Hashimoto i choroby autoimmunologiczne a osobowość

Ludzka złożoność nie przestaje mnie zachwycać i zaskakiwać. Nie dość, że posiadamy cudowne ciała składające się z miliardów komórek, to na dodatek w każdym z nas kryje się potężny umysł, którego sekrety wciąż jeszcze zostały niezbadane… Wielu z nas czuje w sobie także obecność czegoś więcej – duszy, będącej źródłem naszych marzeń i chęci do życia. Te trzy elementy działają jak naczynia połączone, których wzajemny wpływ wciąż jeszcze nie został dobrze poznany. Wiemy jednak, że każde uszkodzenie ciała wpływa na stan naszej psychiki i nastroju – trudno być szczęśliwym, gdy męczy nas migrena czy kiedy zranimy się w palec. Mechanizm ten działa oczywiście także w odwrotny sposób – niejednokrotnie z powodu stresu czy strachu zaczyna boleć nas brzuch lub głowa. Czy nasze emocje i cechy osobowości mogą jednak prowadzić do pojawienia się chorób chronicznych takich jak Hashimoto lub inne schorzenia autoagresywne? A może to pojawienie się tych chorób zmienia nasz sposób widzenia świata?…

Depresja, fochy i smuteczki

Kilka miesięcy temu zajęłam się przeanalizowaniem związku zapalenia tarczycy Hashimoto z depresją. Badania, na które się natknęłam, pokazywały, iż osoby cierpiące na Hashimoto z wynikiem TSH mieszczącym się w normie, jednak z obecnymi przeciwciałami wykazywały znacząco wyższą podatność na depresję, zaburzenia lękowe i zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne niż osoby zdrowe [źródło]. Ostatnio związkowi depresji z Hashimoto poświęcono fragment programu Pytanie na Śniadanie, w którym miałam zaszczyt wystąpić 🙂 Zainteresowanych odsyłam [tutaj].

W przypadku chorób autoagresywnych pacjenci mogą mieć także problemy z tak zwaną „bierną agresją”, czyli nieumiejętnością dzielenia się ze światem swoimi uczuciami (w zeszłym roku ukazał się na blogu cykl artykułów poświęconych temu tematowi autorstwa Pana Jaskiniowego – zerknijcie tutaj, tu i tutaj). Moje dotychczasowe doświadczenia z Panem Hashimoto pozwoliły mi jednak przypuszczać, że te problemy to tylko wierzchołek góry lodowej.

Całkiem niedawno udało mi się trafić na niezwykle ciekawy artykuł autorstwa Britt z bloga Instinctual Wellbeing. Podobnie jak wielu z nas, ma ona osobiste doświadczenia z chorobami autoimmunologicznymi oraz jest członkinią kilku grup wsparcia (a jedną z nich nawet sama prowadzi). Wielomiesięczne obserwacje siebie i innych pacjentów pozwoliły jej na sformułowanie teorii łączącej schorzenia autoagresywne z pewnymi cechami osobowości. Oczywiście hipoteza ta nie znajduje na razie naukowego potwierdzenia – wydała mi się jednak na tyle ciekawa i bliska mojemu życiu, że postanowiłam się nią z czytelnikami Jaskiniowej Kuchni podzielić.

Choroby autoimmunologiczne a osobowość

Zdaniem Britt (z którą całkowicie się zgadzam) osoby cierpiące na schorzenia autoimmunologiczne mogą charakteryzować się poniższymi cechami:

  1. Tendencje perfekcjonistyczne;
  2. Niezwykła wrażliwość;
  3. Zachowawczość i niechęć do podejmowania ryzyka;
  4. Zwykle posiadają osobowość typu A, charakteryzującą się wysokim poziomem stresu, wywołanym presją czasu, tendencją do zachowań rywalizacyjnych, wysokim poziomem ambicji, agresywnością i wrogością wobec innych;
  5. Nieustanny lęk przed zawiedzeniem innych lub popełnieniem błędu;
  6. Tendencje do introwersji;
  7. Przesadna ambicja;
  8. Problemy z mówieniem „nie”;
  9. Są bardzo krytyczni wobec siebie samych; zmuszają się do pracy chcąc spełnić swoje własne wysokie oczekiwania;
  10. Niechęć do pokazania, kim naprawdę są; mają problemy z otwieraniem się przed ludźmi;
  11. Skłonności do niepokoju i zamartwiania się;
  12. Skłonności do większej otwartości na alternatywne i duchowe metody leczenia;
  13. Nie lubią tracić kontroli nad sytuacją;
  14. Spędzili większość swojego życia czując, że „nie do końca pasują” lub czując się niezrozumiani przez innych;
  15. Mieli okazję doświadczyć pewnej traumy lub ich dzieciństwo było traumatyczne.

Kiedy przeanalizowałam wszystkie te cechy i wzięłam pod uwagę również te, które udało mi się już przepracować,  zdobyłam w tym teście aż 12 punktów na 15. A jaki jest Wasz wynik?

Jak nie kopać leżącego?

W przypadku chorób z autoagresji bardzo ważne jest, by minimalizować nie tylko produkcję „fizycznych” przeciwciał (co często skutecznie osiąga się np. poprzez stosowanie odpowiedniej diety), lecz także zapobiegać autoagresji psychicznej. Niezwykle trafnie pisze o tym Kala Bochenek, coach i psycholog, na swoim blogu Holistyczne leczenie Hashimoto (niestety od dwóch lat nie pojawiają się nowe wpisy). Jej zdaniem atakowanie samego siebie poprzez nieustanne agresywne myśli może jedynie pogorszyć nasz stan. Dlatego warto obserwować swoje zachowanie oraz być szczególnie wyczulonym na poniższe nawyki:

•    potępianie i krytykowanie samego siebie oraz poczucie winy (np. z powodu choroby)
•    nadmierne wymagania wobec samego siebie (perfekcjonizm, presja na doskonałość, brak przyzwolenia na własne niedoskonałości i błędy)
•    ciągłe  zamartwianie się (chorobą i innymi rzeczami)
•    zadręczanie się myśleniem o tym, czego nie możemy robić, a kiedyś robiliśmy oraz tym, co funkcjonuje „gorzej” w naszym życiu
•    wymuszanie na sobie czegoś, z czym ciało nie daje sobie obecnie rady
•    rozpaczliwe próby natychmiastowej poprawy samopoczucia, aby jak najszybciej „pozbyć się” przykrych objawów
•    ignorowanie własnych potrzeb i stawianie potrzeb innych ludzi na pierwszym miejscu
•    angażowanie się w takie relacje i działania, które pozbawiają nas sił
•    nieumiejętność stawiania ludziom zdrowych granic

[Źródło]

Brzmi znajomo? Być może niektóre z tych nawyków towarzyszą Wam od wielu lat, wywierając negatywny wpływ na Wasze zdrowie. Najrozsądniej byłoby oczywiście zastąpić te niekorzystne myśli zachowaniami pozytywnymi, ale nie zawsze okazuje się to proste, zwłaszcza jeśli zmartwienia i autokrytyka towarzyszyły nam przez wiele lat.

Dlaczego tak łatwo nam kopać leżącego? Zamiast krytykować – spróbujmy okazać sobie samym trochę miłości.

U źródeł problemu

Jestem przekonana, że istnieje związek między pewnymi cechami osobowości a występowaniem choroby Hashimoto i innych schorzeń autoagresywnych. Wciąż jednak nie wiadomo, czy to cechy takie jak perfekcjonizm, wrażliwość czy skłonność do zmartwień predysponują nas do zapadnięcia na Hashimoto (lub inną chorobę autoimmunologiczną), czy może wraz z pojawieniem się choroby zmienia się nasza osobowość. Ciekawi mnie także, jaki odsetek chorych ma problemy z cechami osobowości i zachowaniami wymienionymi przez Britt i Kalę Bochenek. Dlatego apeluję: studenci psychologii, ręce do pracy! Osób diagnozowanych w kierunku Hashimoto i innych schorzeń autoagresywnych jest coraz więcej i warto zbadać psychiczne podłoże tej choroby.

Zanim jednak pojawią się dokładne badania naukowe, jak mamy radzić sobie my, pacjenci? Wiem z doświadczenia, że w przypadku nieradzenia sobie z emocjami najefektywniejsze będzie udanie się po pomoc do specjalisty. Warto wybrać terapeutę pracującego w nurcie terapii poznawczo – behawioralnej, dzięki któremu będziemy mogli okiełznać niekorzystne myśli, emocje i zachowania. Niestety, terapia jest dość kosztowna i nie każdego na nią stać. Warto jednak pamiętać, że spotkania nie muszą odbywać się co tydzień. Ponadto istnieje możliwość podjęcia tańszej terapii grupowej.

Możesz się zastanawiać: Czy to naprawdę konieczne?… A czy czujesz się dobrze z samą sobą? Czy nie gnębią Cię natrętne myśli, których wolałabyś się pozbyć?… Czy masz dość perfekcjonizmu, skutecznie utrudniającego Ci życie?

Jeśli czujesz, że czas na zmiany, terapia może być dla Ciebie najlepszą decyzją. Przecież będziesz żyć z samą sobą jeszcze wiele długich lat, więc warto zadbać o to, by wzajemne relacje psychiki i ciała były jak najlepsze 🙂

(A jeśli naprawdę nie jesteś w stanie pozwolić sobie na wizytę u specjalisty, zajrzyj do tego artykułu. Zebrałam w nim wiele użytecznych informacji, jak pomóc sobie samemu wyjść na prostą).

Kiedy boli nas brzuch czy gnębi przeziębienie – udajemy się do specjalisty. Kiedy mamy problemy z emocjami – również powinniśmy udać się do specjalisty!

Czy to aby na pewno wina Hashimoto?

Wiem, że życie z osobą chorobą na Hashimoto nie jest usłane różami. Najprzeróżniejsze dolegliwości fizyczne (ciągłe uczucie zimna, tycie, wypadanie włosów, zmęczenie… i wiele innych) często spotykają się z niezrozumieniem otoczenia. Do tego nierzadko dochodzą objawy ze strony psychiki, takie jak drażliwość, skłonność do wybuchów czy ciągłe zamartwianie się. Pamiętajmy, że nieleczona lub leczona niewłaściwie niedoczynność tarczycy (która najczęściej idzie w parze z Hashimoto) może zamienić życie chorego i jego rodziny w koszmar. [Tutaj] znajdziecie świetnie napisaną historię o tym, jak także życie może wyglądać.

