzik, egzemy itd.). Korzystnie wpływa też na przeziębienia czy problemy trawienne. Ponadto kokos zawiera nasycone kwasy tłuszczowe. Badania pokazały, że dzięki dużemu spożyciu oleju kokosowego, mieszkańcy wysp Pacyfiku praktycznie nie cierpią na choroby serca.

Twardy kokos do zgryzienia

Osobiście bardzo cenię kokosa za jego wszechstronność. Jest pyszny zarówno na surowo, jak i po upieczeniu. Dziś pokażę Wam, jak przygotować domowe wiórki kokosowe, a w kolejnych wpisach opiszę pyszności, które z tych wiórek można przyrządzić. A zatem, zaczynajmy!

Jak wybrać kokosa?

Przede wszystkim po potrząśnięciu musi w nich chlupotać dużo wody. Jeśli nie chlupocze, kokos jest stary i wysuszony. Ponadto zwróćcie uwagę na jego dziurki. Powąchajcie je i sprawdźcie, czy największa z dziurek nie jest w jakiś sposób uszkodzona. Ma być twarda. Niczym mięśnie mego ukochanego Pana Jaskiniowego 😉

Jak otworzyć kokosa?

1. Używamy w tym celu korkociągu, który wbijamy w największą z dziurek. Przy wyciąganiu go powinien rozleć się dźwięk zasysania.

P1130328

2. Do dziurki wkładamy słomkę i wypijamy wodę. Najpierw bierzemy malutki jej łyczek i jeśli woda jest kwaśna lub gorzka, znaczy to, że kokos jest zepsuty. Dlatego też zawsze trzeba zachowywać paragony, dzięki czemu takiego nieświeżego kokosa można łatwo zareklamować (ale i tak musicie kokosa rozłupać, żeby sprzedawca Wam uwierzył i na własne oczy zobaczył pleśń). Pamiętajcie: woda kokosowa ma być słodziutka i pyszna. Gdy taka nie jest – kokos jest zepsuty.

Jeśli nie chcecie pić wody od razu, możecie ją wylać (mocno trzęsąc kokosem) do miseczki.

P1130333

3. Następnie będziemy potrzebować mocnej ściereczki, młotka oraz twardego podłoża. Otwieranie kokosa to czynność bardzo hałaśliwa i dlatego warto też znaleźć jakieś ustronne miejsce, by nikomu nie przeszkadzać (może być to np. piwnica. Ostatnio zdarzyło mi się otwierać kokosa w śmietniku, ale jako że to szwedzki śmietnik był, odznaczał się niezwykłą czystością):

4. Najpierw obijamy kokosa młotkiem z każdej strony. Im dokładniej go obijemy, tym łatwiej później odejdzie od skorupy. Następnie owijamy go szczelnie ściereczką (dzięki temu po pęknięciu kawałki kokosa nie rozlecą się nam po całym pomieszczeniu) i mocno uderzamy. U mnie wystarcza 5-7 uderzeń. MOCNYCH uderzeń.

P1130337

A tak wygląda otwarty kokos:

P1130338

5. Następnie, używając płaskiego noża, podważamy kawałki kokosa. Jeśli dobrze go obtłuczecie przed otwarciem, będzie to dziecinnie proste!

P1130339

P1130341

P1130343

(Mówiłam, dziecinnie proste!)

6. Następnie otrzymane kawałki dokładnie płuczemy.

P1130345

7. I układamy na papierze do pieczenia brązową skórką do góry. Suszymy 20 minut w temperaturze 110 stopni (koniecznie z termoobiegiem!)

P1130350

P1130352

8. Po wysuszeniu obieramy brązową skórkę. Używam do tego fenomenalnej obieraczki Victorinox (nie, niestety nie płacą mi za tę reklamę; ona naprawdę jest najlepsza!), próbowałam też tradycyjnej, ale nie zadziałała:

P1130354

P1130362

9. Obraną brązową skorupkę wkładam jeszcze na 20 minut do piekarnika i suszę. Warto ją zachować, bo to źródło błonnika. Jeśli jednak macie problem z jego trawieniem, podarujcie wtedy skorupkę komuś zdrowemu 😉

10. Po wysuszeniu brązową skórkę można schrupać jako chipsy (pycha!) lub zmielić blenderem i dodać np. do naleśników lub pasztetu.