Niestety, czasem mimo leczenia uciążliwe objawy nie znikają. Wtedy najbliżsi pacjenta (oraz on sam) mogą nieustannie zadawać sobie pytanie: Czy to wina choroby? A może ta osoba już taka jest, taki ma charakter?… Próżno szukać odpowiedzi.

Nie da się oddzielić pacjenta od choroby. Dlatego też należy patrzeć na każdego człowieka holistycznie, wraz z jego wszystkimi zaletami, wadami i schorzeniami. Szukajmy pomocy, konsultujmy się ze specjalistami. I nie poddawajmy się! Łatwo powiedzieć „To wina Hashimoto”, ale przecież to nie rozwiązuje naszych problemów. Śmiało, do dzieła! Masz problemy z nerwowością? Zacznij medytować, ćwiczyć jogę, głęboko oddychać. Męczy Cię perfekcjonizm? Poszukaj książek, które pomogą Ci go okiełznać lub wybierz się na terapię. Nieustannie czujesz się zmęczona? Wykonaj odpowiednie badania, zapytaj lekarza o suplementację, zacznij uprawiać sport. Nie ma znaczenia, czy Twoje problemy są spowodowane chorobą Hashimoto, liczy się to, czy szukasz rozwiązań! 🙂

(W nawiasie pozwolę sobie jeszcze dodać, że część chorych jest skłonna oskarżać Hashimoto prawie o wszystko, co ich spotyka. Kochani, nie tędy droga! Nie pozwólcie, by choroba odebrała Wam życie – przecież ciągle macie w nim coś do powiedzenia).

Hashimoto a osobowość – czy da się wyjść na prostą?

Spędziłam ponad dziesięć lat życia nie wiedząc, że cierpię na Hashimoto (zyskałam jedynie diagnozę niedoczynności, a leczenie było dobrane niewłaściwie). W tym czasie dręczył mnie perfekcjonizm, bardzo często się zamartwiałam, czułam się gorsza i nieadekwatna. Dziś może nie jest idealnie, bo zdarzają mi się gorsze dni*, ale dzięki wytrwałości i wsparciu terapeuty udało mi się wyjść na prostą – akceptuję siebie i skupiam się na radosnych aspektach mojego życia. Ba, nawet nękającą mnie chorobę Hashimoto przekułam w coś bardzo pozytywnego – czyli ten blog 🙂

(*Jednak staram się nimi nie przejmować, bo przecież każdy ma gorsze dni).

Co ciekawe, zmiany, które we mnie zaszły, można wyjaśnić naukowo. Części mózgu odpowiadające za osobowość chmurną i pogodną (czyli za optymizm i pesymizm) należą do jednych z najbardziej plastycznych. „Drobne poprawki sposobu postrzegania świata – uprzedzeń i upodobań umysłu – potrafią wpłynąć na budowę połączeń nerwowych w mózgu i skłonić nas ku bardziej optymistycznemu lub pesymistycznemu nastawieniu. Poprzez zmianę sposobu, w jaki nasz mózg reaguje na wyzwania i radości, możemy zmienić samych siebie” (str. 15; Elaine Fox: Między pesymizmem a optymizmem. Szczęście w rozumie).

W jakiej więc sytuacji byś się nie znajdowała – zawsze znajdzie się wyjście. Najważniejsze to się nie poddawać i z nadzieją patrzeć w przyszłość. Życie mamy tylko jedno i nie można pozwolić, by pan Hashimoto przejął nad nim kontrolę.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

P.S. Wiem, że ostatnio bardzo mnie mało na blogu. W przyszłym roku planujemy z Panem Jaskiniowym się pobrać i dlatego poświęciłam się obecnie przede wszystkim pracy – pieniążki same się nie zarobią. Ale kiedy już nam się uda ustatkować, mam nadzieję poświęcić blogowi duuuużo czasu, by nadrobić wszystkie zaległości 🙂

Jak skutecznie zmotywować się do zmian w życiu?

Znasz to uczucie doskonale: postanowiłaś* dokonać rewolucji w swoim życiu i uwierzyłaś, że tym razem naprawdę Ci się to uda. Zaczęłaś chodzić na siłownię, zmieniłeś dietę, zapisałaś się na kurs hiszpańskiego. Wytrwałości starczyło Ci na miesiąc. Nagle Twoje mocne postanowienie gdzieś zniknęło, a niezwykle kuszące stało się szukanie sobie wymówek: dzisiaj nie mogę, bo boli mnie głowa, a jutro są urodziny męża, nie wypada odmówić tortu… Dwa tygodnie później zdajesz sobie sprawę, że wpadłaś jak śliwka w kompot i powróciłaś do złych nawyków. Znów zadajesz sobie pytanie: DLACZEGO?! Dziś spróbuję udzielić na nie odpowiedzi i pokażę, jak skutecznie zmotywować się do wprowadzenia zmian w życiu.

Czasem może się wydawać, że osoby takie jak Bill Gates, Lance Armstrong czy Mark Zuckerberg dysponują jakimś rodzajem supermocy niedostępnym dla zwykłych śmiertelników. Zapewne otrzymali oni w życiu więcej inteligencji czy szczęścia niż inni, ale to nie wystarczyłoby, by odnieść sukces. Liczy się codzienna praca i wytrwałość, które przecież może pielęgnować w sobie każdy z nas.

Część z Was zapewne w wolnych chwilach snuje różne ciekawe plany: marzycie o wyjeździe na Karaiby, chcielibyście zmienić pracę, nauczyć się nowego języka lub zacząć dbać o urodę. Spędziliście już wiele długich godzin na rozmyślaniach i… nic. I nic dziwnego. Bo samo nie przyjdzie. Trzeba ruszyć dupsko, jak ciężkie by nie było, i zacząć działać.

Kluczem do sukcesu jest uświadomienie sobie, że każdy nasz cel musi być Realistyczny, Ustalony w czasie, Możliwy do osiągnięcia, Akceptowalny/Ambitny/Atrakcyjny i Konkretny (łatwo zapamiętać, bo to po prostu RUMAK, który doprowadzi nas do spełnienia naszych planów i marzeń). Co to wszystko oznacza? Że postanowienia takie jak „chcę być bogaty”, „chcę napisać książkę”, „chcę schudnąć”, „chcę zdrowo się odżywiać”, najczęściej na chceniu się kończą. „Chcę napisać książkę” brzmi tak mętnie, odlegle i przerażająco, że skutecznie zdemotywuje Cię do pracy. Zamiast tego podziel cel na kilka etapów:

1. Określ tematykę książki mieszczącą się w spektrum Twoich zainteresowań, wiedzy i doświadczeń
2. Zaplanuj ilość rozdziałów i naszkicuj, co w każdym z nich się znajdzie.
3. Ustal, ile będziesz pisać: stronę codziennie, czy może trzy strony co dwa dni?
4. Wyznacz termin, do którego planujesz ukończyć pisanie.

Lepiej? Dzięki takiemu ujęciu Twój plan nagle nabiera kolorytu i staje się możliwy do zrealizowania. Dbanie o urodę? Proszę bardzo: codziennie stosujesz olej kokosowy na skórę, co tydzień robisz peeling kawowy, a raz w miesiącu odwiedzasz kosmetyczkę. Pomnożenie majątku? Zapisujesz się na kurs pozwalający Ci nabyć nowe kwalifikacje i awansować lub otwierasz własną działalność oraz zapisujesz realistyczny cel finansowy na najbliższe kilka miesięcy. Chcesz schudnąć? Na dzień X wyznaczasz wizytę i udajesz się do dietetyka, a następnie trzymasz się otrzymanych zaleceń (a przy okazji wykonujesz testy na insulinooporność). Wyjazd na Karaiby? Od jutra zapisujesz się na kurs francuskiego i zaczynasz odkładać 100 złotych miesięcznie na wyjazd.

Metoda małych kroczków prowadzących do celu nie wydaje się skomplikowana. Mimo to niektórzy z Was mogą mieć problem z wdrożeniem ich w życie. Na szczęście takich trudności łatwo uniknąć, wykorzystując jedną z dwóch opisanych poniżej metod.

Kwadraty dla tradycjonalistów i tradycjonalistek

Jedyne, czego będziesz potrzebować, to kartka papieru, drukarka, długopis oraz kredki: zielona i czerwona. To metoda niezwykle prosta i zaskakująco skuteczna: wypatrzyłam ją na blogu Aniamaluje (i polecam z całego serca lekturę artykułów Ani!).

Przygotowałam dla Was gotowy szablon: w wyznaczonym miejscu należy wpisać nasze codzienne postanowienie, chociażby nakładanie kremu, nauczenie się pięciu nowych angielskich słówek, podlewanie kwiatków, sprzątanie łazienki… Przy pierwszym kwadraciku możecie wpisać dzień, w którym zaczęliście wdrażać postanowienie w życie. Dalej procedura jest już prosta: jeśli wykonaliście zadanie, możecie pomalować kwadrat na zielono. Jeśli nie – malujecie go na czerwono.

Ważna uwaga: jeśli daną czynność wykonujecie np. co dwa dni, dzień, w który nie mieliście jej wykonać, również malujecie na zielono. Możecie go także wykreślić krzyżykiem, jednak zielony motywuje lepiej 🙂 Ania proponuje także, by przy każdym celu określić nagrodę, którą sobie sprawicie, gdy wytrwacie w postanowieniu.
I to już! Kartkę warto powiesić w widocznym miejscu, by móc z dumą patrzeć na nasze osiągnięcia i motywować się do dalszego działania i trwania w naszym postanowieniu. Gotowy szablon, który wystarczy wydrukować znajdziecie na blogu Ani [tutaj], lub do pobrania w moim wykonaniu [tutaj].

Ustal sobie cel: słodycze tylko dwa razy w tygodniu. Jeśli go dotrzymasz, w nagrodę będziesz mogła kupić tę piękną bluzkę, którą ostatnio widziałaś na wystawie!

Habitica dla lubiących technologię

Trudno pewnie byłoby znaleźć dziś osobę posiadającą smartfona i niekorzystającą z żadnej aplikacji. Te przydatne narzędzia mają ułatwiać nam życie i rzeczywiście często im się to udaje. W moim wypadku „Spending Tracker” pomaga organizować wydatki, a „Memrise” i „Duolingo” są idealne do nauki języków obcych. Czy istnieje jednak aplikacja, która pomogłaby zorganizować życie? Okazuje się, że tak. Nazywa się „Habitica” i może zdziałać cuda.

Pomysł jest całkiem prosty: tworzymy sobie awatara, a następnie dodajemy realne zadania podzielone na trzy kategorie: nawyki, czynności wykonywane w określone dni tygodnia oraz te do zrealizowania tylko raz. Za wykonanie każdego zadania przyznajemy sobie punkty. Punkty zamieniają się na złoto, za które możemy kupować nagrody: nowy hełm, pancerz czy miecz dla naszego bohatera. Habitica daje nam także możliwość wyhodowania sobie kompana: za zrealizowane zadania co pewien czas otrzymujemy jajka oraz mikstury wyklucia. Mnie towarzyszą już czerwony wilk, kaktus-zombie i cukierkoworóżowy smok  🙂

Nawigacja w Habitice jest naprawdę przejrzysta. Celi i postanowień możesz dodać wiele: od sprzątania, prania i gotowania, poprzez ćwiczenia fizyczne i na regularnej nauce skończywszy.  Na górze po lewej stronie widać mojego cukierkoworóżowego smoka 🙂

Aplikacja jest prosta i przyjazna w użyciu. I naprawdę działa! Myśl o przyznaniu sobie punktów skutecznie motywuje do wykonywania zadań. Z upływem czasu możemy dodawać coraz to nowe postanowienia, dzięki czemu stopniowo będziemy zmieniać nasze nawyki. Pamiętaj jednak, nie wszystko od razu! Wdrażanie zbyt wielu zmian na raz może skutecznie zniechęcić. Zawsze dbaj też o odpoczynek – należy Ci się po wykonaniu wszystkich zadań 🙂

I jeszcze jedno: nawet jeśli nie posiadasz smartphone’a, nie musisz rezygnować z używania Habitiki. Tutaj znajdziesz komputerową wersję aplikacji.

(Dziękuję bardzo Oli K. za polecenie mi tej aplikacji – pewnie sama w życiu bym na nią nie trafiła!).

Trudna sztuka organizacji

Zdarzyło Ci się kiedyś narzekać, że doba jest za krótka? Mnie też. To niezwykle wygodna wymówka.

Tak naprawdę to nie doba jest za krótka, a po prostu my źle organizujemy te cenne minuty, które zostały nam dane. Ile czasu tracimy na przeglądanie Facebooka lub innych stron internetowych? Ile czasu marnujemy na bezcelowe przełączanie kanały w telewizji? Ile czasu stoimy w korkach? Ile czasu snujemy się po domu, nie robiąc nic konkretnego?

Zacznij przyglądać się swojej dobie, a najlepiej zapisuj, co robisz i ile Ci to zajmuje. Gdy zbierzesz dane z całego tygodnia, zastanów się, co możesz zmienić, by zyskać więcej czasu. Następnie wypisz sobie wszystkie czynności, które danego dnia pragniesz wykonać i zastanów się, jak optymalnie je rozplanować.

Kilka przykładów:

– Nie możesz znaleźć czasu na ruch? Dojeżdżaj do pracy/szkoły rowerem. Połączyć przyjemne z pożytecznym.

– Nie masz kiedy czytać książek? Zamień samochód na autobus lub tramwaj, dzięki czemu będziesz mógł spokojnie oddać się lekturze. A jeśli nie wyobrażasz sobie życia bez samochodu, kup kilka audiobooków (oczywiście o ile nie masz problemów z podzielnością uwagi).

– Zastanów się, które czynności możesz wykonywać w pracy. Ja chociażby w pracy piję pokrzywę (na włosy) i zażywam magnez, żeby nie musieć robić tego w domu.

– Chcesz się nauczyć nowego języka? Ściągnij kilka podcastów i słuchaj ich w czasie sprzątania czy spaceru. Możesz też wykorzystać telefon komórkowy i nagrać sobie słówka, które pragniesz opanować. Niezwykle pomocne są także aplikacje „Memrise” i „Duolingo”.

W polskich miastach mamy coraz więcej ścieżek rowerowych – ja już opracowałam dogodną ścieżkę rowerową z domu do pracy 🙂

Każdy człowiek na Ziemi dysponuje dokładnie taką samą ilością czasu. A jednak tylko części udaje się realizować powzięte cele. Sekret musi więc tkwić w organizacji. Zatem do dzieła: weź kartkę papieru i zaplanuj jutrzejszy dzień!

Warto mieć cele w życiu

Czy osoba niewidoma może trafić w cel, którego nie widzi? A czy Ty możesz trafić w cel, którego nie masz?

Życie z dnia na dzień może i jest wygodnie, ale raczej donikąd nas nie doprowadzi. Cele nadają naszemu życiu smak i pozwalają się nieustannie rozwijać. I nawet jeśli nie trafisz do mety, którą obrałeś, gdzieś na pewno dojdziesz. Może nawet będzie to miejsce jeszcze bardziej ekscytujące niż to przez Ciebie wymarzone.

Najważniejsze to zrobić pierwszy krok. Uwierz, że Ci się to uda! Ja w Ciebie wierzę 🙂

(W tym artykule czasowników używałam w artykule głównie w formie żeńskiej, ale artykuł kieruję oczywiście również do Was, Drodzy Panowie).

Jeśli zainteresował Cię ten artykuł, przeczytaj też:

Jak stworzyć udany związek?

Efekt potwierdzenia, czyli komu powinniśmy wierzyć?

Uzdrów swoje relacje i zapomnij o fochach!

Jak złość niszczy Ci zdrowie

Koniec z fochami! Czyli jak wyrażać swoje uczucia

P.S. Na koniec mam jeszcze dla Was kilka filmów na temat motywacji i działania. Naprawdę warto obejrzeć! A po ich obejrzeniu zajrzyjcie na Jaskiniowego Facebooka 🙂

P.S. 2 A co Was motywuje do działania? Macie jakieś sprawdzone metody na niemoc?

 

https://www.youtube.com/watch?v=PR8VH55X2YI

https://www.youtube.com/watch?v=ktjMz7c3ke4

https://www.youtube.com/watch?v=ZtLlfdyDySY

https://www.youtube.com/watch?v=TPaXSdDuryc

https://www.youtube.com/watch?v=b9oQ-vczuj8

Protokół autoimmunologiczny – poradnik dla początkujących

Ilość pacjentów, u których diagnozuje się celiakię, reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń czy przede wszystkim Hashimoto, rośnie lawinowo. Choroby autoimmunologiczne wciąż stanowią zagadkę dla lekarzy: o ich przyczynach i przebiegu wiadomo całkiem dużo, lecz mimo to leczenie często okazuje się nieskuteczne. Dlatego coraz szersze grono specjalistów proponuje alternatywne spojrzenie na schorzenia z tej grupy: wierzą oni, że dzięki odpowiedniej diecie, suplementacji i zmianom w trybie życia pacjenta można znacząco poprawić jego stan, a nawet osiągnąć remisję. Czy rzeczywiście jest to możliwe?

Protokół autoimmunologiczny to dieta, której założenia najpełniej opracowała dr Sarah Ballantyne. Kuracja polega na wykluczeniu na okres co najmniej miesiąca pokarmów, które mogą wywoływać reakcję naszego układu odpornościowego, takich jak: wszystkie ziarna, nabiał, orzechy i pestki, rośliny psiankowate… (więcej szczegółów tutaj). Po tym czasie próbujemy po kolei wprowadzać wykluczone produkty i bacznie obserwujemy reakcje naszego organizmu po ich spożyciu (źródło). Oczywiście dieta ta wzbudza wiele kontrowersji i wątpliwości. Bazując na moich doświadczeniach w dzisiejszym artykule spróbuję rozwiać niektóre z nich.

1. Czy każda osoba cierpiąca na którąś z chorób autoimmunologicznych powinna przejść  na protokół?

Nie, oczywiście. Decyzja o rozpoczęciu diety to kwestia indywidualna. Moim zdaniem protokół to rozwiązanie ostateczne, które powinno zostać wdrożone, gdy wszystko inne zawiodło. U części chorych samo odrzucenie glutenu i nabiału wystarcza, by odczuć znaczącą poprawę i uciekanie się do protokołu nie jest konieczne… Najlepiej oczywiście kierować się zaleceniami lekarza i dietetyka, którzy zadecydują, czy protokół jest niezbędny w naszym wypadku.

2. Czy protokół autoimmunologiczny to jedyna opcja dla chorych?

Nie. Istnieje wiele diet, które mogą znacząco poprawić stan chorego. Mimo pewnych różnic, wszystkie zakładają eliminację produktów przetworzonych, rafinowanych i pełnych konserwantów. Ponadto zaleca się unikanie glutenu, nabiału i najczęściej zbóż. Przykładami diet, które mogą pomóc w przypadku chorób autoimmunologicznych oraz wielu innych schorzeń (np. cukrzycy) są:

W wielu wypadkach protokół jest w stanie zdziałać cuda. Czasem jednak organizm potrzebuje innego podejścia dietetycznego… Niejednokrotnie czytałam opowieści pacjentów, którym protokół autoimmunologiczny nie pomógł i którym ulgę przyniosła dopiero Dieta dr Dąbrowskiej. Należy także pamiętać, że wiedza na temat chorób autoimmunologicznych nieustannie ewoluuje, pojawiają się kolejne odkrycia, pozwalające na tworzenie coraz trafniejszych zaleceń dla pacjentów.

3. Kiedy zdecydować się na protokół autoimmunologiczny?

Osoby cierpiące na Hashimoto lub inne schorzenia z autoagresji najczęściej decydują się na zmianę sposobu odżywiania, gdy konwencjonalne leczenie nie pomaga. Jeśli wciąż czujesz się osłabiony, niewyspany, cierpisz na problemy trawienne i gnębią Cię depresyjne myśli – protokół może być dla Ciebie najlepszym rozwiązaniem. Od czego jednak zacząć?