12. A tymczasem tak wygląda nasz obrany kokos (ja użyłam pięciu sztuk):

13. Kawałki kokosa można albo zetrzeć ręcznie (nie polecam), albo użyć do tego robota kuchennego. Ja używam końcówki do grubych wiórek:

14. Zmielone wiórki wykładamy blachę (nie zapomnijcie o papierze do pieczenia!). Suszymy je ok. 40-90 minut (zależnie od ilości wiórek) w temperaturze 110 stopni (z termoobiegiem). Gdy wiórek macie dużo (tak jak w moim przypadku), przemieszajcie je co jakiś czas.

15. Jeśli po wysuszeniu stwierdzicie, że wiórki są zbyt grube, możecie jeszcze raz wrzucić je do robota kuchennego. Moje wiórki po ponownym zmieleniu wyglądają tak:

Po wystudzeniu przekładam je do słoika:

I to wszystko! Wiórki są gotowe do skonsumowania lub do dalszej przeróbki.

Kilka uwag:

1. Mnie osobiście najbardziej smakują wiórki nie białe, lecz lekko przypieczone. Jeśli wolicie wiórki białe, zmniejszcie temperaturę pieczenia do 100 stopni.

2. To Wasze wiórki i Wasz kokos. Eksperymentujcie! Zależnie od użytego noża czy tarki możecie uzyskać różną wielkość czy kształt wiórek.

3. Z pięciu kokosów wyszło mi niemal 700 gram wiórek. Koszt jednego kokosa to w moim sklepie 2,15 (niedawno niestety zdrożały do 2,47). Chciałabym zamówić ekologiczne wiórki, które są tylko odrobinę droższe, ale niestety wszystkie zawierają „śladowe ilości glutenu”. Tak więc muszę być swoją własną fabryką wiórek kokosowych.

Bądźcie zdrowi!

 

~ O Pannie Jaskiniowej słów kilka ~

Uwielbiam gotować. Uwielbiam też jeść. Przez większość mojego życia przyrządzałam potrawy, które śmiało można zaliczyć do potraw z serii DNO (Dieta Naszych Obywateli). Mąka (mnóstwo mąki!), kasze, nabiał, cukier. Warzywa i owoce czasami. Od dwóch miesięcy jem inaczej. Jestem na diecie CUD (Cudnie Uzdrawiającej Diecie), znanej powszechnie jako dieta paleo.

Wszystko zaczęło się od mojej choroby, czyli od przewlekłego zapalenia tarczycy Hashimoto (kiedyś napiszę o niej więcej, obiecuję!). Przez wiele lat lekarze powtarzali mi, że nie ma dla mnie nadziei, że jedyne, co mogę zrobić, to łykać tabletki. Aż do śmierci. I nawet jeden dzień dłużej. A przecież lekarstwo na tę chorobę istnieje, i do tego jest banalnie proste: dieta.

Poświęciłam mnóstwo czasu, by dowiedzieć się, co jest szkodliwe, a co nie. Blog będzie dla mnie miejscem, które umożliwi mi propagowanie (bez)cennej wiedzy. Liczę też na Wasze komentarze, bo moim głównym celem jest ciągłe poszerzanie wiedzy i weryfikowanie tej już zdobytej. Nie jestem oczywiście lekarzem ani dietetykiem i absolutnie nie chcę uchodzić za autorytet. Będę opisywać to, co działa w moim przypadku. A że każdy jest wyjątkowy, nie wiem, czy rzeczy dobre dla mnie podobnie zadziałają na Ciebie, Twoją matkę, kochankę, teściową; na Twojego męża czy córki. Zachęcam jednak do własnych poszukiwań i eksperymentów, bo życie mamy jedno i warto je spędzić ciesząc się dobrym zdrowiem i kondycją.

 

Bądźcie zdrowi!