Idealne wydawałoby się wykonanie na początek testu na nietolerancje pokarmowe i dostosowanie diety do jej wyników. Wiem, że takie testy wzbudzają wiele kontrowersji i część specjalistów podważa ich wiarygodność. Doświadczenia pacjentów również znacząco się różnią: u części osób otrzymane wyniki potwierdzają reakcje zaobserwowane wcześniej, zaś u innych taki test nie wykazuje niemal żadnych nietolerancji. Jeśli z jakiegoś powodu chciałbyś uniknąć poddania się takiemu badaniu, warto pamiętać, że dla większości pacjentów najbardziej problematyczne okazują się gluten i nabiał, trochę rzadziej jajka, zboża bezglutenowe, soja czy owoce morza.

Zanim jednak zdecydujesz się na na jakąkolwiek interwencję dietetyczną, koniecznie wykonaj badania, które pozwolą odpowiednio zaplanować dietę. Będą to więc: morfologia, krzywa cukrowa i insulinowa (pomaga wykryć insulinooporność i cukrzycę), badania ferrytyny, żelaza, witaminy D (metabolit 25 OH), witaminy B12, trójki tarczycowej (tsh, ft3, ft4)… Warto też przebadać się pod kątem występowania pasożytów i bakterii, np. lamblii, glisty ludzkiej czy yersinii. Dla części chorych wskazane byłoby także wykonanie badań w kierunku celiakii.

Gdy już otrzymamy wyniki, może się okazać, że przyczyna naszego złego samopoczucia leży na przykład w insulinooporności lub niedoborze witaminy D (co najczęściej oznacza także niedostatki magnezu) i zastosowanie diety tak rygorystycznej jak protokół autoimmunologiczny nie będzie konieczne.

Korzystajmy ze słońca ile się da 🙂 Chociaż pamiętajmy, że niestety u niektórych pacjentów to za mało i nawet po wakacjach notują oni niedobory witaminy D.

4. Czy protokół można stosować bez konsultacji z lekarzem lub dietetykiem?

Teoretycznie tak. Istnieje bardzo dużo wartościowych źródeł w języku angielskim, które pomagają prawidłowo zorganizować ten model żywienia. Należy jednak pamiętać, że zawsze niesie to ze sobą pewne ryzyko, gdyż, jakby nie patrzeć, eksperymentujemy z własnym ciałem i zdrowiem. Trzeba spędzić wiele naprawdę długich godzin na gromadzeniu informacji, by sobie nie zaszkodzić. Kiedy ja przeprowadzałam protokół, wiedza na jego temat dopiero raczkowała w naszym kraju i trudno było znaleźć specjalistę, u którego można by dokonać konsultacji. Dziś na szczęście łatwo znaleźć wielu wspaniałych dietetyków i lekarzy, potrafiących dostosować protokół do naszych potrzeb i zlecających odpowiednie badania. Ich nazwiska znajdziecie [tutaj].

5. Czy protokół to dieta na całe życie?

Nie. Stosujemy go tylko przez pewien okres czasu – najczęściej zalecane są trzy miesiące, ale dietetyk może zadecydować o przedłużeniu diety.

6. Czy rozpoczynając protokół powinno się zrezygnować z dotychczas stosowanego leczenia?

Nie. Nasz organizm potrzebuje czasu na regenerację. Siniaki nie znikają w jeden dzień – stanu zapalnego gnębiącego nasze ciało także nie ugasimy po tygodniu diety. Dlatego nie wolno nam rezygnować z dotychczas stosowanych leków, takich jak na przykład syntetyczny hormon tarczycy. Oczywiście może się okazać, że po pewnym czasie konieczne będzie zmniejszenie dawki lub całkowita rezygnacja z leku, jednak o tym zadecyduje lekarz.

7. Czy możliwe jest przeprowadzenie protokołu bez suplementów diety?

Teoretycznie tak. W założeniu protokół obfituje w wartości odżywcze, które mają wyprowadzić organizm na prostą. Niemniej jednak proces ten najczęściej zajmuje dużo czasu i dlatego odpowiednio dobrana suplementacja może znacząco przyspieszyć regenerację.

Zdecydowanie odradzam samodzielne dobieranie preparatów, oczywiście o ile nie mamy wykształcenia medycznego. Nie chcemy przecież zaburzyć już i tak zaburzonego funkcjonowania organizmu… Nawet zbyt duże dawki witaminy D mogą okazać się szkodliwe [źródło, źródło]. Dlatego w kwestii suplementacji udajmy się do specjalisty, który odpowiednio nas poprowadzi.

Więcej na temat suplementów diety przeczytacie w jednym z moich poprzednich artykułów [tutaj].

8. Jak najlepiej przygotować się do protokołu?

Warto działać stopniowo i po kolei wykluczać problematyczne dla nas pokarmy. Dzięki temu nasze ciało przyzwyczai się do zmiany diety, a i my nauczymy się, czego unikać. Oczywiście będzie to także ulgą dla psychiki – rezygnacja z większości pokarmów spożywanych do tej pory to duże wyzwanie i należy działać powoli, z rozwagą.

Bardzo ważne jest także opracowanie planu posiłków i znalezienie odpowiednich przepisów. Jeśli możesz, spróbuj nawiązać kontakt z okolicznymi rolnikami lub kolektywą spożywczą, by zapewnić sobie dostęp do warzyw i mięsa dobrej jakości.

Przed rozpoczęciem protokołu warto „uzbroić się” w potrzebną wiedzę. Kiedy wiemy, czego unikać, będzie łatwiej nam przeprowadzić dietę. Mały test: pamiętacie, które z produktów pokazanych na zdjęciu są niedozwolone na protokole? 🙂

9. Czy da się pogodzić protokół z życiem zawodowym i rodzinnym?

Może być to trudne, ale dla chcącego nic trudnego 🙂 Oczywiście ta dieta niesie ze sobą konieczność spędzania większej ilości czasu przy przygotowywaniu posiłków, ale przy odpowiednim rozplanowaniu posiłków trzy miesiące upłyną bardzo szybko.

Warto pamiętać, że sukces protokołu zależy w dużej mierze od wsparcia najbliższych. Wyjaśnij rodzinie i przyjaciołom, że ta dieta to dla ciebie ogromna szansa i wierzysz w jej pozytywne działanie. Dlatego nie będzie żadnych wyjątków: ani kawałku tortu na urodzinach babci, ani wypadu na pizzę z przyjaciółmi. Niestety, nasze postanowienie zmiany diety może się spotkać z niezrozumieniem otoczenia. To boli, gdy najbliżsi podważają sens podjętej przez nas decyzji. W takich sytuacjach warto uciąć dyskusję krótkim: „Czułam się bardzo źle, a ta dieta mi pomaga”. Kluczowa jest tutaj asertywność.

10. Czy protokół autoimmunologiczny oznacza tylko zmianę diety?

Protokół (i każda dieta, którą zdecydujemy się zastosować) niesie ze sobą konieczność zmiany stylu życia. Niezwykle ważna jest oczywiście odpowiednia dieta, ale bez zniwelowania innych czynników wzmagających stan zapalny niemożliwy okaże się powrót do zdrowia. Dlatego ograniczmy źródła stresu i zadbajmy o jakość snu. Unikajmy w miarę możliwości toksyn i konserwantów i dokładnie analizujmy składy używanych przez nas kosmetyków. Warto także rozważyć psychoterapię – choroby autoimmunologiczne mogą wiązać się z nierozwiązanymi i nieustannie nas gnębiącymi problemami z przeszłości. Więcej na ten temat przeczytacie [tutaj].

11. Na protokole poczułam się gorzej niż przed nim. Co robię źle?

Podstawowe błędy popełniane na protokole autoimmunologicznym to nadmierne ograniczenie podaży kalorii oraz węglowodanów (co może okazać się problematyczne zwłaszcza u osób cierpiących na niedoczynność tarczycy). Więcej o błędach popełnianych na protokole autoimmunologicznych przeczytacie [tutaj]. Warto także wysłuchać materiału Iwony Wierzbickiej na Youtubie [klik!].

***

Mimo że protokół stanowi skuteczną alternatywę w przypadku chorób autoimmunologicznych, należy pamiętać, iż nie sprawdzi się u każdego pacjenta. Ludzki organizm jest niezwykle złożony, a zdrowie to wypadkowa bardzo wielu czynników… Warto jednak próbować i, co najważniejsze, nie poddawać się! Wiem, że kiedy czujemy się fatalnie i wszystko wokół wydaje się pozbawione nadziei, wiara w powodzenie diety może okazać się zbawienna. 

Nie zapominajmy także, że nasza wiedza o funkcjonowaniu organizmu cały czas się pogłębia. Dlatego najpewniej i zalecenia dla pacjentów cierpiących na choroby autoimmunologiczne będą się zmieniać. Obecnie jednym z najświeższych doniesień jest wspomniana przez Monikę Skuzę (Tłuste Życie) dieta Instytutu Funkcjonalnej Medycyny w USA, która polega na eliminacji zbóż zawierających gluten, kukurydzy, wołowiny i wieprzowiny, owoców morza, soi, pomarańczy, orzeszków ziemnych, przetworzonych cukrów, nabiału oraz jajek. Podobno te zalecenia okazują się skuteczne u 80% pacjentów.

Na chwilę obecną jedno pozostaje pewne: zmiana diety* działa. Jesteśmy tym, co jemy, a także tym, co strawimy i przyswoimy. I cieszę się, że takie spojrzenie na choroby autoimmunologiczne spotyka się z coraz większym zainteresowaniem lekarzy i pacjentów. Oby tak dalej!

*Oczywiście zmiana diety musi być połączona z odpowiednimi modyfikacjami stylu życia.

https://dysk.onet.pl/api/manager/?thumbnail&link=UlTMR&id=112557f9e6c5d808bade51419d1af411&size=FU części pacjentów protokół okaże się skuteczny, inni poczują się rozczarowani. Każdy z nas jest inny i nasze organizmy mogą różnie reagować na te same zalecenia dietetyczne.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat protokołu i chorób autoimmunologicznych, koniecznie odwiedźcie te strony:

Po przepisy zgodne z dietą paleo i protokołem sięgnijcie do:

Polecam Wam także bardzo wartościowe źródła w języku angielskim:

Jeśli znacie inne ciekawe strony, dajcie znać w komentarzach 🙂

A tymczasem trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku,

Wasza Ola 

P.S. Zaznaczam, że nie mam wykształcenia medycznego, więc moje artykuły nie mają charakteru porady lekarskiej. Opieram się na swoich doświadczeniach oraz staram się wybierać jak najbardziej wiarygodne źródła, jednak oczywiście zawsze mogę się mylić. Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub zauważyliście błąd merytoryczny – dajcie mi znać. Chętnie skoryguję swoją niewiedzę 🙂 I oczywiście zachęcam Was do korzystania z usług profesjonalistów – lekarzy i dietetyków. Nigdy nie rezygnujcie też z dokładnych badań!

Zdjęcia pochodzą ze strony www.pexels.com

Tarta marchwiowo-orzechowa (bez glutenu i nabiału – wegańska)

Wielkimi krokami zbliżają się imieniny Anny – i jeśli chcesz pozytywnie zaskoczyć bliską Ci Anię, orzechowo-marchwiowa tarta będzie strzałem w dziesiątkę! To idealny deser na gorące dni. Nie wymaga pieczenia i składa się wyłącznie z naturalnych i najzdrowszych składników. Jest cudownie słodka, i to bez grama dodanego cukru! Pan Jaskiniowy stwierdził, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu jadł, włączając w to najpopularniejsze batoniki, czekolady i ciasteczka. Lepszej rekomendacji nie trzeba 🙂

 

Składniki na spód:

  • 400 gramów nieobranej marchwi (czyli trzy-cztery średnie sztuki)
  • 150 gramów orzechów
  • 200 gramów suszonych daktyli
  • 150 gramów wiórków kokosowych
  • 50 gramów suszonego ananasa
  • 35 gramów roztopionego nierafinowanego oleju kokosowego
  • 15 gramów karobu (lub kakao)

Składniki na krem:

  • 150 gramów orzechów nerkowca
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 200 ml mleka kokosowego
  • 30 gramów suszonego mango
  • 20 gramów nierafinowanego oleju kokosowego

Do dekoracji:

  • po 20 gramów orzechów laskowych i orzechów nerkowca oraz 10 gramów suszonego mango

 

Przygotowanie:

.

..

.

1. Orzechy nerkowca moczymy przez kilka godzin:

 

 

 

.

.

.

.

.

2. Daktyle i orzechy laskowe mielimy blenderem na gładką masę.

.

 

.

.

3. Marchew ścieramy na tarce o drobnych oczkach:

 .

.

.

.

.

.4. Dodajemy suszony ananas i ponownie mielimy. Uwaga! Suszony ananas jest dość twardy, więc warto robić przerwy przy jego mieleniu 🙂

.

 

 

 

.

.

.5. Wiórki kokosowe mielimy młynkiem do kawy lub blenderem na gładki krem (dokładną instrukcję znajdziecie w tym przepisie).

.

.

.

.5. Marchew, masę daktylowo-orzechową oraz krem kokosowy wyrabiamy ręką aż do połączenia składników. Na koniec dodajemy olej kokosowy i karob i ponownie wyrabiamy.

.

.

.

.

.

 .6. Tak otrzymanym ciastem wykładamy formę do tarty o średnicy 24 cm. Całość wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. Uwaga! Jeśli ciasto zbyt  mocno się klei, wkładamy je do zamrażarki na 20-30 minut i wykładamy nim formę dopiero po schłodzeniu.

 

.

.

 Przygotowanie kremu:
1. Uprzednio namoczone orzechy nerkowca mielimy blenderem. Po chwili dodajemy mleko kokosowe, sok z cytryny, olej kokosowy oraz suszone mango i ponownie mielimy aż do uzyskania gładkiej konsystencji.

 

 

 

 

 2. Krem wykładamy na spód do tarty i równomiernie rozprowadzamy. Tartę wkładamy na około godzinę do  zamrażarki.

 

 

 

 

3. Siekamy orzechy włoskie i orzechy nerkowca, zaś mango kroimy w paski. Dekorujemy nimi stężałą tartę. Smacznego! 🙂

 

 

 

***

 

Do przygotowania dzisiejszego przepisu użyłam produktów firmy Sto procent zdrowia. Jej właścicielami jest dwóch bardzo miłych Panów, którzy rozumieją potrzeby osób dbających o swoje zdrowie i dlatego kładą niezwykły nacisk na jakość swoich produktów. I to czuć! Bakalie, które otrzymałam, były bardzo smaczne, a orzechy nerkowca i daktyle należą do jednych z najlepszych, jakie w życiu jadłam. Do tego wszystkie produkty są pozbawione konserwantów, nawet wiórki kokosowe! Z ogromną radością zobaczyłam na opakowaniu brak ostrzeżenia: „zawiera dwutlenek siarki” 🙂

Jeśli mielibyście ochotę przetestować te naturalne pyszności, wspólnie przygotowaliśmy promocję: na hasło „Jaskiniowa Kuchnia” otrzymacie w sklepie Sto procent zdrowia 10% rabatu 🙂

Wpis został przygotowany w ramach współpracy z marką Sto procent zdrowia.

Jak stworzyć udany związek?

red-love-heart-typographyDziś świętujemy z Panem Jaskiniowym bardzo ważną rocznicę – już szósty rok jesteśmy razem 🙂 I śmiało mogę stwierdzić, że zetknęło nas przeznaczenie: z mojej strony była to praktycznie miłość od pierwszego wejrzenia. Dnia 1 września 2007 roku właśnie rozpoczynałam naukę w liceum. Pod bramą stało kilka osób, w tym Pan Jaskiniowy. Pomyślałam „O, jaki fajny chłopak!”. Wzdychałam sobie tak do niego przez jakiś czas, zawsze okraszając te westchnienia zdaniem „I tak nie mam u niego szans”.

Minęły trzy lata, w tym czasie może dwa razy zamieniliśmy kilka zdań. Aż w końcu nadszedł czas matur. Egzaminy ustne zdawaliśmy w pięcioosobowych grupach. I traf chciał, że wśród tych pięciu osób był Pan Jaskiniowy. Pochwalił moje własnoręcznie zrobione kolczyki, zaczęliśmy rozmawiać i… tak się zaczęło. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że to TO.

Sporo już razem przeżyliśmy i dzięki tej relacji nauczyłam się tak wiele, jak nigdy. Popełniliśmy oczywiście trochę błędów, jednak to właśnie one pozwoliły nam dojrzeć. Oczywiście wiem, że każdy musi poszukać własnej drogi do szczęścia, ale mimo to pewne zachowania w każdych okolicznościach będą gwarantem katastrofy. A niezdrowa relacja nierozerwalnie łączy się z ogromnym stresem, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do powstania wielu przykrych chorób. I dlatego lepiej sobie tych nerwów oszczędzić.

Co więc zrobić, by stworzyć udany związek?

1. Otwarcie komunikować swoje potrzeby i słuchać potrzeb partnera

„Chcę”, „potrzebuję”, „nie podoba mi się”, „wolę”… Jeśli jasno zakomunikujemy nasze zdanie, nie będzie miejsca na niedomówienia. Ja osobiście kiedyś wierzyłam, że mój ukochany domyśli się, czego pragnę. I, o zgrozo, to się nigdy nie stało! I nie ma prawa się stać. Nasz partner nie jest duchem świętym, ani tym bardziej nie posiadł zdolności telepatii. Słowa to jedyne narzędzie, którym dysponujemy.

2. Przywyknąć do tego, że nie zawsze musisz się zgadzać ze swoim partnerem

Twój ukochany, choćby nie wiem jak był Ci bliski, nigdy nie będzie Twoim lustrzanym odbiciem. Nawet jeśli w czymś się z Tobą nie zgadza, nie jest to powód do kłótni lub foszków. Kiedy przedmiot sporu tyczy się Was obojga, oczywiście konieczne będzie znalezienie kompromisu. W innych wypadkach nie wymagajcie, by partner zawsze postępował dokładnie po Waszej myśli. To, że coś chce zrobić inaczej, nie znaczy, że gorzej.

3. Pozwól mężczyźnie być mężczyzną, a kobiecie kobietą

Drogie Panie, mężczyźni pewne rzeczy zawsze zrobią po „męsku”. Choćby zakupy – jeśli nie powiesz, o jaki dokładnie makaron czy sos pomidorowy Ci chodzi, nie zdziw się, gdy produkty wybrane przez Twojego partnera nie spełnią Twoich oczekiwań. Albo nie oczekuj, że Twój ukochany będzie radośnie biegał za Tobą po centrum handlowym, lub że z ogromnym zainteresowaniem obejrzy łzawy melodramat.

Drodzy Panowie, kobiety potrzebują czasem wygadać się i ponarzekać. Nie próbujcie na siłę rozwiązywać naszych problemów – przeważnie wystarczy tylko przytulić i wysłuchać. A jeśli czasem nie wiesz, co zrobić z kobiecymi smuteczkami, po prostu zapytaj: „Kochanie, potrzebujesz porady, czy pocieszenia?”.

4. Ufać sobie nawzajem

Żadnego szpiegowania, przeglądania maili partnera czy czytania jego smsów. To oczywiste i naturalne.

5. Zapewnić sobie wzajemnie przestrzeń do życia

Człowiek nie jest stworzony do życia w symbiozie. Nadmierna zależność na dłuższą metę okazuje się męcząca, a nawet toksyczna. Dlatego partnerzy powinni mieć czas tylko dla siebie oraz pielęgnować swoje indywidualne pasje i znajomości.

6. Doceniać ukochaną osobę

Kiedy nasz partner ładnie się ubierze, pięknie wysprząta dom, ugotuje coś pysznego czy pomyślnie zrealizuje powierzone mu w pracy zadania, nie szczędźmy ciepłych słów. To dodaje skrzydeł i cementuje związek. Nawet drobnostki warto chwalić.

7. Nie brać partnera za pewnik i nieustannie się starać

Kiedy jesteśmy w stałym związku, łatwo popaść w rutynę. Nie chce nam się starać i dlatego w domu nosimy stare dresy, rzadko też wychodzimy gdzieś razem… Nic dziwnego, że po pewnym czasie przestajemy być dla siebie atrakcyjni. Kiedy nie podlewamy kwiatów, więdną. Związki również.

8. Szanować partnera i jego uczucia

Żartowanie sobie z partnera w towarzystwie czy w innej niekomfortowej dla niego sytuacji to poważny cios dla związku. Dlatego zawsze otwarcie komunikujmy swoje uczucia, zarówno wtedy, gdy coś zyskuje naszą aprobatę, jak i gdy z czymś się nie zgadzamy.

9. Nie rozwiązywać problemów dotyczących związku poza związkiem

Kiedy coś nam się w relacji nie podoba, musimy powiedzieć o tym partnerowi, a nie przyjaciółce, mamie czy cioci. W przeciwnym razie problem pozostanie nierozwiązany, a ukochana osoba nawet nie będzie świadoma tego, co się dzieje. Takie zachowanie nosi nazwę „biernej agresji”, o której więcej przeczytacie w artykule Pana Jaskiniowego [tutaj].

10. Być ze sobą na dobre i na złe

W życiu zawsze pojawią się jakieś trudności i przeszkody, jednak najważniejsze to stawiać im czoła RAZEM.

***

Budowanie dobrego związku to długi proces, w który muszą być zaangażowane w podobnym stopniu obie strony. Podstawa to oczywiście KOMUNIKACJA i jasne wyrażanie swoich uczuć i potrzeb. A co, kiedy sprawia nam to trudność? Pamiętajmy, że nasze relacje tworzymy w oparciu o to, co wynieśliśmy z domu rodzinnego. Jeśli rodzice często się kłócili, nie potrafili otwarcie wyrażać swoich potrzeb, lub nie okazywali sobie szacunku, całkiem możliwe, że i my w przyszłości powielimy te wzorce. Dlatego też niezwykle łatwo jest stworzyć relację toksyczną, ja osobiście takich obserwuję dziesiątki. W takiej sytuacji najważniejsze to zdać sobie sprawę z własnych ograniczeń, a w razie potrzeby poprosić o pomoc specjalistę, na przykład psychoterapeutę.

Życzę Wam samych udanych relacji,

Wasza Ola

P.S. A w wolnej chwili zajrzyjcie na Jaskiniowy Facebook! 🙂

Cała prawda o suplementach diety

Wiem, że artykuły noszące tytuł „Cała prawda o…” zawsze przykuwają uwagę czytelników. Lubimy ten dreszczyk emocji towarzyszący zagłębianiu się w „zakazaną” i ukrytą wiedzę. Często jednak zapominamy, że nic nie jest czarno-białe i niemal wszystko może okazać się jednocześnie dobre i złe. W natłoku reklam, informacji i publikacji naukowych coraz trudniej znaleźć złoty środek. Ja jednak próbuję, mimo wszystko. Przebrnęłam przez morze wiadomości, by stworzyć dzisiejszy artykuł. I już na wstępie Wam powiem, że w przypadku suplementów diety najlepiej zachować zdrowy rozsądek i umiar. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Jaka jest różnica między lekiem a suplementem?

W ostatnim czasie rynek suplementów diety przeżywa prawdziwy rozkwit. Konsumenci coraz chętniej sięgają po przeróżne specyfiki, mające zapewnić prawidłowe funkcjonowanie organizmu lub wspomóc nas w okresie przeziębień, stresu, sesji, kaca, ciąży, obniżenia libido, menopauzy czy świąt. Tabletki najczęściej są niedrogie i wygodne w stosowaniu. Wystarczy raz dziennie po posiłku. Niekiedy dwa.

W skład suplementów najczęściej wchodzą witaminy, makro- i mikroelementy, ekstrakty roślinne, tłuszcze, enzymy czy probiotyki i prebiotyki. W przeciwieństwie do leków, które mają wywołać skutek terapeutyczny w danej jednostce chorobowej, suplementy służą uzupełnieniu niedoborów w diecie i są środkami spożywczymi (źródło).

Wprowadzenie na rynek nowego leku często zajmuje nawet kilka lat i wiąże się z dużymi kosztami (źródł0). Skuteczność suplementu natomiast nie musi zostać potwierdzona, zaś proces rejestracji może trwać mniej niż pół roku.

Co ciekawe, oba produkty mogą zawierać tę samą substancję czynną (na przykład koenzym Q10), jednak w różnej ilości. Dzięki temu wytwórcy obchodzą skomplikowaną procedurę rejestracji – a większość klientów apteki nie będzie dociekać, czy kupuje lek czy suplement. Zwłaszcza, jeśli wprowadzenie preparatu na rynek zostanie połączone z odpowiednio natarczywą kampanią reklamową.

W pułapce suplementów

Przeciętny pacjent nie ma czasu na analizowanie składu kupowanych w aptece produktów. Najczęściej sięgnie więc po to, o czym kiedyś usłyszał w telewizji. Nieliczni poszukają informacji na temat jakości suplementu. Jeszcze mniejsze grono osób odpowie sobie na pytanie: „Czy ja naprawdę tej substancji potrzebuję?”.

Suplementy diety i leki OTC wydawane bez recepty mogą przynieść złudne poczucie ulgi, jednocześnie maskując prawdziwy problem. Gdy Kowalski będzie zmęczony, zdecydowanie łatwiej będzie mu wybrać się do apteki po tabletki o wdzięcznej nazwie „Kupa energii”, niż wnikać w przyczyny swoich dolegliwości. A co, jeśli Kowalski za mało śpi, jego praca jest zbyt stresująca, zaś dieta pozostawia wiele do życzenia?… Oczywiście chętniej zażyje suplement, niż dokona odpowiednich zmian w stylu życia. Do takiego rozleniwienia obywateli w dużym stopniu przyczyniają się właśnie reklamy.

Telewizja serwuje widzom obrazki niezwykle ogłupiające, niejednokrotnie wspierane wizerunkiem lubianych celebrytów. Zapewnia się nas, że możemy rozkoszować się smakiem golonek zagryzanych słodkim tortem i popijanych alkoholem bez konsekwencji dla wątroby – wystarczy tabletka. A jeśli palimy papierosy i męczy nas „kaszel palacza” – oczywiście nie musimy rezygnować, gdyż i na to znajdzie się cudowne remedium.

Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu jest podatny na reklamę. Pamiętajmy jednak, że w przypadku nawracających i niepokojących objawów powinniśmy skonsultować się ze specjalistą. Wiem, że część osób „nie ma na to czasu”, inni z kolei „kiedyś już byli, ale nic mądrego nie usłyszeli”. Trudno znaleźć w tej sytuacji złoty środek, gdyż rzeczywiście mamy szansę trafić na lekarza, który zignoruje nasze dolegliwości i zniechęci do dalszych poszukiwań. Istnieją symptomy niespecyficzne, które mogą wskazywać na szereg różnych dolegliwości i niekiedy uzyskanie właściwej diagnozy trwa kilka lat. Sztandarowym przykładem mogą być problemy z tarczycą: kobiety będą skarżyć się na wypadające włosy i zmęczenie, na co oczywiście znajdzie się odpowiedni preparat. Niejednokrotnie słyszałam o specjalistach, którzy bądź ignorowali takie objawy, bądź zalecali „ograniczenie stresu”. Dopiero po dłuższym czasie okazywało się, że symptomy były spowodowane niedoczynnością tarczycy lub chorobą Hashimoto (więcej o jej objawach przeczytacie tutaj).

Ciągłe zmęczenie? Zamiast sięgać po tabletki, wykonaj odpowiednie badania. Może Twoja tarczyca źle pracuje?

Badania przede wszystkim!

Celem reklamy jest wywołanie w konsumencie potrzeby zakupu danego produktu. Wytwórcom leków i suplementów znacznie łatwiej taki efekt osiągnąć: widz odpowiednio poinformowany o skutkach niedoboru danej witaminy lub minerału chętniej wyruszy do apteki. Zdrowie jest wszak ważniejsze niż wszystko inne i lepiej działać prewencyjnie.

Czasem jednak taka przezorność może bardziej nam zaszkodzić, niż pomóc. Nietrudno zasugerować się wyłącznie treścią reklamy i zacząć przyjmować daną substancję „w ciemno”, bez zbadania, czy problem niedoboru rzeczywiście nas dotyczy. Teoretycznie zawartość witamin i minerałów przeważnie jest w suplementach dość niska i zachodzi niewielkie ryzyko przedawkowania, jednak niewykonanie odpowiednich badań lekarskich może uniemożliwić lub opóźnić wykrycie poważnych niedoborów.

Bardzo kłopotliwa bywa na przykład suplementacja witaminą D. Część osób, chociażby cierpiących na choroby autoimmunologiczne, niezwykle często cierpi na duże niedobory (w takich wypadkach wyniki poniżej 10 przy normie 30 nie należą do rzadkości), których standardowa i powszechnie dostępna na rynku dawka 1000 j.m. najpewniej nie pokryje. Dzięki badaniu zyskujemy pewność i dowiadujemy się, czy rzeczywiście danego suplementu potrzebujemy, a jeśli już, to w jakiej ilości.

A może multiwitamina?

Kiedy nie wiemy, jakich witamin i minerałów nam brakuje, najlepszym wyborem powinien być zakup tak zwanej „multiwitaminy”. Producenci zapewniają, że jedna tabletka pokryje dzienne zapotrzebowanie na wszystkie substancje, których nasz organizm potrzebuje. Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci.

Minerały i witaminy zawarte w jednej pastylce mogą wchodzić w niekorzystne interakcje i wzajemnie osłabiać swoją przyswajalność (źródło). Co więcej, niektóre preparaty oferują stężenie danej substancji na tyle niskie, że efekt terapeutyczny nie zostanie osiągnięty (źródło). Problematyczna bywa także wchłanialność niektórych minerałów: część multiwitamin zawiera na przykład magnez w postaci źle przyswajalnego tlenku magnezu. Jeśli więc już zaczynamy suplementację – chyba lepiej zdecydować się na kilka preparatów przyjmowanych oddzielnie lub dokładnie przeanalizować (z pomocą farmaceuty, oczywiście) skład wybranych tabletek. Warto także wspomnieć o przeprowadzonych ponad trzy lata temu w Ameryce badaniach, które ujawniły, że multiwitaminy ani nie wydłużają życia, ani nie zmniejszają ryzyka chorób serca czy problemów z pamięcią (źrodło). Jeśli coś ma być do wszystkiego, to najczęściej jest do niczego.

Najlepsza multiwitamina? Świeże owoce i warzywa!

Czytaj etykiety!

Przywykliśmy już do tego, że powinniśmy bacznie przyglądać się opakowaniom produktów kupowanych w sklepie spożywczym.  Podobną ostrożność warto zachowywać także w aptekach.

Wiele reklam wprowadza klientów w błąd i nakłania do zakupu preparatu, którego skuteczność może się okazać dość niska. Dlatego w przypadku suplementowania minerałów należy zwracać uwagę na postać, w jakiej występują. Pamiętajmy, że formy organiczne będą zdecydowanie lepiej przyswajalne: korzystniej zatem kupić magnez w formie cytrynianu niż tlenku (źródło). Warto także przeanalizować zawartość jonów magnezowych, a nie soli czy tlenku.  Podobną ostrożność powinniśmy zachować przy zakupie preparatów z wapniem (źródło), cynkiem (źródło) czy żelazem (źródło). Co ciekawe, jod należy wybierać w postaci NIEorganicznej, która jest dla naszego organizmu najkorzystniejsza.

Czy przeciętny Kowalski będzie sobie zdawał z tego wszystkiego sprawę? Cóż, oczywiście nie ma takiego obowiązku, zawsze może poprosić o pomoc farmaceutę. Wiem jednak, że część klientów tak mocno wierzy w treści prezentowane w reklamach, że puści mimo uszu wszelkie sugestie aptekarza. Prosty przykład: kiedy radio i telewizja nieustannie zachęcają się do zakupu „naturalnego magnezu” (którego przyswajalność wynosi tylko 30%, o czym reklama już nie wspomina), Kowalski nie będzie chciał słyszeć o żadnym innym preparacie. Pacjent nasz pan?

Nie wolno także zapominać, że poza główną substancją czynną, suplementy i leki zawierają wszelkiego rodzaju wypełniacze. Część z nich nie będzie miała wpływu na nasze zdrowie (np. żelatyna), jednak niektóre mogą okazać się niepożądane lub nawet szkodliwe. Te najbardziej powszechne to: stearynian magnezu, który może utrudniać przyswajanie witamin i minerałów (źródło); barwniki, a wśród nich na przykład tartrazyna czy żółcień pomarańczowa, które mogą mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci (źródło) oraz słodziki mogące wykazywać działanie „kancerogenne, teratogenne, nasilające insulinooporność i zaburzające homeostazę organizmu” (źródło). Dla części osób problematyczne są także gluten i laktoza. Na szczęście ostatnio pojawia się coraz więcej preparatów pozbawionych tych alergenów.

Barwniki używane w suplementach i przemyśle spożywczym mogą być szkodliwe. A dodaje się się nawet do produktów przeznaczonych dla dzieci!

Papier wszystko przyjmie

Nawet jeśli dokładnie przeanalizujemy skład suplementu, który planujemy zakupić, nigdy tak naprawdę nie wiemy, czy deklarowane przez producenta związki rzeczywiście zostały w nim zawarte, a jeśli nawet – to czy w wystarczającej ilości. Jakby tego było mało, „suplement diety przy wprowadzeniu do obrotu nie musi być badany pod kątem toksyczności ani bezpieczeństwa” (źródło).

W Polsce praktycznie nikt nie sprawdza jakości surowców stosowanych w suplementach diety. I mimo że kontrole prowadzone między innymi przez przedstawicieli Państwowych Powiatowych Inspektorów Sanitarnych są zakrojone na bardzo małą skalę, wykazują duże nieprawidłowości. Profesor Zbigniew Fijałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków, radzi zachować ostrożność między innymi w przypadku stosowania produktów na odchudzanie i wspomagających libido. W 2011 roku przeprowadzono badania na sześciu suplementach na problemy z erekcją losowo zakupionych w aptece. „Wybrano grupę preparatów deklarowanych jako całkowicie ziołowe, w przedziale cenowym 40-60 zł za 1-2 kapsułki. Okazało się, iż na sześć wytypowanych i zakupionych w aptece, sześć było sfałszowanych”, zdradza profesor Fijałek (źródło).

Brakuje badań, by stwierdzić, jaka jest skala tego problemu w Polsce. Wiemy natomiast, jak przedstawia się sytuacja w USA. Ponad rok temu przebadano w Nowym Yorku setki suplementów sprzedawanych przez sieci sklepów. Okazało się, że ogromna większość z nich, bo aż 80 procent, nie zawierała roślin wymienionych w składzie preparatu. „Zamiast tego pigułki i kapsułki składały się z tanich wypełniaczy, takich jak mąka, ryż, kukurydza, czy fasola. Nie znajdowano natomiast DNA dziurawca, jeżówki, żeń-szenia, miłorzębu, czy czosnku, mimo że etykiety na produktach wskazywały na obecność ekstraktów tych roślin” (źródło).

Każdy sprzedawca zachwala swój towar.

Suplementy made in China?

Pamiętajmy, że firmy nie mają obowiązku informować, skąd pochodzą związki używane w produkcji suplementów. Mimo to oczywiście wiadomo, iż żeń-szeń przeważnie w Polsce nie występuje i będzie trzeba sprowadzić go z Azji, a miłorząb japoński trafi do nas nie z Japonii, a z… Chin. Niewiele osób jednak zapyta, skąd pochodzą syntetyczne witaminy.

Szacuje się, że 90% witaminy C dostępnej na rynku amerykańskim pochodzi z Chin (źródło). Nie wiem, czy ma to wpływ na jakość suplementów, ale na pewno jest w stanie znacząco obniżyć koszt ich produkcji. Żaden inny kraj nie dysponuje tak rozwiniętą technologią i nikogo nie dziwi, że w dzisiejszych czasach większość produktów jest oznakowanym jako „made in China”. Skoro jednak taka informacja pojawia się na metkach ubrań czy opakowaniach telewizorów, telefonów komórkowych i komputerów, dlaczego nie miałaby znaleźć się także na etykietach suplementów diety?

Jakość produktów będzie oczywiście zależeć od uczciwości ich wytwórcy, a z tą bywa różnie. Amerykańska  Agencja Żywności i Leków kilka lat temu wykryła nielegalne działania firmy USPlabs: importowała ona składniki z Chin używając fałszywych zaświadczeń oraz podawała nieprawdziwe informacje na temat ich pochodzenia, a następnie wykorzystywała je do produkcji preparatów wspomagających odchudzanie (źródło).

Te niepokojące wiadomości zza oceanu powinny zmobilizować nasze służby do bacznego przyjrzenia się rynkowi suplementów diety.

Suplementy diety to tylko wierzchołek góry lodowej

Jeśli już zdecydujemy się na przyjmowanie suplementu diety i znajdziemy preparat o najlepszej przyswajalności, otrzymany wyłącznie z organicznych składników i pozbawiony niepotrzebnych wypełniaczy to… Nigdy nie będziemy mieli pewności, że w naszym wypadku się sprawdzi.

Współcześnie coraz więcej osób cierpi na zaburzenia trawienia oraz problemy z florą bakteryjną jelit. Nie tylko jesteśmy tym co zjemy, a raczej tym, co wchłoniemy. Wszechobecny stres, toksyny czy pasożyty mogą sprawić, że nawet najlepszy suplement przyswoi się gorzej niż powinien. Jakby tego było mało, od dziesięciu do nawet dwudziestu procent populacji może nieświadomie cierpieć na problemy z metylacją – i wówczas przyjmowanie powszechnie dostępnych na polskim rynku suplementów witaminy B12 czy kwasu foliowego okaże się szkodliwe, gdyż organizm nie będzie w stanie ich zmetabolizować (źródło).

Stres, wszędzie stres… Oczywiście możemy sięgnąć po odpowiedni suplement diety, by złagodzić jego oddziaływanie na nasz organizm, jednak czy to rozwiąże problem?

Pamiętajmy, że tak naprawdę wciąż wiemy jeszcze stosunkowo mało na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu. W naturze witaminy czy minerały zawsze działają we współpracy z dziesiątkami innych związków i interakcje zachodzące między nimi mogą być bardzo niedoceniane. W suplementach przeważnie mamy do czynienia z wyekstrahowanymi substancjami, które gorzej działają w pojedynkę, a w nadmiarze mogą zaszkodzić. Kilka przykładów:

  • witamina D musi współdziałać nie tylko z magnezem i wapniem, ale także z cynkiem, witaminami K2 i A oraz borem. Dlatego nadmiar witaminy D może skutkować niedoborami innych pierwiastków i minerałów! Więcej o tym zjawisku przeczytasz w moim zeszłorocznym artykule (tutaj)
  • przyjmowanie jodu jest najbardziej efektywne, gdy towarzyszą mu witaminy B2, B3, D3, C oraz pierwiastki: magnez, cynk, miedź, selen i wapń (źródło)
  • duże dawki cynku mogą utrudniać przyswajanie magnezu (źródło)
  • nadmiar miedzi skutkuje niedoborem cynku i może być bardzo niebezpieczny; podobnie groźny może być nadmiar cynku (źródło)
  • magnez jest łatwiej przyswajalny w towarzystwie witaminy B6 (źródło)

Jeśli chcielibyśmy zachować równowagę, zapewne bylibyśmy skazani na przyjmowanie co najmniej dziesięciu suplementów dziennie. Jak znaleźć złoty środek? Pamiętajmy, że Natura jest znacznie mądrzejsza od nas. Każdy jej twór jest absolutnie doskonały i kompletny: chociażby ryby morskie będą zawierać i jod, i selen, i magnez, i witaminy D i A – czyli wszystko, czego nam potrzeba! Do tego dostaliśmy cudowne warzywa i owoce, pełne witamin i przeciwutleniaczy. A co myśmy z tym bogactwem zrobili? Zanieczyściliśmy i zniszczyliśmy nasze jedzenie, a teraz szukamy ratunku w syntetycznych minerałach i witaminach zamkniętych w kapsułkach, by uzupełnić to, co powinniśmy przyjmować wraz z pokarmem.

Wielu lekarzy, farmaceutów, a nawet naturopatów twierdzi, że suplementacja jest dzisiaj koniecznością. Rzeczywiście, rośliny mają mniej wartości odżywczych niż jeszcze kilkanaście lat temu. Przyczyną tego zjawiska jest wyjałowienie gleb i stosowanie wszelkiego rodzaju pestycydów (źródło). Podobny problem dotyczy także mięsa, ryb, jaj i nabiału z przemysłowych hodowli – zawierają one znacznie mniej dobroczynnych kwasów Omega 3 niż powinny. Jednak czy naprawdę łykanie całej litanii tabletek jest najlepszym lekarstwem? Może to tak naprawdę nie my chorujemy, a po prostu nasze ciała nie są w stanie przystosować się do życia w chorych czasach i w chorym systemie pełnym stresu, toksyn, manipulacji, niepewności i często strachu?

Światem rządzi pieniądz, jednak za niskie ceny przyjdzie nam w przyszłości zapłacić bardzo wysoką cenę. Produkcja żywności ma być jak najbardziej opłacalna, co pozbawia ją wielu cennych wartości odżywczych. Do tego wielu z nas prowadzi tryb życia, do którego ludzkość nie została stworzona: większość dnia spędzamy siedząc bądź siedząc i wpatrując się w ekran komputera, a jakby tego było mało, borykamy się z nieustannym stresem. Nie chce nam się gotować, wygodniej kupić gotowe produkty, by nie marnować czasu. Pieniądze oszczędzamy wybierając tańsze jedzenie. Dzięki temu  możemy kupić sobie lepsze ubrania, droższą komórkę i… suplementy diety w celu uzupełnienia niedoborów witamin i minerałów. Czy to nie ironiczne? Oburzają nas ceny w sklepach z ekologiczną żywnością, a normą stały się bluzki po sto czy buty po czterysta złotych wyprodukowane w Azji za niewielki procent tej wartości (źródło).

Jaka jest skala tego problemu? W 2014 roku Polacy wydali 11,5 mld zł na suplementy diety i produkty OTC (źródło). W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2015 roku wartość sprzedaży przekroczyła 5 mld zł (o 4,5% więcej niż w poprzednim roku). Gdybyśmy przeznaczyli chociaż połowę tej kwoty na wsparcie tradycyjnego rolnictwa, po pewnym czasie wydatku Narodowego Funduszu Zdrowia znacznie by zmalały, a po kilku latach Polacy staliby się zapewne jednym z najzdrowszych narodów świata. Co nas więc przed tym powstrzymuje? Może czas zacząć wspierać Naturę zamiast ją niszczyć?

***

Wiem, że w chwili obecnej dla osób chorych niektóre suplementy są koniecznością. Ja osobiście staram się, by było ich jak najmniej oraz stosuję przerwy w ich zażywaniu. Pamiętajcie, żeby przed zastosowaniem danego produktu skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą – ostrzegam przed eksperymentowaniem na własną rękę i kupowaniem preparatów „w ciemno”. Przed rozpoczęciem suplementacji idealnie byłoby oczywiście wykonać wszystkie niezbędne badania, jednak ich koszt może okazać się przeszkodą. Dlatego zacznijmy od morfologii, która może powiedzieć naprawdę dużo o naszym stanie zdrowia, a w razie potrzeby wykonajmy dodatkowe testy. Nie zapominajcie również, że suplementy to nie wszystko! Nawet najlepsze tabletki muszą współdziałać z dobrą dietą, aktywnością fizyczną, dbaniem o stan naszej psychiki i odpowiednią ilością snu.

Trzymajcie się zdrowo i nie zapomnijcie odwiedzić mnie na Facebooku!

Wasza Ola

 

Rabarbarowe tartaletki (bez glutenu, bez nabiału, bez jajek)

.

.

Sezon na rabarbar mamy w pełni, więc warto go dobrze wykorzystać. Dlatego też postanowiłam stworzyć deser, który będzie idealny dla osób nietolerujących glutenu, nabiału, jajek oraz ziaren, a do tego, oczywiście, będzie pyszny! 🙂 Deser zniknął z talerza bardzo szybko – za szybko. Na szczęście mam już pomysł na kolejny przysmak. Moja kreatywność nie zna granic, hihi 😀

.

.

.

Składniki (na sześć tartaletek o średnicy 10 cm):

~ 400 gramów batatów + 20 gramów roztopionego masła klarowanego lub nierafinowanego oleju kokosowego do ich upieczenia

~ 75 gramów mąki kokosowej

~ 20 gramów mąki z tapioki

~ 15 gramów mąki kasztanowej

~ 10 gramów karobu lub kakao (ja użyłam karobu)

~ ćwierć łyżeczki soli

~ 30 gramów miękkiego masła klarowanego lub nierafinowanego oleju kokosowego

~ 300 gramów rabarbaru + spora łyżeczka nierafinowanego oleju kokosowego do smażenia

~ 150 gramów słodkich truskawek

~ 20 gramów ksylitolu

~ łyżeczka miodu

~ cynamon

~ opcjonalnie: płatki migdałowe lub siekane migdały

Przygotowanie:

1. Bataty myjemy, obieramy i kroimy w plastry. Układamy na blasze, a następnie przy pomocy pędzelka smarujemy roztopionym tłuszczem i pieczemy do miękkości przez 25-30 minut w temperaturze 180 stopni. Czekamy, aż wystygną.

2. Upieczone bataty mielimy blenderem wraz ze wszystkimi mąkami, solą, karobem lub kakao, masłem (lub olejem). Jeśli Twój sprzęt nie daje rady, ciasto wyrób ręcznie 🙂

3. Gotową masą wykładamy foremki i wkładamy do zamrażarki na około 30 minut. Po tym czasie pieczemy je przez ok. 20-30 minut w temperaturze 165 stopni z termoobiegiem (czas pieczenia może się różnić – mój piekarnik jest niestety dość mało wiarygodny. Tartaletki powinny bardzo lekko się zarumienić).

4. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie: rabarbar oraz truskawki myjemy i kroimy. W rondelku roztapiamy łyżeczkę oleju kokosowego i na małym ogniu podsmażamy rabarbar. Dodajemy ksylitol i miód i dusimy pod przykryciem na małym ogniu przez 5 minut.



5. Podpieczone tartaletki wyjmujemy z piekarnika i układamy na nich nadzienie warstwami – najpierw pas rabarbaru, później świeże truskawki, następnie znów rabarbar. Udekorowane tartaletki wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 160 stopni na ok. 20-25 minut (truskawki powinny puścić sok i lekko się zarumienić).


6. Czekamy, aż upieczone tartaletki wystygną, można je także schłodzić w lodówce. Posypujemy je cynamonem, ksylitolem i (opcjonalnie) płatkami migdałowymi. Smacznego!

UWAGI:

Jeśli nie tolerujesz ksylitolu, zastąp go miodem. Zarówno miodu, jak i ksylitolu można dodać więcej – spróbuj, czy nadzienie nie jest dla Ciebie zbyt kwaskowe.

Smak tartaletek będzie się różnił zależnie od tego, czy użyjemy masła klarowanego, czy oleju kokosowego.

W wolnej chwili zajrzyj na Jaskiniową Kuchnię na Facebooku!


Zdjęcia są chronione prawem autorskim i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie.

Jaskiniowa TV: Czym są platany? Inauguracja mojego kanału na Youtube!

Kochani, mam dla Was ekscytujące wiadomości! Po wielu próbach i eksperymentach, udało mi się nagrać pierwszy, inauguracyjny film na Youtubie! Zapraszam Was do oglądania, komentowania i subskrybowania Jaskiniowej TV 🙂

Pomysł uruchomienia kanału na Youtubie chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu podejmowałam także pewne nieśmiałe próby nagrań, co okazało się wcale niełatwym zadaniem! Stanięcie przed obiektywem łączy się z pewną tremą, zwłaszcza, jeśli ktoś jest debiutantem 😉

Mój pierwszy film poświęcony jest platanom, które zachwalam już od początku istnienia Jaskiniowej Kuchni. To owoce niezwykle przestronne, z których można stworzyć mnóstwo przysmaków. Zresztą, posłuchajcie sami:

https://www.youtube.com/watch?v=DBB8dkPSqSY

Gdybyście mieli pytania, postaram się na nie odpowiedzieć 🙂 Czekam też na Wasze opinie: co Wam się podobało, a co mogę ulepszyć.

Trzymajcie się zdrowo,

Wasza Ola

Pietruszkowa zupa krem z cukiowym spaghetti

.

Ostatnio zaczęłam z ogromną pasją tworzyć najprzeróżniejsze zupy. Zasady ich przygotowania są proste: ma być szybko, zdrowo, niedrogo i oczywiście pysznie. Jak na razie udaje mi się to wyśmienicie, co może potwierdzić Pan Jaskiniowy 😉 Jeśli brakuje Wam czasu i pomysłu na obiad – pietruszkowa zupa krem będzie idealna. Rodzina i znajomi będą zachwyceni, gwarantuję!

.

.

Składniki (dla trzech głodnych osób lub czterech umiarkowanie głodnych):

~ 250 gramów obranej pietruszki (dwie średnie sztuki powinny wystarczyć)

~ 250-300 gramów cukinii

~ pół litra bulionu drobiowego

~ 150 gramów kremowego mleka kokosowego (ok. 1/3 puszki)

~ czubata łyżka masła klarowanego lub bezzapachowego oleju kokosowego

~ mąka kokosowa do dekoracji

Przygotowanie:

1. Pietruszkę kroimy na drobno i wrzucamy do gorącego bulionu. Gotujemy przez ok. 25 min do miękkości.

2. Z cukinii wycinamy nożykiem Julienne paski (dokładną instrukcję znajdziecie tutaj).

3. Środkową część cukinii z pestkami, która została z wykrawania spaghetti, kroimy w talarki i dorzucamy do gotującej się pietruszki. Całość gotujemy jeszcze przez ok. 10 minut, by warzywa były miękkie. Po tym czasie mielimy je blenderem na gładki krem. Na koniec dodajemy mleko kokosowe i ponownie mielimy.

4. Na patelni bardzo dobrze rozgrzewamy tłuszcz. Wykładamy na niego spaghetti z cukinii i smażymy na dużym ogniu przez ok. 30 sekund, ciągle mieszając. „Makaron” ma zachować chrupkość.

5. Zupę porcjujemy, podajemy ze spaghetti z cukinii i posypujemy odrobiną mąki kokosowej. Smacznego!

A w wolnej chwili zajrzyjcie na Jaskiniowy Facebook!